Login lub e-mail Hasło   

Cudowna wyspa

Moje wrażenia z pobytu emigracyjnego...
Wyświetlenia: 2.781 Zamieszczono 03/01/2009

O Irlandii krążą niesamowite historie, głównie o tym, że wszyscy którzy się tu znajdą doświadczają poczucia dobrobytu i szansy realizacji swoich marzeń.

Pieniądze, o których się mówi w kraju, który w tym samym czasie przechodzi kryzys gospodarczy wydają się rozwiązaniem większości problemów. Faktem jest, że osoba bez wykształcenia, znająca kiepsko angielski, nie mająca zbyt wielkiego doświadczenia potrafi w szybki sposób wywindować się kilka poziomów w górę. Nie jest najlepszym wyjściem dla osób mających coś w głowach, gdyż większość obcokrajowców trafia do oznaczonych pudełek z napisem: Polak, Węgier, Ukrainiec, Filipińczyk etc. I na tej zasadzie funkcjonując, czyli wykonując mało skomplikowane prace. W przypadku obcokrajowców dobre jest to, że przenosząc doświadczenia egzystencjalne z biedniejszych krajów mogą oszczędzić dość pokaźną sumę, która trochę uspokoi skołatane nerwy. Nieliczna grupa trafia na lepsze stanowiska pracy, nie obejmujące sklepów czy posad zmywakowych. A oprócz całej tej walki o byt, istnieje jeszcze pod obraz Irlandii, o którym chciałbym opowiedzieć.

Trafiłem tu całkiem przez przypadek, wolę tak o tym myśleć niż o zrządzeniu losu. Nie potrafiąc odnaleźć swego miejsca w kaczkowatym kraju i lądując na bezrobociu po 3-miesięcznych pracach, które miały mnie zaprowadzić na szczyty, ojciec postanowił, że z pomocą kolegi spróbuje mnie przetransportować do irlandzkiego dobrobytu. Nie potrafiąc obiecać, że szybko uporam się ze swoimi problemami i kredytem studenckim, bądź co bądź będącym dla mnie długiem i zachwianiem poczucia własnej wartości, nie wiedząc, czy dam radę, zgodziłem się. Wziąłem minimalną ilość pieniędzy z jednym, jedynym celem, przeżyć. I jak widać na razie się udało. Nie chciałem wyjeżdżać, ale nie miałem wyjścia, moje CV po krótkim okresie, było długie jak papier toaletowy, za ciekawymi nazwami prac schowane było zażenowanie i gorzka prawda.

Byłem nikim po studiach, po ciężkiej harówie uczelnianej, znaczyłem tyle samo co robol i analfabeta, każdy mógł mnie zgnieść bo nie miałem jednej rzeczy, pieniędzy. Plusem Irlandii jest to, że można wypłynąć trochę na powierzchnię, ale pomijając materializm, żałuję, że wyjechałem, zwłaszcza jeśli chodzi o życie obok pracy i obowiązków.

Poza pracą , nie ma już nic i nie tylko z tego względu, że pracujesz od świtu do zmierzchu, ale sama Irlandia jest dość nudnym krajem. Irlandczycy pogubili się, nie są już potomkami Celtów, nie są też Amerykanami, chociaż jak sądzę bardzo by chcieli. Pogubili się, przez nalot  cudzoziemców, zwabionych historiami o pękających w szwach portfelach, bądź co bądź tak bardzo nie pękają.

Wiadomą rzeczą jest to, że gdy ma się chandrę, gdy brak słońca a sam dla siebie nie jesteś zbyt wielkim obiektem zainteresowania, dobrze jest mieć pieniądze na dobry humor.

Ich małe umysły nie były przygotowane na tego rodzaju boom, zbyt wiele od razu stąd dla relaksu zdarza im się dość często wypić, ale alkohol nie jest tu już rozrywką, na topie jest kokaina. W jednej z audycji młody Irlandczyk opowiadał, że nie zdawał sobie sprawy z tego, że po wzięciu koki można w jakiś sposób się uzależnić. Sam Dublin jest trochę przykładem rozkładu ludzkości, na chwilę sprawia wrażenie tętniącego życiem miasta, pędu, energii, podniecenia, ale diabeł tkwi w szczegółach i każdy obraz odsłania swoje prawdziwe przesłanie po dokładniejszym spojrzeniu, doświadczeniu, co mi się udało.

Wsiadłem do samolotu pełen obaw, nie chcąc wyjeżdżać, ale dość miałem polskich problemów, które spotykały się u jednego źródła, braku pieniędzy i niezależności. Nie znając osoby, do której jadę, znając szczątkowe informacje o Irlandii, mając dość przeżyć w ojczyźnie opuściłem kraj. Nie mówiąc o tym, że miałem jedynie pieniądze na tzw. odliczane dni, czyli jeśli szybko się coś nie uda  jest po mnie.

Wyłączyłem myślenie, jedynie odczuwałem żal, czemu to akurat mnie wszystko spotkało, dlaczego tak się ułożyło lub bardziej nie ułożyło? Wysiadając na lotnisku w Dublinie, wiedziałem jedno, nikt na mnie nie czeka. Dziewczyna, która miała się mną zaopiekować, pracowała do godziny skazującej mnie na dojechanie samemu do centrum Dublina i odbyciu pierwszych kontaktów z tubylcami.

Pierwsze wrażenie, wydawali się być nieobecni, zamknięci, niewyczuwalni w sensie emocjonalnym, plastikowi. Potem dopiero zrozumiałem na czym dokładnie polega ich natura. Dojechałem autobusem do centrum, starałem się zapomnieć o dławiącym strachu, postanowiłem zadzwonić do rodziców, spytałem jakiejś staruszki o telefon, która wskazała mi budkę telefoniczną i dała pieniądze na telefon. Zareagowałem dość histerycznie będąc przyzwyczajony by w kraju ktoś wciskał mi pieniądze siłą. Rozejrzałem się po centrum, jeden wielki zgiełk, pędzący gdzieś ludzie, oczy skośne, zwykłe, osadzone na czarnej twarzy, różne języki, w tym oczywiście polski.

Niestety rodacy nie sprawiali wrażenia ludzi skłaniających do zaprzyjaźnienia, sposób ubierania, poruszania, pierwsze wrażenie zdawało się  mówić, że ich przyjaźń może okazać się nie być z tych bezinteresownych. Pamiętam, że kogoś spytałem  o jakąś konkretną ulicę a on mnie zlustrował i pierwsze na co popatrzył to dość elegancki płaszcz, który zbyt mu się spodobał. Obleciał mnie strach. Pojawił się mój nieszczęsny kontakt. Jak mi obiecała, nie ma się co martwić, wszystkiego dowiem się na miejscu i najważniejsze to się wyluzować.

Spotkaliśmy się przy dublińskiej szpili, główne miejsce spotkań, świetny punkt orientacyjny, widoczny praktycznie z każdego miejsca centrum. Szpila rzeczywiście wygląda jak szpila i pnie się zwężającą częścią w górę. Nazwiska kontaktu nie użyję, imienia też nie podam, chociaż prawdę mówiąc powinienem wskazać na jej całą familię by wstydziła się za córkę do trzech pokoleń wstecz. Ubrana całkowicie na czarno, przypominała bardziej szpiega niż dwudziesto-paroletnią dziewczynę, chyba generalnie to obraz większości, zachowują się jakby skrywali jakąś przeszłość lub tajemnicę, całkowita konspiracja.

Po krótkiej wymianie zdań i moich złych przeczuciach, no i oczywiście pierwszych posępnych migawkach Dublina, dojechaliśmy do wspomnianego przez jej ojca malowniczo położonego domu w jednej z dzielnic Dublina.  Dom okazał się domem pełnym kobiet, Irlandka, Koreanka, jeszcze jedna, której nie było i oczywiście moja koleżanka z Polski. Na dzień dobry pokój gościnny i spanie na podłodze, żarcie w swoim zakresie.

Znalazłem się pod władaniem mojego nowego szefa,  zaczęła pokrótce nakreślać mi plan działania i miejsca, od których powinienem zacząć szukać pracy .Oczywiście wśród nich rozmaite bary, sklepy, restauracje, puby. CV jakie przywiozłem było według niej całkowicie do wyrzucenia, niektóre z porad i wskazówek okazały się słuszne, ale większość z nich polegała na pokazaniu kto tak naprawdę rządzi. Prawdą jest, że pracę dostałem dzięki swojej starej wersji CV.  W domu znajomej - nieznajomej czułem się dość nieswojo, odniosłem wrażenie, że nie jestem mile widzianym gościem, starałem się jak mogłem, ale byłem osobą z zewnątrz i w dodatku nie pomagała mi moja narodowość. Doliczając do tego poczucie wyrzucenia z gniazda, odosobnienie i kompletnie nowe otoczenie, wliczając rosnące palmy w grudniu lub trafniej określając palmo-podobne. Wszystko to składało się na moją dezorientację.

Zdałem sobie sprawę z tego, że praktycznie nic nie wiem o nowym miejscu, że nie mam pracy i że do końca nie chcę tu być, ale poczułem i to nie pierwszy raz w swoim dorosłym życiu coś innego, że nie mam w tej chwili innego wyjścia. Z moją nową przyjaciółką nie za bardzo nadawaliśmy na tych samych falach, było w niej coś dziwnego, niezwykła zarozumiałość. Ja widziałem dziewczynę koło 20-tki, zwykłą, przeciętną, mieszkającą w wynajmowanym domu z kilkoma osobami, jej ego widziało coś zupełnie odmiennego, dopiero później zrozumiałem na czym to polega, że świadomość wielu osób tutaj jest  ściśle powiązana z portfelem, co daje im zpełnie inną skalę wartości wliczając w to ich samych.

Wylądowałem w pokoju gościnnym, wsuwając się w śpiwór, zdając sobie sprawę z czekających mnie wyzwań, jedzenie miałem, bardzo ograniczoną ilość, pieniędzy również i kompletnie brak pomysłu co dalej, ale miałem gdzie mieszkać. Moi rodzice dogadywali się znacznie lepiej z panią G. niż ja, pomysł był taki by to jej oddać gotówkę, by nie nosić wszystkiego przy sobie. Po chyba trzech, czterech dniach bezowocnych starań dowiedziałem się, że muszę opuścić dom, że reszta domowników nie za bardzo jest zadowolona z mojego pobytu w „ekskluzywnym” domu, wliczając to młodą Irlandkę, którą w nocy dość dobrze było słychać z jej chłopakiem, a w dzień nie za bardzo wiedziała o czym rozmawiać.

Tak się jakoś dobrze złożyło, że  licząc wyłącznie na siebie i swoją wersję CV znalazłem pracę w ciągu tygodnia a z domu wyprowadziłem się jakoś dwa dni wcześniej. Mając problemy ze znalezieniem chaty, co jest nie lada wyzwaniem, przynajmniej na początku, gdyś jesteś obcy i potrzebujesz sporo „plecowych” papierów wylądowałem w największym spędzie obcokrajowców, w hostelu, który okazał się być moim domem przez 1,5 miesiąca. Wspaniały dom pani Gosi, o którym opowiadał jej ojciec okazał się mistyfikacją, tak naprawdę zwykła chata, w której większość mieszkała nielegalnie, bez zgody właściciela. Co się potem okazało, wszyscy jego lokatorzy musieli się wynieść, kiedy prawowity właściciel powrócił.

Ponieważ wciąż nie miałem pracy, szukałem dalej, głównie po barach szybkiej obsługi, agencjach  pośrednictwa pracy oraz miejscach gdzie widziałem, że pracują obcokrajowcy. Pracę dostałem w jednym z pobliskich marketów, jeszcze w tych dniach kiedy przekonywałem się, czym  naprawdę jest piękny dom nad morzem. Pierwsza rzecz jaką zapamiętałem to hipnotyczny wzrok managera i jego ciężki głos wymawiający z lekkim zaciekawieniem Rafael. Poczułem w tym momencie, że będzie to moja nowa praca, taki przebłysk, coś co czasem mi się zdarza. Po kilku dniach otrzymałem telefon i później już tylko rozmowa kwalifikacyjna. Szef był jak najbardziej na tak, w końcu koszula, krawat no i dość dobre, polskie maniery, może trochę zbyt pod wpływem stresu, w końcu czas wybijał minuty dość szybko a pieniądze wyciągało ode mnie życie.

Hostel okazał się znośny, drzwi zamykane na kartę, pokój połączony z kamerą w recepcji, czułem się w miarę bezpiecznie, trudno może w to uwierzyć, ale bardziej niż w domu pani Gosi. Na początku wylądowałem w pokoju czteroosobowym, zupełnie sam. Pierwsza noc to poczucie kompletnie obcego życia, czasem czuje się, że przeżywa się to, co dotyczyć powinno innej osoby, że to nie może być moje życie, nawet w 10% nie jest zgodne ze mną a jednak. Hałas na zewnątrz, wokół różne obce języki, nie wiadomo kto wparuje zaraz do pokoju, jaka będzie to osoba, czy ktoś w  ogóle się zjawi.

Pamiętam tylko tyle, że  byłem bardzo baczny, że reagowałem na drobne bodźce i rachowałem, wyliczałem stopień ryzyka, czy może mi się coś stać, czy nie. Trzeba było szybko odgadnąć czy dana osoba rzeczywiście była przychylna, czy tylko czegoś chciała, można wierzyć lub nie, ale tak tu jest, większość rodaków sprzedałaby cię razem z butami i jeszcze uważa, że jest to norma, taki mix z poczucia solidarności i egoizmu co do końca się nie da połączyć. Znane są przypadki tępienia rodaków  w swoich grupach, nawet w przypadku różnic pochodzenia jeśli chodzi o województwo. Według mnie wynika to z tego, że jeśli pracuje się dla pana irlandzkiego, nie wypada gryźć ręki, która karmi, mając poczucie niższości, przykro mówić głównie materialnej rekompensuje się fatalne samopoczucie w tępieniu swoich. W zasadzie proste jak drut.

Hostel okazał się dobrym azylem, sporo Francuzów, których bardzo lubię, zwłaszcza tą groteskową arogancję i poczucie, że głowa jest wysoko w chmurach i nie próbuj nawet mi podskoczyć. Zdarzały się przypadki, że dziewczyna przychodziła z pracy wkurzona i miała dosyć traktowania jej jak gówno. Prawda jest taka, że naród irlandzki uznaje głównie naród irlandzki, co wskazuje na zachowania chyba nie trzeba określać jakie. Trzeba mieć było stalowe nerwy by wytrzymać pierwsze tygodnie, pensje irlandzkie są zdecydowanie lepsze od polskiego głodu, ale trzeba przyznać, że los obcokrajowca nie jest prosty, głównie kalkulator w głowie i wiedza jak się odżywiać by nie dostać na łeb. Przy kosztach jakie pochłaniał hostel a zwłaszcza lepsze pokoje, gdzie nocowało nie 10 osób, ale czasami samemu, trzeba było cały czas uważać na pieniądze. Dopiero po pewnym czasie wiadomo było co kosztuje i ile.

Hostel jest jak najbardziej dobrym miejscem na początkowy start, ale wyznania pijanej Węgierki opowiadającej o tym, że zarabia mało, ale codziennie stać ją na „małego” drinka jest nie do wytrzymania. Czasem się czuję jak Maria Wiernikowska trafiam w miejsca i na ludzi, których normalne osoby nie są w stanie zobaczyć. Z czasów hostelowych pamiętam wiele, fajnego Australijczyka, który witał Cię codziennie zwrotem polskim: "Cześć jak się masz?" używając przy tym śmiesznego akcentu i robiącego sobie wieczne jaja z  obcokrajowców szukających na gwałt noclegu, pamiętam też kradzieże z lodówki, śniadania złożone z muffiny, czyli ciastka i kawy, ciszę temu towarzyszącą. Pamiętam wściekłego Polaka, który obraził się, że nie traktuję go po przyjacielsku, nie odzywając się do niego, Hiszpankę, która przy kolacji opowiadała  z kolegą o Jezusie a następnego dnia starała się o transport do domu z powodu ataku choroby nerki, Murzyna, który otwierając szafkę na rzeczy wylał cały olej do smażenia na Hiszpankę i wiele tak naprawdę fajnych momentów, wspaniałych ludzi i ciekawe historie.

Nie do zapomnienia są chwile zmian noclegów z powodu rezerwacji, czy nagle braku noclegu irytowania się noclegiem u kolegi, czy kuzyna. Nade wszystko obraz przewijających się ludzi, tych będących chwilę i tych, którym się spodobały noclegi i zostali tam na wiele lat. Mi godzina opuszczenia hostelu wybiła prawie w Nowy Rok. Wybawieniem okazał się podstarzały Anglik, dosyć ekscentryczny sprawiający wrażenie cudu spadającego z nieba, anioł będący nagrodą za ciągłe modlitwy. W doskonałej formie, z charakterystycznym błyskiem w oku obiecał pokazać pokój marzeń, za sumę, która mi jak najbardziej odpowiadała.

Wierzcie lub nie, ale życie w hostelu daje się we znaki, życie zamknięte w walizę, która spoczywała w małej klatce zamykanej na kłódkę, ciągła niewiadoma, który pokój , z kim. Część osób przyznaje, że nie dałaby radę wytrzymać w hostelu, kwestia przyzwyczajenia, trzeba polubić pewną niewiadomą i to poczucie trochę izolacji i niecodziennego życia. Pranie w hostelu dwie ulice dalej, bo w tym, w którym akurat nocujesz nie ma pralki. Po dwóch miesiącach niewiadomej, czy w Twojej lodówce nadal będzie nienaruszone Twoje „żarełko” postanowiłem dać za wygraną, poza tym było mnie stać już na pokój, co na początku jest zbyt dużym wydatkiem.

Pana Jeffreya spotkałem w jednej z kawiarenek internetowych, sprawiał wrażenie człowieka bardzo serious, z laptopem podłączonym do Internetu, załatwiającym swoje biznesowe sprawy. Spoglądał na ekran rzucający światło na jego bystre oczka, spod grubych okularów, jak się okazało był człowiekiem skojarzonym z firmą kosmetyczną, całkiem zakręcony, ale poczciwy. Wzbudził moją sympatię, ja zresztą jego również. Określał, że mam wspaniałą energię i od razu mnie polubił. Miał zaraz skończyć pracę z komputerem i mieliśmy ruszyć w drogę. Byłbym zapomniał, towarzyszyły mu jego córki, krótko określając jedna chuda i ładna, druga grubsza i ładna inaczej. Ta chuda, cicha, skromna, druga ruda, piegowata i strasznie krzykliwa. Obie trzaskały palcami po klawiaturze, cały czas krzycząc do ojca. Po wręczeniu całego stosu referencji i pierwszym egzaminie ruszyliśmy w drogę, dzisiaj podziwiam swoją odwagę, że wsiadłem do obcego samochodu, że ruszyliśmy ulicami, których nie znałem, ale przyznając szczerze nie miałem wielkiego wyboru.

Mały fordzik zawiózł nas do przepięknej dzielnicy, do małego domku będącego jak z marzeń, trochę daleko, ale za swoje łóżko dałbym w tej chwili wiele. W samym Dublinie chyba najgorzej z mieszkaniem, reszta jakoś przychodzi sama. Dom miał trzy sypialnie, jedna pojedyncza, którą ja byłem zainteresowany, dwie podwójne, piętrowy z kuchnią, o której nie jedna pani domu mogłaby pomarzyć, ja byłem zadowolony, że kilkadziesiąt osób nie będzie zainteresowana moim jedzeniem. W domu czekała już jego znajoma, pani taksówkarz, bardzo dystyngowana, nieco ochrypnięta, krótka rozmowa i dobiliśmy targu, kontrakt miał być spisany później, znając metody działania wielu osób spisaliśmy wersję wstępną, uwzględniając depozyt i sumę za pokój. O reszcie mieliśmy pogadać potem, na razie miałem odpocząć zmęczony ciężkim bądź co bądź bytowaniem w hostelu.

Jedno życie za mną, kolejne zaczęło się wyłaniać...  Muszę przyznać, że nie było to pierwsze, trafione poszukiwanie mieszkania. Wcześniej próbowałem wcisnąć się do domu Brazylijczyków, którzy w chwili rozmowy ze mną grali po pijaku w Monopoly, odwiedziłem też dom pewnego Polaka, który wychwalał przystępną cenę i DVD, które miał w laptopie. Trzeba było mu chyba odpowiedzieć, że w pokoju nie ma czym oddychać, było tam jedno piętrowe łóżko i zaduch starych skarpet, dwa metry na dwa i ścisk. Mogłem mieszkać jeszcze z jego synem i żoną, wciśnięty pomiędzy nimi w łóżku i być świadkiem ich spółkowania. W jednym z mieszkań otworzył mi drzwi szczerbaty Polak, który łamał angielski uznając mnie za Irlandczyka i zaprosił do drogiego pokoju w centrum, gdzie podłoga była z desek, na środku był tylko materac i zapach moczu. Byłem zdruzgotany, nawet chciałem juz tam zostać, sami mnie wypędzili litując się nad moim losem. Anglik był więc poczuciem spełnienia, niby godzina do pracy, ale co za luksusy.

Pokój z podłogą  z jasnych deseczek, z białym dywanikiem, rower treningowy na środku, szafa, okno, cały biały, no i ja z pozostałością szarego życia w hostelu, nagroda sama się zjawiła, czyż to nie wspaniałe? Bóg jednak czuwa nade mną, alleluja. Kuchnia ze zmywareczką, lodówką, pralką i szklanym stołem, w salonie piękny telewizor, kominek, obrazy, w tym jeden akt męski w stylu antycznym(?), dwie pastele i nadmuchane kanapy. Odczuwałem zadowolenie i powoli opadało napięcie.

Pan Jeffrey, Anglik z pochodzenia wykazywał dość ekscentryczne zachowanie, miał szereg manier, gestykulacji, całe spektrum zachowań szybko łapał z Tobą kontakt, wyczuwając Ciebie i Twoje potrzeby, dobry przyjaciel, to było dość podejrzane, ale po takich osobistych przejściach w zasadzie podejrzewać można każdego. Miał 67 lat, chyba bardzo bał się swojego wieku, końca, niepewności zdrowia i dni. Uwielbiał o sobie opowiadać, pokazywać zdjęcia swoich dzieci, jak się później okazało miał ich chyba z siedmioro lub ośmioro, trochę się w tym pogubiłem szczerze mówiąc. Najmłodsze miało 3 lata(!), taki był Jeffrey głupio nieprzewidywalny, naiwny, lekkoduszny. Ponoć po rozwodach musiał sprzedać swój dom i teraz wynajmował pokój pracując w Irlandii. Biznes związany z kosmetyką i dbaniem o swoje zdrowie przepadł, prawdopodobnie plajta, najnowszy pomysł to nauka prawa jazdy, z którym notabene sam miałem problemy i ciągle odczuwałem wyrzuty, że nie posiadam. Nawet chciałem by Jeff mi w tym pomógł.

Biznes był w przygotowaniu, w wolnych chwilach Jeffrey tworzył, spisywał swoje przemyślenia, zajmował się buddyzmem, w weekendy odwiedzały go dzieci, najpierw poznałem dwie córeczki, potem trzyletniego rudzielca i jeszcze jednego synka, który nauczył się paru zwrotów po polsku. Ja jeździłem do pracy a Jeffrey prowadził szkołę jazdy, w wolnych chwilach odwiedzał portale dla samotnych Azjatek twierdząc, że szkoli się na nich jak uważać na podstępne, materialnie nastawione kobiety. Obrączka ślubna była w jego mniemaniu tym samym, co 'kółko' zakładane bykowi w nosie, by mieć go pod ciągłą kontrolą.

Stanowiliśmy małą rodzinę, co pozwalało mi zapomnieć o wyobcowaniu i ciężkim, emigracyjnym losie. Miał własne pomysły, gdzie, jak, co, w jakiej kolejności powinno się robić. Ja byłem głupkiem, on był moim mistrzem życia i w sumie dobrze, miałem swoje cele więc dbałem o to, by właśnie tak myślał. Na razie mieszkaliśmy sami, wpadała czasem jego znajoma, była kobieta jego życia a jakże, ale głównie na 'lampeczkę'. Jak sama twierdziła zbyt wiele ostatnio piła, ale chciała zerwać z nałogiem i w tym celu postanowiła wybrać  się na 'farmę zdrowia', cokolwiek to znaczy.

Fakt faktem, czułem się bardzo bezpiecznie, nie miałem nawet zamka na klucz w swoim pokoju, jakoś przełknąłem to, że Jeffrey pozwolił swoim dzieciom robić porządki w moim pokoju, kiedy nie było mnie w domu. Wiedział, że nie lubię  naruszania swojej prywatności, ale chyba chciał ukryć w tajemnicy to, że porządki były jego pomysłem, by mnie trochę wystraszyć. Na razie mieszkaliśmy sami, potem dołączył jego przyjaciel Don. Wysoki, bardzo chudy, z długimi poskręcanymi włosami. Pojawiła się też jego dziewczyna, imienia nie pamiętam, za to pamiętam ciekawy wytrzeszcz oczu, który powiększał się wraz z jej zdumieniem, w które wpadała dość często. Jeffrey wynajął mu jeden z pokoi, ponieważ znajdował się akurat w kłopotliwej sytuacji braku lokum. Wydał mi się sympatyczny, kiedy mnie zobaczył powiedział tylko: A ty z pewnością jesteś bystry, to widać. Połechtało to moją próżną ambicję, ale coś mi podpowiadało by za bardzo nie ufać i się nie zbliżać. Don okazał się narkomanem i alkoholikiem.

Kokaina i whisky, to stanowiło jego potencjał i siłę, potrafił mieć wspaniały, wielki umysł, kiedy był jasny, gdy odnajdywał swoje uzależnienia wpadał w paranoje. Fascynowały go wydarzenia World Trade Center, Osamabin Laden, wszędzie widział spiski. Przedstawiał Jeffreyowi swoje wspaniałe teorie, które on notabene wchłaniał. Istniała pomiędzy nimi dziwna zależność, umysł Dona szybował gdzieś wysoko, poruszał się swobodnie, zmieniał postać, umysł Jeffa także wspaniały, ale bardziej zacumowany, ograniczony, nie analizował, przeżywał.

Don potrafił to wykorzystać, do dziś nie wiem, czy płacił mu za mieszkanie, ale wiem, że jedzenie często należało do Jeffa, sam czasem karmiłem dzieci Dona. Chłopiec niezwykle silny i równie dziki jak ojciec, mała była księżniczką, ale niezwykle łobuzerską, miały w sobie sporo energii, ale też braku wychowania. Kiedy poprosiłem by poczęstowała swojego kolegę z Korei cukierkiem, mała  rzuciła mu go na podłogę.

Często po zabawie z dziećmi wychodziłem z podrapanymi rękami, gryzły, drapały, kopały. Don zaczął się zadomawiać, przyniósł stertę swoich rzeczy, wpadała też jego znajoma, często pili, czasem w zgodzie, czasem w kłótni. Jego dziewczyna czekała na to, aż Don zdecyduje się mieć z nią dziecko do czego się za bardzo nie śpieszył, pasowała mu ta sytuacja jaka istniała, wiedziałem, że nią manipulował, robiła dla niego praktycznie wszystko. Szukał nici porozumienia ze mną, było mu ciężko, bo umiałem trzymać ludzi na dystans i te nici przecinać. Chciał mnie zainteresować jedną ze swoich książek o samobójstwach mówiąc, że to jest prawdziwe życie, namówił mnie do jednego z wieczorów przy winie i ciekawym filmie, który opowiadał o jakimś wilkołaku i był, szczerze mówiąc, piekielnie nudny.

Don pił i palił, nie widziałem specjalnie by jadł. Był silny, ale potrzebował widowni, jej brak odbierał mu siły. Dom niegdyś piękny, jasny, czysty teraz zmieniał swój charakter, było brudno, nie był wietrzony, czuć było papierosy. Pamiętam, że kiedyś wróciłem z pracy i Don siedział, w połowie leżał, w szlafroku na łóżku, być może pijany, być może naćpany, czasem płakał. Jeffrey też zaczynał mieć swoje odjazdy w świat deformacji. Dostawał kompleksów na punkcie swojego wieku, prowadził ścisłą dietę, głównie sojową, jednego dnia palił, drugiego nic, ścisła dieta miała spowodować by wyglądał jak dwudziestolatek.

Wpadał w depresję, zamykał się w swoim pokoju, wychodził w szlafroku z naszytym smokiem, wysmarowany samoopalaczem, te wszystkie zabiegi miały mu odjąć lat. Po nocy głodówki zjawiał się i pokazywał mi swoją opaloną twarz, czekając na werdykt, czy lata odjęło. Mówiłem, że efekt jest wspaniały, wsiadałem w szoku w tramwaj i starałem się nie myśleć i analizować.

Don chodził do pracy, również kiepsko się miał, ponoć narkotyki nie przeszkodziły mu pracować w IT, szczerze wątpię w tą historię. Dzieci Jeffa mnie uwielbiały, być może byłem dla nich trochę ojcem wożąc je ”na barana”, zapewniając ciągłą rozrywkę i zabawy, znosząc dzielnie kopanie i bicie małych stóp. W Wielkanoc jedno z dzieci po utracie kontroli nad spożyciem czekoladowych jajek, wymiotowało swoją radością całą noc. Pamiętam, że Jeff spłukiwał prześcieradło wodą z węża ogrodowego.

Nie byłem wśród normalnych, na zewnątrz nie było lepiej. Kiedy w tramwaju jedna z pań zemdlała i padła jak długa na podłogę, jeden z Irlandczyków podszedł do niej  i oznajmił, że to co się stało było dla niego prawdziwym szokiem. Mówiąc szczerze Irlandia jest pełna dziwaków, świrów, jest wszystko dobrze, gdy nie stanowią oni żadnego zagrożenia, bywa jednak, że niestety stanowią, ale może o tym później.

Nigdy nie widziałem właścicielki mieszkania, pielęgniarka, przebywała za granicą, dostawała listy a Jeff je przekazywał dalej, miała wrócić za jakiś rok. I tak pędziłem sobie swój żywot: praca, dom, który ze względu na to, że był blisko gór pozwalał na wycieczki, trochę daleko od centrum, ale czasem zdarzało się do niego wybrać. Wokół głównie rasa czarna, Tallaght jest dość niebezpieczne, spora przestępczość, gangi młodzieżowe, ostatnimi czasy głośna była historia Scissors sisters, które wraz z matką miały wspólnego kochanka, którego zabiły i poćwiartowały a ciało ukryły  w różnych miejscach dzielnicy.

Sam czasem bałem się wracać do domu na piechotę, ale w końcu byłem nieco zahartowany w trudach życia. Cały czas w naszym życiu obecna była jeszcze jedna postać, była dziewczyna Dona, matka jego dzieci i przyjaciółka Jeffa. Równie zagadkowa postać, była miłość Dona, zalążek fascynacji Jeffa. Kiedy wróciłem z jednych z wakacji do domu, dowiedziałem się, że w domu Jeffa była policja. Wywiązała się sprzeczka pomiędzy panami. Według Dona, Jeff miał romans z Mary, którą w prosty sposób zmanipulował dla swoich celów. Polała się krew, przyjechała policja, kilka dni później Jeff siedział z Mary przy stole i relacjonował przebieg wydarzeń, przedstawiając osobę nieobecną, całkowicie winną zaistniałej sytuacji. Ponoć nadal łączyła ich tylko przyjaźń, ja zwróciłem uwagę na splecione dłonie Jeffa i Mary. Coś się zmieniło, tylko jeszcze nie wiedziałem jak. 

Jeff i Mary byli parą, taką ze wspaniałymi wizjami, on zajmie się jej dziećmi a ona będzie się opiekować nim na starość. Póki co Jeffrey głośno nocami wyciskał swoje życiowe soki pokazując Mary ile sił życiowych potrafi w sobie mieć 67-letni mężczyzna. Don natomiast zgłaszał policji rozmaite, dziwne historie dotyczące Jeffreya. Pomiędzy panami istniała walka jak zwykle o kobietę, w głębszych podtekstach o dumę, ambicję, męskie ego i męskość, której pewnie żaden z nich tak naprawdę nie miał. Ja nadal pracowałem, spałem, jadłem, bawiłem się z dzieciakami Jeffa i dalej tygodnie płynęły beztrosko do przodu. Jeden pokój Dona stał pusty i Jeff chciał go komuś wynająć, ale na dobrą sprawę chciał by jej romans pozostał na razie jak najmniej odkryty więc zwlekał z pokazaniem go jeszcze jakiejś osobie.

Pojawiła się w końcu w naszym życiu kolejna postać, Jane a w zasadzie Teschina, pochodziła z Anglii i miała ciemną skórę. Jak Jeff utrzymywał bardzo spokojna osoba, ponoć pani doktor więc zapowiadało to naprawdę miłą i spokojną atmosferę. Była miła, tak na pierwsze spojrzenie, rozmowę, błysk w oku. Szybko się zadomowiła, ustanowiła nowe reguły, oznajmiła Jeffowi, że nie będzie karmić jego dziewczyny więc jej półka w lodówce to jej półka, obalała fundamenty jego reguł, mi natomiast otwierała oczy na rzeczy, których się nie domyślałem bądź nie wiedziałem jako przyjezdny. Jane była Mulatką, nawet dość ładną, barwnie opowiadała, była bardzo towarzyska, miała jednak małe problemy ze szczerością.

Mieszkała obok w pokoju, często w nocy odwiedzał ją jej chłopak, potem był jeszcze kuzyn, który okazał się drugim chłopakiem i bynajmniej odgłosy z jej pokoju nie przypominały więzów rodzinnych. Uwielbiała nocne kłótnie, sceny, trzaskania drzwiami, burdy. Odnalazła w naszym domu poczucie swojego miejsca, ja odnalazłem zatyczki do uszu. Gorzej było z Jeffreyem, niestety nie znajdywali ze sobą żadnej nici porozumienia oprócz tej, że obydwoje siebie nieźle 'kantowali'. Jane nie była po doktoracie, pracowała w jednym ze sklepów odzieżowych, potem przesiadywała głównie w domu jako, że przestała pracować, powodów  nie znam. Jeffrey natomiast przedstawił się jej jako obywatel Iraku, co z kolei mi się wydało dość podejrzane. To, czego się o nim dowiedziałem przestało być prawdą, nawet tą niepewną.

Nienawidzili się więc siłą rzeczy jedno opowiadało o drugim niestworzone historie by zyskać sojusznika. Jane miała okazać się narkomanką i alkoholiczką, Jeff miał natomiast okazać się oszustem w sprawach mieszkania. Niby nigdy nie poznałem właścicielki, zawsze przychodziły do niej listy, które po pewnym czasie znikały, wiedziałem, że przebywa na wakacjach i że jest pielęgniarką. Przypomniałem sobie, że miałem do niej telefon o czym opowiedziałem Jane, natychmiast chciała go ode mnie wyciągnąć, ja jednak w myśl dyplomacji by w momencie gdy prawda wychodzi na jaw trzeba ją jeszcze trochę przytrzymać, powiedziałem, że gdzieś go zapodziałem.

Jeffrey wydawał mi się już podejrzany, cały czas był, tylko jakoś wolałem wszystkiego nie wiedzieć. Sam nasz pan i władca obserwował mnie również w dziwaczny sposób. Sytuacja zaczęła się robić napięta, prawda wypływała na wierzch. Po wspaniale ciepłym i słonecznym sierpniu przyszedł czas na zmiany. Jeffrey oznajmił, że mamy się z domu wyprowadzić, Jane nawet nie chciała o tym słyszeć, dopiero co się wprowadziła i wizja kolejnej przeprowadzki jej się nie podobała, twierdziła, że dom się jej podoba i wyczuła, że to Jeff chce się wyprowadzić. Cały czas zdawał się przed kimś ukrywać, twierdził, że były kochanek Mary wysyła drogą elektroniczną pogróżki i czai się gdzieś w ciemności dublińskich ulic. Mało tego twierdził, że dom obserwuje i któregoś dnia po prostu zapukają do naszych drzwi.

Traciłem głowę, Jeff wydawał się taki miły na początku a teraz okazało się, że ukrywał przedziwne swoje wnętrze, był jak postać z mrocznego thrillera, bez zasad, możliwe, że mógłby wiele zrobić niekoniecznie dobrego. Pewnego popołudnia wziął mnie na krótką rozmowę, jak stwierdził z poważną miną: "Musi ze mną porozmawiać". Poruszył sprawę wyprowadzki, otóż prawowita właścicielka miała niebawem powrócić ze swoich wojaży i chciała odzyskać dom, przedtem miał być odmalowany, gdyż miał być skierowany do sprzedaży. Co z nami będzie? Niewiadomo, wiadomo jedynie, że Jane miała odpaść z gry, gdyż jest zbyt kłótliwa i jak to określił Jeff jest paranoiczką więc nie reaguje adekwatnie do bodźcu, którym podlega. Ja natomiast miałem przenieść się gdzieś z Jeffem i Mary, gdyż mnie polubił i nie wyobraża sobie dalej jakoś życia beze mnie. Przecudnie, prawda? Gdzie, tego jeszcze nie wiedział, oczywiście spytał, czy mam zamiar zmienić pracę i to już trochę skierowało moje myślenie na inne tory. Zapewniał, że wszystko będzie dobrze i naturalnie będzie lepiej. Dom jest piękny, ale cóż pora się wyprowadzać.

Wysiadłem z samochodu nieco skołowany, nie wiedziałem co myśleć. Potem rozmawiałem z Jane, tak, żeby Jeff o tym nie wiedział, przyznałem się, że mam telefon do właścicielki domu i może w ten sposób się dowiemy prawdy. Chciała go ode mnie natychmiast, skłamałem, że muszę go odnaleźć i nie wiem, gdzie teraz się znajduje. Następnego dnia po skończonej pracy postanowiłem zadzwonić do właścicielki mieszkania i porozmawiać, głównie o tym, czy musimy się wyprowadzać z domu, czy aby może nie jest to konieczne.

Odebrał młody głos:

-Słucham? Kto dzwoni?

-Mam na imię Rafel, mieszkam w wynajętym pani domu, słyszałem, że mamy się wyprowadzać. Chciałbym się tylko dowiedzieć, czy jest taka konieczność, czy rzeczywiście nie możemy zostać? Jest już prawie wrzesień, do wyprowadzki został niecały miesiąc i nie wiem, czy uda mi się tak szybko coś znaleźć. Przy okazji co będzie z naszym depozytem, bo o tym nic nie wiemy?

Po drugiej stronie nastąpiła nieznośna cisza, potem pojawił się męski głos, który postanowił kontynuować rozmowę:

-Muszę coś wytłumaczyć, to nie będzie łatwe. Otóż, hmmmm, Jeff nam nic nie powiedział, że ktoś u nas mieszka, o niczym nic nie wiedzieliśmy, bardzo nam przykro, proszę zadzwonić jutro, sami jesteśmy w szoku i muszę osobiście porozmawiać z Jeffem. Jeszcze przez chwilę siedziałem ze słuchawką w ręku i nie wiedziałem, co myśleć, w zasadzie mogłem myśleć tylko o jednym - oszustwie. Jeff nie istniał, listy były podkładane lub co najwyżej przychodziły i były przekazywane do właścicielki, która zostawiła jak sądziłem mieszkanie pod opieką Jeffa, a ten z kolei wpadł na pomysł, by na tym trochę zarobić. Dlatego tak bardzo się starał i był tak miły. I prawda, nigdy nie rozmawiałem z właścicielką, wiedziałem, że istnieje, ale nigdy z nią nie rozmawiałem.

Na szczęście miałem umowę. Co powiedzieć Jane? Czy mam denerwować rodziców? Jak zareaguje Jeff na fakt, że kurtyna została odsłonięta i ''król jest teraz nagi”. Nie wspomnę o tym, że zaczynałem się trochę denerwować dalszym losem i faktem, że nasz dom już nigdy nie będzie taki jak dawniej, tak jakby sam podległ nagłej przemianie, ktoś go odczarował, już nie był taki nasz, jeśli rozumiecie o co mi chodzi?

Ojciec uznał, że póki mam umowę Jeff jest na straconej pozycji i nieważne w jaki sposób jest ona sporządzona, widnieje na niej podpis, zasady i kwota depozytu, o telefonie nie mam nic mówić, gdy dotrę na miejsce będzie już Jeff skarcony. Mimo to odczuwałem gulę w żołądku i miałem szczerze dość Jeffa i tej przykrej sytuacji.

Kiedy wróciłem do domu Jeff już na mnie czekał w drzwiach. Popatrzył posępnie i tylko powiedział:

- Dzwoniłeś do właścicielki domu?

Nic nie odpowiedziałem, on tylko pokiwał głową i poszedł do swojego pokoju, potem zobaczyłem Jane, chciała się dowiedzieć o co chodzi, co z domem, ale powiedziałem, że wyjaśnię jej potem, teraz nie mogę. Kiedy kładłem się spać, na wszelki wypadek zasunąłem drzwi łóżkiem, nie wiedziałem kim jest Jeff, był teraz oszustem, nabrał nas i jego postać nie była na razie tak wyraźna. Zacząłem trochę panikować, ale ojciec mi wyjaśnił, że to Jeff powinien teraz się miotać, w Irlandii za przestępstwa podatkowe grożą wysokie kary. Jeff spał niespokojnie, cały czas tylko rozmawiał przez telefon szeptem, robiła się dziwna atmosfera w domu, Jane jeszcze o niczym nie wiedziała, domagała się bym jej coś powiedział więc tylko dałem jej numer telefonu właścicielki. Była wściekła na Jeffa, powiedziała, że zadzwoni potem. Kiedy wracałem do domu następnego dnia, zobaczyłem, że Jane ucieka z domu, tylko wymachiwała rękami i krzyczała, że nie zostanie w tym domu i idzie spać do swojego chłopaka, że ma dość Jeffa. Domyśliłem się, że dzwoniła do właścicielki i że zna już całą prawdę.

Jeff siedział w domu, prosił bym usiadł. Przeprosił za całe zajście i obiecał, że znajdzie mi nowe miejsce do życia, ma mnóstwo przyjaciół i na pewno uda się znaleźć nawet coś w bardzo atrakcyjnej cenie, podziękowałem za pomoc, ale oczywiście chciałem znaleźć coś sam. Przestałem mu ufać. Obiecał, że kiedy będę się wyprowadzać otrzymam swój depozyt z powrotem, tymczasem powinienem sobie poszukać nowego lokum, bo niebawem dom będzie remontowany przed wystawieniem na sprzedaż. Uparłem się jednak, że zostanę do końca, bo nie mam gdzie teraz iść a jeśli będą z tym problemy to chcę rozmawiać z właścicielką domu, bo z Jeffem nie chcę mieć już nic wspólnego.

On zrobił biedną minę i mówił, że nie chce by popsuły się między nami stosunki, pytał, co będę robić w najbliższą niedzielę, bo chce zabrać mnie na wycieczkę, jak sam podkreślał bardzo, bardzo długą i pokaże mi miejsca jakich jeszcze nie widziałem. Nie muszę chyba dodawać, że byłem śmiertelnie przerażony. Prosiłem nawet Jane, żeby wróciła do domu, ale ona już nie chciała słyszeć o Jeffie.

Zostałem sam. Co noc zasuwałem drzwi łóżkiem i słyszałem  jak Jeff wstaje w nocy do łazienki, sam kiepsko spał, bał się policji, kary, co zrobię. Właściciele obiecali, że mogę pozostać w tym domu do końca remontu jeśli tylko mi nie będzie przeszkadzać ten fakt, postarają się pracować nawet w czasie kiedy będę w pracy. Właściciel chciał ze mną potem osobiście porozmawiać, trochę się bałem tej rozmowy, chciał mnie nieco uspokoić, pamiętam, że groziłem Jeffowi policją więc sytuacja stała się dla wszystkich nieznośna.

Zastanawiał mnie sposób w jaki ze sobą rozmawiali, byli jak dobrzy przyjaciele, zresztą Jeff jak sam właściciel podkreślał był starym, dobrym przyjacielem, dało mi to do myślenia, że byli w zmowie, ale oczywiście grałem rolę idioty. Miałem otrzymać depozyt i małą gratyfikację na otarcie łez, niewiele, ale zawsze coś.

Do wyprowadzki zostało parę dni, trzeba było tylko to przeczekać, nie miałem wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, miało się wszystko odbyć bezboleśnie. Miałem dość tej całej sytuacji tego pięknego domu i tego schizola, jeszcze starał się uzyskać zbyt dużo pieniędzy za rachunki, ale zakryłem się depozytem, który miał pokryć ich znaczną część, to na wypadek gdyby nie chciał mi go zwrócić. Do końca panowała atmosfera niepokoju, Jeff długo rozmawiał przez telefon, mało spał ja co noc zastawiałem drzwi łóżkiem.

Spakowałem swoje rzeczy, ostatniego dnia spotkałem Jeffa odświętnie ubranego, który podziękował mi za mile spędzony czas i miał nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi, dom już był całkowicie odmieniony, wszystko odmalowane, meble zmienione co z nim będzie dalej, nawet nie chciałem wiedzieć.

Kiedy wyszedł z domu zostałem sam i odczułem ulgę, zabrałem resztę rzeczy i zatrzasnąłem drzwi, klucze wrzuciłem przez skrytkę pocztową w drzwiach, moja historia dobiegła końca, ruszając taksówką w stronę centrum Dublina czułem jak z każdym kilometrem czuję się coraz bardziej wolnym człowiekiem, miałem nadzieję, że nigdy go już nie spotkam. Spotkałem kiedyś w centrum handlowym, jednak on mnie nie widział.

Po jakimś roku czasu przed Gwiazdką zadzwonił telefon, na ekranie zobaczyłem tylko imię Jeff, telefonu nie odebrałem, nie pytajcie mnie dlaczego.

Podobne artykuły


25
komentarze: 19 | wyświetlenia: 3995
22
komentarze: 31 | wyświetlenia: 2134
21
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1805
18
komentarze: 24 | wyświetlenia: 1823
17
komentarze: 25 | wyświetlenia: 1397
17
komentarze: 8 | wyświetlenia: 26151
17
komentarze: 34 | wyświetlenia: 2345
15
komentarze: 79 | wyświetlenia: 1404
15
komentarze: 37 | wyświetlenia: 1126
14
komentarze: 32 | wyświetlenia: 980
13
komentarze: 34 | wyświetlenia: 917
13
komentarze: 23 | wyświetlenia: 843
13
komentarze: 31 | wyświetlenia: 1146
13
komentarze: 6 | wyświetlenia: 863
13
komentarze: 4 | wyświetlenia: 932
 
Autor
Artykuł



Bardzo fajnie się czytało, polecam innym.

Dzięki, sława jednak szybko przemija jak sądzę

oczywiscie bez rewelacj ale z wielką chęcia czytalem .

trochę pewnie jest, Irlandczycy mają pokrętną naturę i są dobrzy''w graniu''innych ludzi jakimi są,mówi się o dwóch rodzajach irlandzkiej gościnności,jedna dobra, druga wiadomo;)

  Strzyga  (www),  21/02/2011

mieszkam od 5 lat w Eire i spotkałam się wyłącznie z wielką życzliwością i gościnnością Irlandczyków. To prości ale dobrzy ludzie. O wiele gorsze mam zdanie o Polakach niż Irlandczykach.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2017 grupa EIOBA. Wrocław, Polska