Login lub e-mail Hasło   

1918 - odrodzona Polska jako dzieło kolaborantów

Zniewolenie zawdzięczamy wojennym sojusznikom. Jaki głębszy sens ma wymierzanie "sprawiedliwości dziejowej" przez jednych Polaków na drugich? Jak to bywało w naszej historii?
Wyświetlenia: 1.293 Zamieszczono 16/11/2008

© Edward M. Szymański: 1918 – odrodzona Polska jako dzieło kolaborantów

 

Tytułem objaśnienia

           Artykuł niniejszy  ma  już swoją skromną historię. Przesłałem go  swego czasu do różnych osób, gdy ważyła się ustawa o lustracji. Jego zawartość przetrwała próbę czasu i jest to powód do satysfakcji, że pewne zjawiska udało mi się antycypować i przed nimi przestrzegać. Jednak z punktu widzenia obywatela jest to satysfakcja wyjątkowo marna.

           Rzeczywistość przerosła oczekiwania.

           Interesowały mnie w poniższym fragmencie problemy rozliczeń z przeszłością głównie w aspekcie kondycji polskiego państwa w relacjach z jego geopolitycznym otoczeniem, byłymi zaborcami, a mniej niebezpieczeństwa wewnętrzne, jakie mogą wynikać z naturalnych ciągot do wymierzania „sprawiedliwości dziejowej, jakie zwykle towarzyszą rewolucyjnym zmianom. Te naturalne ciągoty wytworzyły  warunki do narodzin mechanizmu kozła ofiarnego, o czym pisałem w poprzednim artykule [„Jak urządzić uroczystość z kozłem ofiarnym?”].

           Nie dziwi mnie, że na te wewnętrzne niebezpieczeństwa zwrócił uwagę psychiatra z wykształcenia, jakim jest Joaquin Navarro-Valls. „Materia polityczna” jest niezwykle skomplikowana, a jej makroskopowy  ogląd z pozycji byłego rzecznika Watykanu, pozwolił dostrzec,  jak setki tysięcy indywidualnych motywacji, nawet niekoniecznie jawnie artykułowanych, mogły zrodzić mechanizm kozła ofiarnego, który innym obserwatorom uszedł uwadze. Mechanizm, w którym nie wszyscy chyba świadomie uczestniczą.

          Państwo watykańskie dziedziczy ogrom doświadczeń i przemyśleń nad sprawami globalnych i lokalnych przemian, ich przyczyn i skutków,  dzięki czemu potrafi i dziś zachować swą intelektualną niezależność i dystans do wielu spraw.. Doświadczenia polskie są w tym zestawieniu niezwykle skromne. Przez ostatnie dwieście lat tylko epizodycznie, tylko jeden raz mieliśmy warunki do rozwijania suwerennej myśli o sprawach państwowych nie z pozycji aspirantów do niepodległości, ale z pozycji tych, którzy ją z pozytywnym skutkiem odzyskali oraz potrafili ją przynajmniej przez pewien czas utrzymać.

         Ten wyjątkowy casus w naszej historii pozwolił mi na dość nietypową próbę podejścia do zagadnienia „sprawiedliwości dziejowej”, właśnie z wyraźnym akcentem na kwestie bezpieczeństwa związane z koniecznością  współistnienia z dawnymi państwami zaborczymi. Pragnę zwrócić  uwagę Czytelników, że nie uważam, iż wyczerpałem problem pod jakimkolwiek względem. Tego chyba nigdy uczynić się nie da, ale nie oznacza to, iż nie należy podejmować wysiłków w tym kierunku.

         Starsze pokolenie zafundowało sobie piekło podejrzeń, rozliczeń, podsłuchów, nagrań. Klasie politycznej zabrakło intelektualnego dystansu do niezwykle trudnych spraw.

         Cyfry 152 i dalsze, to po prostu numery podrozdziałów szerszego reportażu, który zasygnalizowałem w artykule „Wojna polsko-jałtańska – ekspozycja problemu”. Różne inne wytłuszczeniaw tekście, podobnie jak zwiększenie ilości akapitów są próbą  jego edytorskiego usprawnienia wynikającą z charakteru niniejszego serwisu.

152. 123 lata kolaboracji, donosicielstwa i oporu

       Przeszło sto lat żyli Polacy w obcych im strukturach państwowych, ponieważ własne kiedyś utracili. Szkolna edukacja historyczna akcentuje głownie powstańcze zrywy, walkę z germanizacją, rusyfikacją, walkę o polskość. Ale przecież jest i druga strona medalu.

       Każde z zaborczych państw wykształciło własne sposoby utrzymywania w ryzach polskie aspiracje niepodległościowe. Czy to oznacza, że w każdym miasteczku czy wsi utrzymywali oni garnizon wojskowy lub policyjny, aby utrzymywać zdefiniowany przez siebie „porządek”? Nie. To byłoby zbyt kosztowne,  taniej byłoby wybić wszystkich Polaków do nogi. Nikomu to, na szczęście, wtedy jeszcze do głowy nie wpadło, ale jednak rodzi się pytanie: jakie mechanizmy zaborcy stosowali z korzystną dla siebie skutecznością przez przeszło sto lat?

       Choć szczegółowa konstrukcja tych mechanizmów w każdym z zaborczych państw była różna, bo były to dość różne państwa, to we wszystkich u podstaw ich sukcesu (a naszego nieszczęścia) leżało odwoływanie się do interesów ekonomicznych. Po rozbiorach wprowadzili na „swoich” terenach swoje porządki administracyjne, robili to sukcesywnie chociaż dość szybko. Kto nie chciał tego zaakceptować, emigrował.

       Po całej Europie rozlewała się fala polskiej emigracji politycznej. Ale przecież nie mogła wyemigrować cała Polska. Ci, co zostali, musieli z czegoś żyć, gdzieś mieszkać, uczyć się, a to oznaczało, że musieli się włączyć w struktury gospodarcze,  administracyjne i polityczne obcych im państw. Postęp cywilizacyjny między końcem XVIII wieku,  a początkiem XX. był ogromny i zaborcze państwa, każde na swój sposób, ten postęp uwzględniały oraz go współtworzyły. Jeśli Polacy nie chcieli żyć w rezerwatach cywilizacyjnych jak Indianie w Ameryce czy aborygeni w Australii, to musieli się w rozwój tych nie swoich państw zaangażować. Innymi słowy, posługując się dzisiejszą terminologią, musieli kolaborować z okupantami. „Kolaboracja” to niegdyś tyle, co „współpraca”, bez jakichś negatywnych skojarzeń. Dopiero z czasem termin ten nabrał negatywnych konotacji i zaczął odnosić się do współpracy z niechcianą władzą.

         Żadne władze okupacyjnych państw nie były naiwne. Inaczej nie byłyby okupantami tak długo. Każde państwo, aby istnieć, aby się nie rozpadło, musi dysponować wiedzą o sobie samym i o swoim otoczeniu. Mówiąc ogólnie i nieco eufemistycznie, władze każdego państwa muszą mieć swój wywiad wewnętrzny i zewnętrzny.

         Co oznacza, że muszą mieć wywiad wewnętrzny? To oznacza że władze państwowe muszą mieć jakieś źródła informacji o tym, co jego obywatele robią i co zamierzają robić. W państwach niepodległych, o ustabilizowanym ustroju, wywiad ten jest bardzo dyskretny i dla większości jego obywateli właściwie nieodczuwalny. Nawet nie muszą wiedzieć, że w takim wywiadzie uczestniczą. Oni sami mogą o sobie mówić, co robią i co zamierzają. Sami mają orientację i poczucie tego, co wolno, a co nie. I to wystarcza. Jeśli zaś mówią o kimś, to w ramach swojego poczucia powinności obywatelskich, gdy uważają, że sytuacja tego wymaga. Nawet nie muszą z tego tytułu odczuwać jakiegoś wewnętrznego dyskomfortu, gdyż jest to ich państwo, będące ich dobrem wspólnym.

           Inaczej się rzeczy mają w przypadku państwa obcego. Jego władze nie mają zaufania do części obywateli, których podejrzewają, nie bez racji, o niepodległościowe skłonności. Rozwijają więc wśród nich bardziej intensywnie, mniej lub bardziej zinstytucjonalizowaną, sieć wywiadu wewnętrznego. Pojawia się  donosicielstwo szczególnego rodzaju,  z jego tysięcznymi i mało sympatycznymi obliczami, wzajemna podejrzliwość i nieufność

153. 1918 – państwo polskie jako dzieło kolaborantów

            II Rzeczpospolita wyłoniła się po światowej zawierusze wojennej niczym Feniks z popiołów. Niemal dosłownie. Powstała po przeszło 120 latach nieistnienia. na pobojowisku walczących z sobą zaborców Mimo, że państwo to powstało jako przeraźliwie pod względem gospodarczym biedne, było jednak państwem strukturalnie nowoczesnym, ze sprawnie działająca administracją, wojskiem, policją, parlamentem, konstytucja, systemem bankowym itd., zdolne od razu do sprostania wymogom swego czasu, także zdolne do czynu zbrojnego.

          Dziś zdumienie musi budzić tempo, w jakim znani ze swej skłonności do swarów, pieniactwa, a nawet awanturnictwa Polacy swoje państwo, najbardziej przecież cywilizacyjnie złożoną instytucję, budowali. Skąd wiedzieli, jak się buduje od podstaw nowe państwo, co trzeba zrobić, aby ono sprawnie funkcjonowało?

         Odpowiedź jest zaskakująco prosta. Budowniczowie polskiego państwa wnieśli swoje najlepsze doświadczenia zdobyte w kolaboracji z państwami zaborczymi. Polscy żołnierze, politycy, administratorzy, którzy dotąd awansowali dzięki służbie w państwach zaborczych teraz całe swoje doświadczenie poświęcili budowie państwa własnego. Łatwo to zauważyć choćby na przykładzie polskiej armii. Duża część jej dowódców wcale nie najniższe stopnie wojskowe zdobywała w obcych armiach. Ale może dzięki temu np. polski wywiad wojskowy niemal natychmiast stał się jednym z najlepszych w Europie. Już w czasie wojny polsko-bolszewickiej z powodzeniem sięgnął po techniki łamania szyfrów. Późniejszy, spektakularny polski sukces Enigmy miał więc znacznie wcześniej swój precedens.

       Czy ten pierwszy sukces byłby możliwy dzięki dyletantom? Polska zawdzięcza go wysokiej klasy profesjonalizmowi, który nie rodzi się z dnia na dzień. A ten profesjonalizm wziął się z praktykowania w strukturach państw zaborczych. Działalność już na rzecz własnego państwa motywowała do twórczego, innowacyjnego wykorzystania zdobytych doświadczeń.

154. Problem rozliczeń i lustracji, a II Rzeczpospolita

        Wcale nie aniołowie zbudowali nowe państwo. Za sto dwadzieścia lat niewoli byłoby kogo rozliczać i za co. Wiele karier, awansów, fortun zrodziło się dzięki podłości, zdradzie polskich interesów, donosicielstwu, wysługiwaniu się zaborcom, konfiskacie polskich majątków. Mimo tego problem „grubej kreski”, ani problem lustracji,  tak jak one są dziś potocznie rozumiane, nie zostały nawet jasno wyartykułowane jako jakoś znaczące postulaty czy programy polityczne. A przecież gdyby  się przyjrzeć literaturze, dyskusjom rozrachunkowym z tych czasów i wcześniejszych, zwłaszcza po kolejnych powstaniach, to trudno byłoby obronić tezę, że nie było świadomości tych problemów.  Dlaczego tak się stało? Pytanie może wydawać się trochę dziwaczne, bo zakłada ono jakąś konieczność czy potrzebę pojawienia się takich postulatów lub programów politycznych.

        Dziwaczne, ale tylko trochę! Bo jeśli różne rozliczeniowe wątki w literaturze się pojawiały (niech Czytelnik pozwoli mi odwołać się tu do Jego ogólnego wykształcenia), to znaczy, że istniało poczucie takich potrzeb. Dlaczego więc nie znalazły one swojego politycznegowyrazu w bardziej znaczącej, ogólnopaństwowej skali? Dlaczego nie powracały na publiczne forum przez kilkanaście lat? Poniższe partie rozważań mogą budzić niesmak  historyków, dla których wszelka „gdybologia” jest mało poważnym zajęciem. Ale niniejsze opracowanie niekoniecznie akurat wyłącznie to grono ma na uwadze, a w polityce myślenie kategoriami alternatyw nie jest żadną fanaberią, ale jest wręcz obowiązkiem. Jeśli ktoś chce myśleć samodzielnie, a nie powtarzać lub przyjmować bezrefleksyjnie tego, co inni mówią, to  na czymś takie alternatywne myślenie trzeba ćwiczyć. Tym bardziej, jeśli ktoś chce o czymś decydować lub współdecydować. Z uwagi na ten „ćwiczeniowy” charakter rozważań ewentualny zarzut, że trudno udowodnić istnienie kogoś, kto myślał w sposób niżej przedstawiony jest bezsensowny.

       Odpowiedź zaś ogólna na postawione tu pytanie jest prosta: nie pojawiły się takie „rozliczeniowe” postulaty czy programy polityczne, ponieważ ich realizacja byłaby sprzeczna z najbardziej żywotnymi interesami państwa. Odpowiedź ma charakter hipotetyczny i jako taka wymaga chociaż skromnego uzasadnienia.

 155. Postulaty rozliczeniowe w czasie odbudowy państwa

       Kto mógłby być najbardziej zainteresowany pojawieniem się takich rozliczeniowych postulatów? Sami Polacy? Nie. Najbardziej zainteresowane byłyby nimi władze państw zaborczych. Pojawiłby się bowiem od razu problem sędziego. Kto miałby nim być, z którego zaboru? Ten problem byłby jak jabłko podrzucone swoim rywalkom przez boginię Eris z dedykacją „Dla najpiękniejszej!”. Kto miałby być tym „najpiękniejszym”?

      Zatrzymajmy się trochę przy tym pytaniu. Oto ktoś z zaboru austriackiego miałby osądzać osoby z zaboru rosyjskiego czy pruskiego? A według jakiego prawa, spytajmy się na początek? Polskiego jeszcze nie ma, pozostaje więc prawo austriackie, pruskie lub rosyjskie. A więc za sprzeniewierzanie się interesom polskim na rzecz któregoś z zaborców należałoby odpowiadać przed trybunałem posługującym się prawem stworzonym przez tychże  zaborców. No, dla nich taki trybunał  z całą pewnością byłby niezwykle ucieszny.

      Ale polska konstytucja stworzona została bardzo szybko i jakoś można byłoby chociaż trochę rozliczyć tych, którym się to należało – argumentować mogą zwolennicy systemowych rozliczeń czy lustracji. To jednak znowu byłoby sprzeczne z interesem państwa, z jego racją stanu. Na jakiej zasadzie rozliczać kogoś za działalność przeciwko państwu, którego jeszcze nie było? Taki trybunał odwołujący się już do autorytetu państwa stałby się pośmiewiskiem dla całej Europy, a państwo musiało sobie dopiero zdobywać godną w niej pozycję. Już na samym początku swojego ponownego zaistnienia państwo polskie postrzegane byłoby na zewnątrz jako państwo niepraworządne.

      Jednak nie tylko te względy czysto prawne są tu ważne. O wiele ważniejsze są, a raczej były, bo przecież mowa o początkach ubiegłego wieku, względy polityczne. Czy polskie państwo w ogóle by powstało, gdyby jego patrioci takie rozliczeniowe postulaty wywiesili na swoich sztandarach?

      Zalążkowy ośrodek polskiej państwowości powstał wraz  z nominacją Rady Regencyjnej Królestwa Polskiego powołaną przez  austriackiego i pruskiego zaborcę, dzięki czemu zrodziło się polskie quasi-państwo (użyteczna jest tu wprowadzona terminologia!) naruszające dotychczasowy ład terytorialny na naszych ziemiach.

        Niezależnie od różnych niuansów prawnych Rada Regencyjna była, z politycznego punktu widzenia, władzą namiestnikowską, z bardzo skromnym zakresem suwerenności nad terytorium należącym do zaborcy rosyjskiego. Ogromną zasługą tej rady było, że już raz otrzymanego przyczółka  władzy o charakterze państwowym  nie oddała, stale zabiegała o poszerzenie zakresu suwerenności, rozpoczęła ogromną pracę koncepcyjną i organizacyjną nad budową struktur państwa polskiego. Nawet dzisiejszy Główny Urząd Statystyczny to owoc tej rady.

         Uzyskane zalążki władzy trafiły niedługo w ręce Piłsudskiego. Łączył on w sobie umiejętności wojskowe i polityczne, co w ówczesnych realiach miało olbrzymie znaczenie. Jest oczywiste, że Powstanie Wielkopolskie czy Powstania Śląskie w tych okolicznościach były „politycznie niepoprawne”. A czy w ogóle by do nich doszło, gdyby mieszkańcy tych regionów otrzymali sygnał ze słabego jeszcze quasi-państwa, że oto w nowej Polsce czekają ich jeszcze jakieś rozliczenia? Zaczęliby się rozglądać za tymi, co pierwsi zaczną rzucać kamieniami i baczyć czy przypadkiem nie lecą one w ich stronę. Ani członkowie Rady Regencyjnej, ani Piłsudski, ani inni czołowi wówczas politycy nie posiadali tuzinkowych  rozumów i takie pomysły nawet, gdyby im wpadły do głowy, to szybko staraliby się o nich zapomnieć. Można to udowodnić? Nie można. Ale przecież jesteśmy w sferze „gdybologii”.

156. Problem rozliczeń po odrodzeniu się Rzeczypospolitej, a jej suwerenność

         Bardzo sprawnie i szybko powstało dość sprawne państwo. Przez nikogo nie proklamowana „gruba kreska” zaistniała jako fakt, o którym się nawet nie mówiło. A istniało już polskie sądownictwo, polskie prawodawstwo, rozliczne partie polityczne, które do problemów rozliczeń jakoś nie wracały, nie stawiały go na porządku publicznych debat.

        Państwo polskie przejęło pod swą opiekę wcale niemały dorobek zaborców, jak choćby liczne gmachy publiczne, budowle garnizonów wojskowych, całą infrastrukturę techniczną. Właściciele majątków prywatnych mogli na „swoim” pozostać, ale już jako obywatele polscy, lojalnie respektujący polski ład państwowy. A im większy był majątek, tym więcej było niegdyś naturalnych „styków” kolaboracji z państwami zaborców. Jednak, kto chciał pozostać i wyczucie sytuacji dyktowało mu, że nie musi z jakichś szczególnych powodów wyjeżdżać, ten zostawał, do niego należała decyzja.  Dlaczego wtedy problem rozliczeń  nie był równie gorący jak dziś? Być może, że bardziej szczegółowe badania zmieniłyby nieco ten tak bardzo tu uproszczony obraz, ale zapewne nie zrujnowałby wyobrażeń w tym zakresie, jakie przeciętnie wykształcony obywatel posiada dziś o naszym państwie między dwiema światowymi wojnami.

         Pod względem prawnym jakieś rozliczenia za przeszłość nie miałyby sensu, ze względów już wspomnianych. Nie można było tworzyć takich ustaw prawnych, które przewidywałyby jakieś restrykcje za działalność na niekorzyść państwa, którego nie było. Ale czy nie można byłoby chociaż napiętnować moralnie, przez publiczne napiętnowanie tych, którzy w sposób szczególny zasłużyli się niegdyś w antypolskiej działalności? Czy nie wymagałaby tego elementarna uczciwość, społeczne odczucia tego, co moralne, a co nie moralne? No niby dlaczego ktoś, kto dobrze żył z administracją zaborcy, grał w karty z jej przedstawicielami, bywał na „balu u Senatora”, co pomagało mu w karierze lub bogaceniu się, teraz, po przefarbowaniu „państwowych piórek” miałby nadal się bogacić czy zabiegać o różne awanse, o publiczne stanowiska?  Tu dotykamy tego, co wchodzi w zakres problemu nazywanego dziś lustracją.

         Załóżmy, że oto po dziesięciu latach powstaje jakiś trybunał, załóżmy też, że jest on bezstronny i  sprawiedliwy (choć prawdopodobieństwo tego jest zerowe, ale to inna sprawa). Co państwo na tym zyskuje? Zwolennicy powołania takiego trybunału zyskują satysfakcję, zwaną przez nich „moralną”, że stało się zadość jakoś rozumianej „sprawiedliwości dziejowej”. Zgoda, niech tak będzie. Ale  jakim kosztem takie satysfakcje mogłyby być osiągnięte? Kosztem uruchomienia mechanizmów zagrażających suwerenności państwa. I to niejednego mechanizmu.

         Co będzie robił  ktoś oskarżony publicznie o jakieś niecne działania. Będzie się bronił. W jaki sposób? Będzie szukał jakichś świadków lub dokumentów. Gdzie może znaleźć pomoc? U byłych zaborców. Czy można komuś zabronić prawa do obrony? A więc od dobrej lub złej woli państw ościennych zależy los polskich obywateli. A jaki one mają interes, aby wobec polskiego trybunału zachowywać jakąś elementarną uczciwość? Czyli już w  konkretnych, indywidualnych sprawach polski trybunał byłby zależny od dawnych zaborców, którzy wydawaliby lub nie, polskim obywatelom swoiste „świadectwa moralności” lub „niemoralności” .

          To jeszcze nic. Już samo zaistnienie takiego trybunału byłoby ze strony Polski wręcz zaproszeniem władz dawnych zaborców do mieszania się w polskie sprawy. W razie potrzeby na każdą osobę można byłoby znaleźć jakieś dokumenty lub jakichś świadków. Czy dużym   problemem byłoby uczynienie Piłsudskiego niemieckim szpiegiem? Nawet dzisiaj są tacy, którzy tak uważają. A dobrymi kandydatami na agentów obcych mocarstw byliby np. członkowie Rady Regencyjnej. To nie byle osoby: arcybiskup Aleksander Kakowski, późniejszy kardynał, jako współregent był ostatnim prymasem   Królestwa Polskiego,  książę Zdzisław Lubomirski był prezydentem Warszawy, hrabia Józef Ostrowski, były poseł do rosyjskiej Rady Państwa, był założycielem Stronnictwa Polityki Realnej. To przecież byli kolaboranci czystej wody, według wylansowanych dzisiaj w Polsce standardów!

        Na jakiej zasadzie stali się regentami z nominacji władz niemieckich i austro-węgierskich? Skąd wiadomo, że nie zamierzali za cenę jakichś „usług” załatwić sobie określonych interesów? Czy byli zaborcy nie mieli powodów do zdyskredytowania takich postaci w oczach polskiej opinii publicznej? Co z tego, że jakoś by się przed trybunałem obronili? Ukradł, albo jemu ukradli, w każdym razie był zamieszany w przestępstwo. Czy w ogóle w wobec łatwości sprokurowania różnych oskarżeń ze strony byłych akcjonariuszy „Świętego Przymierza” społeczeństwo mogłoby suwerennie wyłonić z siebie jakiekolwiek suwerenne władze państwowe?

         Trybunał rozliczeniowy mógłby uruchomić jeszcze jeden mechanizm. Społeczeństwo nie składa się z samych aniołów. Ludzie konkurują z sobą, rywalizują na różnych polach, walczą o awanse, o  sprawy materialne, o pozycję polityczną. W tym współzawodnictwie sięgają po różne środki. Teraz trybunał stwarza okazję sięgania po łatwo dostępne „argumenty” w różnorakim współzawodnictwie politycznym, gospodarczym czy nawet artystycznym. Np. Paderewski nie prezentował się w różnych salach koncertowych Europy? Rozmawiał z wieloma osobami. No, to niech się teraz tłumaczy! Może się coś za tym kryje, może nie, ale jest temat, ktoś może na tym troszeczkę zarobić. A jaka z tego korzyść dla państwa? Czy teraz władze państw zaborczych nie byłyby zainteresowane takimi powszechnymi rozliczeniami? Jak najbardziej. Im większy chaos w Polsce, tym łatwiej ukryć jakieś poważniejsze własne działania agenturalne, tym więcej argumentów na arenie międzynarodowej, że takie polskie państwo to jednak jakaś pomyłka głównych europejskich liderów.

         Już taki skromny fragment „gdybologii” ukazuje, jak wielkim zagrożeniem dla suwerenności państwa stanowiłby trybunał rozliczeniowy. Podstawą tego zagrożenia byłby fakt, że trybunał, powołany przez suwerenne państwo, z samego założenia byłby informacyjnie niesuwerenny względem  innych państw, nie mógłby suwerennie i jednocześnie metodologicznie poprawnie decydować o tym, które informacje można uznać za miarodajne przy wypracowywaniu określonych opinii o konkretnych osobach.

        Korzyści z rozliczeń. Co Polska jako państwo zyskałaby na tych rozliczeniach? Zasoby państwa, w jakimkolwiek aspekcie, nie uległyby wzmocnieniu. W sensie gospodarczym wręcz przeciwnie, jego potencjał  uległby osłabieniu. Ci, którzy się czegoś w czasach zaborów dorobili mając teraz na względzie możliwość strat wskutek czyichś oskarżeń, obojętnie czy słusznych czy niesłusznych, staraliby się „wytransferować” przynajmniej cześć swego majątku za granicę. Byłe państwa zaborcze, jeśliby nie pomagały, to przynajmniej starałyby się nie przeszkadzać. Po co im silny gospodarczo nowy sąsiad, który powstał z „ich” zasobów terytorialnych, majątkowych, ludzkich?

         Co zyskałaby pod względem  politycznym?  W sensie konsolidacji,  „kondycji  wewnętrznej” – nic. Straciłaby. Ogromna część ludzkiej energii, pomysłowości skierowałaby się na wzajemne oskarżenia i obronę. Zapewne sporo by zarobiła warstwa adwokatów, ale od tego w żaden sposób nie wzmocniłoby się państwo. Wręcz przeciwnie. Wzrosłaby liczba ludzi, dla których to państwo byłoby czymś obcym, nieprzyjaznym, zmuszającym do działań, które niegdyś nie były konieczne. Utrudniłoby to zrastania się trzech dzielnic w jeden państwowy organizm. Także niczego pod względem politycznym nie uzyskałoby  państwo  na arenie międzynarodowej. Przeciwnie, możliwe różnorakie  komplikacje w życiu wewnętrznym osłabiałyby jego pozycję jako partnera w stosunkach z innymi państwami.

Pozory sprawiedliwości. No, ale sprawiedliwości stałoby się zadość. Może więc, kontynuując ten czysto „gdybologiczny”, wątek warto przyjrzeć się satysfakcjom o charakterze moralnym, jakie przyniosłaby im działalność trybunału wymierzającego tak czy inaczej rozumianą „sprawiedliwość”.

          O sprawiedliwości można nieskończenie. Już na poziomie bardzo ogólnych rozważań pojęcie to sprawia mnóstwo kłopotów, a wątpliwości się mnożą, gdy przychodzi do oglądu tego, jak to pojęcie  mogłoby służyć praktyce. W ramach teoretycznego eksperymentu jesteśmy w latach międzywojennych. Przyjrzyjmy się kilku takim kłopotliwym kwestiom. Punktem wyjścia niech będzie fragment utworu Karola Wojtyłły  „Myśląc Ojczyzna”:

             Wolność stale trzeba zdobywać, nie można jej tylko posiadać! Przychodzi jako dar,  utrzymuje się poprzez zmaganie. Dar i zmaganie wpisują się w karty ukryte, a przecież jawne.

             Całym sobą płacisz za wolność – więc to wolnością nazywaj, że możesz płacąc

              ciągle na nowo siebie posiadać.

Tą zapłatą wchodzimy w historię i dotykamy jej epok:

              Którędy przebiega dział pokoleń między tymi, co nie dopłacili, a tymi, co musieli nadpłacać? Po której jesteśmy stronie?

Jest to tekst niezwykle inspirujący. Inaczej się go czyta, gdy odbiorca przyjmuje, że ma on służyć refleksji nad własnym, indywidualnym postępowaniem, a zupełnie inaczej, gdyby chciał z przesłania w nim zawartego uczynić jakiś szerszy, praktyczny użytek. Zastanówmy się nad pytaniem o „dział pokoleń”.

        Gdyby powstał jakiś „trybunał lustracyjny”, to przecież musiałby określić, jaki okres  czasu obejmowałyby rozliczenia. 120 lat? To kilka pokoleń. Kultura polska miała bardzo silne właściwości asymilacyjne. Nietrudno o przykłady osób, potomków zesłanych na ziemie polskie funkcjonariuszy pastw zaborczych, którzy stali się polskimi patriotami. Czy mieliby odpowiadać za „zasługi” swoich dziadków? To może jakiś krótszy okres czasu, np. 20 lat? A dlaczego nie 21 lat? Co za różnica? Dla byłych żołnierzy Wehrmachtu, którzy później walczyli w Powstaniu Wielkopolskim, a później jeszcze w wojnie polsko-bolszewickiej, jakakolwiek taka cezura czasowa byłaby czymś nienaturalnym i niewiele mającą wspólnego ze sprawiedliwością, mającą jakikolwiek wymiar moralny. Przymus moralny bowiem jest przymusem wewnętrznym, a tu mamy do czynienia ustalaniem jakichś kryteriów zewnętrznych, by zrobić z tego publiczny użytek.

         I tych zewnętrznych kryteriów musiałoby być znacznie więcej. Jak rozliczać tych, którzy byli policjantami, pracowali w administracji państw zaborczych, pełnili różne państwowe funkcje? A przecież oni byli w nowym państwie natychmiast potrzebni. Jeśli ktoś przez całe dotychczasowe życie był dość, nazwijmy to umownie, byle jaki, ale w godzinach próby wykazał się męstwem i poświęceniem, to jak go oceniać? Czy jest on gorszy od tego, co całe życie był „porządny”, ale gdy przyszło do walki, gdy trzeba było odwagi, to nie wykazał się niczym?

         Być może dałoby się taki skomplikowany konglomerat kryteriów jakoś ustalić, ale taka sprawiedliwość byłaby tylko jakąś dodatkową formą „sprawiedliwości opinii publicznej” i  nie miałaby wiele wspólnego  z moralnością, a satysfakcje moralne  byłyby bardzo wątpliwej wartości.

         Kogo takie rozliczenia mogłyby usatysfakcjonować? Normy moralne, to głęboko zinternalizowane normy wewnętrzne. Wszelkie zaś normy zewnętrzne mogą być mniej lub bardziej z nimi zgodne, ale przecież nigdy nie są z nimi tożsame. Rozliczenia publiczne, publiczne osądzanie kogoś zgodnie  z jakimiś ustalonymi umownie kryteriami, mogłyby usatysfakcjonować tylko tych, którzy akurat różnicy między normami moralnymi, a normami obyczajowymi i stanowionymi nie dostrzegają. Tego typu rozliczenia mogłyby satysfakcjonować  nie tych, którzy o nową  Polską rzeczywiście walczyli i ją budowali, ale tych, którzy teraz czują, że muszą się czymś wykazać.

         Ci, co polskie państwo budowali mieli poczucie hierarchii ważności spraw. Najważniejsze było, żeby państwo w ogóle powstało, żeby w ogóle zaistniało, bo nie wiadomo kiedy taka historyczna okazja może się ponownie przydarzyć. Budowniczowie państwa mieli też świadomość, że nie można mieć do nikogo pretensji, że tego państwa dotychczas  nie ma, że  jeśli oni go nie zbudują to nikt za nich tego nie zrobi i każdy, kto tylko coś potrafi jest potrzebny. Jakie miejsce w tej hierarchii ważności spraw mogły mieć potrzeby publicznego rozliczania kogoś za dawne grzechy? Dla głównych konstruktorów były to potrzeby na miarę potrzeb gawiedzi. Co z tego że mogła ona być nawet liczna, ale to nie myśl gawiedzi buduje państwo. Zadośćuczynienie potrzebom racjonalności na miarę przygodnych gapiów mogłoby przynajmniej osłabić, jeśli nie zniszczyć, młody organizm państwa.

        Całe te „gdybologiczne” dygresje zawierają milcząco przyjęte założenie idealizacyjne, że w racjonalności politycznej, przynajmniej  głównych budowniczych państwa, odzyskanie niepodległości było sprawą absolutnie nadrzędną, że sprawy ustrojowe, choć ważne  były jednak na nieco dalszym planie i racjonalność ta obejmowała także poczucie konieczności liczenia się z realiami międzynarodowymi i wewnętrznym układem sił. A także założenie, że racjonalności tej towarzyszyły umiejętności trafnego definiowania sytuacji oraz umiejętności politycznego dyskursu pozwalającego na niezbędne wzajemne kompromisy, o ile wymagają tego cele nadrzędne.

         Trudno np. o większe różnice politycznych postaw jak między Piłsudskim i Dmowskim. Ale potrafili z sobą współpracować, a w decydującym momencie jeden potrafił ustąpić drugiemu. Bardzo interesującego przykładu racjonalności politycznej godnej mężów stanu dostarcza artykuł Artura Górskiego: „Prawda o Radzie Regencyjnej” [Internet] Skoro tylko rada ta otrzymała sygnał, że Stany Zjednoczone nie poprą projektowanej monarchii konstytucyjnej, to wszystkie swoje kompetencje, po samodzielnym proklamowaniu niepodległości scedowała na Piłsudskiego. Kwestie ustrojowe nie były dla Rady nieważne, ale w sytuacji, gdy można było pozyskać potężnego sojusznika za oceanem gotowego poprzeć istnienie państwa polskiego jako zupełnie niepodległego, a co przecież nie było jeszcze przesądzone, to Rada przestała się upierać przy swoich koncepcjach. Niepodległość była w tym momencie ważniejsza niż wszystko inne, także ważniejsza niż ewentualne własne korzyści polityczne, a osoba Piłsudskiego stwarzała większe prawdopodobieństwo jej odzyskania.

           W II Rzeczypospolitej nie powstał  trybunał rozliczający obywateli za „całokształt” ich  działalności w czasie zniewolenia i było to zgodne z podstawową racją stanu państwa. A jak mógłby wyglądać problem z bardzo specyficznym rodzajem działalności, jakim było donosicielstwo?

157. Loteryjna „sprawiedliwość” opinii publicznej

           Załóżmy, że po odzyskaniu niepodległości w ręce polskie wpadły archiwa w stolicach trzech prowincji, w Warszawie, Poznaniu, i Krakowie, zawierające listy tajnych współpracowników. Za każdym z nazwisk kryje się stosowna teczka. Co one zawierają? Jakieś dokumenty współpracy. Jedne świadczą o współpracy okazjonalnej, drugie o współpracy systematycznej. Jedne mówią o jakichś dawnych zaszłościach, inne  dotyczą spraw względnie niedawnych. Po kilku latach znaleźli się dziennikarze, którzy  listy nazwisk opublikowali. Uzasadnienie dziennikarzy jest proste i pozornie przekonujące: tak jest sprawiedliwie, bo przecież te dokumenty są  prawdziwe, dlaczego więc ci byli współpracownicy nie mają się teraz tłumaczyć, ze swej niecnej działalności?

        Kogo takie uzasadnienie mogłoby usatysfakcjonować? Podanie nazwiska podejrzanego do publicznej wiadomości jest już jakimś  rodzajem kary. A tu bez żadnego sądu, bez możliwości obrony nazwiska już zostały upublicznione. A każda sprawa ma jakiś indywidualny charakter.

        W każdym społeczeństwie, w każdym państwie są osoby, dla których donosicielstwo jest atrakcyjnym, a nierzadko i intratnym zajęciem. W każdej chyba firmie można znaleźć osoby w taki szczególny sposób starające się przypodobać swoim szefom.. Każda władza państwowa korzysta z usług takich osób. Tak się dzieje na całym świecie, chociaż raczej mało się o tym mówi, bo nigdzie takie zajęcie nie przynosi chluby i chyba niewiele jest osób, które dobrowolnie by się do tego przyznawały.

        W państwach zniewolonych jednak taki dobrowolny „zaciąg” nie wystarcza. Ich służby stosują najróżniejsze metody „nacisku”, by tych, co nie chcą dobrowolnie dostarczać określonych usług jednak do tego przymusić. Szantaż, groźba, kłamstwo każda metoda może tu być zastosowana, jeśli tylko będzie skuteczna. Mogą się za tym kryć prawdziwe ludzkie dramaty.

         Jeśli spojrzeć „policyjnym okiem” na różne seriale telewizyjne brazylijskie, polskie czy jakiekolwiek inne, to niezależnie od tego czy ich akcja rozgrywa się w firmie, w szpitalu,  czy na plebani, to chyba wszystkie   konflikty i intrygi wynikają z tego, że ktoś na kogoś komuś o czymś donosi: mówi o kimś dobrze lub źle, mniej lub bardziej zgodnie z prawdą, w dobrych lub złych intencjach lub zgoła bez żadnych intencji. Można by powiedzieć, że tak szeroko rozumiane „donosicielstwo” jest naturalnym sposobem życia ludzi.  Może nawet jest to koniecznością. Przecież chyba każda matka  chce wiedzieć, co się dzieje z jej dziećmi dla ich własnego bezpieczeństwa. Nawet szkolne wywiadówki są jakąś formą donosicielstwa w takim szerokim rozumieniu.

          Wraz z pojawieniem się instytucji państwa pojawił się drugi z najstarszych zawodów świata – szpiegostwo, czyli donosicielstwo na użytek państwa.. Z czasem stało się ono  zinstytucjonalizowane, wykwalifikowane i wyspecjalizowane, zorganizowane w odpowiednie tajne służby.

          Im bardziej opresyjne państwo, tym bardziej rozbudowane są tajne służby. Jest oczywiste, że państwa zaborcze musiały swoje tajne służby stale rozwijać i doskonalić. Dla opinii publicznej w Wielkopolsce, tłumaczenie, że opublikowanie listy agentów z zaboru rosyjskiego, nawet jeśli zawierają one prawdziwe dane, jest sprawiedliwe, byłoby niewiarygodne, a być może nawet oburzające. Społeczeństwo zaboru pruskiego samo poddawane było różnorakim opresjom ze strony okupanta i nie uwierzyłoby, że społeczeństwo zaboru rosyjskiego czy austriackiego takiej presji nie było poddawane. Podobnie byłoby z opinią publiczną na terenach pozostałych zaborów. Po to w końcu Polacy walczyli o niepodległość, by pozbyć się tych okupacyjnych mechanizmów zniewalania.

           Pojawiłyby się też prawdopodobnie inne wątpliwości. Czy polskie archiwa są bezpieczne, skoro dziennikarze mogą swobodnie wynosić z nich jakieś dane i robić z nich publiczny użytek? Nawet jeśli mieli najlepsze intencje. Opublikowali takie dane, to być może zechcą opublikować jakieś inne, które mogłyby mieć jakieś istotne znaczenie dla bezpieczeństwa państwa.

          Poza tym w jakiej roli ci dziennikarze by wystąpili? Oto dziś donoszą na tych, co donosili kiedyś. A więc sami są donosicielami. Fakt, że robią to jawnie niewiele tu zmienia. Popisaliby się odwagą i zrobiliby dobrą usługę polskiemu społeczeństwu, gdyby takie listy opublikowali przed odzyskaniem niepodległości. Wtedy pomieszaliby szyki władzom państw zaborczych. Ale dawać im teraz satysfakcje? A czy można wykluczać, że w archiwach nie ma również teczek  tych, co działali na „dwa fronty”?

         „Dajcie mi człowieka, a paragraf sam znajdę” – mawiał jeden ze specjalistów ochrony interesów III Rzeszy. Kryje się za tym powiedzeniem dość racjonalne założenie, że oto nie ma obywatela, który nie miałby czegoś w swoim życiorysie „na sumieniu”.  Polskich obywateli, którzy mieli coś „na sumieniu”, lub potencjalnie mogliby mieć, co nie było zgodne z interesami państw zaborczych było zapewne niemało. I ci właśnie byli obiektem szczególnego  zainteresowania ich tajnych służb.

         Teczki w archiwach zawierały zapewne w niemałej liczbie świadectwa porażek tych, co sami próbowali na własną rękę, na swoim drobnym odcinku działania, z państwami zaborców się zmagać, a nie sprostali sile jego  systemu.  Ci mieli największego pecha, bo wpadli w zasadzkę i pozostały po tej porażce pisane ślady. Takie ślady nie pozostały natomiast po działalności obywateli potulnych i w pełni lojalnych w stosunku do władz zaborców. Czy więc taka dziennikarska inicjatywa publicznego wymierzenia sprawiedliwości miałaby wiele ze  sprawiedliwością wspólnego? Taka sprawiedliwość miałaby wszelkie znamiona loteryjności, a więc sprawiedliwością by nie była. 

        Tyle  wątpliwości nasuwa się przy milczącym dotąd założeniu, że oto archiwa wpadły w polskie ręce znienacka,  że zaborcy nie byli na to przygotowani. A jeśli przygotowali się choć trochę, to co mogliby zrobić? Zniszczyć wszystkie teczki? To byłoby bardzo nierozsądne. Lepiej dla nich byłoby usunąć tylko niektóre teczki, tych najbardziej przydatnych i inteligentnych i mogących dalej działać, a z niektórych teczek usunąć część materiałów mogących nasuwać jakieś wątpliwości co do rzeczywistej  postawy delikwentów. Niczego nie byłoby potrzeba fałszować, a bezpieczeństwo przyszłego państwa byłoby tym bardziej zagrożone, im bardziej archiwa byłyby dla jego władz wiarygodne, a jeszcze lepiej dla mało intelektualnie wyrobionej opinii publicznej.

          Czy to oznacza, że archiwa te powinny być dla państwa obojętne? Oczywiście, że nie. Dzięki ich znajomości władze suwerennego już państwa mogłyby wyrobić sobie  wyobrażenie, jak wyglądały jedne z ważniejszych mechanizmów zniewalania polskiego społeczeństwa. Ale czy to oznaczałoby konieczność rozliczania wszystkich  konkretnych osób figurujących w teczkach i to publicznie? To byłoby wielkim zwycięstwem zaborców „zza grobu” i byłoby jeszcze nie najgorzej, gdyby tylko miało to charakter swoistej zemsty, a nie służyło zaplanowanemu mieszaniu się w polskie sprawy obecnie i w przyszłości. Dlaczego? Przyjrzyjmy się nieco bliżej pozornie oczywistym dwom argumentom, jakimi dzisiaj zwolennicy powszechnej lustracji się posługują.

        Oczywiste argumenty. „Każdy podejrzany będzie się bronił, że działał nieświadomie, albo donosił o sprawach nieważnych, że prowadził jakąś grę ze służbami zaborcy” – to jeden z argumentów mających zamykać usta przeciwnikom „dzikiej” czy „żywiołowej lustracji”, jak to bywa nazywane. Zauważyć można, że cytowany argument jest prawdziwy. Każdy będzie się tak tłumaczyć. Ale co z tego? Czy każdy podejrzany jest winny? W całym cywilizowanym świecie, gdzie istnieją sądy, oskarżeni się tłumaczą i jest to ich święte prawo. A czy każdy oskarżony zostaje skazany? Nie! Jest bardzo wiele przypadków, gdy oskarżony o najcięższe nawet zbrodnie wychodzi z procesu sądowego całkowicie i przekonująco uniewinniony. A co to oznacza? Że oskarżenie zostało źle przygotowane lub wręcz sprokurowane. Czemu zaś zaborcom służyły teczki? Zniewalaniu społeczeństwa. Im więcej teczek, tym dla zaborcy lepiej, tym większa pewność, że da się społeczeństwo utrzymać „w ryzach”. A więc podmiotem prokurującym  obecne oskarżenia są dawne  służby, którym zależało na zniewalaniu społeczeństwa. Czy zaś na pewno wiadomo, że już nie zależy?

         „Teczki zawierają prawdę, bo dlaczego ich zleceniodawca  miałby sam siebie oszukiwać?  – to retoryczne pytanie formułowane jest ze szczytów intelektu na miarę Himalajów,  przed którym opinia publiczna, skazana na proste pytania i równie  proste odpowiedzi, powinna rozłożyć ręce, a raczej schować swoją strusią główkę w piasek. A czy wszyscy są wobec swoich zleceniodawców uczciwi? Spróbujmy  znaleźć jakąś odpowiedź. Może ona mieć także formę retorycznego pytania: jeśli wiadomo opinii publicznej, że przestępstw dopuszczają się sędziowie (nie tylko od meczów piłkarskich), prokuratorzy, ministrowie, wojewodowie, posłowie, księża, policjanci  itd. itd., to niby dlaczego przedstawiciele tajnych służb mieliby być enklawą jakoś rozumianej uczciwości?

Może pytanie wydawać się naiwne, ale dlaczego miałoby być mniej inteligentne od pytania tutaj wyjściowego?

         Jeśli ktoś jest donosicielem, to chciałby to ukryć przed najbliższym środowiskiem i na kogoś innego skierować podejrzenia, podobnie jak kieszonkowiec w razie zamieszania pierwszy jest gotów wykrzyknąć „łapaj złodzieja!”. Stąd motyw donosiciela, aby podejrzenia o donosicielstwo skierować na różne osoby ze swego środowiska jest zrozumiały. Specjalizacja rodzi perfekcję. Zadziwiające jest, jak od  wielu inteligentnych nawet osób udaje się  różnym oszukańczym firmom wyłudzić w przypadkowym kontakcie podpis na jakimś niewinnie wyglądającym blankiecie, który później okazuje się umową, za którą trzeba coś zapłacić. Jeśli kwalifikowany donosiciel całe lata funkcjonuje w określonym środowisku, to nietrudno mu wszystkim wkoło pozakładać teczki, by w jakimś momencie uzyskać podkładkę w postaci stosownego podpisu. Jest to tym łatwiejsze, im bardziej kwalifikowane jest wspierające go zaplecze organizacyjne.

         Takie „haki” mogą służyć bardzo wymiernym celom. Dziś przedstawiciele naszych najwyższych elit kulturalnych czy politycznych potrafią, z osobistej inicjatywy, nagrywać swoich interlokutorów bez ich wiedzy, by następnie zrobić z tego korzystny dla siebie użytek. Zaczęło się od najwyższych elit, a potem poszło już „z górki”.  Niby dlaczego przedstawiciele tajnych służb mieliby być wolni od takiej pokusy? To aniołowie? A nawet gdyby sami byli w swoim rzemiośle na swój sposób „uczciwi”, to skąd wiadomo, że równie „uczciwi” byli ich zleceniodawcy? Stąd nietrudno znaleźć motywy, dla których wytworzyć się mogła  cała „szara strefa haków”, w której służby specjalne mogły przebierać w zależności od zapotrzebowania wynikającego z różnych politycznych flukuacji.     

         Jaki można wysnuć ogólniejszy wniosek  z tych całych „gdybologicznych” dygresji? Taki, że sprawy jakichkolwiek rozliczeń za działalność z okresu zniewolenia, jeśli podejmować, to przede wszystkim w aspekcie obrony aktualnej  suwerenności państwa, w aspekcie jego szeroko rozumianego bezpieczeństwa dzisiaj i jutro. Złudzeniem zaś jest mniemanie, że zadośćuczyni się systemowo jakimś racjom wynikającym z poczucia potrzeby „sprawiedliwości dziejowej” za to, co było wczoraj. Karać można tylko za konkretne działania, za to, co było przestępstwem i nie zostało przedawnione. Czy fałszerstwa,  tortury lub wręcz  zabójstwa  kiedykolwiek były legalne?

         Cały system zniewolenia przyszedł z zewnątrz. Gdyby było sensowne mówienie o „sprawiedliwości dziejowej” to należałoby ją wymierzyć wykonawcom tego zniewolenia, a więc nieistniejącemu już Związkowi Radzieckiemu oraz jego wspólnikom, którzy temu wykonawstwu patronowali czyli Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii.

158. Teczki i wątpliwości

        Opublikowanie list dziesiątków czy setek tysięcy osób mających swoje „teczki” jest jakby zaproszeniem społeczeństwa do uganianiem się za komarami, podczas gdy niewiele się mówi o mokradłach, w których się one lęgły i nadal lęgną. A cała sprawa może mieć swe źródło właśnie w owych mokradłach. Bo co zostało zrobione?

         Po pierwsze, w tym roju komarów zrównani zostali ci, którzy są podejrzani z tymi, którzy są winni. Kto ma teczkę, ten jest winny. „Nie znam przypadku, aby jakieś dokumenty były sfałszowane” -  to był ważny argument zwolenników publikacji list. Kilka przypadków zostało już poddanych szczegółowej analizie i co się okazuje: oto nic nie zostało sfałszowane,  ale też niewiele z tego wynika, jak w przypadku Zbigniewa Herberta.  A teczka przecież jest. Przypadek seminarzystów pokazuje, że „bezpieka” działała profilaktycznie. Najpierw zakładała teczkę, a potem urządzała polowanie, a więc próbowała zdobyć podpis mający uwiarygodnić jej zawartość. Czy tak czyniła wyłącznie w odniesieniu do seminarzystów? Skąd taka pewność? Wspomniany poeta byłby pewnie zdziwiony, gdyby się dowiedział, że został „upolowany”.

           Co z tego więc, że po otworzeniu teczek innych osób, ich donosicielska działalność nie podlega żadnej wątpliwości. W tym roju komarów wszyscy zostali zrównani:  drobni „kapusie”, jakimi posługuje się policja na całym świecie,  z prawdziwymi politycznymi „baronami”, po drugie, systematyczni „usługodawcy” z  „upolowanymi” przy jakiejś okazji czy nawet „nie do końca upolowanymi”  A czy każdy był obiektem polowania? Jeśli ktoś niczym się nie wyróżniał  to jasne, że niczego nie może mieć na koncie, bo niby dlaczego miałby być obiektem zainteresowania? 

          Po trzecie, drobne „komary przeszłości” w osobach drobnych konfidentów czy wręcz „upolowanych”,  niewiele już znaczących dla obecnej kondycji państwa zrównane zostały  z dużymi tuzami, których aktywność miała, i być może ma nadal, duże znaczenie nie tylko w sprawach wewnątrzpaństwowych, ale także w  relacjach państwa z otoczeniem zewnętrznym.  Opinia publiczna, im szersza, tym jest mniej  intelektualnie wyrafinowana. Potrzebuje przede wszystkim sensacji.  Ten był  konfidentem w dawnym reżimie i tamten, więc czas wreszcie, by te sprawy zakończyć. Jednak dla perspektyw niepodległości naszego państwa te różnice znaczenia wcale nie są obojętne. W roju komarów  łatwo ukryć wagę działalności poszczególnych osobników dla  obecnej i przyszłej kondycji państwa. I w tym może się kryć największe niebezpieczeństwo dla kondycji państwowej suwerenności.

         Tyle o komarach, a co z mokradłami? Może to się wydać paradoksalne, ale po odzyskaniu  niepodległości nie tylko nie uległy one jakiemuś osuszeniu, ale wręcz rozrosły się one obszarowo. I nie ma w tym niczego nadzwyczajnego.

         W czasach podległości sowieckiemu imperium głownie jego stolica zainteresowana była kultywowaniem takich mokradeł. Czy było wielkim interesem dla stolic innych państw, aby czynić podobnie?  Raczej miernym, bo wszystko, co istotne i tak zależało od kremlowskich władz. Sytuacja zmieniła się po odzyskaniu niepodległości politycznej. Polska, jako państwo, mogła już suwerennie podejmować różne decyzje.  Od kogo one zależały i zależą? Od klasy politycznej państwa, a więc zaczęło się opłacać tworzenie mechanizmów wpływu na tę klasę w bardzo wielu stolicach, a nie już tylko w Moskwie. Każde suwerenne państwo musi się z tym liczyć oraz umieć się przed tym bronić; jest to i będzie zupełnie normalne.

         Mało budujące jest natomiast upowszechnianie przekonania czy robienie wrażenia, że najważniejsze jest  tylko to, co niegdyś płynęło, i zapewne nadal płynie, z jednego tylko źródła. Tych źródeł jest od dawna już wiele. O tym. że CIA pomagało Solidarności przeczytać można w wielu publikacjach, Wiemy na pewno, że na swój sposób pomagało też STASI. Ale zakładać, że tylko te służby były zainteresowane rozwojem sytuacji w Polsce, to jakby chować głowę w piasek.

 

 

Podobne artykuły


11
komentarze: 172 | wyświetlenia: 387
10
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1058
10
komentarze: 14 | wyświetlenia: 1542
6
komentarze: 48 | wyświetlenia: 588
6
komentarze: 55 | wyświetlenia: 2265
5
komentarze: 62 | wyświetlenia: 957
124
komentarze: 52 | wyświetlenia: 141687
118
komentarze: 23 | wyświetlenia: 239168
91
komentarze: 20 | wyświetlenia: 110630
90
komentarze: 29 | wyświetlenia: 122078
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska