Login lub e-mail Hasło   

Daj siebie innym...

Wiele młodych ludzi tak kończy, sztuką pozostać sobą, wyjść z tego wszystkiego. Naiwne, podsłyszane, zapisane. Dla Jarka.
Wyświetlenia: 1.898 Zamieszczono 03/03/2009

"Przyjacielu mój, daj mi trochę siebie,

siłę, odwagę, zaufanie do ludzi...

Chcę żyć inaczej.

Daj mi więcej.

Przyjacielu mój daj mi trochę siebie,

bym i ja mógł dać siebie innym..."          

[jeśli ktoś zna autora, bardzo proszę o informację]

 

Chyba po raz setny przeczytałam ten wiersz. Już nie znaczył dla mnie tyle co kiedyś, ale nadal każde słowo, każda litera płonęła na papierze zostawiając bolącą ranę w sercu. Moje życie było, jest i będzie zagadką - nigdy nie będę pewna jutra. Zawsze, nawet sama dla siebie będę kartą odwróconą rewersem z niewiadomą wartością. Zawsze pozostawało pytanie: czy się nie złamię? Czy to wszystko nie pójdzie na marne? Zawiodłabym przede wszystkim siebie, lecz Kotana również. On jest jedyną osobą, która nigdy mnie nie opuściła. Marek zawsze był dla mnie ostoją, na której mogłam się wesprzeć. Zawsze wierzył we mnie, mimo że ciągle niszczyłam to, co on usiłował budować. Mojej przeszłości nigdy nie wymażę z życiorysu, tak samo jak nie zmienię daty mojego urodzenia, śmierci... Nad moim życiem zawsze będzie wisiało widmo igły i napełnionej strzykawki z na wpół dociśniętym tłokiem. Czy tego chcę - czy nie.

Wszystko zaczęło się dawno. Nie pamiętam nawet dokładnie kiedy. Podobno wszystko ma podłoże w psychice człowieka. Moja była wyjątkowo słaba i nie przewidywała takich zmian w życiu jakie mogą zajść. Byłam zbyt podatna na wpływy otoczenia. Zawsze brałam sobie do serca to, co mówili inni. Pod wpływem tego też często zmieniałam swoje zdanie.

A więc początek mojej historii zaczął się dość dawno. Nieznana data, którą przypominam sobie przy każdym zerknięciu na dowód osobisty. Dokładnie nie mogę sobie przypomnieć roku... Kilka lat temu - za to dłużących się niemiłosiernie przez wieki. Pamiętam świeczki na urodzinowym torcie... wtedy było ich chyba piętnaście. Może. Tak, tak - pewnie piętnaście. Piętnaście płomyków, które zdmuchnęłam za jednym zamachem. Siostra położyła mi dłoń na ramieniu i kazała pomyśleć życzenie. Pomyślałam, a teraz żałuję. Życzenie - moje dawne marzenie - automatycznie wpadło do mojej dziecięcej jeszcze główki. Wtedy myślałam, że jak już kończę piętnastkę, będę miała więcej swobody i zamienię się w kowala własnego losu. Nie chybiłam zbytnio. „Chcę zmienić moje życie!” - pomyślałam. Chciałam pozbyć się monotonii, tej cholernej monotonii zamieniającej najszczęśliwsze lata mojego życia w listę rzeczy, które trzeba zmienić. Nie doceniałam wtedy tego spokoju, nie wiedziałam ile znaczy spokojny sen w domu, gdzie za ścianą śpią kochający cię ludzie.

Gdybym wiedziała, że ono się spełni... gdybym wiedziała, że tak się spełni, to wolałabym nie myśleć nic. Przemilczeć albo zamarzyć o nowym rowerze, czy wyjściu na zabawę. Po prostu zdmuchnąć świeczki, zjeść tort, poprzyjmować z czystym sercem życzenia i prezenty, potem się nimi nacieszyć, a pod koniec dnia zasnąć ze świadomością kolejnego zakończonego roku życia, a w poniedziałek wrócić do szarej, monotonnej rzeczywistości. Teraz to wiem, wtedy byłam otwarta na wszystkie nowe doświadczenia - skutki mnie nie interesowały.

Kiedy domowa uroczystość się skończyła, obejrzałam prezenty i opadłam na kanapę, na której zawsze spałam. W dłoniach przerzucałam nowy sweter, kilka spinek, kalkulator. Byłam szczęśliwa. Po południu moja siostra, Agata, zabrała mnie do restauracji „Amber”, która znajdowała się w sercu mojego rodzinnego miasta. „To w końcu twoje piętnaste urodziny, spędź je choć raz inaczej, niż zwykle” - uśmiechnęła się zachęcająco, odgarnęła swoje piękne blond loki i pociągnęła mnie za rękę ku drzwiom. Była ode mnie starsza kilka lat, lecz nie odczuwałyśmy tego. Zawsze byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami.

Do „Amber” zawsze chciałam pójść. Wiedziałam, że Agata często tam wychodzi, ale mnie mama zawsze zabraniała. Aż dziwne, że dziś się zgodziła. No i poszłam... miejsce było co najmniej normalne. Zwykła restauracja - zupełnie taka jak inne, tyle że z prawdziwą sceną, przez którą przewijało się mnóstwo osób, niektórzy grali, a jeszcze inni śpiewali. Jedni lepiej, drudzy gorzej.

Mimo tej zwyczajności - podobało mi się tam. W tej prostocie było coś egzotycznego i nieznanego. Ta kameralność miała coś przyciągającego. Ściany były utrzymane w tonacji seledynowej, a na stołach spoczywały ciężkie, granatowe obrusy.

- Dekoratorzy tego miejsca mieli chyba spaczony gust - westchnęłam siadając na jednym z krzeseł. Musnęłam obrus dłonią wyczuwając pod nią delikatne wzorki, które można było zobaczyć dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się materiałowi. Zajęliśmy stoliczek obok drzwi, tuż przy wejściu. Wchodzący ludzie niemal potrącali moje krzesło.

- A coś ty taka drobiazgowa!? - obruszyła się Agata. - Może i nie wygląda to imponująco, ale tu nie liczy się wystrój. Liczy się atmosfera, której nie tworzą kolory ścian czy obrusów, ale ludzie. A atmosfera tutaj jest pierwszorzędna! Zwłaszcza we wtorki, kiedy organizowane jest karaoke, nieźle się można uśmiać! - obnażyła zęby w uśmiechu na samą myśl. Przyznam, że udzielił mi się jej entuzjazm, choć próbowałam wywrzeć wrażenie niezbyt zachwyconej lokalem.

- Całkiem możliwe, ale dokładnie przekonam się we wtorek - odwzajemniłam jej uśmiech.

- Poczekaj chwilę, przyniosę nam coś do picia - powiedziała siostra i zniknęła za moimi plecami idąc w stronę lady, przy której siedziała znudzona, dość młoda brunetka.

W oczekiwaniu podparłam dłońmi głowę i palce zatopiłam we włosach. Przy stolikach siedzieli szarzy ludzie, od których w jakiś sposób się odróżniałam. Mimo zachwalań Agaty czułam się tutaj obco. Dla niej miejsce to miało same superlatywy, a ja przemierzałam wzrokiem podłogę w poszukiwaniu pyłków kurzu. Jeśli nie jest to sprzeczne samo w sobie, to miejsce jednak wychodziło na plus. Podobało mi się tam. Moją uwagę od razu przykuła grupka ludzi siedząca na schodach na zewnątrz. Miałam na nich doskonały widok, gdyż siedziałam tuż przy drzwiach i przez okno widziałam ich praktycznie przed sobą. Na samym początku rzucił mi się w oczy ich dziwny ubiór, bo ten odróżniał ich od ludzi siedzących w kawiarni. Wszyscy wspomniani przeze mnie wcześniej „szarzy ludzie” mieli na sobie ubrania w smutnych kolorach, po oczach uderzała ich jednolitość i prostota. Spodnie - rzecz jasna dżinsy - były powyciągane, postrzępione i potargane w wielu miejscach, a koszule piękne, kolorowe, dałabym sobie głowę uciąć, że ręcznie malowane.

- No to proszę, podano do stołu! - powiedziała Agata wyrywając mnie tym samym z rozmyślań. Postawiła na stole dwie butelki coca-coli, która stała się ostatnimi czasy hitem w kawiarniach. Podziękowałam i wzięłam duży łyk napoju. Bąbelki rzecz jasna błyskawicznie uciekły do nosa.

- Co to za ludzie? - zapytałam wskazując za okno. Dziewczyna z pięknymi blond włosami właśnie przed wyjściem z kawiarni, z rozłożonymi rękami kręciła się dookoła własnej osi w miejscu. Uderzył mnie jej szczery śmiech wpływający do środka przez otwarte okno.

- Moi kumple. Bardzo dobrzy ludzie - oznajmiła. Spojrzałam na jej ubranie i zakwalifikowałam je do takiego, które zupełnie nie przyjęłoby się w środowisku tamtych ludzi. Czarne sztruksy, nawet nieposzerzane u dołu i biała bluzka z krótkim rękawem były co najmniej zwyczajne.

- Jak na moje oko, to raczej do nich nie pasujesz...

- To tylko dlatego, że nasze światopoglądy troszeczkę się różnią. Mimo wszystko można z nimi świetnie pogadać, prawie na każdy temat. A może cię z nimi zapoznać?- zaproponowała i uniosła brwi robiąc przekomiczną minę. Przytaknęłam, a ona uśmiechnęła się szelmowsko.

Bez słowa wzięła mnie za rękę i wyprowadziła na zewnątrz zostawiając ledwie do połowy wypite coca-cole. Zaczął mnie bawić jej pośpiech. Zatrzymałyśmy się już na schodach zmuszając kolorowych ludzi, żeby się rozstąpili. Początkowo nie wierzyłam Agacie, że ich zna, lecz nie miałam innego wyjścia, kiedy uwiesiła się na szyi chłopaka w śmiesznych lennonkach.

- Witam ponownie i zarazem przedstawiam wam moją siostrę! - prawie krzyknęła i wskazała na mnie dłonią. Wszyscy automatycznie się uśmiechnęli i zwrócili na mnie swoje oczy. Poczułam się jak pod ostrzałem i nieśmiało, ku pokrzepieniu, uniosłam kąciki ust.

- Witamy! - powiedzieli chórem również troszeczkę za głośno.

Witamy! - cóż za powitanie na czasie!” - pomyślałam. Nie podali mi dłoni, nawet ich nie podnieśli. Katowali mnie tylko swoimi uśmiechami, które wydawały mi się okropnie szczere. Zbyt szczere.

- Pozwól, że ci wszystkich przedstawię- przejęła się moja siostra. - To jest Czarny... okropnie nie lubi jak się do niego mówi w taki sposób, ale nie ma wyjścia - zachichotała i wskazała na chłopaka, na którego szyi była uwieszona. Skinął głową i cmoknął ją w policzek. Chwilę potem podeszła do wysokiej blondynki, która wcześniej wykonywała „taniec deszczu”. Usta miała wymalowane na fioletowo, a w oczy rzucały się paznokcie tego samego koloru. - A to jest Marie. Nasza matka, siostra i przyjaciółka.

Kobieta dała jej kuksańca w bok, ale potem wszyscy się roześmiali.

- To Jenny - poczochrała rudą czuprynę dziewczynie, która była mniej więcej w moim wieku. W tamtych czasach wyraźnie odczuwało się wpływ zagranicy na nasz kraj. Amerykańskie imiona dawały poczucie indywidualności, egzotyczności i były modne. Nagle Agata zaczęła się rozglądać dookoła.

- A gdzie...? - zaczęła, ale zza kawiarni wyszedł wysoki chłopak, który również odstawał od grupy. Na jego ustach nie widziałam nawet cienia uśmiechu, a w mętnych oczach czaił się tylko smutek. Czuł się bardzo pewnie, to było widać nawet po tym, w jaki sposób odgarniał swoje długie, ciemne włosy z twarzy. Wyglądał na najstarszego ze wszystkich. Postarzały go zapadnięte policzki i kilka zmarszczek wokół oczu. - O, tu jesteś. To jest Amar. Nasz ojciec, brat, nauczyciel. - Ten nawet nie pofatygował się o skinięcie głową.

- Dorota, miło mi - przedstawiłam się zgodnie z etykietą. Moje słowa wzbudziły ogólny śmiech i kpiący wyraz twarzy Amara. Przerażał mnie w pewnym stopniu.

- Nasza paczka bardzo często tu przesiaduje- powiedziała Marie bawiąc się koralikami, które miała zawieszone na szyi. Było ich bardzo dużo i mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Przeraziłam się słowa: paczka. Panicznie bałam się tego, że okaże się ona zwyczajną kliką.

- Idziemy? - spytał Amar kładąc dłoń na ramieniu Marie. Mimo że powiedział, to do niej, wszyscy wiedzieli, że chodzi o całą grupę. Pozostali skinęli głową włącznie z Agatą. Po kilku sekundach wszyscy ruszyli przed siebie, a tylko ja zostałam pod schodami kawiarni „Amber”.

W pewnym momencie Amar przystanął i odwrócił się w moją stronę.

- A ty? Dlaczego nie idziesz?

Udałam zdziwienie, ale tak naprawdę, to tylko czekałam na takie pytanie. Modliłam się, żeby ktoś z tej piątki mi je zadał. Odwrócił się tylko on, ale czułam, że zrobił to w imieniu wszystkich. Jedna osoba coś robiła, a inni myśleli tym samym tokiem. Szybko podbiegłam do nich.

- Teraz jesteśmy jednym! Nigdy o nas nie zapominaj!- nakazała Jenny śmiejąc się głośno. Podeszła do mnie i pocałowała mnie w policzek. Poczułam przyjemni dreszcz akceptacji. -Teraz jesteś naszą siostrą.

Wtedy byłam ich siostrą.

Niczego więcej nie pragnęłam.

 

Mimo że powiedzieli mi otwarcie: „jesteśmy jednym” nie byłam od razu dopuszczana do wszystkich tajemnic naszej grupy. Czasem po prostu się żegnali i szli do jakiegoś nieznanego mi miejsca, zostawiając mnie samą w „Amberze”. Spędzaliśmy mnóstwo czasu w naszej kawiarni. Z czasem kupiłam białą koszulę z rozszerzanymi rękawami. Marie zadeklarowała się, że ją przerobi wkładając w to całe swoje serce. Na następny dzień przyniosła mi piękną, kolorową koszulę pomalowaną w kwiaty. Ani trochę nie przypominała tej białej i porządnej, którą dałam jej wcześniej. Z czasem też dali mi jakieś zniszczone dżinsy rozszerzane u dołu. Prawdziwe dzwony! Agata nadal sceptycznie była nastawiona do ich ubrań. Za to mnie podobały się one niesamowicie. Marie jako jedyna dziewczyna nigdy nie nosiła dżinsów. Talię zawsze miała przepasaną barwnymi, długimi spódnicami. Będąc na targach kupowaliśmy koraliki, z których Jenny robiła naszyjniki i bransoletki. Na szyi powiesiłam również metalową pacyfkę pomalowaną na żółto i zielono.

- Widzisz w tym różę? - zapytała mnie kiedyś Marie.

- Widzę.

- A pięść łamiącą karabin? - tym razem dorzucił Czarny.

- Widzę - odpowiadałam. Widziałam w tym znaku coś nowego i dobrego, coś co dotąd nie było mi znane.

 

W końcu postanowiono mnie wtajemniczyć w prawdziwe życie moich przyjaciół. Kiedy wybrali się na kolejną podróż w nieznane, chwycili mnie za rękę i po raz kolejny przypomnieli, że jesteśmy „jedno”. Po chwili marszu po wyboistej, polnej drodze doszliśmy do malutkiego domku ukrytego gdzieś między łanami zbóż. Marie wyjęła z kieszeni klucze i otworzyła. Wszyscy weszliśmy do środka. Inni pewnym krokiem, a ja jeszcze chwiejnym i niepewnym. Wewnątrz nie było tak źle. Meble były z jasnego, sosnowego drewna, a obrusy z tkanin barwionych przez Marie. Pod ścianą stała wielka balia, a za domem wisiały świeżo malowane przez nią materiały. Miała niesamowity talent plastyczny. W środku domku nie zauważyłam ani telewizora, ani lodówki. Nie było tam nic na prąd, jedynie małe radio postawione na parapecie z którego leciała jakaś piosenka ABBY. Atmosfera była bardzo miła. Na początku śpiewaliśmy piosenki, a Czarny ślicznie grał na gitarze. Dom był mieszkaniem Marie. Była już pełnoletnia - rodzice zostawili jej je, żeby miała gdzie mieszkać, bo sami wyjechali do USA. Dzięki nim zawsze miała farby, dżinsy i rzecz jasna pieniądze.

W pewnym momencie Amar wstał kierując na siebie spojrzenia wszystkich. Podszedł do sosnowej szafki, wyjął z kieszeni mały kluczyk i przekręcił zamek. Z wielkim namaszczeniem wyjął z niej maluteńki pakuneczek i położył go na stole. Sam usiadł na zdezelowanej kanapie. Po chwili wszyscy usiedliśmy wokoło stołu. Wszyscy z wyjątkiem mnie wiedzieli co oznacza cały ten ceremoniał. Amar zaczął rozpakowywać papier. W ciszy zawisło słodkie oczekiwanie na nie-wiadomo-co.

W paczce znajdowało się kilka rzeczy, które od pierwszego spojrzenia na nie, zaczęły napawać mnie strachem. Na początku wyjął scyzoryk, potem strzykawkę, a na samym końcu kilka przezroczystych torebeczek wypełnionych białym i brązowym proszkiem. Ciarki zaczęły mi jak oszalałe biegać po plecach. Już wiedziałam co się święci. Szturchnęłam Agatę, a ona popatrzyła na mnie zabijającym wzrokiem mówiącym: „nie przeszkadzaj!”. Siedziałam więc cicho, lecz toczyłam ciągły bój z myślami. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że Agata... moja siostra, która przez matkę zawsze stawiana była dla mnie jako wzór... że ona po prostu ćpa!

- Przynieś cytrynę i łyżkę - powiedział Amar do Marie. Dziewczyna bez żadnych oporów, posłusznie jak pies, zniknęła w pomieszczeniu obok. Zapewne kuchni. Po chwili wróciła z łyżeczką do herbaty, nożem i cytryną.

- W końcu cytryna! Nienawidzę octu! - ucieszyła się Jenny.

Marie usiadła obok Amara i przepołowiła cytrynę. W powietrzu uniósł się jej kwaskowaty zapach. Chłopak wziął łyżkę i nasypał do niej troszeczkę brązowego proszku. Jego męskie dłonie z grubymi palcami wydawały się teraz niesamowicie zręczne i delikatne. Następnie na proszek wycisnął kilka kropel cytryny. Potem szybko wyjął z kieszeni dżinsów zapalniczkę i zaczął podgrzewać mieszankę od spodu. Substancja zaczęła niebezpiecznie bulgotać.

- Co on robi? - spytałam Agatę.

- Oczyszcza towar - odpowiedziała nie odrywając wzroku od łyżeczki. Zabrzmiało to okropnie grobowo. Przeraziło mnie to, że moja rodzona siostra tak zna się na rzeczy. Zastanawiało mnie, co zrobi chłopak... narkotyki! on za chwilę sobie to wstrzyknie! - panikowałam. Bałam się wykonać jakikolwiek ruch, żeby nie narazić się na śmieszność. Skoro już mnie zaakceptowali, to nie mogłam zaprzepaścić takiej szansy. Zaufali mi i obnażyli przede mną swoje tajemnice, przyjęli mnie do siebie. Nie wydam ich - postanowiłam.

Amar z niemal lekarską precyzją postawił łyżeczkę na stole opierając ją o scyzoryk. Następnie odpakował igłę i doczepił ją do strzykawki. Wziął ją do ręki i wciągnął do niej zawartość łyżeczki. Gwałtownie odwróciłam głowę w drugą stronę. Nie chciałam widzieć jak chłopak się kłuje. Nie chciałam widzieć tego magicznego, narkomańskiego ceremoniału. Zawsze mdlałam na widok krwi... Po jakimś czasie z powrotem zwróciłam głowę w stronę kanapy. Tym razem tą samą strzykawkę miała w dłoni Marie. „Ciekawe czy dojdzie do Agaty?” - zastanawiałam się i znów odwróciłam twarz. Całe zdarzenie odbywało się w zupełnym milczeniu. Gdzieś w tle zawodziło cichutko radio. Teraz leciała jakaś nieznana mi dotąd piosenka Omegi.

Niemal magiczną ciszę przerwał szorstki głos Czarnego:

- Chcesz „niucha”?

Spojrzałam na kanapę. Siedzieli na niej Adam i Marie. Mieli na wpół przymknięte oczy, czasem tylko wyglądało z nich białko. Czasem kiwali się w różne strony, a raz nawet chwycili się za ręce. Nigdy wcześniej nie wyczuwałam między nimi jakichś zażyłych więzi, więc zdziwiło mnie to trochę. Poza tym byłam przerażona. Czarny wziął scyzoryk, rozłożył go i nabrał na jego czubek troszeczkę białego proszku z innej saszetki.

- Chcesz? - zapytał ponownie. - No dalej, bo inni czekają... - dodał po chwili.

- Do mnie mówisz? - wzdrygnęłam się i dopiero teraz zorientowałam się, że ma twarz zwróconą w moją stronę.

- Tak... no to chcesz?

- Nie! - odpowiedziałam automatycznie. - Jeśli mam wyglądać tak, jak oni, to serdecznie dziękuję! - czułam napływające obrzydzenie do tego proszku.

- Dorota, daj spokój! To jest tylko zwykły „niuch” - zaczął mnie uspakajać. - To nie jest pełna działka, to nie jest strzykawka! Oni są już straceni - wskazał na Amara i Marie.

- A my możemy w każdym momencie przestać - dokończyła Agata.

Nerwowo patrzyłam im w oczy. Najpierw jemu, potem jej. Nie widziałam w nich nic z wyjątkiem intrygujących błysków. Potem znów spojrzałam na kanapę, następnie znów na Agatę i Czarnego. Targowałam się z losem, zastanawiałam się, czy warto, czy wolno.

- Raz kozie śmierć - powiedziałam i szarpnęłam się nawet na delikatny uśmiech. Tak naprawdę zakrywałam nim niepewność i strach. Chęć poznania nowego zwyciężyła. Sama nie wiem dlaczego to zrobiłam. Czy chciałam się wykazać odwagą? Czy chciałam walczyć o wyższą pozycję w grupie? Nie wiem. Wtedy się zaczęło. Wtedy zaczęło się moje piekło.

 

Łatwo się domyślić, że na jednym „niuchu” się nie skończyło, choć na początku broniłam się tymi samymi argumentami, co Agata przede mną. Moje życie zaczęło się kręcić od jednego „niucha” do drugiego. Potem od jednej porcji haszu do kolejnej kwasu. Po niedługim czasie wpadłam jak Marie i Amar. Krótko po inicjacji postanowiliśmy wszyscy spróbować czegoś mocniejszego. Amar wyjątkowo nie wziął jako pierwszy. Przewiązał mi powyżej łokcia czerwoną opaskę i zaczął uderzać otwartą dłonią miejsce, gdzie żyły są najbardziej widoczne. Przez chwilę Amar patrzył na mnie takim cholernie smutnym wzrokiem, że aż wstrząsnął mną dreszcz. Odczytałam jego myśli i skinęłam głową. Chciałam tego, jak niczego innego na świecie. Ukłucie troszeczkę bolało, lecz dzięki stanowi, w który wkroczyłam po chwili – nic już nie było ważne.

O Boże! Jaka ja byłam wtedy głupia.

Nie zawsze był ten upragniony przez wszystkich brązowy proszek. Do dziś pamiętam smród polskiej heroiny, którą przyrządzałam z Marie ze słomy makowej. Wydawało się, że wszystko jest przesiąknięte tym ohydnym zapachem. Wszystkie meble, ściany i ubrania. Bardzo długo trwało wietrzenie i doprowadzanie wszystkiego do normalności.

 

Codziennie po szkole, czasem nawet w czasie lekcji, chodziłam do chatki Marie. Zawsze można było się tam pośmiać z przyjaciółmi, na początku po cichu liczyłam też na darmowego „niucha”. Amar był dealerem, więc w chatce, w której mieszkał razem z Marie, bardzo rzadko brakowało towaru. Zawsze nas częstował, opłacało mu się to tylko dlatego, że wszyscy mieliśmy wspólne fundusze. Kiedy wisiało nad nami widmo braku pieniędzy lub co gorsze, towaru, wtedy ktoś coś sprzedawał. Pewnego dnia sprzedałyśmy z siostrą strasznie drogi magnetofon, który dali nam w prezencie rodzice. Zazwyczaj nie było ich w domu, więc nie zastanawiali się dlaczego muzyka ucichła. Wspólne fundusze znów wróciły do normy i mogliśmy w końcu z satysfakcją patrzeć na brunatne grudki, o których wcześniej marzyliśmy na okrągło.

Amar jako nasz duchowy przywódca, którym sam się ochrzcił, zawsze brał pierwszy. Nie protestowaliśmy, bo w końcu to on dealował. Zawsze pierwszy sięgał po ten słodki, zakazany owoc, a potem już nie kontaktował. Wtedy nadchodził czas na nasze częstowanie się.

Bardzo podobało mi się życie w chatce. Popołudnia, które w niej spędzałam dłużyły się, lecz nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wydawały się być wiecznością, lecz taką inną, taką słodką i pożądaną. Chciałam tam być, tam żyć, kiedyś nawet pomyślałam, że chciałabym tam umrzeć. Zawsze witaliśmy się pocałunkiem w policzek lub w miejsce na szyi za uchem. Tym podkreślaliśmy swoją jedność. Jako jedyny uchylał się od tego zwyczaju Amar, gdyż jako wódz, przysięgłabym – czuł się ponad nami. Może z racji swojego doświadczenia. Ja z Agatą zawyrokowałyśmy pewnie, że najbardziej wpieprzony jest Amar i Marie. Do niego pasował mi wizerunek człowieka na schodach prowadzących w dół – ku śmierci, ale ona? Marie była zbyt delikatna, zbyt dobra, żeby umierać.

Tak, już wtedy myśleliśmy o śmierci.

Jednak była ona dla nas abstrakcją, zupełnie jak rzucenie narkotyków i rozwiązanie naszej grupy. Niby mogło się to stać, ale nikt nie dopuszczał do siebie tej myśli. Nikt nie chciał zapuszczać się myślami w niebezpieczne okręgi. W naszej paczce nie zdarzały się tak zwane niebezpieczne związki. Agata była z Czarnym, to było pewne. Podejrzewałam, że Marie może być z Amarem, ale ich łączyły chyba zupełnie inne stosunki, niż myślałam. Pewnego dnia poszłam do chatki, zamiast do szkoły. Dla mnie stało się to już codziennością. Na początku myślałam, że nikogo nie ma w środku. Drzwi zawsze były otwarte, bo zbyt wiele się osób przez nią przewijało. Poza tym ufaliśmy sobie nawzajem.

Na kanapie siedział Amar i cicho brzdękał na gitarze Czarnego. Nigdy nie widziałam go z żadnym instrumentem w ręku, choć z opowiadań wiedziałam, że gra świetnie. Podobno należał do jakiegoś zespołu, ale wylali go z uwagi na narkotyki. Nie zauważył mnie na samym początku i szarpał struny bardzo agresywnie, acz pięknie. Dźwięki miały metaliczny, ale błogi posmak. Kiedy skończył, zaczęłam bić brawo. Dopiero wtedy mnie zauważył. Zdziwiłam się, że nie jest naćpany. Odłożył gitarę i poklepał puste miejsce na kanapie obok siebie.

- Wieki nie grałem - przyznał. - Myślałem nawet, że już zapomniałem jak to się robi...

- To było piękne - powiedziałam szczerze. Uśmiechnął się i wyjął z kieszeni portfel. Jak zwykle nie było w nim praktycznie nic, lecz w przegrodzie na drobne bieliło się kilka tabletek.

- Mam coś nowego, takiego czegoś jeszcze nie brałaś- wyjął jedną i położył na mojej otwartej dłoni. Najpierw obejrzałam ją dokładnie, a potem spojrzałam na chłopaka. Znów uderzyły mnie jego zapadnięte policzki i smutne oczy.

- Nie boisz się, że cię złapią? - spytałam troskliwie.

- Nie. Wiesz, że mojemu znajomemu sprawdzali dowód osobisty, gdzie między strony miał wetknięte papierki nasączone LSD?

- No i zamknęli go?

- Nie, policjant nie zwrócił na nie uwagi. Może myślał, że to zwykłe papierki, może że jakieś naklejki, albo ostatecznie nie chciał się pakować w jakąś aferę. Popij- podał mi butelkę wody mineralnej. Maleńka tabletka błyskawicznie zniknęła w moim gardle. Potem robiłam najróżniejsze rzeczy, których nigdy nie zrobiłabym na trzeźwo. Skakałam po stole, myślałam, że mogę latać... Amar też wydał mi się inny, niż zwykle. Bardziej atrakcyjny i pociągający. On sam nie wziął tabletki, ale chyba też zobaczył we mnie inną osobę. Nagle zaczęliśmy się całować, przytulać, pieścić. Obudziłam się naga w jego ramionach na naszej wąskiej kanapie. Dziwnie zaniepokojona, choć szczęśliwa. Ostatnio zawsze chodziłam uśmiechnięta. Ta grupa dała mi szczęście, ci ludzie dali mi prawdziwe życie. Pogładziłam dłonią jego tors, a potem położyłam na nim głowę. Amar objął mnie jeszcze mocniej, a mój wzrok spoczął na jego rękach, które były pokryte milionami skrzepów. Przerażały mnie. Na swoje nie chciałam patrzeć, choć wcale nie były dużo lepsze.

Po tej przygodzie nasze stosunki nie uległy zmianie, choć patrzyłam na niego teraz inaczej. Nie jak na bezdusznego narkomana, lecz kogoś kto potrzebuje opieki i umie dawać szczęście.

Kiedyś wróciłam z domku Marie do mojego prawdziwego domu, który wcale mi się nim nie wydawał. Wpadłam prosto w ramiona matki, która opatulona płaszczem szykowała się do wyjścia. Przywitałam się, a ona w odpowiedzi chwyciła mnie za przegub dłoni i pociągnęła do salonu. Stała tam Agata, zapłakana i skulona w sobie. Od razu poczułam, że coś nie gra.

- Spójrz mi w oczy! - nakazała matka. Wyszarpnęłam się jej, ale znów mnie złapała. Tym razem za łokieć. - Patrz jak do ciebie mówię!

Zacisnęłam zęby i popatrzyłam w jej puste oczy, bardzo podobne do tych, które codziennie oglądałam w lustrze.

- Myślicie, że jestem taka głupia i nie widzę co się z wami dzieje!? Owszem, widzę- spojrzała po raz kolejny na moje nienaturalnie rozszerzone źrenice. - widzę... - powtórzyła.

Dwa lata zatracałam się w tej drodze bez powrotu, a matka tego nie widziała. Teraz dopiero zebrało jej się na nadrabianie zaległości w wychowaniu. Nie widziała tego wcześniej albo po prostu nie chciała tracić wizerunku wzorowej matki i nie chciała tego widzieć... Wspaniałomyślnie wysłała nas do babci, myśląc, że to wszystko załatwi sprawę. Dwa tygodnie na łonie natury zamiast roku na oddziale zamkniętym. Wspaniała zamiana! Może i liczyła, że skończymy z narkotykami, lecz były to takie same mrzonki, jak nasze kiedy przekonywaliśmy się nawzajem, że jeszcze nie jesteśmy tak uzależnieni jak Amar, czy Marie. Nawet w tej zabitej dechami dziurze były narkotyki. Mama nie wtajemniczała babci w nasze sprawy i nasza biedna babcia myślała, że to zwyczajne wczasy i odpoczynek od mieszczańskiego zgiełku.

Dzięki sile przebicia naszej mamy i rzecz jasna niepowodzeniach na wsi, obydwie trafiłyśmy do Markotu. Dostałam się do tej instytucji mając raptem siedemnaście lat. Matka zaciągnęła nas tam siłą, a potem już nigdy się do nas nie odezwała. O tym, że jednak „jest” świadczyły comiesięczne wpłaty na nasze konta, z których i tak wszystko szło na leczenie. Niedawno się dowiedziałam, że moja rodzicielka pojechała do Francji. Nie mam pojęcia z kim, ani do kogo. Prawdę mówiąc, nie obchodziło mnie to. Nie miała już córek, więc była wolna – mogła robić co jej się podoba.

No więc zostałam sama. Sama ze sobą i z całym tym piekłem.

W Markocie przydzielono nas do trzeciej grupy. Na początek zaserwowali nam obowiązkowe odtrucie, które skutecznie zniechęciło nas do dalszego życia. Kto tego nie przeżył, nie wie co to za ból. Pragnienie chodzenia po ścianach, przerażające halucynacje i wizje, jeszcze gorsze, niż miewałam po LSD. Oddech stale śmierdzący wymiocinami i życie, życie, które było mordercze samo w sobie. Tutaj marzyło się o śmierci.

W swoim życiu przeszłam ponad cztery odtrucia, z tym, że każde następne było coraz bardziej straszne i coraz mniej dawało. Do grupy trzeciej przydzielono też kilka nowych osób. Nowych? - dziwiłam się. Na moje oko były to stare ćpuny, nad którymi zlitowała się opieka społeczna i siłą ich tutaj przywlekła.

W Markocie powitał nas sam sławny Marek Kotański. W chatce czasem opowiadaliśmy o nim, więc nie był dla nas zupełnie nową osobą. Na początek urządził nam solidną pogadankę o tym kim, lub czym jesteśmy i o tym kim lub czym chcielibyśmy być. Nikt jak on nie umiał ćpunów mieszać z błotem. Chwilami szczery aż do bólu, potrafił nam doskonale zobrazować naszą krytyczną sytuację. Słuchałam w pokorze, nie bardzo zwracając uwagi na przekaz. Mówi się, że słuchałam, ale nie słyszałam. Nie chciałam słyszeć.

Każdy narkoman chciał być tylko człowiekiem. Czy to zbyt wiele? Chciał mieć daną drugą szansę. Czy chciał ją wykorzystać? To zależało od osoby. Niektórzy nie marzyli o niczym innym, tylko o tym, by zostawiono ich w świętym spokoju, żeby mogli gnić gdzieś na dworcu wśród swoich własnych odchodów. Byli też ci, którzy śnili o pomocnej dłoni i ramieniu, na którym mogliby się wesprzeć. Nie pamiętam, do których wtedy należałam.

Na drugi dzień zaczęły się już plany: jak stąd uciec? jak skołować kolejną działkę?. Z tym drugim tutaj nie było większego problemu. Środków odurzających różnego rodzaju było tutaj mnóstwo. Nie wiem sama, czy na pokuszenie czy po prostu na lewo. Dziwiło mnie tylko to, że lekarze udawali, że nic nie widzą. Z Agatą bardzo szybko przestałam się dogadywać. Stroniła od ludzi, zamykała się w sobie, a ja chciałam rozmawiać. Mówiłam bardzo dużo, myśląc przy tym bardzo rzadko. Między mną a siostrą zaczęły wybuchać kłótnie, o których mówiła cała nasza grupa.

Jako formę resocjalizacji zaprzęgano nas do prac społecznych. Ciężkie fizyczne roboty, podczas których nie patrzono na to czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. Nie istniały też wymówki typu: nie mogę pracować, bo mam okres. Była to piekielna harówa, którą do dziś pamiętam. Na jednej z tego typu prac, prysnęłam razem z Agatą. Od razu skierowałyśmy się do domu Marie. A między Bogiem, a prawdą, gdzie miałyśmy pójść?

Agata zawsze pukała przed wejściem, nie wiem sama dlaczego. Ja się czułam w chatce jak u siebie, albo i jeszcze lepiej. Siostra delikatnie zapukała i oparła się o drzwi. Nikt nic nie powiedział, ale ustąpiły, więc obydwie weszłyśmy.

- Pewnie znowu wzięli trochę za dużo - usprawiedliwiała ich wystraszona Agata. Ona szła pierwsza, a ja trzymałam się za nią. Szybko musiałyśmy sobie załatwić jakiś towar, ale jak na złość niczego, ani nikogo nie było. Obydwie czułyśmy nadchodzący głód.

- O mój Boże! - usłyszałam krzyk Agaty i serce podskoczyło mi do gardła.

- Co? - warknęłam przerzucając zawartość wszystkich szafek w domku w poszukiwaniu prawdziwej heroiny, kompotu, amfetaminy - czegokolwiek!

- Chodź tutaj! - nakazała tonem starszej siostry. Miałam jej coś odpyskować, ale nie miałam siły zebrać myśli.

- O matko! - wrzasnęła i odskoczyłam do tyłu widząc leżącego na podłodze Amara. Nie wierzyłam w Boga, ale odruchowo się przeżegnałam. Obok niego leżała strzykawka z do połowy naciśniętym tłokiem. Ręce zaczęły mi niebezpiecznie drżeć, a potem trząść na wszystkie strony. Nie wiedziałam, czy to reakcja na widok Amara, strachu, czy też była to oznaka nadchodzącego głodu heroiny. Zaczęło mi się kręcić w głowie, całe ciało oblał lodowaty pot, a przed oczami zaczęły tańczyć różnokolorowe plamy. Nie byłam w stanie określić jakiej barwy są otaczające mnie przedmioty... Poczułam, że osuwam się na podłogę. Moje ręce dotykały lodowatego parkietu, jak zupełnie nieznanego lądu. Powieki stały się ciężkie jak z ołowiu i zemdlałam.

Obudziłam się dopiero następnego wieczora. Leżałam na niebywale niewygodnym łóżku, całe ciało przy każdym, nawet najmniejszym ruchu krzyczało z bólu. Mimo otaczającej mnie bieli, to nie był szpital. To był Markot. Nie miałam siły podnieść głowy, bo kark bolał mnie okropnie. Patrzyłam cały czas na śnieżnobiały sufit, a przed oczami pokazywały się sceny z wczorajszego dnia. Z wczorajszej wizyty w domu Marie.

Podeszła do mnie jakaś kobieta w białym fartuchu, zobaczyłam ją kątem oka.

- A co z Agatą? - wymamrotałam.

Kobieta najwyraźniej nie usłyszała.

- Przepraszam, co z Agatą? - powtórzyłam troszkę głośniej. Tym razem usłyszała. Odwróciła się w moją stronę i coś zaczęła mi robić z ręką. Poczułam piekący ból, który jednak był niczym w porównaniu do bólu całego ciała i duszy.

- Nikogo nie przywieźli z wyjątkiem ciebie - powiedziała uśmiechając się delikatnie. Nie szyderczo, lecz pocieszająco. Po matczynemu. W jej spokojnych rysach twarzy odnalazłam ukojenie.

- A Amar?

- Amar?- powtórzyła bezmyślnie. - Przywieziono z tobą jakiegoś chłopaka. Miał długie włosy, ale on już nie żył...

Pracując tutaj z pewnością była oswojona ze śmiercią. Codziennie ktoś odchodził. Niekoniecznie umierał, ale uciekał. Niekiedy ucieczka była równoznaczna ze zgonem. Do moich oczu napłynęły łzy, a potem tłumiąc krzyk udławiłam się strasznie. Pielęgniarka nie miała pojęcia co zrobić, więc klepała mnie po plecach. A ja nadal płakałam. Z bólu. Plecy bolały mnie chyba najbardziej.

To był pierwszy szok. Dalej nie czułam smutku. Narkomani nie czują.

Narkomani są niczym...

 

miał na wytartej kurtce z dżinsu

napis: ćpuny i ćpunki wszystkich

krajów łączcie się

nie miał już nic prócz pompy

drzazgi dziurawych trampek

i bólu w stawach

miał przed sobą jeszcze kilka

chwil szczęścia – przed minutą

wstrzyknął do żył rozgrzane złoto

***

na placu wolności jest kościół

wokół którego ćpuny i ćpunki

pod rękę z pompą drzazgą i

herą tańczą dance macabre

uwięziony w kościele bóg

rozkłada bezradnie

ręce na krzyżu”

 

Złoty strzał” – Dariusz Tomasz Lebioda

 

Po tygodniu znów przeniesiono mnie na normalny oddział. Pod koniec dnia miałam kolejną rozmowę z Kotańskim. Co mi usiłował wmawiać? Że z tego wyjdę? Już sama sobie nie wierzyłam. Wiedziałam, że to zadanie nie dla mnie. Byłam przeznaczona na stracenie, widziałam to w oczach lekarzy. Ucieczek było jeszcze kilka. Przy drugiej dostałam karę - ogolono mi głowę. Pozbyłam się swoich pięknych blond loków, które ostatnio wyblakły, straciły połysk i zaczęły wypadać. Poczułam się jak trędowata - byłam równie wyłączona ze społeczeństwa.

Po trzeciej ucieczce znów byłam na rozmowie z Kotanem. Podczas rej rozmowy strasznie mu nazwymyślałam. Nawet zdziwiłam się, że takie rzeczy mogą mi przejść prze gardło. Bardzo rzadko przeklinałam. Wszystko dlatego, że plan „a” nie poskutkował. Trzeba było zastosować plan „b”, czyli: Jesteś narkomanem! Czytaj: śmieciem, niczym...! Każdy mógł mi to powiedzieć. Każdy mógł mnie zeszmacić, bo nie umiałam się bronić. Każdy! Tylko nie on. Z jego ust słowa bolały o wiele bardziej, niż wypowiedziane przez kogokolwiek. Spodziewałam się, że słyszane z ust matki byłyby mniej bolesne.

Wtedy widziałam go po raz ostatni.

Po tej rozmowie coś we mnie pękło...

 

***

 

Już nie biorę siedem lat, ale na zawsze pozostanę niebiorącą narkomanką. Takie rany nigdy się nie zabliźniają i zawsze będąc na dworcach będę czuć niepokój. Wyszłam z tego wielkiego gówna dzięki Markowi Kotańskiemu. Mojego teraźniejszego życia nie zawdzięczam nikomu więcej. To tylko dzięki niemu skończyłam studia i teraz jestem wychowawcą - psychologiem w Markocie. Nikt nie rozumie tych młodych ludzi, którzy do mnie trafiają bardziej ode mnie.

 

Agaty już więcej nie widziałam. Od przygody w domu Marie czułam, że wydarzy się coś niedobrego. Kiedy byłam na kolejnej terapii otrzymałam telefon od mamy. Bardzo dawno nie słyszałam jej głosu, choć brzmiał on często w mojej pamięci. Teraz był rozedrgany, poruszony – zupełnie jak nie naszej matki. Był to pierwszy i ostatni telefon od niej, od kiedy zaczęłam brać. Agata przedawkowała i znaleziono jej ciało w miejskiej toalecie na dworcu. Na pogrzeb nie poszłam. Pewnie i tak były na nim tylko babcia i mama. Dla mnie tam już nie było miejsca...

 

Jestem Kotanowi to winna. Tak jak on uratował moje życie, ja powinnam ocalić je komuś innemu. Nie liczyłam na taki autorytet, jaki on miał. Tacy ludzie zdarzają się bardzo rzadko, a ja nie jestem godna, by do nich dołączyć. Nigdy mu nie dorównam. Przecież jestem tylko człowiekiem... ułomnym człowiekiem, który nadal nie wie czego chce. On też był człowiekiem. Zwykłym, a zarazem takim wyjątkowym. Był tak ludzki, że niemal „nieludzki”.

...znany przez wszystkich Marek Kotański zmarł wczoraj wieczorem w wyniku obrażeń doznanych w wypadku samochodowym... - usłyszałam przed chwilą w radiu. Zmarł próbując ratować kolejne życie. Ominął człowieka, który niespodziewanie wtargnął na jezdnię przypłacając to swoim życiem. Od razu przypomniała mi się moja historia. Nie najpiękniejsza, ale prawdziwa. Napisana przez życie. A wszyscy wiedzą, że życie to najbardziej pokrętny i kapryśny pisarz na świecie. Nigdy nie możesz być pewien, co mu dziś przyjdzie do głowy.

Pozostawało pytanie: dlaczego teraz? Dlaczego musiał teraz umrzeć? Papież przyjeżdża do Polski z pielgrzymką pod hasłem: „Bóg bogaty w miłosierdzie”. Marek był najbogatszym w miłosierdzie człowiekiem, jakiego znałam. Kochał ludzi, kochał nawet tych, którymi inni gardzili. Walczył z wszystkimi: z ludźmi, z rządem, nawet z samymi narkomanami. Czynił to, co było niemożliwe - tylko jemu się udawało. Udawało mu się ściągać ludzi nawet z samego dna.

Boże! Dlaczego odebrałeś go tym młodym ludziom, którzy potrzebują jego pomocy? Takim podobnym do mnie. Nieudolnym, nieostrożnym, zapatrzonym w samych siebie... Czy sądzisz, że to co miał zrobić na ziemi już wykonał? I kto go teraz zastąpi...?

Nagle drzwi mojego gabinetu lekko się uchyliły. Do środka wsadziła głowę Aneta, moja asystentka. Miała na sobie ładnie wykrojony, biały uniform odsłaniający zgrabne nogi. Była bardzo atrakcyjna, nie to co ja. Ja musiałam zakrywać poranione przedramiona długimi rękawami, lub brzydkimi kitlami, a krzywe nogi chowałam w spodniach.

- Dorota! - powiedziała uniesionym głosem. - Przywieźli szesnastolatkę na terapię - poinformowała mnie z kamiennym wyrazem twarzy.

- Już idę - odparłam, a ona uśmiechając się bez cienia radości, zamknęła za sobą drzwi.

Wiedziałam, że muszę. Czułam, że chcę.

Spojrzałam na fotografię Marka Kotańskiego, która wisiała w gabinecie niedaleko okna.

Otarłam łzy, które nagromadziły się w moich oczach i odkaszlnęłam lekko.

Nie mogłam sobie uzmysłowić, że jego już nie ma...

- Marku, to dla ciebie - westchnęłam. - Daję siebie innym...

 

 

 

KONIEC

[11 lipca 2005 02:24:00 - 12 lipca 2005 23:30:02]

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1613
15
komentarze: 60 | wyświetlenia: 919
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1192
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 772
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 465
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 1038
13
komentarze: 62 | wyświetlenia: 786
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 588
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 737
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 725
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 509
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 997
12
komentarze: 144 | wyświetlenia: 1126
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  Asjo,  04/03/2009

Czy to czasem nie są słowa Marka Kotańskiego? Oczywiście mogę się mylić.

Piękne, piękne i jeszcze raz piękne :-))



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska