Login lub e-mail Hasło   

Pierwsi ludzie w Ameryce

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://www.aries.com.pl/grzegorzj/lingwp(...)an.html
Niektóre dane zawarte w tym artykule zaczerpnięto z tekstu Pierwsi odkrywcy Ameryki pióra Waldemara Wieszyńskiego. Z badań genetycznych, pomimo pewnej ich ułomnośc...
Wyświetlenia: 7.855 Zamieszczono 07/10/2008

Niektóre dane zawarte w tym artykule zaczerpnięto z tekstu Pierwsi odkrywcy Ameryki pióra Waldemara Wieszyńskiego.

Z badań genetycznych, pomimo pewnej ich ułomności, wynika data powstania gatunku ludzkiego, a dokładniej czas, w którym istniał wspólny przodek wszystkich dziś istniejących ludzi. Udało się ustalić, że data ta zawiera się w przedziale 100 – 200 tysięcy lat. Nie wynika ona bynajmniej tylko z badań nad zmiennością genetyczną, ale udało się ją powiązać ze znaleziskami archeologicznymi, badaniami klimatycznymi itd.

Według scenariusza zwanego „pożegnaniem z Afryką”, około roku 80 000 p.n.e. pewne grupy ludzkie przekroczyły Bab el-Mandeb. Co prawda, inne grupy dotarły na Bliski Wschód nieco wcześniej, ale jak się wydaje, nie udało im się przetrwać. Wszyscy ludzie mieszkający poza Afryką mają natomiast wspólnego przodka, który około 80 000 lat temu żył w południowej Arabii. Wśród tej grupy znaleźli się też z dużą pewnością przodkowie wszystkich grup Indian. Niestety, drogi, jakimi docierali do Nowego Świata, a zwłaszcza chronologia ich wędrówki, owiane są mgłą tajemnicy.

W ciągu następujących 20 tysięcy lat doszło do migracji głównie w kierunku wschodnim, w wyniku czego ludzie znaleźli się w Australii. Przyczyny klimatyczne (susza uniemożliwiająca egzystencję na Pustyni Arabskiej) sprawiły, że rejon Bliskiego Wschodu został (ponownie) zasiedlony przez ludzi nieco później, może 50 tysięcy lat temu. Pewna fala osadnictwa dotarła także na północny wschód, w okolice Jeziora Bajkał. Prawdopodobnie te trzy rejony (Bliski Wschód + może Kaukaz, Syberia i Australia) stały się jądrami osadnictwa, w których doszło do ukształtowania się cech antropologicznych, określanych też jako cechy rasowe. Mamy rzecz jasna dowody, że ludzie wciąż krzyżowali się między sobą. Jednak fakt, że dziś mamy zróżnicowanie rasowe (którego nie zawsze można wytłumaczyć względami klimatycznymi, bo np. rasa „żółta” czyli mongoloidalna wykazuje przystosowania do życia na przedpolach lodowca, a mimo to zamieszkuje też tereny równikowe), świadczy dobitnie o tym, że w ciągu naszej historii doszło do powstania kilku centrów stanowiących układy przymknięte, tj. takie, że krzyżowanie zachodziło głównie wewnątrz nich.

Australia została skolonizowana, jak wskazują najnowsze odkrycia, już 60 tysięcy lat temu. Ponieważ nigdy nie była ona połączona pomostem lądowym z Azją, ludzie musieli dostać się tam na jakichś „jednostkach pływających”, dzięki którym udało się im przebyć około 100 – 150 km morza. Mówi się przy tym o przynajmniej dwóch falach osadniczych (Tasmańczycy byli przecież wyraźnie różni od australijskich Aborygenów), w każdym razie ludzie już wtedy posiedli umiejętność przebywania akwenów o sporej szerokości, takim lub innym sposobem. Nie ma zatem absolutnie żadnych przeszkód, aby założyć, że także zasiedlenie Ameryki odbywało się już w podobnym okresie.

Hrdlička, który twierdził, że pierwsi ludzie w Ameryce zjawili się jakieś 10 tysięcy lat temu w postaci jednej fali emigrantów znad Jeziora Bajkał, odszedł już niemal w zapomnienie. Dziś znane są stanowiska o wysokich datowaniach, które tezie Hrdlički przeczą wyraźnie. Oto niektóre z nich:

  • Boqueirao de Pedra Furada, Brazylia, 50.000 lat temu,
  • Taber, Alberta, Kanada (szkielet dziecka), 40.000,
  • American Falls, Idaho, 38.000,
  • Lewisville, Teksas, 38.000,
  • Complexe Hughes, płn.-zach. Kanada, 34.000,
  • Monte Verde, Chile, 33.000,
  • Orogrande, Nowy Meksyk, 28.000 lat temu.

Są naukowcy przeczący autentyczności tych znalezisk. I gdyby rzecz dotyczyła jednego stanowiska, należałoby im uwierzyć. Niektóre przynajmniej ze znalezisk o tak wysokich datach wyglądają jednak naprawdę wiarygodnie. Poza tym nie powinno wcale dziwić takie ich wysokie datowanie, bo przecież zgadza się ono świetnie z wynikami badań genetycznych, a także lingwistycznych, o czym poniżej. Ci, którzy nie uznają wyżej wymienionych znalezisk za autentyczne, czynią to z różnych powodów. Na przykład z powodu przekonania, że Ameryka była zasiedlona znacznie później (a więc z powodu wiary w autorytet Hrdlički). Takie uprzedzenia nie powinny w ogóle mieć miejsca w nauce… A jak twierdzi literatura przedmiotu, pewne znaleziska są odrzucane… bo odkryć dokonali Francuzi, a nie Amerykanie. To już przechodzi wszelkie pojęcie… ale niestety, nauka nie jest wolna od ideologii i polityki.

Nie przekonują natomiast rzekome znaleziska starsze niż owe 50 tysięcy lat. Po pierwsze, są one istotnie wątpliwe, po drugie rażąco nie pasują one do obrazu wynikającego z innych badań. A skoro nie da się ich dopasować do żadnego modelu, musiałyby one mieć niezbitą wymowę dowodową, aby poważnie się nimi zajmować. Tak jednak nie jest i dlatego uważa się ja za falsyfikaty, omyłki, a nawet mity (znaleziska te nigdy nie istniały i ktoś je wymyślił).

Teza o zasiedleniu Ameryki około 60 – 50 tysięcy lat temu nie jest natomiast niemożliwa do przyjęcia. W tym samym czasie ludzie zasiedlili Australię i również musieli używać do tego celu jednostek pływających. Zresztą, jak podają wiarygodne źródła, około 70 000, 32 000 i 18 000 lat temu doszło do zestalenia takiej ilości wody oceanicznej w postaci czap lądolodów, że istniał korytarz lądowy między Azją a Ameryką. Beringia, bo takim terminem ochrzczono ów zatopiony obecnie ląd, była porośnięta stepo-tundrą, a zatem stanowiła atrakcyjne miejsce do życia dla paleolitycznych łowców i zbieraczy. Godne podkreślenia jest przy tym, że w okresie Hrdlički (10 000 lat temu) Beringia najprawdopodobniej już nie istniała.

Nie wiadomo, czy podobnie dogodne warunki istniały akurat 50 tys. lat temu, Beringia była bowiem okresowo zatapiana. Jeżeli jednak wówczas Cieśnina Beringa nie wyłaniała się w postaci lądowego przejścia, zasiedlenie Ameryki było i w takim przypadku prawdopodobne, czego dowodzi fakt kolonizacji Australii, które na pewno dokonało się drogą morską.

Wśród Indian Ameryki Południowej odnaleziono jakoby cechy antropologiczne nawiązujące do mieszkańców Australii (plemiona Botocudo), i na tej podstawie opracowano alternatywną hipotezę o kolonizacji Ameryki Południowej przez Pacyfik. Jednak łatwiej przebyć kilkadziesiąt kilometrów cieśniny na prymitywnych tratwach skleconych z pni drzew niż kilka tysięcy kilometrów otwartego oceanu. Jeśli więc odrzucimy niewiarygodną hipotezę istnienia Mu, kontynentu na Pacyfiku, który zatonął pod jego falami jeszcze przed wyłonieniem się Atlantydy, jedyną możliwą drogą dotarcia ludzi do Ameryki pozostanie jednak Cieśnina Beringa. Już bardziej prawdopodobne od podróży przez Pacyfik były podróże psimi zaprzęgami z Europy po obrzeżach arktycznego lodowca, jednak tego rodzaju wyprawy (sugerowane przez niektóre badania genetyczne) miały raczej miejsce w epoce znacznie bliższej współczesności.

Skoro ludzie rasy australoidalnej dotarli do Australii, mogli dotrzeć i do Ameryki. Oczywiście sama możliwość o niczym jeszcze nie przesądza. Jednak fakt opisania plemion o wyraźnych cechach australoidalnych przeczy zdecydowanie tezie Hrdlički o pojedynczej kolonizacji Ameryki i o genetycznej jedności Indian. Z punktu widzenia lingwistyki jest niemal pewne, że do Ameryki musieli dotrzeć nosiciele różnych języków, bo pokrewieństwa między różnymi rodzinami językowymi Indian nie ma praktycznie żadnego, za to znaleziono związki z różnymi grupami zewnętrznymi.

Z badań nad cechami antropologicznymi i genetycznymi Indian, a także – przede wszystkim – z badań lingwistycznych, wyłania się obraz następujący:

1) Było kilka fal zasiedlenia Ameryki, nie jedna ani nie dwie. Nieprawda, że wszyscy Indianie są niemal jednakowi i że wszystkich da się wywieźć od jednego przodka, który przybył z okolic jeziora Bajkał. Na przykład pomiędzy językami Ameryki Południowej istnieją takie różnice, że muszą liczyć one sobie co najmniej 20 tysięcy lat, a może i znacznie więcej (zob. tutaj). Niektórzy twierdzą, że jeżeli w ogóle języki te są spokrewnione, to na pewno ich wspólny przodek istniał więcej niż 20 tysięcy lat temu, równie dobrze różnice mogą jednak sięgać czasów wyjścia ludzi z Afryki. Greenberg doszedł co prawda do wniosku (zob. np. tutaj), że jednak większość języków Indian łączy pewne pokrewieństwo (teza ta jest mocno kwestionowana przez specjalistów), ale nawet on podkreśla odrębność jednej z grup, mianowicie Na-Dene, i pod tym względem przeczy tezie Hrdlički o jednej i niezbyt dawnej fali migracyjnej.

a) Najdawniejszą falę zasiedlenia stanowią ludy Tinigua, Omurano, Nambikuara o swoistej i bardzo prymitywnej kulturze, mówiące językami rodziny Guamo-Chapacura i mieszkające w Brazylii. Prawdopodobnie pozostałością po tej bardzo starej fali kolonizacyjnej są też plemiona z Ziemi Ognistej i okolic: Alacaluf, Ona, Yamana.

b) Drugą falę stanowią ludy mówiące językami fyli Ge-Pano-Karibi, mieszkające w Brazylii, ale i na Karaibach.

c) Trzecia fala to plemiona Arawak.

d) Czwartą stanowią Quechua, Aymara (wliczając Inków…), ale także Zuñi i Tarasca (z Meksyku i USA: widać tu wyraźnie kierunek migracji z północy na południe; od głównej fali oddzielają się poszczególne „odpryski”, niektórym udało się przetrwać do czasów współczesnych). Dla do tej pory wymienionych grup językowych nie znaleziono dotąd żadnych zewnętrznych powiązań.

e) Piąta fala to ludy penuti-majańskie oraz Chibcha i Tucano, zasiedlające głównie Amerykę Środkową. Wysunięto hipotezę o związkach języków penuti z uralskimi, zob. tutaj.

f) Kolejną falę miałyby stanowić ludy Hoka, a także Dakota (Siuksowie), Muskogi, Irokezi i Tlapanatec (USA i Meksyk). Istnieją lingwistyczne przesłanki, że języki tych ludów mają związek z językami polinezyjskimi, czy szerzej, austronezyjskimi lub wręcz austryjskimi. Związków antropologicznych z ludnością melanezyjską doszukano się również wśród plemion zamieszkujących płd. Kalifornię. Można więc zaryzykować tezę, że jakiś odłam ludów spokrewnionych z dzisiejszymi Austronezyjczykami przedostał się w dawnych czasach (rzędu 10 tysięcy lat temu lub dawniej) do Ameryki Północnej, a pozostałości jego dziedzictwa pozostały do dziś tak w sferze języka, jak i w cechach fizycznych. Być może należy wykluczyć wyprawy transoceaniczne przy pomocy tratw już w tym okresie. Warto przecież przypomnieć sobie, że historia zasiedlenia Polinezji liczy się raczej w setkach niż tysiącach lat. Ta sama siła, która wypchnęła ludy austronezyjskie z Azji Płd.-Wsch. (gdzie dziś szuka się ich krewnych wśród ludów tajskich) na Formozę (Tajwan), a następnie na Indonezję i dalej na wyspy Pacyfiku (i Oceanu Indyjskiego – Madagaskar!) mogła jednak „przepchnąć” jakąś ich grupę przez Beringię.

g) Następną falę stanowią Aztekowie, Jutowie i Szoszoni.

h) Dla jeszcze następnej fali, obejmującej ludy algijskie: Wiyot, Yurok, Beothuk i Algonkinów (w tym Czejenów, Czarne Stopy i Mohikanów), a być może także szereg innych grup, doszukano się również określonych związków językowych z mieszkańcami Azji. Z językoznawczego punktu widzenia grupa ta pozostaje wewnętrznie niejednorodna (w szczególności obecnie raczej odrzuca się sugerowane kiedyś pokrewieństwo języków almosańskich obejmujących języki algonkińskie, izolat kutenai i języki mosańskie: Wakash, Salish, Chimakuan), nie mogą więc dziwić różne i wielokierunkowe związki zewnętrzne. I tak, dopatrywano się podobieństw pomiędzy językami Wakash a językami ałtajskimi (turkijskie, mongolskie, mandżu-tunguskie, koreański i japoński) i izolowanym językiem Niwchów (Giliaków) używanym nad Amurem, a także z językami czukocko-kamczadalskimi. Niedawno pojawiła się hipoteza (sformułowana przez Szeweroszkina), że szczególne pokrewieństwo wiąże języki z grup Wakash i Salish z grupą awaro-ando-cezyjską języków północno-wschodnio-kaukaskich.

i) Znaleziono też o wiele silniejsze argumenty za pokrewieństwem rodziny Na-Dene (Haida, Tlingit, Eyak oraz Atapaskowie, z których najbardziej znani są Nawaho czyli Apacze – przy czym przynależność Haida do tej grupy bywa mocno kwestionowana) z językami północnokaukaskimi, a po drodze także z buruszaskim (izolowany język w zach. Himalajach), jenisejskimi (Ketowie), a prawdopodobnie też z rodziną chińsko-tybetańską. Szczególnie dobrze umotywowane wydaje się ostatnio pokrewieństwo zarówno językowe, jak i genetyczne Tlingit, Eyak, Atapasków i ludów jenisejskich. Spotykany gdzieniegdzie pogląd, że dla języków indiańskich udało się odszukać pokrewne języki w Azji, co jakoby potwierdzało hipotezę Hrdlički, polega właśnie na nieuzasadnionej generalizacji odkrycia pokrewieństwa Na-Dene-(chińsko)-kaukaskiego. A przecież ludów Na-Dene nie można identyfikować z Indianami w ogóle, bo stanowią tylko jedną z wielu grup rdzennych mieszkańców Ameryki. Należy podkreślić wyraźnie, że dla innych języków (może z wyjątkiem Penuti, Hoka, Wakash i Salish) nie udało się takich związków odnaleźć.

j) Najmłodszą falą osiedleńczą (nie licząc kolonizatorów z Europy) są Aleuci i Inuici (Eskimosi), których w Ameryce zalicza się do Indian, a u nas nie.

2) Badania grup krwi i innych cech mierzalnych (mówiąc w skrócie) pokazały, że zasiedlanie Ameryki rzeczywiście odbywało się w wielu falach, a grupy młodsze najczęściej nakładały się na starsze tak, że niewiele dawnych cech dziś pozostało. Dlatego antropologicznie Indianie sprawiają wrażenie grupy jednorodnej. Teza, że genetycy udowodnili, że wszyscy Indianie wywodzą się od jednego przodka, który przekroczył Beringię 20, a może i 10 tysięcy lat temu, jest nieprawdziwa i nieuzasadniona. Taka sugestia istotnie została postawiona, ale moim zdaniem argumenty nie są wcale przekonujące. Jestem przekonany tylko do jednego: około 10 tysięcy lat temu (jak chciał tego Hrdlička) do Ameryki dotarła duża fala osadników z Azji, którzy dosłownie zalali większość Ameryki, krzyżując się z ludami, które były tam wcześniej (określanymi mianem Paleoindian) i powodując, że dziś większość Indian nosi w swoich genach ich cechy.

3) Wśród Indian odnaleziono 4 odrębne główne typy antropologiczne, o których sądzi się, że nie wytworzyły się na miejscu, lecz zostały zaimportowane z Azji:

a) paleoamerykański, występujący dziś w Nowej Anglii i na „środkowym wschodzie” USA, a także w Boliwii, Paragwaju oraz w płd. Brazylii, w Argentynie i w Chile,

b) arktyczny, występujący – jak sama nazwa mówi – na Alasce i w Kanadzie, ale także w płn. Chile (!), wsch. Brazylii i środkowej Argentynie,

c) pacyficzny, występujący – znów zgodnie z nazwą – wzdłuż zach. wybrzeża całego łańcucha Kordylierów i Andów (od Alaski po Chile), ale także w kilku wyspach porozrzucanych tu i ówdzie (środkowo-wschodnie USA, wsch. Wenezuela i Gujana, Boliwia, Paragwaj, wreszcie Urugwaj i sąsiadujące tereny Brazylii i Argentyny),

d) krótkogłowy typ azjatycki – jedyny, który spotkać można niemal wszędzie, z wyjątkiem wschodnich terenów Kanady i USA oraz samego południa Ameryki Południowej.

Taki właśnie obraz popiera w pełni tezę o wielofalowym zasiedlaniu Ameryki, z czego tylko ostatnia fala (za to najszerzej rozlana) ma wyraźne związki z (dzisiejszą) Azją. Oczywiście poprzednie fale ludności też przyszły z Azji, ale… o wiele wcześniej. I nie były tak ekspansywne, jak fala ostatnia.

4) W popularnej literaturze można spotkać informacje o związkach Indian z rasą białą. Są one nieco mityczne, i trudno jest dotrzeć do wiarygodnych danych. Słynne znalezisko człowieka z Kennewick (wiek 9500 lat) ma natomiast cechy Ajnów, a nie ludzi „rasy nordyckiej”. Ajnowie wykazują co prawda pewne zbieżności z Europeidami, ale raczej nie są z nimi tożsami. Niektórzy doszukują się ich podobieństwa do Weddów (Cejlon) i Papuasów. Na pewno mają niewiele wspólnego z Mongoloidami. W każdym razie około roku 7500 p.n.e. w Ameryce z całą pewnością żyli ludzie zupełnie niepodobni do dzisiejszych Indian.

5) Około roku 8000 p.n.e. pojawiają się, w Ameryce pierwsi ludzie używający ząbkowanych grotów strzał i innych wytworów zaawansowanej kultury mikrolitycznej. Wynika stąd prosty wniosek, że poprzedni mieszkańcy na pewno przyszli do Ameryki z inną falą osadniczą. Znów jest to rażąco sprzeczne z nieuzasadnioną tezą, że wspólny przodek wszystkich Indian mieszkał nad Jeziorem Bajkał. Ponadto, przynajmniej ten element indiańskiej kultury nie jest rdzennie amerykański, lecz przedostał się do Ameryki z zewnątrz wraz z jedną z kolejnych fal osiedleńczych.

6) Najstarsze szczątki ludzkie z Ameryki znajdowano w towarzystwie kości psów. Jak to się więc stało, że Indianie zasadniczo nie znali psa? O ile mi wiadomo, jedynymi, którzy hodowali psy, byli Inkowie. Stawia to rzecz jasna masę pytań, na które trudno znaleźć odpowiedzi. Czy pies przedostał się do Ameryki już z pierwszymi osadnikami, czy został przywleczony dopiero przez późniejsze fale migracyjne? Dlaczego nie rozpowszechnił się w Ameryce, przecież jest zwierzęciem dla człowieka użytecznym, a zwłaszcza dla myśliwych? I wreszcie: skąd pies u tajemniczych w gruncie rzeczy Inków? Są hipotezy, które wiążą Inków i psa z dotarciem do Ameryki Wikingów… Faktem jest także, że Inkowie byli traktowani przez swoich poddanych jako obcy, przybysze. Czy zatem mogło być tak, że pies dotarł do Ameryki wraz z jedną z fal kolonizatorów, a następnie z jakichś przyczyn wymarł? A gdy Wikingowie przywieźli to zwierzę ze sobą (i jeśli przywieźli…) do Winlandii, po wielu perypetiach i kilkuset latach dotarło ono do Andów wraz z tajemniczymi Inkami….

Zbyt mało jest danych, aby stworzyć tu jakąś sensowną i nie nazbyt fantastyczną hipotezę. Niemniej jednak sam problem wydaje się ciekawy i wymagający dalszych badań. A może psa przywieźli do Ameryki Polinezyjczycy?

7) Kontaktów Indian z zewnętrznymi ludami („odkrywanie Ameryki przed Kolumbem”) nie można dłużej uważać jedynie za mało wiarygodną hipotezę. Nie można też twierdzić, że kontakty te nie oddziałały na kulturę Indian, choć wpływ ten w żadnym chyba przypadku nie był dominujący, a wręcz odwrotnie, uległ przemożnym oddziaływaniom kultur lokalnych. Mamy nie poszlaki, ale dowody takich kontaktów. Niekiedy wręcz są to dowody niezbite i dlatego nie można twierdzić, że jakieś ludy co najwyżej przypadkiem dotarły na jakiejś kłodzie do Ameryki. Prawdopodobnie chodzi tu o planowe wyprawy, a także w jednym przypadku o coś, co można określić jako akcję osiedleńczą. Ograniczymy się tu do przypadków, które podważyć może jedynie ignorant lub człowiek głuchy na wymowę argumentów.

a) Zapewne około roku 1000 n.e. do Ameryki dotarli Polinezyjczycy. Przywieźli ze sobą banany i palmy kokosowe, a zabrali ze sobą do domu ziemniaki i bataty. Inaczej nie da się wyjaśnić dzisiejszego rozmieszczenia tych roślin. Poza tym wpływ obu kultur nie był znaczny, a dane o wpływie językowym są nieprzekonujące, chyba, że kontakty polinezyjsko-indiańskie doprowadziły do powstania Inków, którzy nie stanowili narodu, ale coś w rodzaju kasty rządzącej w swoim późniejszym państwie. To już jednak tylko hipoteza.

b) W mumii Ramzesa II odkryto pozostałości tytoniu i koki. Jak wiadomo rośliny te nie rosną w Egipcie. Tworzenie ad hoc hipotez, że badający zwłoki faraona badacze zanieczyścili materiał palonymi papierosami albo że jakieś rośliny zawierające nikotynę rosły kiedyś jednak w Egipcie – jest po prostu zabawne. Jest to dowód kontaktów Egipcjan z Ameryką Południową. Może nam się to podobać lub nie, ale ktoś ze Starego Świata dopłynął w czasach Ramzesa do Ameryki i przywiózł stamtąd specyfiki cenione zapewne znacznie wyżej niż złoto, które uznano za godne użycia do zabalsamowania zwłok władcy.

c) Kamienne głowy Olmeków mają rysy negroidalne, a w sztuce Mezoameryki pojawia się element, w którym każde dziecko rozpozna trąbę słonia, zwierzęcia, o którym w czasach, gdy sztukę tę tworzono, nie mogło w Ameryce pozostać nawet blade wspomnienie. Spotyka się także przedstawienia brodatych mężczyzn z wydatnymi, haczykowatymi nosami, których na próżno by szukać wśród Indian. To rzecz jasna jeszcze nie dowody, bo niektórzy w trąbach słoni widzą dzioby papug, a negroidalne rysy olmeckich rzeźb tłumaczą właściwościami narzędzi lub materiału. Takie tłumaczenia są tak bardzo naciągane, że nie można ich po prostu zaakceptować. Gdzie jednak dowód? Otóż wśród najstarszych szczątków Olmeków około 15% zidentyfikowano jako Murzynów afrykańskich, a 30% jako przedstawicieli rasy białej, być może Semitów. I nie dokonał tych pomiarów jakiś fantasta, ale polski profesor antropologii Wierciński.

Gdyby stwierdzono istnienie tylko jednego z tych faktów, być może należałoby stworzyć jakąś naciąganą hipotezę. Ale skoro występują one w całym zespole – czyli tworzą swoisty kontekst – trzeba z pokorą przyznać, że w tworzeniu cywilizacji Olmeków uczestniczyli ludzie z zewnątrz, około 1300 roku p.n.e., oczywiście ze sporym udziałem miejscowych. Cały splot okoliczności wskazuje, ze ludźmi tymi byli prawdopodobnie kupcy feniccy, którzy do Ameryki dotarli wraz z Nubijczykami, być może wioślarzami na ich okrętach. Stąd przedstawienia mężczyzn o semickich rysach, stąd kamienne głowy o murzyńskich cechach, stąd słonie, które według niektórych mają skrzydła i dzioby zamiast trąb, stąd wreszcie takie a nie inne właściwości szczątków ludzkich.

Hipoteza kontaktów fenicko-olmeckich nie tylko nie jest nieprawdopodobna, ale wręcz świetnie pasuje do wszystkiego, co wiemy o Fenicjanach. Nie ma tu nawet o czym dyskutować, gdyż dowody w postaci kości o określonych cechach są bezsporne. Co najwyżej można by rozważać, czy to na pewno byli Fenicjanie i jaką rolę odgrywali ludzie o cechach murzyńskich, bo tego nie można być pewnym.

Do tego warto dodać kilka dalszych szczegółów. Otóż z czasem ilość pochówków o wyraźnych cechach obcych maleje. Zatem do Mezoameryki musiała dotrzeć duża grupa Semitów i Murzynów, lecz później kontakty urwały się. Miejscowi ulegli zaś całkowitej asymilacji, także biologicznej. Ciekawe, że w tych czasach pojawiła się w Ameryce idea pisma i wznoszenia piramid, które niektórzy – dzieląc włos na czworo – wolą nazywać kopcami. Warto też uświadomić sobie, że sztuka budowania piramid nie wygasła wraz z końcem Starego Państwa w Egipcie, lecz była kontynuowana właśnie w Nubii. Jeżeli do Mezoameryki dotarli Nubijczycy, przynieśli ze sobą ideę, która została następnie zrealizowana w lokalnym wydaniu w takiej formie, jaką dziś można podziwiać.

Domniemanie takie nie jest bynajmniej konieczne, bo takie cechy kultury egipskiej jak budowanie piramid czy mumifikacja zwłok były znane i w Ameryce i to przed okresem rozwoju egipskiej cywilizacji. Można jedynie postawić hipotezę, że kontakty Nubijczyków z Indianami doprowadziły do ożywienia, wzmocnienia idei znanych obu kulturom. Akurat w Mezoameryce chyba nikt nie wznosił piramid przed okresem Olmeków. Hipoteza przeniesienia idei z Nubii byłaby więc bardziej prawdopodobna.

Podobne artykuły


16
komentarze: 11 | wyświetlenia: 2027
14
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1792
11
komentarze: 59 | wyświetlenia: 586
10
komentarze: 4 | wyświetlenia: 2408
10
komentarze: 8 | wyświetlenia: 2430
8
komentarze: 26 | wyświetlenia: 427
7
komentarze: 41 | wyświetlenia: 2031
7
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1256
7
komentarze: 30 | wyświetlenia: 2846
7
komentarze: 89 | wyświetlenia: 490
123
komentarze: 51 | wyświetlenia: 137629
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2017 grupa EIOBA. Wrocław, Polska