Login lub e-mail Hasło   

Kajakami na Syberii

O regionie Trasa 450 km spływu Amałatem-Cypą-Witimiem wiedzie przez płaskowyż Witimski znajdujący się w pn-wsch Buriacji. Górskiego charakteru nadają głęboko wcięt...
Wyświetlenia: 10.686 Zamieszczono 15/04/2007

O regionie

     Trasa 450 km spływu Amałatem-Cypą-Witimiem wiedzie przez płaskowyż Witimski znajdujący się w pn-wsch Buriacji. Górskiego charakteru nadają głęboko wcięte doliny rzeczne. Grzbiety osiągają wysokość 1700 - 1800m, wznosząc się nad dnem dolin o 400 - 600m.  Na Amałacie i Witimiu maksymalne trudności wynoszą WW2 i sposób ich pokonywania zależy od poziomu wody. Podczas wysokiego stanu wody większość bystrzy i progów zostaje zalana a przejście przez te najtrudniejsze wymaga bardziej dzielnego parcia naprzód niż zręcznego manewrowania. Stojące fale mogą mieć wysokość do 1,5 m wysokości. Przy stanie niskim sytuacja się zmienia: przez niektóre bystrza należy przeciągać kajak, na progach manewrować. Z opisów wynika, że jedynie ostatnie progi na Witimiu wymagają oglądu.

TRANSPORT
     Do Czity najtaniej można się dostać koleją Transsyberyjską - 4 dni i 10 godzin jazdy. Koszt najtańszej klasy (plackarty) $60, droższe 4 osobowe kupe około $100. Samolot kosztuje około $300 plus dodatkowy nadbagaż 1% wartości biletu za każdy kilogram powyżej 20kg. (Nasz bagaż ważył 40kg na osobę). Samolotem na tym odcinku nie leciałem więc nie wiem jak to wygląda w praktyce. Z Czity na most na Amałacie (250km) możemy dostać się autobusem rejsowym jadącym do Bagdarina ($20) lub wynająć busa. Droga praktycznie na całym odcinku jest szutrowa więc powinniśmy się nastawić na co najmniej 6 godzin jazdy. Ceny podaje w dolarach - oczywiście płaci się w rublach. Polecam wymianę wszystkich pieniędzy w Moskwie, na miejscu mogą być problemy ze znalezieniem banku czy chociażby walutczików. Powrót przepiękną trasą BAM-u (Bajkalsko Amurska Magistrala), w okolicach mostu znajduje się stacja Witim skąd można się wydostać tzw. pociągiem robotniczym do miasta Taksimo (około 1,5h). Z Taksimo bezpośrednim do Moskwy. Z biletami nie powinno być problemu - tereny na wchód od Bajkału są bardzo słabo zaludnione a pociągi kursują w okresie letnim 1 na dobę bezpośrednio do Moskwy.

KLIMAT
     Klimat Zabajkala oddalonego od mórz (od najbliższego Japońskiego o 1500km) i leżącego dość wysoko nad ich poziomem jest ostry i kontynentalny. Podstawową cechą są duże amplitudy dobowe oraz roczne, mała ilość opadów oraz suchość powietrza. W interesującym nas okresie (lipiec) średnie temperatury wynoszą +16C, natomiast maksymalne sięgają +36C! Dla ciekawości dodam, że zimą w tych samych miejscach nierzadko słupek rtęci spada do -45..-55C. Z relacji moich znajomych wynika, że woda w rzece nagrzewa się do +20C. Roczne opady wynoszą około 200-300mm czyli zdecydowanie mniej niż w centralnej Polsce. Co prawda rozkład opadów jest nierównomierny, latem spada ok 50% rocznej ilości, ale śmiało można liczyć na ładną, bezchmurną pogodę. Na Zabajkalu znajduje się wieczna zmarzlina - powodująca skrajnie małą retencję. Po nawet niewielkim opadzie woda w rzece może się podnieść o ponad metr w ciągu godziny! Biwaki należy planować powyżej potencjalnego wyższego stanu wody, a kajaki solidnie przywiązywać!

FLORA I FAUNA
     Zabajkale leży w strefie borealnych lasów iglastych (tajgi) dość ubogich pod względem florystycznym. W kontynentalnym klimacie drzewostan jest luźny, podstawowym składnikiem jest modrzew i brzoza, a w warstwie krzewów pojawiają się wierzby, w skład runa wchodzą wrzosy, dębik oraz bagno zwyczajne. Z opałem nie powinno być problemu, można ewentualnie wziąć małą butlę gazową . Od połowie lipca zaczyna się sezon wszelakich dóbr tajgi, można wzbogacić dietę grzybami, jagodami, brustniką oraz kalorycznymi nasionami cedru syberyjskiego. To z czym kojarzy się Syberia to komary i meszka. Nie ma co liczyć, że nie będzie gnusu chociaż ilość zależy od surowości zimy i przymrozków wiosennych. Z relacji wynika, że komarów jest mniej niż na półwyspie Kolskim (byłem w zeszłym roku - da się przeżyć) i są miejsca gdzie w ogóle ich nie ma. Warto się zaszczepić przeciwko chorobie wywoływanej przez kleszcze. Co do większych okazów fauny - niedźwiedzi - nie należy się obawiać - stronią od ludzi, a w tajdze latem pożywienia starcza dla wszystkich. Urozmaiceniem diety mogą byc ryby - niestety ja nie mam doświadczenia w łowieniu, ale czasem pół godziny łowienia starcza na obiad dla 8 osób. Podczas naszego wyjazdu ryb w Amałacie nie było - zimą rzeka zamarza do dna i ryby przenoszą się w dół do Witimiu. Wiosną następuje powrót w tym roku uniemożliwiony przez zbyt niski stan wody.

LUDZIE
     Na trasie spływu są dwie osady: Mongoj (20km) i Rossoczino (100km) - z których można awaryjnie się wydostać. Dalej można co najwyżej napić się wódki z myśliwymi lub poszukiwaczami złota. Nigdy się nie spotkałem z wrogim przyjęciem, a gościnność mieszkańców Syberii jest wręcz niesamowita. Na tych terenach mieszkają Buriaci, Rosjanie, Ewenkowie...i bardzo prawdopodobne, że posiadają przodków z Kraju Nadwiślańskiego.

PODSUMOWANIE
     Jak doświadczyliśmy tego na własnej skórze należy przewidywać wszystko: nawet to, że nie będzie wody. Choć wedle słów miejscowych zdarza się to naprawdę rzadko. Można popróbować nawiązać kontakt z turystami z Czity (np. na liście dyskusyjnej) i bezpośrednio przed wyjazdem dowiedzieć się o stan rzek. Zawsze można wysiąść wcześniej i popływać po Bajkale, tam wody powinno starczyć :)

RZUTKI (teksty po Rosyjsku)

Amałat

 

Kolej Transsyberyjska dla niektórych podróżników jest celem samym w sobie - zapewniam, że przez te parę dni w pociągu można się świetnie bawić! My zawsze staramy się kupić bilety w tzw. wagonach plackartnych - najtańszych i jednocześnie dających możliwość nawiązywania kontaktów z współpasażerami. Na większych stacjach można rozprostować kości, kupić pierażoczki, w wagonie jest zawsze dostępny wrzątek, a o 22.00 prowadnica gasi światło i zalega cisza!

Niestety czasy pół darmowych biletów odchodzą w niepamięć - z roku na rok rosyjskie koleje drożeją :(
Pociąg Moskwa - Czita kosztował $60, za odcinek od Brześcia do Moskwy należy zapłacić około $25. Z biletami dla większej grupy  mogą być problemy zwłaszcza w okresie wakacji. Ceny samolotów już dawno dorównały reszcie świata, a nawet z braku konkurencji je prześcignęły: bilet na tym dystansie kosztowałby $300 nie licząc nadbagażu. Tak a'propos za ponad gabarytowy sprzęt turystyczny w pociągach się nie dopłaca

Na dworcu w Czicie. Zostało nam już tylko 200 km do naszej rzeki. Świadomie unikamy taksiarzy i podchodzimy do wszelkich możliwych busów i półciężarówek. Pół godziny szukania, chwila na wytłumaczenie dokąd chcemy dojechać i jesteśmy w drodze.

Rafik - chyba tak mówią na ten sprzęt Rosjanie jest samochodem pół terenowym, pakownym. Mieścimy w nim bagaże, kajaki i naszą ósemkę nie licząc kierowcy. 250 km za $25 od osoby.

Szutrowa droga wiedzie do Bagdarina - wsi, która powstała tu ze względu na złoto. Tereny tu raczej rzadko zaludnione - przez 250km mijamy 3 wsie.

Witim w wsi Romanowka. Stan wody jest tak niski, że prom zamiast korzystać z siły prądu rzeki musi być holowany przez motorówkę. Kierowcy Kamazów nie czekają na przeprawę - przejeżdżają po prostu w bród!

Cały czas się łudzimy, że te wyschnięte koryta nie mają nic wspólnego z naszą rzeką. Te pola to nie pastwiska - do najbliższej wsi jest ponad 50km. Wieczna zmarzlina nie pozwala wsiąkać wodzie - teren jest zabagniony. Tajga modrzewiowa rośnie na wzniesieniach.

No taaak - jesteśmy na Syberii, w królestwie komarów meszki i gzów. W tym roku z powodu suszy komary jakoś nie obrodziły natomiast gzów - skolko ugodno. Nasze europejskie preparaty na wiele się nie zdają, pozostaje pociecha, że nie wszyscy są tak atrakcyjni dla gnusu.

Rozkładamy kajaki pod jedynym mostem na Amałacie.

Klimat skrajnie kontynentalny - w ciągu dnia było +30C natomiast nad rankiem temperatura spadła poniżej zera - woda w butelkach pozamarzała. Prócz pięknych oparów znad rzeki nocny przymrozek wygania wszystkie gryzące insekty - mamy odrobinę spokoju!

Nieliczne odcinki bez bystrzy.

Brzegi na Amałacie porośnięte modrzewiem. Urokliwych miejsc na biwaki jest dużo i do tego trudno się doszukać obecności turystów.

Chłopaki w pozycji gotowej do wysiadania. Na każdym perekacie trzeba holować kajak, a w gorszym przypadku przenosić. A bystrza są tu co 500m :(((

Kolejny perekat.

Buriaci z pobliskiej wsi Mongoj na pikniku. Decydujemy się tu zakończyć spływ korzystając z transportu. Zamiast 50 km dziennie robimy nie więcej niż 5:( do tego nadwyrężając poszycie kajaków. A nic nie zapowiada ulewnych deszczy. Szkoda, Amałat jest bardzo malowniczy i przy dużej wodzie na pewno ekscytujący. My tu jeszcze wrócimy!

 

Wieś Mongoj to były kołchoz postawiony pośrodku tajgi. Mieszkańcy w zasadzie są, a raczej muszą być samowystarczalni. Hodują bydło, uprawiają kartoszkę.
W metrowej głębokości dole - lód mimo, że panuje 30C upał. Jesteśmy w krainie wiecznej zmarzliny.

Bagdarino - wieś wśród bezkresnej tajgi. Centrum regionu, powierzchniowo - parę naszych województw, ludnościowo - parę wsi. Do najbliższego miasta Czity - 350km.


 

Bajkał

Fotografie ze spływu po Bajkale w lipcu 2003 roku.

W lipcu 2003 roku w ciągu dwóch tygodni przepłynęliśmy 380km wzdłuż wschodniego wybrzeża Bajkału. Spływ rozpoczęliśmy w miejscowości Ust' Barguzin i  kierując się na północ dopłynęliśmy do wsi Niżnieangarsk. 

Załoga:

Asia Marcel Łukasz

 

Ujście rzeki Barguzin czyli trzeciego co do wielkości dopływu Bajkału i jednocześnie osada Ust'Barguzin. Można się tu dostać autobusem z Ułan-Ude. Za 300km płacimy $20.
Zaczynamy spływ! W tle port Ust'Barguzin. Kierujemy się na północ - najbliższe miasto Severobajkalsk za 380km!
Już parę kilometrów od osad ludzkich zaczyna się dzicz. W ciągu całego spływu nie mieliśmy problemów ze znalezieniem miejsca na biwak. O dziwo nad samym Bajkałem nie dokucza meszka i komary więc nawet nie kłopoczemy się z rozbijaniem namiotów.
Plaże w zatoce Czywirkujskiej. Wodę można pić bezpośrednio z Bajkału
Tam gdzie brzeg stromo opada do jeziora, przepraszam do morza jak mówią na Bajkał autochtoni od razu robi się głęboko i niestety woda się zbytnio nie nagrzewa. 10 - 12 C :(
Ognisko "anty niedźwiedziowe". W tajdze nadbajkalskiej jest jedno z największych zagęszczeń niedźwiedzi w Rosji! Ślady misia znajdujemy praktycznie na każdym biwaku ale pocieszamy się tym, że jest już pełnia lata i niedźwiedzie są już najedzone.
Opału na brzegach jest pod dostatkiem. Drewno wyrzucone podczas sztormów jest wysuszone na wiór, spokojnie można zapomnieć o butlach gazowych.
Pływanie na kajaku po Bajkale wymaga szczególnej ostrożności ze względu na możliwość huraganowych wiatrów i związanych z nimi wysokich, stromych fal. Kotlina Bajkału jest otoczona wysokimi górami wznoszącymi się czasami 2 km ponad taflę wody. Wiatry typu fenowego zrywają się nagle jako raptowny szkwał. Na chwilę przed uderzeniem tafla wody może być spokojna podczas gdy nad wierzchołkami zbierają się kłębiasto - warstwowe obłoki. Chmury gęstnieją i po chwili pędzą z olbrzymią prędkością (do 40m/s!!!) tworząc tzw. "biały szkwał". Nie ma co się łudzić - podobno mniejsze łodzie motorowe mają problem żeby dobić do brzegu. Ale latem na ogół nad Bajkałem ustala się dość stabilna bezwietrzna i bezopadowa pogoda. Nam pogoda sprzyjała, podczas spływu nie padało, a jeżeli silnie wiało (3-4B) to był to fordewind więc bawiliśmy się w serfowanie!
Tegoroczne pożary tajgi ograniczały widoczność do paru kilometrów, przy ścinaniu zatok czuliśmy się trochę nieswojo płynąc na azymut.
Podczas bezwietrznej pogody tafla Bajkału przypomina rtęć, czasem można zobaczyć zaczerpującą powietrze fokę Nerpę - endemicznego mieszkańca Bajkalskich toni.
Załogi kutrów to albo brakanierzy (kłusownicy) albo rybacy czasem z bogatymi turystami. W każdym bądź razie wszyscy częstują rybą i pytają jak się pływa na takich maleństwach.
Często biwakujemy w ujściach większych rzek odgrodzonych od Bajkału wysokim wałem. Są to po pierwsze dobre punkty orientacyjne, a po drugie dają iluzoryczną ochronę przed niedźwiedziem. A może nie będzie mu się chciało moczyć łap:) Ale najważniejsze, że łatwiej jest tu łapać ryby.
Charius prosto z ogniska.
Jeden z bardziej malowniczych zakątków na Bajkale -  zatoka Czywyrkujska. Ale tak naprawdę tych malowniczych zakątków jest mnóstwo.
Brzegi w zatoce Czywirkujskiej.
Mieszkańcy osad nadbajkalskich są niesamowicie gościnni. Trudno jest ich opuścić bez paru kilogramów ryb, a jeszcze trudniej im za nie zapłacić. Wołodia był tego dnia nieswój - akurat przypadał Dzień Rybaka - jego kompani popłynęli na "oficjalne uroczystości" do Ust'Barguzin, na niego padło czuwanie nad dobytkiem.
Ten przekrój skarpy świadczy, że z pobliskich gór spływały lodowce obecnie zredukowane do wiecznych śniegów w wyższych partiach Barguzinów.
 
Zimowki są rozmieszczone co 20 -30 km wzdłuż brzegu. Zasady korzystania są proste: zostaw następnym trochę suchego drewna, zapałki, świeczkę...
Wnętrze zimowki. Po rozpaleniu w pieczce w chatce robi się piekielnie gorąco - w końcu korzystają z nich myśliwi zimą przy czterdziestostopniowych mrozach!
Zimowka luksusowa - dwuizbowa.
Piaszczyste buchty. Nie dość, że tu ładnie to jeszcze woda ciepła
Kolejny typ wybrzeża.
Jeden z iluś-tam-set dopływów Bajkału
Opuszczone wsie, na mapach topograficznych podpisane nieżyłyj. Takich miejsc na Syberii jest bardzo dużo.
Wrak kutra. Na szczęście śladów człowieka jest tu niewiele. A jeśli są...
... to takie jak to. Gorące źródła w "kurorcie" Dawsza. Było nam tym bardziej przykro, że miejscowi też z łaźni korzystali, a domy mieli całkiem ładne. No nic, pocieszające jest to, że turyści z wypchanymi portfelami prędko tu nie zawitają.
Wpływamy w ujścia rzek.
Jedne z nielicznych miejsc na wschodnim wybrzeżu na którym byłby problem z biwakiem.
Oleniowody czyli pasterze reniferów
Oleń.
Północny brzeg Bajkału. Ujście Wierchniej Angary odgranicza parunasto kilometrowa piaszczysta kosa Jarki. W tle góry Barguzińskie.
"I poszli, trzymając się za ręce. I dokądkolwiek pójdą i cokolwiek im się zdarzy po drodze, mały chłopczyk i jego Miś będą zawsze bawić się wesoło ze sobą w tym Zaczarowanym Miejscu na skraju Lasu"

 


Zapraszam do odwiedzenia strony mojego kolegi Irka na której opisał nasz zimowy wypad w góry Barguzińskie i nad Bajkał: http://wschodnieszlaki.w.interia.pl

Relacja ks. Dariusza Sańko ze spływu Leną - najdłuższą rzeką we Wschodniej Syberii: http://anisko.net/lena2003/pamietnik/

I zdaje się parę tygodni przed nami, spływ kajakami z wyspy Olchon wzdłuż zachodniego wybrzeża w kierunku południowym: http://anisko.net/bajkal2003/

Barguziny

tekst Irek Szklarczyk

Któregoś dnia w wakacje

Z Ułan-ude, przez Kurumkan do Uliunchanu; przez Barguziny - Topą, Tompudą i Bajkałem do BAMu - recytował Łukasz. Gdziekolwiek to było nie zastanawiałem się ani chwili - genialny pomysł z tą zimą na Syberii. Łukasz nie czekając dodaje, że spodziewane niskie temperatury nie będą tak dokuczliwe, bo z jednej strony klimat kontynentalnie suchy, z drugiej stacjonuje tam słoneczny wyż syberyjski. W dolinach zimno, ale im wyżej (inwersja) i im bliżej Bajkału tym cieplej. Chłopak nie próżnuje na geografii, przekonał mnie... będzie ciepło.

Rok wcześniej, w czwórkę z Marcinem i Andrzejem trawersowaliśmy na nartach Ural Polarny. Teraz mieli dołączyć jeszcze: Marek - instruktor wspinaczkowy, Maciek - mający za sobą zimową wyrypę w Chibinach (Płw. Kolski) i doświadczenie z bardzo niskimi temperaturami, oraz drugi Marek - globtroter.

Trening i przygotowania

W ramach aklimatyzacji do warunków syberyjskiej zimy biwak na Ciemnosmreczynskim stawie. W nocy lód zamarzając pękał przerażająco trzeszcząc, ściany odbijały grzmoty, a ja, budząc się za każdym razem, z rozrzewnieniem myślałem o miękkich zaspach na brzegu. Dopiero muzyka Enii z walkmana przyniosła spokojny sen - tym samym urządzenie to znalazło się pierwsze wśród sprzętu biwakowego.

Nowy Rok przywitaliśmy w jamie śnieżnej na Krzyżnem. Tym razem było ciepło i cicho. Moje obawy wzbudzała tylko kuchenka gazowa. Menażka nie była ogrzewana od spodu, tylko płonęła z pojemnikiem. Klęcząc u wejścia do jamy odebrałem płonący zestaw,  by zgasić go w śniegu.  Mój kumpel walczył z nim jeszcze i - choć podtruty ulatniającym się gazem - rano miał fajnego spręża na grani Wołoszyna.

Ja postawiłem na gaz do palników lutowniczych.  Umieszczony na śniegu buzował, aż miło. Jego też postanowiłem zabrać na wschód.

Doniesienia o zimie stulecia na Syberii i wilkach pobudzały wyobraźnię. Pozbawiony przez matkę naturę przyzwoitej warstwy tłuszczu (przysłowiowa skóra i kości) zacząłem pochłaniać większe porcje z dodatkiem oleju i fury owoców. Od kumpli pożyczyłem cieplejsze skorupy, łapawice i śpiwór. Do tego hurtowe zakupy u producenta sprzętu puchowego. Lepiej ciut się spocić, niż zmarznąć.

W przedwyjazdowym amoku informacja o wcześniejszym odjeździe pociągu nie dociera do Maćka. Kompletnie zaskoczony zdążył wprawdzie wziąć żarcie, ale niestety nie swoje ulubione, o czym zresztą nie omieszkał przypominać podczas wszystkich posiłków.

Wyjazd 

Z Warszawy do Terespola jedziemy pospiesznym w najgorszych warunkach w na całej, liczącej około 15000 km trasie. W pociągu mróz, korytarz i ubikacja przystrojone są szadzią. Wyciągamy puchówki... Specjaliści z PKP powinni na szkolenie wybrać się koleją transsyberyjską, ale na zewnątrz wagonów.

Granicę z Białorusią przekraczamy tym razem bez problemów; w zanadrzu - zaproszenie z fabryki mleka w proszku z siedzibą w Magadanie i tylko te narty, saneczki, czekan i lina nie za bardzo pasują do przedstawicieli handlowych.

Trwająca 4 doby przejażdżka koleją transsyberyjską okazała się wielce egzotyczną. Po przekroczeniu Uralu temperatura spadła do -25º We wnętrzu 25º na plusie, wrzątek i uroki plackarty; przestrzeń i kontakty z różnymi nacjami byłego Sojuza. Zaprzyjaźniliśmy się z młodymi Tadżykami jadącymi za pracą do Irkucka. Przejazd przez granicę z Kazachstanem i Rosją kosztował ich resztki pieniędzy - dyskryminowani przez pograniczników musieli się słono opłacać. Chętnie dzielili się suszonymi owocami i orzechami. Przegadaliśmy wiele godzin. Zaprosili nas na wesele do Tadżykistanu, a że góry tam piękne...

Naszym faworytem okazał się jednak Fiodor. Koleś był nonstop pijany, ale nigdy nie widzieliśmy jak pije. Którejś nocy jeden z nas, idąc do toalety, rozwikłał zagadkę. Fiodor z koleżką pili w nocy, a niewielkie dawki alkoholu w dzień pozwalały trzymać fason i nakręcały  gadane. Np. do Maćka, który jest słusznej postury zagaił: „Ja by z taboj mog w boj paiti". Kolejna znajomość w wagonie zawarta...

Ekscytujące były postoje w syberyjskich miastach. By otworzyć drzwi prowadnica - odpowiedzialna za wagon - polewała szczelinę w drzwiach wrzątkiem i waliła w nie do skutku młotem. Po wyjściu z wagonu po kilku wdechach zamarzało w nosie. Termometr na dworcu w Nowosybirsku wskazywał -25º, dlatego po kupnie pierożków i piwa z kolejnego miejscowego browaru wracaliśmy do nagrzanego wnętrza, choć z nudów padały propozycje w rodzaju dotknięcia językiem torów za 5$; dodam, że rozważane na serio.

W Irkucku wsiadają Buriatki. Tadżykowie są nieufni, uważają, że będą próbowały  nas oszukać; sami pracują u Buriata, może to stąd.

Miły gest ze strony prowadnicy - na odcinkach pomiędzy tunelami przez otwarte drzwi pozawala nam fotografować zamarzniętą powierzchnię Bajkału. Na postojach babuszki tłoczą się u wejścia oferując solone, wędzone i goriaczije omule - miejscowe rybki.

Buriacja

W Ułan-ude śpimy w gostiennicy na dworcu; autobus dopiero nazajutrz. Wydzwaniamy namiętnie do Polski. Jeszcze długi, nocny spacer na rynek, gdzie znajduje się monumentalna głowa Włodzimierza Illicza o rozmiarach jednorodzinnego domku. Dookoła potwornej głowy klimat z zupełnie innej bajki. Zamki, baszty, zjeżdżalnie - wszystko z przezroczystego lodu. Nas najbardziej zainteresowała idealna piramida, niestety z braku sprzętu do wspinania w lodzie nie udało się jej zdobyć.

Potem knajpa, przed wejściem dwóch miejscowych zapaśników tarzających się po śniegu - ot, narodowy sport...

Z powodu naszych ubrań nieustannie byliśmy obiektem ogólnego zainteresowania,   nie tylko ze strony młodych dziewcząt, trudniących się najstarszym zawodem świata. Mianowicie większość z nas przed wyjazdem zafundowała sobie stroje z windblocka w kolorze bliskim sercu holenderskiego kibica.

Rano wór na saneczki i przez miasto na dworzec, gdzie załadowaliśmy cały tył ogórkowatego autobusu do Kurumkan. Jedyne ciepłe miejsce - osłonę od silnika - okupowali Łukasz z Marcinem. Łukasz dodatkowo wspomaga się na miejscową modłę - wódką. Wokoło tajga, niewielkie góry i sporadycznie pojazd z naprzeciwka. Po kilku godzinach utęskniony postój w zasypanym śniegiem, drewnianym pasiołku.

Pyszny czerwony barszcz w czajchanie, herbata z mlekiem, a na zewnątrz orzeszki cedrowe od młodej, odzianej w skóry traperki. Po pewnym czasie znowu wysiadka, ale tym razem to nie postój. Pusty autobus wjeżdża na - ponoć kruchy - lód Bajkału, a my na piechotę oswajamy się z mrozem. Przejeżdżamy (przechodzimy?) przez rybackie osiedle, wokoło wyciągnięte na brzeg kutry i umieszczone w wielkich metalowych rurach sławojki.

O zachodzie słońca kres podróży - Kurumkan. Temperatura spada do 40ºC poniżej zera. Po wypełnieniu bardzo szczegółowych formularzy chronimy się w oszronionym wnętrzu gostiennicy.

Rano ładujemy się razem ze sprzętem na pakę wynajętej ciężarówki. Zapominając o mrozie ściągam rękawiczki do zrobienia zdjęcia; odpokutuję silnym bólem przy rozgrzewaniu dłoni. Jazda szybko zmienia się w koszmar. Poupychani w ciasnym wnętrzu wszyscy tracimy czucie w palcach u nóg. Rozgrzewamy je dopiero podczas specjalnie zarządzonego postoju.

Uliunchan

Popijając herbatę u leśniczego musimy wyspowiadać się przed naczelnikiem wioski z naszych planów. Po uzyskaniu akceptacji sympatyczni miejscowi wyprowadzają nas na drogę do tajgi. Dalej ślad snieżnego burana - mechanicznego następcy sań i reniferów - wiedzie w stronę gór Barguzińskiech.

Jest zimno, ale do zniesienia; podczas ruchu nawet się pocę. Andrzej ma problem, w jego saneczkach pęka i odpada tylna ścianka; ku ogólnej uldze po przepakowaniu ciągnie dalej. O zachodzie słońca przeprawiamy się przez rzekę; paruje odkryta woda, jednak większość jest skuta lodem. Na polanie pełnej powalonych drzew zimowka - dom traperów.  Kostia, nasz gospodarz, chyba nie jest zachwycony tam najazdem, zimą ostatni turyści byli tu cztery lata temu, ale możemy przenocować. Chata cała jest z okrąglaków, przestronna, największa, w jakiej przyszło nam spać podczas tego wyjazdu. W środku piec, ława, dwa duże legowiska i lampa naftowa; porozrzucane po kątach, zmasakrowane szczątki dzikich mieszkańców tajgi. Kostia zimą poluje na bielaki, gronostaje i sobole, by za sprzedane skóry utrzymać rodzinę. Wewnątrz chaty jest gorąco, różnica temperatur dochodzi do 60ºC. Markowi beznadziejnie pękają saneczki; odtąd cały ciężar będzie dźwigał na plecach, część rzeczy zostawia traperom.

W nocy dojeżdżają kolejni czterej myśliwi. Obśmiewają nasz sprzęt i projekt spania w namiotach bez piecyka. Tu nikt nie wychodzi w tajgę bez pieczki...

Słoneczny ranek, -36ºC. Schodzimy nad rzekę, ale już po chwili kluczymy ścieżką traperów w gęstym lesie, napotykając co chwila wnyki. Saneczki klinują się i wywracają pomiędzy pniami; po chwili mam dość i ładuję wszystko na grzbiet. Ze względu na zróżnicowane tempo cała grupa spotyka się w zasadzie jedynie podczas długiego postoju w połowie dnia. Gorąca herbata z termosu, czekolada, batoniki; chwila odprężenia.

Aby dotrzeć do kolejnej zimowki po południu musimy zwiększyć tempo. Pomimo niezgodności mapy z GPSem Marek odnajduje ukrytą w gąszczu chatkę. Nocleg komfortowy, ale nie obywa się bez ofiar - od rozgrzanej rury ucierpiała puchówka Łukasza i moja dłoń. Trudno jest właściwie ubrać się do snu - zasypiamy rozebrani przy rozgrzanym piecu, by zbudzić się w dygotach. To ostatnia tak duża zimowka. W kolejnych trzeba będzie przeprowadzić losowanie, kto śpi w namiocie, a kto w środku.

W górę Uliuchny

Podążamy korytem rzeki, zakładanie śladu w głębokim śniegu kosztuje coraz więcej sił. Z czasem droga wiedzie skalistym wąwozem, spod grubej warstwy lodu przebija szum rzeki. Tym razem wszyscy śpimy w namiotach. Temperatura daje znać o sobie, pękają plastikowe elementy i rozciągają gumki łączące części stelaża. Jedynym, dość drastycznym, sposobem na rozbicie namiotu okazuje się wycięcie felernych gumek.

Przełęcz Duwan

Pobudka o szóstej rano; jest cieplej - 30ºC. Łukasz drzemie jeszcze przez godzinę, ja tymczasem topię śnieg na poranną mieszankę kaszki, crunchy, orzeszków, rodzynek i oleju sojowego, oraz na herbatę do termosu.

Od wychłodzonych skorup szybko marzną nogi. Czucie wraca dopiero po dłuższym marszu. W drodze na przełęcz Duwan (ok. 1650m) czeka nas wyczerpujące podejście przez gęstą kosówkę. Niestety cały wysiłek idzie na marne, kiedy okazuje się, że uderzyliśmy w niewłaściwym kierunku. Zjazd i atakujemy właściwą przełęcz.

Na górze jest cieplej, -25ºC i urzekająco pięknie. Na widok naszych pomarańczowych wdzianek zmyka stado dużych zwierząt. Łukasz, nie tracąc czasu, wbiega na pobliską śnieżną bałuchę. Po dłuższej sesji fotograficznej docieramy do lasu po drugiej stronie przełęczy na biwak.

Topa po schodach

Powoli kierujemy się w stronę Bajkału. Pierwszy etap wiedzie korytem rzeki Topy, która następnie łączy się z Tompudą, a ta uchodzi już do Bajkału. Przygoda z Topą rozpoczyna się zjazdem z przełęczy. Właściwie zjeżdżał jedynie Marcin - reszta ekipy gubiąc dobytek zsuwała się na przysłowiowych czterech literach, boleśnie obijanych wystającymi ze śniegu głazami.

Ściany wąwozu Topy pokryte są niebieskim lodem; dużym utrudnieniem okazują się kilkudziesięciometrowe progi. Po raz pierwszy przydaje się lina. Marcin ze zjazdu rozpoznaje drogę, sporym nakładem sił i czasu obchodzimy kolejne przeszkody lasem, dzieląc sprzęt na części. Nareszcie upragniony nocleg. Podczas zasypiania towarzyszą mi blaski ogniska - pierwszego ogniska na tym wyjeździe - rozpalonego przez Marka.

Już półtorej godziny po wyjściu kolejny próg; ponownie zabawa w noszenie gratów na raty. Tego dnia zrobiliśmy tylko 5 km.

Na lodzie i w wodzie

Następnego dnia docieramy do Tompudy. Odnalezienie zaznaczonej na mapie zimowki wymaga podzielenia się na grupy i mozolnego przeczesywania tajgi. Chatka okazuje się niewartą takiego wysiłku - zagrzybiona, ze zrujnowanym piecem i przeciekającym dachem; gra niewarta świeczki.

Sporym problemem stało się naledzie, czyli woda na powierzchni lodu, często ukryta pod  śniegiem. Każdy kontakt z wodą wymagał mozolnego czyszczenia fok z błyskawicznie tworzącej się warstwy lodu.

Im bliżej ujścia tym więcej niezamarzniętych połaci, wzrasta niebezpieczeństwo kąpieli. Kolejny biwak celebrujemy do późna przy rozpalonym ognisku.

Rzeka zaczyna meandrować. Jako najlżejszy idę pierwszy, ciągnąc saneczki. Tuż za mną Maciek; jak zwykle w bojowym nastroju, cały ciężar niesie na plecach. Niestety lód, który bez problemów utrzymał moje marne sześćdziesiąt kilo skapitulował pod Maćkiem i jego monstrualnym worem. Kiedy odwróciłem się, już był w wodzie, rękami i kijkami wsparty na lodzie. Szczęśliwie byliśmy na tyle blisko, że udało się go w miarę szybko wyciągnąć.

Podczas gdy Maciej przy ognisku zakładał suche ciuchy rozkręciliśmy akcję suszenia jego przemoczonych rzeczy. Niestety nierówny płomień strawił część nogawki i przypalił paszport. Na domiar złego okazało się, że Minolta Maćka uległa zmiażdżeniu. Nieszczęściom nie było końca, gdy Marcinowi pękła tytanowa część wiązania. Po prowizorycznej naprawie ruszyliśmy dalej.

Bajkał

Po dniu kondycyjnym spędzonym głównie na niezbędnych naprawach, poprzez wypaloną tajgę docieramy do położonej u ujścia Tompudy stacji meteo. Jesteśmy mile zaskoczeni gościnnością gospodarzy - obdarowują nas rybami i ziemniakami. Jedynie za chleb, dowożony samochodem po zamarzniętym Bajkale, musieliśmy zapłacić.

Naszym celem jest letni kurort Hakusy. Mijamy strome przybrzeżne skały i pasy torosów. Ciągnie się z łatwością, jakiej nie było w tajdze, ale wieje wiatr i jest pochmurno. O zachodzie słońca docieramy do celu, tj. nie tyle do samych Hakusów, co do znajdujących się tu gorących źródeł. To niezwykłe przeżycie - woda o temperaturze 46ºC przy prawie czterdziestostopniowym mrozie...

Nazajutrz zawzięcie obszczekiwani przez wioskowe psy ruszamy w trawers Bajkału. Po lodzie sunęło się z łatwością, tego dnia pokonaliśmy dystans trzydziestu kilometrów. Okupiliśmy to kolekcją odcisków i kolejnym pękniętym tytanowym wiązaniem od nart Marcina. Tak na marginesie, nawet bez nart Marcin nadal wędrował na czele ekipy.

Biwak rozbijamy na środku zamarzniętej tafli jeziora. Rozbijając siekierą lód na wodę przypominam sobie o siedemsetmetrowej głębinie czającej się pod półtorametrową warstwą lodu. Myśl ta powraca wieczorem, kiedy już w śpiworze nasłuchuję głuchych tąpnięć pękającej pokrywy.

Rano temperatura spada do -35ºC, zwijam się wolno, by wyjść, kiedy będzie cieplej, zresztą część z nas i tak musiała rozcierać stopy.

Tego dnia odległości pomiędzy nami były największe, momentami dystans dzielący prowadzącego Marcina od zamykającego Marka wynosił mniej więcej 10 kilometrów.

Powrót do cywilizacji był bolesny. Bliżej Siewierobajkalska mija nas coraz więcej jeżdżących po lodzie samochodów terenowych. Ta piknikowa sceneria związana jest z  buriackim Nowym Rokiem. Cóż, pozostaje nam tylko dotrzeć na dworzec, i po kupieniu biletów zainstalować się na dłużej w pobliskim bistro.

Umba 

Relacja ze spływu rzeką Umbą na płw. Kolskim z 2002 roku:

tekst i zdjęcia: Joanna Markowska

Gdzie Słońce nie zachodzi...

Platforma prekambryjska, fosforyty, tajga, górskie rzeki... Niewiele informacji o Półwyspie Kolskim można znaleźć w encyklopedii. Zaledwie 60 godzin jazdy pociągiem z Warszawy wystarczy, by dotrzeć w to niezwykłe miejsce położone za Północnym Kołem Polarnym. Przemierzając półwysep Kolski mam wrażenie, że więcej tu wody niż lądu. Nic dziwnego, skoro obszar ten objęty był niejednym zlodowaceniem, którego ślady są dziś bardzo widoczne w krajobrazie. Tysiące, dużych i małych jezior polodowcowych połączone są rzekami i rzeczkami tworzącymi prawdziwą plątaninę. Niestety, zdecydowana większość jezior leży w miejscach, do których nie ma żadnego dojazdu, a o próbach pokonania w jakikolwiek sposób kilkuset kilometrów bagien, aby dostać się na wschodnią część półwyspu, można tylko pomarzyć. Spotkani na dworcu Rosjanie, mieszkańcy 40-tysięcznych Apatytów, pytają z niedowierzaniem „Naprawdę przyjechaliście tu z Polski na wakacje? Co można robić w Obwodzie Murmańskim? Spływać kajakami?".

Chibiny [fot. I.Ryabkov] Chibiny [fot. I.Ryabkov]

Apatyty, dokąd dojechaliśmy koleją, leżą u podnóża Chibinów. W górach tych znajdują się złoża apatytów, wanadu oraz boksytów, dlatego na peryferiach miasta sterczą kominy hut aluminium, które pozyskuje się właśnie z boksytów. O złożach informuje nas kierowca taksówki, wiozący nas z dworca nad Umbę.

Umba

Pierwszy kontakt z rzeką robi na nas duże wrażenie. Pod mostem, gdzie rozpoczynamy spływ, rzeka przyspiesza. Białe grzywy na grzbietach fal zdają się cicho mruczeć zdziwione naszą obecnością. Kierowca taksówki czeka chwilę przy moście, czy się nie rozmyślimy. Do Apatytów wraca jednak sam.

Od źródeł w Chibinach do ujścia do Morza Białego Umbę dzieli ponad 150 kilometrów. Jest rzeką o charakterze górskim, dlatego jej bieg uatrakcyjniają progi i bystrza. Progów jest ponad dziesięć, a huk wody spadającej nieraz z dwóch metrów słychać z oddali. Wszystkie progi najeżone są kamieniami, na których załamują się fale, tworząc często półtora metrowej wysokości ścianę wody. Najniebezpieczniejsze są odwoje tworzące się tuż poniżej progów. Woda po spadku wpada w ruch rotacyjny i cofa się ku kamiennej ścianie. Powstaje huczący młyn. Wrzucony do wody kawałek drewna pokazuje nam, jak zachowałby się nasz kajak po wywrotce na progu. Pieniek całkowicie poddaje się sile i naporowi wody. Raz widzimy jak zalewany spienioną wodą pędzi w stronę głazów, to znów znika i zatacza półkole pod wodą. Z takiego kotła nie sposób się wydostać. W odwojach zginęło już kilkanaście osób, o czym przypominają smutne, szare tablice przybite do skał....

Cały sprzęt... Na progu Meżduozjernym (WW2)

To nasz pierwszy spływ górską rzeką. Jesteśmy świadomi, że odkąd go rozpoczniemy, nie ma odwrotu - teren jest niezamieszkały na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów od rzeki, a przedzieranie się z kajakiem przez zabagnioną tajgę nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Zostaje jeszcze helikopter, tyle że wezwanie go w terenie, gdzie nie ma łączności jest niemożliwe. Poza tym my chcemy pokonać trasę rzeką. Kajaki już przygotowane do drogi, kapoki grzeją plecy. Ruszamy i prawie jednocześnie zaczyna padać. Początkowo jest to drobny deszcz, który z czasem przeistacza się w prawdziwą ulewę. Półwysep Kolski znany jest z dużej ilości dni pochmurnych w ciągu roku - zapowiada się, że tym razem pogoda będzie typowa.

Pierwszego dnia leje... ... potem nam się udało, można się nawet opalać!

Docieramy to pierwszego i zarazem najgroźniejszego na Umbie progu - Paduna, który w sześciostopniowej skali trudności jest wyceniony na cztery. Woda z wielką siłą opada, tworząc u podnóża progu białą masę piany, wiry i odboje. Nocujemy na wysokości Paduna, przez cały czas słysząc jego huk zmieszany z kroplami wody bijącymi o tropik.

Padun, WW3+ Pierwszy stopień Paduna

Ku naszemu zdumieniu nowy dzień budzi nas słońcem i komarami. Środki stosowane w Polsce działają bardzo krótko, pozostaje więc nałożyć moskitierę na głowę i przyzwyczaić się do wszędobylskiego brzęczenia. Pokonujemy serię progów, z których każdy budzi w nas ducha walki. Woda spływa po kamieniach z dużą szybkością, nurt przeskakuje z prawa na lewo, trzeba nadążyć w tym slalomie. Mimo, że siedzimy tylko dwa metry od siebie, musimy krzyczeć, gdzie są kamienie, żeby nie zostać zagłuszonym przez huk spienionej wody. Na szczęście nasze lekkie, dmuchane kajaki typu „Szczuka", rosyjskiej produkcji, dobrze trzymają się kursu, lekko i zdecydowanie pokonują stopnie. Dziób śmiało rozcina wodę. Za progami chwila ciszy - kamieniste mielizny. Trzemy dnem, czasem wchodzimy do rześkiej wody o temperaturze około ośmiu stopni, żeby odciążyć kajaki. W węższych odcinkach, gdzie woda przyspiesza, powstają bystrza. Usiane są potrzaskanymi głazami, które często znajdują się tuż pod powierzchnią wody i dopiero odgłos szurającego kajaku przypomina o ich obecności. Bystrza ciągną się na długości kilkuset metrów; kajak mknie ponad 20 km/h, buja się zalewany ponad metrowymi falami... Adrenalinę, oprócz szybkiego nurtu, fal i kamieni, podnosi także obecność mew. Ptaki zaciekle broniąc swych gniazd zbudowanych na szczycie największych głazów zdenerwowane naszą obecnością próbują dziobać. Poniżej największych progów zatrzymujemy się i rozpalamy ognisko; trzeba wysuszyć mokre rzeczy

Nizmieńskaja stupieńka (WW3) ... ...ciąg dalszy

Skaliste przeszkody

Każdy próg kryje skały, często niewidoczne, a przez to groźne dla kajaka i zarazem dla nas. Czasem tylko ich omszałe czubki sterczą ponad wodę, czasem wynurzają prawie całe, szare cielska. Zastanawiając się, skąd w wodzie tyle skał, należy sięgnąć do geologii. Półwysep Kolski leży w obrębie wschodnioeuropejskiej platformy prekambryjskiej, jednostki geologicznej liczącej ponad 600 milionów lat. Budujące ją skały są mocno zwietrzałe i potrzaskane. Ponadto podczas panującej tu kilka miesięcy zimy, bloki skalne kruszą się i rozpadają na mniejsze. Tu nasuwa się nam porównanie z polską rzeką Drawą, gdzie po każdej zimie w wodzie przybywa zawalonych drzew. Zima zmienia rzeki. Za rok to nie będzie ta sama Umba, ta sama Drawa. Na tym polega urok rzek. Na progach i bystrzach, gdzie rzeka płynie szybko, skaliste przeszkody są szczególnie niebezpieczne. Trzeciego dnia na progu nieprzypadkowo nazwanym Rozbójnik, łamiemy pierwsze wiosło. Związujemy obie części sznurkiem. Kilka godzin później łamiemy następne. Mamy zapasowe balony do naszych dmuchanych kajaków, ale wiosła niestety tylko po jednym na osobę. Tego samego dnia okazuje się też, że mamy dziury w kajaku, na szczęście przymusowy pobyt wypada w tak uroczym miejscu, że wszyscy są pełni optymizmu. Jesteśmy poniżej progu. Rzeka, której oba brzegi są porośnięte tajgą, ma w tym miejscu około 50 metrów szerokości. Na płytach wynurzających się z chłodnej, przeźroczystej wody rozpalamy ognisko. W kociołku bulgocze kasza gryczana, a my sklejamy dziurawe dno, naprawiamy wiosła. Wydaje nam się, że w tym miejscu powstał świat. Słońce niknie za pasem sosen, cały czas jest jednak jasno; granatowe chmury zbite w gęstą, ciasną gromadę szybko przesuwają nad naszymi głowami. W promieniu 200 km nie ma nikogo... To miejsce niesamowite, pełne magii. I komarów jakby mniej...

Ślady paleolitycznych myśliwych Kanozjero

Naprawa sprzętu zajmuje cały dzień, klej musi dobrze wyschnąć. Ruszamy koło południa, by o trzeciej nad ranem, a o pierwszej w nocy czasu polskiego, wpłynąć w jedną z wąskich, zarośniętych trzcinami odnóg Umby. Nurt toczy się ospale w krętym korycie rzeki, gdy nagle otwiera się przed nami widok na jezioro - Kanoziero.

Jeziora

Umba przepływa przez szereg jezior polodowcowych. Pierwsze i największe zarazem to Umbozjero, po którym następuje system jezior Kapustnych. Za nimi położone jest drugie co do wielkości jezioro przepływowe Umby - Kanozjero, będące jeziorem rynnowym. Długość od północnego do południowego brzegu jeziora wynosi 21 km, a więc dwa razy tyle, co szerokość największego polskiego jeziora - Śniardw.

Jeziora Kapustne Z rosyjskimi druzjami

Naszym domem na półtora dnia staje się położona niemal na środku jeziora niewielka, bezludna wyspa. Rozbijamy obozowisko tuż przy głazach ozdobionych rysunkami naskalnymi z VI w. n.e. Akurat wypada 22 czerwca, dzień przesilenia letniego, a nasza wyspa jest chyba najwspanialszym miejscem do obserwacji. Słońce krąży wokół nas ani na chwilę nie znikając poniżej horyzontu. Czujemy się jak w centrum Wszechświata na małej, skalistej wyspie, na środku jeziora, gdzieś za kołem polarnym. Ze szczytu widać niskie brzegi Kanoziera porośnięte lasem, wokół oblewa nas niebieska, spokojna woda, nad nami białe, bezchmurne niebo. Jest ciepło, kukułka nieustannie śpiewa nad naszymi głowami, na ognisku pieką się ryby...

Dzień polarny

To wytłumaczalne i zrozumiałe aczkolwiek zaskakujące zjawisko dla ludzi żyjących poniżej 66 - ego równoleżnika. Nieprzyzwyczajeni do spania w jasnościach zasłaniamy oczy ubraniami chcąc oszukać organizm. Początki życia podczas dnia polarnego są naprawdę niesamowite, organizm wariuje. Kładziemy się spać o 6 rano, żeby wczesnym popołudniem płynąć dalej. Innym razem śpimy do trzeciej po południu, żeby wyruszyć „pod wieczór". Nie ma różnicy, która jest godzina, skoro i tak jest widno. Po kilkudziesięciu godzinach nauczyliśmy się odróżniać „dzień" od „nocy". „Nocą" Słońce jest trochę niżej i robi się chłodniej. Jednak odróżnienie wschodu od zachodu Słońca jest niemożliwe, przejście jest zbyt płynne - ognista kula niepostrzeżenie z opadającej zaczyna się wznosić. Zaskakujące są jednak ptaki - niestrudzone kukułki śpiewają całą dobę, bez względu na godzinę.

Parę minut po północy

W tle Chibiny

Tajga

Skład gatunkowy lasów za Kołem Polarnym podobny jest do lasów Polski - występuje świerk, sosna, brzoza, jodła, modrzew. Coś jednak uderza w wyglądzie ciągnącego się po horyzont lasu. Drzewa są wyraźnie niższe i węższe w pokroju niż w Polsce. To tajga, las szpilkowy charakterystyczny dla klimatu umiarkowanego chłodnego, występujący na obszarze północnej Azji, Europy, oraz Kanady. Bogate runo cieszy bose stopy brakiem kolczastych gatunków. Białawo - zielonkawy mech, chrobotek reniferowy, ściele się miękkim kobiercem. Kwitnące na biało kwiaty bagna zwyczajnego sypią wokół puch niczym dmuchawce. Ukryte w podszyciu czają się głodne komary. Znajdujemy ścieżki wydeptane przed laty, które jeszcze nie zarosły, ponieważ w klimacie polarnym roślinność odradza się bardzo wolno.

Odpłynięcie z wyspy nie jest już tak beztroskie. Południowy wiatr na szczęście nam sprzyja, ale jest na tyle silny, że na jeziorze tworzą się wysokie fale. Czekamy, aż ucichnie, jednak rozdmuchało się na dobre. Po kilku dniach słonecznej pogody znów zaczęło kropić. Łączymy w końcu kajaki w katamaran, między wiosłami rozpinamy pałatkę i żeglujemy na południe. Krajobraz powoli się zmienia. Za horyzontem zniknął grzbiet Chibinów, okolica robi się coraz bardziej płaska. Znak, że zbliżamy się do Morza Białego. Niezmiennie jednak płyniemy przez piękną i dzika tajgę.

Spływ kończymy pod mostem, po którym przebiega droga do Kandałakszy, skąd wracamy do Polski. Niestety nie starczyło nam czasu, by dopłynąć do Morza Białego. Zabrakło nam zaledwie jednego pełnego dnia... W ciągu dziesięciu dni zdążyliśmy się opalić, zobaczyć tajgę, przeżyć dzień polarny oraz pokonać kilkanaście progów dzikiej, górskiej rzeki.

RZUTKI:

http://www.apatity.mels.ru/ - Strona miasta Apatyty
Na spływie korzystaliśmy z niezrównanych opisów Andrzeja Szagi:
http://kajak.org.pl/szlaki/zagranica/umba/ - charakterystyka Płw. Kolskiego
http://kajak.org.pl/szlaki/zagranica/umba/locjaumb.htm - locja Umby

Sprzęt 

Na spływie korzystaliśmy ze składanych kajaków Petersburskiej firmy Triton. Najbardziej uniwersalnym produktem jest model Svir (w wersji z dmuchanymi komorami burtowymi), na którym mozna pływać zarówno na górskich rzekach (do WW3) jak również na spokojnych odcinkach.
Kajak kosztuje $420 (2003r.) warto dokupić fartuchy po $8, wiosła polietylenowe $32. Na miejscu można płacić dolarami lub euro - sklepy stosują korzystniejszy przelicznik niż w kantorach.
Sklepy: Triton w Petersburgu oraz Agenstvo Vengrova w Moskwie.

Ogólna charakterystyka:

Typ kajaka: składny z dmuchanymi burtami
Waga, [kg]: 25
Wymiary (dł, szer, wys), [m]: 5,00х0,95х0,36
Ładowność, [kg]: 200

Moje wrażenia z eksploatacji Svira

Gdzie pływałem
Biebrza - 180 km
Mazury - 150 km
Amałat -rzeka na Zabajkalu -  najcięższy test dla kajaka - trafiliśmy na suszę stulecia!
Bajkał - wiadomo, warunki praktycznie morskie - 380 km
Bija - górska rzeka na Ałtaju (WW2) - 450 km

Składanie
Po pierwszym złożeniu kajaka, które zajęło mi ni mniej ni więcej tylko 4 godziny uznałem, że opisany w instrukcji czas składania: 50 minut jest podłym oszustwem. Przyznaję, część czasu zmarnowałem na tłumaczenie z rosyjskiego i mimo, że ten język co nieco znam do dziś nie wiem jak na polski tłumaczy się terminy stinger czy szpangout. Kluczowym momentem wymagającym tyleż siły co zręczności było połączenie rurek części dziobowej i rufowej powodujące napięcie całej konstrukcji. Po wykonaniu tych czynności ległem na trawę dumając o zaletach siedzenia w domu... Za drugim i trzecim poszło coraz lepiej ale daleko jeszcze było do czasów wyznaczonych przez producenta. Dopiero kolega lekarz uświadomił mnie, że najważniejsza jest technika i ruchem, który pewnie wyćwiczył nastawiając barki połączył rurki w czasie przechodzącym moje najśmielsze oczekiwania. Tak więc jeżeli mamy pewną wprawę, części logicznie poukładane w worku, słońce na niebie można kajak złożyć w mniej niż godzinę! Rozkładanie jest proste i nie zajmuje więcej niż 30 minut.

Pakowność
W kajak pakowaliśmy sprzęt na trzytygodniowe pływanie z dala od cywilizacji czyli całe jedzenie, ubrania, namiot, śpiwory... Wszystko się mieściło chociaż wymagało wcześniejszego dokładnego przemyślenia co i gdzie ma się znaleźć. Dość fajnym pomysłem jest otwierany dek pomiędzy załogą – tam można upychać jedzenie, część ubrań. Do rufy wpychaliśmy namiot, a pod siedzenia śpiwory i resztę ubrań. Oczywiście bardzo przydatne okazują się nieprzemakalne worki – doświadczenie wykazało, że lepiej jest mieć wiecej mniejszych niż mało dużych mimo, że ekwiwalent objętościowy pozostaje ten sam. My mieliśmy cztery worki 40l i jeden 60l. Przyda się jeszcze coś na aparat itp...

Materiał
Szkielet jest wykonany z rurek aluminiowych różnej grubości połączonych plastikowymi łącznikami. Konstrukcja wydaje się być solidna, jak na razie chyba niczego nie nadwerężyliśmy, plastikowe łączniki wyglądające na pierwszy rzut oka dość badziewnie dzielnie się trzymają. Materiał wykorzystany na dno to PVC Viniplan 1200g/m w newralgicznych miejscach czyli na płaszczyźnie kontaktu z elementami szkieletu jest podklejony grubymi plastikowymi pasami. Jeżeli złożymy kajak uważnie (symetrycznie) nawet po przeciąganiu obciążonego kajaka po kamieniach nie powinno się nic przebić. Wszystko przejmuje na siebie plastik. Na moim kajaku po przepłynięciu 2 górskich rzek jest parę 0,5 cm dziurek. Do łatania tego typu dziur wystarczy w zupełności szara taśma. Dek pokryty jest cieńszym materiałem (900g/m) i w zasadzie jego jedyną wadą jest centralnie poprowadzony nie uszczelniony szew - podczas deszczu, zalewających fal nieprzyjemnie skapuje woda na nogi. Oczywiście podklejenie szarą taśmą rozwiązuje sprawę!

Dmuchane burty
Decydując się na zakup Svira warto zapłacić te $60 więcej na model z dmuchanymi burtami. Co prawda po kontrolowanej wywrotce i wypełnieniu wszystkich zakamarków wodą kajak unosił się ledwo-ledwo i nie ma co myśleć o wdrapaniu się na niego ale rolę wypornościową mogą spełniać również wodoszczelne worki na ubrania... Zdecydowanie ważniejszą zaletą jest większa stabilność i amortyzacja przy uderzeniu burtą o przeszkody!

Jak się pływa?
N
ajsilniejszy wiatr: 4..5B na Mazurach - bardzo ciężko ustawić dziób pod wiatr, stosunkowo niewielki ciężar kajaka staje się wadą. Ale da się! Oczywiście pływanie innym kursem niz pełnym staje się mordęgą.
Najtrudniejszy próg: WW2 na rzece Biji - progi na Biji miały nie więcej niż 1km długości z falami do 1,5 m ale bez niebezpiecznych odwojów czy fal bocznych (boczek) oraz wystających kamieni . Prędkość nurtu do 25km/h. W zasadzie cała trudność polegała na dzielnym płynięciu do przodu bez większego manewrowania. Fale czasami się przez nasz kajak przelewały - nieocenione są fartuchy ale mimo nich mieliśmy zawsze pół wiadra wody w środku. Kajak stateczny i na syberyjskie WW2 wystarczający.
Najwyższe fale: około 1m na Bajkale - jedyne niedogodności ma pierwszy, zbierający na siebie fale przy ostrych kursach. Na długiej fali bawiliśmy się w surfowanie. Próbowaliśmy pływania w ujściach rzek - fala robi się stroma - kajak nie traci stabilności podczas pływania w poprzek, wzdłuż... Konstrukcja jest sztywna.
Na spokojnych nizinnych rzekach - szerokość kajaka (95cm) staje się wadą. Svir idealnie trzyma kurs gdy się pływa w pojedynkę, przy pełnej załodze trzeba się zgrać na początku po prostu kontrując!

Więcej na stronie: http://bajdarka.republika.pl/

Przedruk za zgodą autora 

Podobne artykuły


15
komentarze: 4 | wyświetlenia: 52618
25
komentarze: 46 | wyświetlenia: 145268
6
komentarze: 1 | wyświetlenia: 2789
25
komentarze: 10 | wyświetlenia: 9399
6
komentarze: 3 | wyświetlenia: 4208
16
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1470
55
komentarze: 127 | wyświetlenia: 116746
5
komentarze: 4 | wyświetlenia: 10215
5
komentarze: 1 | wyświetlenia: 2126
11
komentarze: 3 | wyświetlenia: 12945
9
komentarze: 6 | wyświetlenia: 33407
30
komentarze: 12 | wyświetlenia: 26005
27
komentarze: 8 | wyświetlenia: 11627
17
komentarze: 5 | wyświetlenia: 6167
 
Autor
Artykuł
Dodatkowe informacje
Grupy



Zazdroszczę tych wspaniałych widoków :)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2014 grupa EIOBA. Wrocław, Polska