Login lub e-mail Hasło   

Startup.com - nie musisz mieć nic poza wolą

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://fornalski.blox.pl/2007/08/Startup(...)z1.html
Artykuł opowiada o początkach prowadzenia własnego biznesu w Internecie w okolicach roku 2000.
Wyświetlenia: 5.611 Zamieszczono 23/10/2007
Kiedy patrzę w przyszłość, codzienne zdarzenia wydają się nie mieć znaczenia. To co dzieje się każdego dnia wydaje się nic nie znaczącym bełkotem, nic nie znaczącymi, chaotycznie umieszczanymi na linii czasu zdarzeniami. Kiedy patrzy się na te wydarzenia układają się w jeden, sensowny ciąg. Ale można to zrobić dopiero po latach, z odpowiedniej perspektywy. Tak jak obiecałem w kilku postach opowiem Wam jak to wszystko się zaczęło, a za kilka lat opowiem co robię teraz.

Część 1. - Nie musisz mieć nic poza wolą

Ze względu na to, że nie jest to książka, a jedynie wypełniam 20 minut pozostałych do pierwszej w nocy, o której to godzinie zazwyczaj zaczynam się zbierać do spania, opiszę tylko jak to wszystko się zaczęło.

Otóż w styczniu 2000 roku, Sebastian Muliński, mój obecny wspólnik zaproponował mi pewien prosty i jak się mu wydawało genialny interes. Wypatrzył, że wolna jest domena „hip-hop.pl". Wpadł na pomysł aby sprzedawać ludziom konta e-mail w tej domenie. Wystarczyło wynająć serwer. Pieniądze na serwer miał wyłożyć jego kolega Emil, któremu rodzice dali na drogę w dorosłość sporą ilość gotówki. Ponieważ znam się z Sebastianem od dzieciństwa i od zawsze przejawiałem smykałkę do interesu, a do tego studiowałem informatykę, zaproponował właśnie mi udział w tym przedsięwzięciu. W tym okresie jednak nie przebywaliśmy zbyt często ze sobą. Po naradzie, którą zrobiliśmy w pubie przy piwie plan był gotowy. Teraz mieliśmy spotkać się z Emilem. Niestety Emil się spóźnił na spotkanie prawie 60 minut. Ponieważ w tym czasie byłem bardzo „profesjonalny", po przeczytaniu wielu książek z radami typu „myśl jak milioner" postanowiłem ostentacyjnie wyjść po wypiciu piwa, mimo iż pojawił się właśnie z Sebastianem na progu. Mój temperament kazał mi powiedzieć coś na tyle przekreślającego możliwość dalszej współpracy iż oczywiście dalsza spółka z Emilem nie wchodziła w grę.

Spotkaliśmy się ponownie z Sebastianem i ponieważ nie mieliśmy inwestora, musieliśmy opracować plan B. Nie chciałem zawieść Sebastiana więc zaczęliśmy myśleć dalej. W tym czasie pisywałem do gazety internetowej (e-zine'a) Wirtu@l. Bardzo spodobał mi się pomysł e-zina i stwierdziłem że chcę czymś takim zarządzać. W związku z tym postanowiliśmy, że zaczniemy wydawać e-zine aby móc na to przyciągnąć jakiegoś sponsora, który pokryje koszty serwera. Przypomnę, że w roku 2000 szczytem marzeń był Polpak-T 1Mbit, który kosztował miesięcznie ze 2 średnie krajowe. Oczywiście mieliśmy zarabiać na sprzedaży kont e-mail. Plan wydawał się genialny i wkrótce rozpoczęliśmy jego realizację. Ja zacząłem tworzyć w C++ stronę. Sebastian zaczął pozyskiwać ludzi, którzy mieli nam pomóc merytorycznie w pisaniu artykułów i redagowaniu E-zine Hip-Hop.pl. Byli to ludzie znani w kulturze Hip-Hop.

O ile temat strony Hip-Hop.pl i e-zine zostawię w tym momencie na boku, o tyle skupię się na wydarzeniu najważniejszym dla naszej dalszej egzystencji, czyli serwerze. W skrócie - nadal go nie mieliśmy, mimo iż kwiecień był już w kalendarzach. Czasami sam, czasami z Sebastianem, udawaliśmy się do kolejnych firm. Byłem gotowy zrobić dla firmy, która udostępni nam pasmo wszystko. Gdyby kazali mi napisać dla nich własny system operacyjny, zrobiłbym to. Tak bardzo byłem zdeterminowany. Po około 50 odmowach zacząłem wątpić. Zaczynałem powoli godzić się z tym, że nici z genialnego pomysłu na biznes. W końcu, niemal przypadkiem mój tata zadzwonił do swojego dawnego znajomego ze studiów, Pana Łyczakowskiego, prezesa szczecińskiego Optimusa z pytaniem czy nie zna kogoś kto mógłby mi pomóc. Poprosił abym się u niego stawił. Przedstawiłem mu pomysł. Nie wydawał się nim zachwycony. Pamiętam jak szedłem przez most długi w Szczecinie do tramwaju przekonany, że czas dać sobie spokój. Los uśmiechnął się jednak do mnie i parę dni później dostałem telefon - „Damy Ci serwer i podłączymy go do naszego Polpaka. Przyjedź za tydzień po komputer". Miałem własny serwer i własne łącze. Czułem się jak kosiarz umysłów, bóg cyberprzestrzeni. Mogłem sam ustalić temat strony, jej zawartość i wpompować to wszystko do sieci, bez żadnych ograniczeń. Problem polegał na tym, że jednym z punktów umowy było to że nie mogłem sprzedawać kont e-mail na sponsorowanym sprzęcie. W tym momencie jednak to mi nie przeszkadzało.

Część 2. - Znaj każdy zakątek swojej firmy

Moja ostatnia opowieść skończyła się na tym, że dostałem do domu serwer. Kiedy miałem już w domu serwer zaprosiłem dwóch mocnych w gębie kolegów, którzy twierdzili, że są świetnymi programistami PHP. Zresztą tworzyli znany w Szczecinie serwis Infoludek, co było dobrą rekomendacją. Ponieważ ja znałem dobrze tylko C++ i Pascal wydawało mi się sensowne poproszenie ich o pomoc. Przyszli do mnie do domu, mówili o rzeczach które były dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Uznałem zatem, że oni powinni zająć się częścią programistyczną, ja powinienem wyłącznie zarządzać i koordynować pracę Sebastiana, jego redaktorów i tych 2 chłopaków. Podkusiło mnie nawet aby pomyśleć, że w sumie reszta pójdzie już gładko.

Po 4 godzinnej sesji na przekazanym przez Optimus serwerze stał już Red Hat i były zainstalowane podstawowe usługi. Dodatkowo na moim pececie znalazła się jakaś kulawa dystrybucja Apache, PHP i MySQL. W sumie chłopacy przekopiowali tylko swoje pliki robiąc mi przy okazji spory bałagan, ale dzięki nim mogłem parę miesięcy później pracować nad kodem mając do dyspozycji tylko modem.

Pamiętam jak w połowie kwietnia pojechałem samochodem rodziców zawieźć serwer i podłączyć go do sieci szczecińskiego oddziału Optimusa. Siedziałem razem z Damianem (Barszczem) wierząc w to, że uruchomi wreszcie serwer. Po 10 minutach pracy, znudzony tym, że nie może włączyć sieci nawrzeszczał na faceta z Optimusa, że „Co wy mi za sprzęt jakiś pokręcony dajecie. Nie możecie dać zwykłego Pentium z NE2000?". Gwoli wyjaśnienia, dali mi sprzęt markowy, Intela, a Barszczu potrafił tylko włączyć obsługę najpopularniejszej w tym czasie karty sieciowej. Nie sprawdził sieci, bo takowej w domu nie miałem. Byłem zażenowany jego zachowaniem, tym bardziej że po tym jak to powiedział powalił jeszcze trochę w klawiaturę i wyszedł trzaskając drzwiami. Czułem, że znowu tracę grunt pod nogami. Tyle pracy i biegania za serwerem, a teraz mogłem to stracić. Przeprosiłem za zachowanie kolegi i próbowałem uruchomić system sam. Niestety w Optimusie potrafili pracować tylko na Windows, a ja w tym czasie znałem Linux tylko od strony użytkownika. Przez godzinę siedziałem skulony przy serwerze próbując rozpaczliwie włączyć obsługę sieci. Pamiętam jak powiedziałem „Muszę się jeszcze tego nauczyć". Pamiętam jak podirytowany pracownik Optimusa, Jarek, powiedział „Żebyś wiedział i to szybko". Dostałem lekcję - opieranie się na pracy innych, nie znając szczegółów technicznych jest proszeniem się o kłopoty. Aby prowadzić dalej projekt technologiczny musiałem wszystko potrafić zrobić samodzielnie. Całe szczęście że ciągle nie miałem nic do stracenia. Tą nauką kierowałem się przez wszystkie kolejne lata. Zawsze robię najpierw coś sam, a dopiero kiedy to opanuję lub brakuje mi czasu, przekazuje zadanie pracownikowi.

Spakowałem z powrotem serwer do samochodu i byłem tak zdenerwowany, że wycofując uderzyłem w błotnik przyczepki. Facet zmęczony drogą zaparkował na poboczu i kimał w samochodzie. Przyczepka miała przekrzywiony błotnik, ale facet był tak zaspany, że tylko wyszedł coś pomamrotał. Zapytałem się go „czy jest ok?". Powiedział „tak" i wsiadł kimać dalej. Ja odjechałem. Myślę że kiedy całkowicie się obudził mógł być dosyć wściekły, że powiedział, że „jest ok". Na moje szczęście nie było śladu na plastikowym spojlerze i mogłem pojechać do domu. Ja ocaliłem cnotę bezwypadkowego kierowcy, którą notabene noszę dumnie do teraz. Po paru tygodniach tkwiłem ciągle w punkcie wyjścia. Czas płynął i wiedziałem że nie dostałem serwera jako podstawki pod paprotkę. Musiałem szybko zacząć się uczyć i koniecznie znaleźć nowego administratora. Barszcza nie widziałem od tego dnia przez kilka lat.

Część 3. - Konsekwencja w działaniu

Był 28 kwietnia, miałem z powrotem serwer od Optimusa. O 15:00 dostarczyłem go koledze ze studiów, Pawłowi. Poznałem go przez przypadek, bo siedział ze mną na Analizie (matematyka) więc zaczęliśmy rozmawiać parę dni wcześniej o tym co robię. Porozmawiałem z nim i dostarczyłem mu serwer. Zostawiłem mu go na parę dni, aby mógł wszystko dopracować. Paweł był samoukiem który również pasjonował się muzyką Hip-Hop, ale okazał się być dużo bardziej skutecznym administratorem. Po paru dniach na serwerze miałem poprawnie zainstalowany i skonfigurowany serwer WWW Apache na FreeBSD. 3 dni weekendu majowego spędziłem pracując do drugiej w nocy nad stroną dla jednego z klientów Optimusa, Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, która to pozwoliła mi zarobić pierwsze konkretne pieniądze na webmasterstwie i pozwoliła mi zrewanżować się częściowo Optimusowi. Pieniądze były potrzebne na rozwój portalu, więc przez najbliższych kilkanaście miesięcy podejmowałem się różnych zleceń aby zarobić jak najwięcej.

4 maja przyszedł wreszcie pamiętny dzień. O 10:15 miałem laboratoria z „języków maszynowych", a o 14:15 miałem ćwiczenia z „architektury systemów komputerowych". Ponieważ opuszczanie zajęć nie wchodziło w rachubę miałem 4 godziny na przeprowadzenie instalacji serwera. O 12:00 umówiłem się z Pawłem w nieistniejącej już kawiarence internetowej X-Zone. Spakowałem serwer i pojechaliśmy samochodem do Optimusa. Tym razem wszystko poszło w miarę sprawnie i po godzinie narodził się Hip-Hop.pl. Czas przyjścia na świat 4 maja 2000 roku, godzina 13:15. Serwer nazywał się scratch.hip-hop.pl (194.204.189.245), czyli wprawne oko zauważy klasę adresową TP. To prawda, serwer był podpięty do sieci Polpak-T 1 Mbit/s. Tę datę uznajemy za narodziny naszej firmy i od tej pory co roku świętujemy urodziny.

Następnego dnia, czyli 5 maja w miejsce strony zapowiadającej serwis w nocy próbowałem uruchomić pierwsze skrypty CGI. W tym czasie programowałem jeszcze w C++, przegrywając kody źródłowe na serwer, gdzie kompilowałem je i uruchamiałem. Zważywszy na to, że pracowałem w tym czasie na komputerze 486 na modemie 33,6kbps i wdzwanianym dostępie 0202122, tworzenie portalu było nie lada wyzwaniem. 9 maja, w dniu urodzin mojego brata siedziałem ja, Sebastian, Wojtek aka Dabon i Ania do 21:00 i planowaliśmy dalszy wygląd strony. Przede wszystkim jednak pracowaliśmy nad e-zine, czyli gazetą elektroniczną wysyłaną poprzez e-mail, która jak pamiętasz z pierwszej części opowiadania miała być filarem serwisu. Planowaliśmy wydać ją w ciągu paru najbliższych dni. Spotykaliśmy się co parę dni w różnym składzie i pracowaliśmy nad pierwszymi artykułami. W drugiej połowie maja zaczęliśmy pozyskiwać do naszej gazety autorytety takie jak DJ Twister, MCK, Penny, Cerber i inni. 18 maja DJ Twister w audycji VoDoo wspomina o powstającym portalu Hip-Hop.pl i od tego dnia rozpoczęło się nieustający proces reklamowania się. Oczywiście nie było mowy o płatnej reklamie. Rozpowiadaliśmy wszystkim, na lewo i prawo o serwisie, Dabon poprzez swoją mamę wydrukował plakaty, które naklejaliśmy w mieście. Ciekawym pomysłem było wydrukowanie kilkuset naklejek na papierze samoprzylepnym z napisem „WWW.HIP-HOP.PL" i jeżdżąc tramwajami i autobusami, naklejaliśmy je dosłownie wszędzie. Niektóre można spotkać po siedmiu latach nadal. Czasami ludzie z klimatów muzyki Hip-Hop mówią mi że załapaliśmy się na modę. Ale to nie jest prawda. W tym czasie istniało mnóstwo serwisów o dużo większej oglądalności. Pamiętam jak wszyscy mówili nam, że nie przewyższymy oglądalnością strony Enigma, która miała 300 UU dziennie. Prześcignęliśmy Enigmę już po paru miesiącach, mimo iż Enigmę prowadził Tytus, czyli jedna z bardziej znanych osób w środowisku, właściciela wytwórni Asfalt Records. Wszystko to wymagało ogromnej determinacji, byłem w gorącym okresie zaliczeń, na drugim roku studiów.

Niestety pod koniec maja stało się jasnym, że przemysł wydawniczy rządzi się innymi prawami niż informatyka i z obiecanych 20 artykułów mieliśmy tylko kilka. Czułem podświadomie, że odwlekanie wydania spowoduje, że wszystko się rozmyje. Ostatecznie, mimo wielkiego sprzeciwu Dabona, który wtedy był redaktorem naczelnym e-zine, przeforsowałem „wydanie" na przełom maja i czerwca. Od paru tygodni na stronie widniało pole zapisywania się na e-zine. Był to prosty skrypt w C++, który otwierał plik, dopisywał do niego podany przez użytkownika string. Ludzie trafiali na stronę często wpisując na ślepo adres strony lub znając nas z naklejek, plakatów i przekazów ustnych. Dzisiaj takie rozwiązanie wyda się wszystkim prymitywne, ale wspomnę tylko o tym, że programowania WWW uczyłem się z czytelni uczelnianej, czytając rozdziały albo połówki rozdziałów do książek do Linuxa. Coś takiego jak książki do programowania WWW nie istniały. Były tylko książki o HTML, DHTML itp. Nie było też Google, a reklamy w portalach było straszliwie drogie.

Strona www.hip-hop.pl w pierwszych tygodniach istnienia portalu

Widok na stronę www.Hip-Hop.pl w pierwszych tygodniach istnienia. Menu po lewej było bardziej manifestem tego co chcemy mieć na stronie niż tym co rzeczywiście na niej można było znaleźć.

2 czerwca po walce z systemem pocztowym od 14 do 21 udało mi się wysłać 1 numer gazety Hip-Hop.pl. Miał on postać archiwum ZIP spakowanych kilku stron HTML i grafik. Wiedziałem że musimy oszczędzać na rozmiarze. W tym czasie skrzynki miały po 1-2MB a więc rozmiar 280kB był maksimum. Do dzisiaj archiwum e-zine możesz pobrać ze strony http://www.hip-hop.pl/gazeta/ - przetrwały one wszystkie zmiany na portalu.

Czego nauczyły mnie wydarzenia z maja i czerwca? Dziś wiem, że nie wolno odwlekać w nieskończoność startu firmy ani jakiegokolwiek projektu. Ten styl pracy przetrwał przez lata. Zaczynamy z czymkolwiek, nawet jeżeli nie uda się zrealizować 100%, aby stopniowo ulepszać to co już osiągnęliśmy. Gdybyśmy czekali na uzbieranie się 20 artykułów czekalibyśmy do września. W tym czasie nasza marka nie istniałaby na rynku muzycznym, a w wakacje sporo się działo. Wydanie czegokolwiek pozwoliło nam nabrać pewności siebie funkcjonować jako byt. Przede wszystkim to, że ukazaliśmy się 2 czerwca, spowodowało, że wszyscy związani z Hip-Hop.pl dowiedzieli się, że to nie jest czcze gadanie. Cokolwiek by się działo, będziemy istnieli i będziemy realizowali swoje cele. Od 4 maja 2000 roku poza krótkimi przerwami technicznymi Hip-Hop.pl działa non stop, zmieniając serwery, administratorów, wygląd. Jednak nie ma takiego dnia, którym nie dodalibyśmy do niego jakiejś informacji, wyłączyli go na tydzień przy przenoszeniu serwera. W międzyczasie zniknęli wszyscy „ładniejsi", „mądrzejsi" lub „lepiej zorganizowani" konkurenci. Wystarczyło tylko pracować ciężko i czekać.

Ostatecznie ja sam dostrzegłem bardzo wielką różnicę pomiędzy sobą i wszystkimi innymi osobami zaangażowanymi w ten projekt. Miałem wolę, pragnienie. Potrafiłem wywierać presję. Byłem przez te wszystkie lata niczym metronom, który niezłomnie gna do równej pracy. Musiałem Czasami mam wrażenie że jestem niczym Mojżesz, który prowadzi swój mały naród przez morze, które się rozstąpiło. Nadal jest we mnie to samo pragnienie, konkurowania z większymi, ciągłego ulepszania, systematycznej pracy i nieprzerwanego rozwoju. To czego dokonałem było na prawdę niezwykłe. Nie miałem nic do zaoferowania tym ludziom wszystkim ludziom którzy współpracowali. Nie miałem pieniędzy, nie miałem żadnych profitów. Byliśmy nieznani, zbyt młodzi i zbyt niedoświadczeni. Jedyne co miałem to pasja i umiejętność motywowania. Wiedziałem, że większość ludzi chce mieć osiągnięcia, ale nie mają wystarczającej mobilizacji aby robić to co robią przez wystarczająco długi czas. Ja byłem dla nich zapalnikiem. Jeżeli ktoś zapytał się mnie co było kluczowe do zbudowania tego wszystkiego co mam dzisiaj, właśnie tą nieugiętość i determinację wskażę na pierwszym miejscu. Dzieje każdej firmy toczą się różnie. Zazwyczaj zmiany inicjuje przypadek. Ważne jednak aby był stale na posterunku, zawsze gotowy na kolejną falę, na której popłyniesz niesiony prądem.

Podobne artykuły


7
komentarze: 0 | wyświetlenia: 1101
7
komentarze: 18 | wyświetlenia: 805
83
komentarze: 25 | wyświetlenia: 71813
51
komentarze: 40 | wyświetlenia: 647499
44
komentarze: 37 | wyświetlenia: 14744
33
komentarze: 30 | wyświetlenia: 21265
30
komentarze: 22 | wyświetlenia: 40256
29
komentarze: 16 | wyświetlenia: 52977
29
komentarze: 15 | wyświetlenia: 22272
29
komentarze: 8 | wyświetlenia: 12982
29
komentarze: 16 | wyświetlenia: 17211
28
komentarze: 29 | wyświetlenia: 17875
26
komentarze: 34 | wyświetlenia: 22876
 
Autor
Artykuł



  oldml,  06/02/2008

Pomysł, znajomość programowania i koledzy, to już nie jest nic :)

  Nataniel,  12/06/2008

Wspaniały artykuł, muwiący o tym, że jak się bardzo chce, nawet jak isę prawie nic nie ma, można bardzo dużo zdziałać.
P.S. Muszę sam spróbować coś zdziałąć, to samo polecam wszystkim innym ;-)

Zwłaszcza że z większością żeczy opisanych powyżej nie ma już problemów, bądź zostały uproszczone czy dokładnie opisane i wytłumaczone w internecie ;-)

Nie jest teraz także problemem znalezienie pieniędzy na założenie strony, na początek można ją umieśić na darmowym serwerze, nie dającym wprawdzie pełni możliwości serwera płatnego, alę będącym dobrym rozwiązaniem na początek, zanim strona

...  wyświetl więcej

  android  (www),  08/05/2015

Dokładnie, takie problemy wtedy były. Szkoda że w tym czasie nie myślałem nad założeniem portalu tylko grałem w Unreal Tournament.

Bardzo ciekawy i motywujący artykuł :) W biznesie nie ma rzeczy niemożliwych

  moloton  (www),  10/09/2016

Intersujący ;)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska