Login lub e-mail Hasło   

Syndrom świni.

Wieśniak, co tę świnię hoduje, dostawał za kilo żywca coś około 3 zł. Jako klient rzeźnika płaciłem za mięso mniej więcej pięć razy tyle, za kiełbasę ze sześć razy tyle...
Wyświetlenia: 25.055 Zamieszczono 06/04/2009

 

Tak byłem już wychowany, że przechodząc koło księgarni, zawsze skręcałem w jej stronę. Gdy bardzo się śpieszyłem, patrzyłem na wystawę, czy jest coś nowego. Najczęściej nie śpieszyłem się i wtedy przybywała mi książka.

Dziś też odruchowo skręcam, ale raczej nie wchodzę. Nie częściej niż kilka razy w roku. Bo teraz to przyzwyczajenie jest nie tyle głupie, ile samobójcze. Wybór jest prosty: książka albo życie. Zgadnijcie, co wybiera emeryt, któremu ręka w pustą kieszeń włazi aż po łokieć.

A w ogóle, zarabiało się wtedy podobnie, 800, 1000, jak dobrze szło to nawet 1500 złotych. Szary zjadacz chleba rzadko zarabiał więcej, choć były to czasy, gdy górnik wyciągał nawet 5000. Ale nie każdy był górnikiem.

Ile kosztowała książka? No, taka zwyczajna, powiedzmy powieść „Popiół i diament”, kosztowała 3,60. Tomik wierszy Staffa 2,20. Piękna z obwolutą „Smuga cienia” dochodziła do 6,00 zł. Grube wydanie albumu malarstwa mogło osiągnąć nawet ponad 30. Cena 50 zł przyprawiała o zawrót głowy, ale trzeba przyznać, że tyle kosztowała złożona z kilkunastu książek seria Wydawnictwa Morskiego albo Iskier. Nie mówię, że nie stać mnie było na to.

Co prawda, dość szare to były książki, daleko im do obecnych barw i żywości okładek. Choć niektóre wydawnictwa bardziej się starały. Ale treść była. Taka jak należy.

I jeszcze trzeba przyznać, że było sporo braków. Nie wydawali u nas literatury amerykańskiej, w ogóle anglosaskiej, wyjąwszy klasyczną, niegroźną ideologicznie.Iberoamerykańskiej także nie wydawali. Powiedzmy, z wyjątkami. Francuskiej. Włoskiej. Niemieckiej. Nie licząc klasycznej, także z wyjątkami. Nie wydawali orientalnej, nawet klasycznej. O tym, że Hindusi potrafią pisać, świadczył jedynie Tagore. Grecy i Rzymianie byli raczej słabopiśmienni. Tak by wynikało.

Ratunkiem były języki obce, rzadko dostępne Polakom. Książki w zachodnich językach były nie to, że podejrzane, bo istniały księgarnie obcojęzyczne nawet w latach 1950/60, ale nikt w nich nie bywał. Potem zrobili tylko działy w księgarniach normalnych, te obce zlikwidowali.

Pośród znajomych byłem dziwakiem: znałem język rosyjski. Wiem, że trudno uwierzyć, ale Dos Passosa czytałem wpierw po rusku! I Asimova! I Sartra! I nawet „Księgę z San Michele”. Nie wspominając już o „Szahname”, „Gulistanie” czy „Rycerzu w tygrysiej skórze”. Po rosyjsku czytałem Gilgamesza, Manetona, klasyków greckich i łacińskich. Od „Tysiąca walecznych” po „Podróż za trzy morza” i kronikę Benedykta Polaka. Oni to wydawali bez żadnego obciachu dla ideologii. Nie bali się wydać Guderiana „Tanki wpieriod!”(„Panzer voran!”), Mannsteina „Patieriannyje pabiedy” („Verlorene Siege”), nie bali się dzienników Haldera, Mellenthina, historii Trevora-Ropera, tak jakby niczego. W dodatku te książki były za bezcen – tyle kosztowały w złotówkach, ile w rublach. Trzydzieści tomów Puszkina kupiłem na jeden łyk!

Na użytek straceńców dodam, że owszem, były też „Statek Derbent”, „Daleko od Moskwy”, „Cement”, „Monitor Żelezniakow”, ale był także Tynianow, był Winogradow, Czawczawadze i Efendi Kapijew, a nawet Paustowski i Bułhakow. No, Sołżenicyna nie wydawali, ale „Opowiadania kołymskie” owszem. Czytelnicy też byli jakby inni: książki podobały im się albo nie podobały dopiero po przeczytaniu, a nie , jak teraz, przed.

Potem było ciut gorzej. Gdy benzyna z 2,70 skoczyła na 4,50, zaś masło na 17,50 nastąpił jakby krach. Książki były już po 10 złotych, te drogie nawet po 100. Jakoś zginęło bogactwo ruskojęzycznej literatury, za to rozszerzyły się obszary polskiego języka. Był i Gide, i Camus, Feuchtwanger, Mann, Capote, Jones – cała masa. Szary człowiek zarabiał już 2-3 tysiące i wciąż stać go było na książki.

Prawdę mówiąc, z trudem to sobie przypominam, raczej z trudem w to wierzę.

Gdy przed ośmiu laty sam wydałem swoją pierwszą „pozycję zwartą”, mówiąc prościej zaś, książkę „Kapitanowie”, takie sobie żeglarskie czytadło niemal na 500 stron, z dumą i zadowoleniem złożyłem w towarzystwie wydawcy wizytę w pewnej wielkiej hurtowni. Wydawca miał już z nią wcześniej dość żywe konszachty, ja byłem nieco skrępowany. Ale mniejsza z tym.

Na pytanie, ile egzemplarzy zechcą wziąć do sprzedania, przedstawiciel nie kryjąc łaskawej miny odparł, że całe sto. Orzekł, że książka jest przygodowa, tematycznie ciekawa, więc zapewne owe sto egzemplarzy sprzeda się w krótkim czasie. Na moje głupie pytanie, czy naprawdę trafiliśmy do hurtowni książek, uśmiechnął się tylko. Obiecał, że gdy się sprzeda tę setkę, zamówią rzecz jasna kolejną. Stwierdził, że skłonny jest zapłacić 20 złotych za każdą, dodając „w miarę sprzedaży”.

Wydawca był na szczęście kolegą mym ze szkoły podstawowej, nie obił mi więc pyska.

Mówiłem ci, że więcej nie wezmą! Co my zrobimy z resztą?

Dlatego, że był kolegą, wymusiłem na nim nakład 2.000 egzemplarzy. Teraz o mało nie płakał nad moją zarozumiałą pychą. A ja nie potrafiłem pojąć, że 2000 książek można w ogóle nie sprzedać. Zresztą, to ja płaciłem, sprzedawszy wpierw samochód.

Następna hurtownia wzięła 30. Kolejna 50. W ciągu pracowitego tygodnia pozbyliśmy się 350 egzemplarzy, zyskując nadzieję na zapłatę gdzieś tak w przyszłym roku.

Potem, oczywiście, wypatrywałem książki po księgarniach. Była! Naprawdę moja książka!

W cenie od 32 do 39 złotych. Nawet w empiku była. Za 57.

Wtedy pojąłem syndrom świni.

Wieśniak, co tę świnię hoduje, zapewniając jej koryto i ciepły chlewik, dostawał za kilo żywca coś około 3 zł. Jako klient rzeźnika płaciłem za mięso mniej więcej pięć razy tyle, za kiełbasę ze sześć razy tyle, a osiem, gdy chciałem lepszą.

Pośrednik, tak samo hurtownik, brał więcej niż chłop za hodowlę. Sprzedawca też brał więcej. Brał? Nadal przecież bierze. Obaj biorą więcej. Ale przy rozważaniu sprawy hodowli i zbytu mięsa liczy się tylko chłop. Nie można mu dać więcej niżeli te trzy złote.

Z tego się składa syndrom świni.

Za owe 2000 egzemplarzy mojej książki drukarz policzył coś 8 zł od sztuki. Proponowane przez hurtownię 20 zdawały mi się ogromną ceną. Te 57 wybaczcie. Naprawdę umiem kląć, ale nie muszę się tym chwalić.

Zapytałem drukarza, ile by wziął za sztukę przy nakładzie, powiedzmy, 20 lub 30 tysięcy. Odparł, że na pewno poniżej 5 zł. Może nawet 3 z ogonkiem. Wtedy zacząłem liczyć.

Może nie 30, ale 20 tysięcy po 5 zł to by było 100 tysięcy. Gdyby sprzedać książkę za 10 czy 12 zł., byłoby drugie 100, może 140 tysięcy. Dochodu. Z jednego tytułu. Minus koszta.

Koszta, czyli wydawca i autor. Powiedzmy, 15 i 20 tysięcy. Obaj szczęśliwi niby nadzy w pokrzywach. Nawet by można dać im od razu do ręki. Utrzymanie hurtowni, dystrybucja, reklama. Do diabła, niechby też 30 tysięcy. To znaczy, 35 albo 75 tysięcy zysku. Z jednego tytułu!

Czy książkę, lekkie czytadło za 10, 12 zł kupiłby ktoś? Odpowiednio przygotowana reklama, pojawienie się równoczesne we wszystkich większych miastach na pewno by kupiono. Byłyby środki na wszystko, nawet na telewizję. Przy takiej ilości tytułów, każdy wydawca, każda hurtownia mogłaby wykupić swoje pół godziny choćby dwa razy w tygodniu.

Ale hurtownia woli zarobić na 100 egzemplarzach 1000 czy może 2000 zł i mieć kłopoty płatnicze. Patrzeć, jak w kraju spada czytelnictwo, bo ludzi nie stać na książki, bo za 57 zł trzyosobowa rodzina może przeżyć tydzień. Kto kupi książkę za taką cenę? Zarabiający 800 zł? 1200? Nawet ten za 2000 pensji grubo się zastanowi.

Nie miałem wątpliwości, że „Kapitanowie” przeleżą jako cegła przez rok, potem usłyszę, że mam to sobie zabrać, bo książka jest kiepska i nikt jej kupić nie chce.

Osobiście odebrałem wszystkie, jakie się dało egzemplarze z hurtowni. Sam, jeżdżąc kiepskim samochodem, sprzedałem bez problemu 1.700 egzemplarzy w ciągu połowy roku. A potem książka dostała prestiżową nagrodę no i sama poszła. Poszedł nakład i poszły dodruki. Nie mam już co sprzedać, by ponowić nakład. Nadal jeżdżę kiepskim samochodem.

Bo ja sprzedawałem po 20 złotych.

Vide: księgarnie wysyłkowe. Po ośmiu latach od wydania resztki nakładu „Kapitanów” nadal kosztują tam powyżej 30 zł. Dodam bez litości, że od wydawcy zostały wzięte po 12 i 15 zł, przy czym do dziś nie za wszystkie zapłacono.

Wracając do świni, sądzę, że pośrednicy chcą się bardziej utuczyć aniżeli ona. Że jak stara zasada wskazuje, wszystko u nas musi być postawione na głowie. Nie na łbie, bo tu nawet świński łeb wydaje się szlachetny. Bo ten, kto ponosi największe koszta, największe też ryzyko, najmniejszy ma wpływ na sprzedaż, czyli po prostu – na cenę. Ani chłop na mięso w sklepie, ani wydawca czy autor na książkę w księgarni – nie mają żadnego wpływu. Na to, co właśnie oni stworzyli.

Okazuje się, że koszta produktu i zysk producenta to najwyżej 20% ceny detalicznej. 80% przypada na pośredników.

Sytuacja jest jakby beznadziejna. Chłop nie może zająć się ubojem i dostawą do rzeźników, rzeźnicy też nie mogą stworzyć w każdym sklepie odpowiedniego zaplecza. Wydawca nie może nawiązać kontaktów z księgarniami na terenie całego kraju.

Mało tego, wytwórca stawiany jest w roli petenta. Chłop musi prosić o to, by zechciano kupić owoc jego pracy i dano łaskawie cenę, która go nie załamie. Wydawca jeździ do hurtowni i próbuje tam wcisnąć książkę, której jakość i poziom nikogo nie obchodzi. Różnica jest tylko taka, że hurtownik mięsa nie przypędzi chłopu świni z powrotem, natomiast hurtownik książki gdy nie sprzeda na skutek własnej czy księgarza indolencji, nie traci nic albo niewiele.

Czy jest na to rada? Bardzo prosta. Jak wszystkie proste rady, rewolucyjna. Ale nie chcę jej tu wykładać, najpierw dlatego, by nie wyszło, że wszystkie rozumy pojadłem, potem dlatego, że prosta rada sama się narzuca. Ale też dlatego, że prosta, w realność jej, niestety, nie wierzę. Bo u nas tak jakoś zwykle bywa, że rozsądek spośród wszelkich towarów najrzadziej jest dostępny i najmniej poszukiwany.

 

 

Podobne artykuły


16
komentarze: 50 | wyświetlenia: 915
15
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1304
14
komentarze: 56 | wyświetlenia: 1411
14
komentarze: 23 | wyświetlenia: 1774
13
komentarze: 15 | wyświetlenia: 514
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1009
13
komentarze: 15 | wyświetlenia: 402
12
komentarze: 75 | wyświetlenia: 859
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 918
12
komentarze: 32 | wyświetlenia: 574
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 667
12
komentarze: 16 | wyświetlenia: 485
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 555
 
Autor
Artykuł



  firmin,  07/04/2009

Szanowny Autorze
Nie występuję w obronie pośredników ale w obronie realizmu. Co roku w Polsce ukazuje się ok 21 000 nowych tytułów. Średnia cena książki to ok 30 zł. Gdyby nawet cena spadła o połowę a nakłady wzrosły do 20 000 dawałoby to 420 000 000 egz. nowych książek rocznie. Zakładając że w Polsce żyje ok 30 000 000 ludzi potrafiących już/jeszcze czytać i zakładając (bardzo optymistyczn ...  wyświetl więcej

  irvin,  07/04/2009

Możliwe dla ludzi którzy czytają... Sam kupuję jakieś 20 książek rocznie (moja siostra niewiele mniej), większość w cenach 30zł, właśnie takie czytadła. Polska i rosyjska fantastyka, amerykańskie ksiażki przygodowe, książki o broni, wojsku i wojskowości...

Ze względu na cenę, część z nich jest z drugiej ręki (pozdrawiam sprzedających w tunelu 'Magda' pod krakowskim dworcem). Ale gdyby nowe

...  wyświetl więcej

Wydaje mi się że w grę wchodzi także zmiana czasów, w których przyszło nam żyć. Dawniej, książka drukowana, poza telewizją i radiem była "oknem na świat", czymś bardzo powszechnym i normalnym. Obecnie książka znajduje coraz więcej konkurentów, uczniowie wolą słuchać lektur czytanych przez lektora, tanio i szybko można wydrukować e-booka, ja sam uwielbiam słuchowiska. Spadek czytelnictwa jest rzecz ...  wyświetl więcej

Jest sporo racji w tym co napisał Pan J. Gaweł - czasy się zmieniają, niestety. A tamto już "se ne vrati". Ja jednak pozostanę staroświecki, jeżeli chodzi o książki. Nie cierpię czytać z ekranu i nic na to nie poradzę, a wydrukowanie stosu kartek i czytanie ich gdzie popadnie uważam wręcz za barbarzyństwo. Dorobiłem się biblioteki ok. 1000 tomów (dokładnie nie wiem ile ich jest, bo dawno nie liczy ...  wyświetl więcej

  ,  18/11/2009

Ciekawe skąd to dobrze znam...

  enem core  (www),  07/04/2009

Panstwo w ktorym zyjemy skutecznie zabija zamilowanie w ludziach do ksiazek, poczawszy od edukacji. Te, lekturki ktorymi system katuje dzieci w szkolach skutecznie odstraszaja od czytania, bo sa po prostu nudne i nie wnosza do ich zycia niczego poza wstretem do czytania. Dodajac do tego markowa maszynke (najlepiej z wbijarka domozgowa w postaci tabliczki LCD) do prania mozgu, jakim jest TV. Otrzym ...  wyświetl więcej

Pozwolę sobie skomentować pierwszy z komentarzy, ten rachunkowy - równie "rachunkowym" wspomnieniem z dawnych owych czasów.
Kiedy stawałem ongiś przed działem np poezji w księgarni, trudno mi było dopchać się do półki, na której stały tomiki - powiedzmy - trzydziestu poetów. Obecnie zaś dostęp mam kompletnie wolny, na półkach zaś kilkunastu stoją tomiki - powiedzmy - trzystu autorów, z któ ...  wyświetl więcej

Na pewno poczytam więcej rzeczy pana Zbysława Smigielskiego, bo mi styl pisania tych felietonowych artykułów bardzo do gustu pasuje. Czasy rozkwitu rynku wydawniczego i prosperity księgarń i poczytności ,, Mistrza I Malgorzaty" czy ..Greka Zorby" bez reklamy, która dziś jak prostytutka zachwala pustosłowiem towar. W lepszych czasach prawie każdy mógł kupić książkę, chyba, że kieszonkowe od rodziców przepił albo przepalił.

Zgadzam się z autorem . czytelnictwo w Polsce jest likwidowane przez komercjalizację .
Ale z drugiej strony spójrzmy prawzie w oczy . Komu zależy aby czytano . Im głupsze społeczeństwo tym lepsze . Przecież to system pieniądza , system zysku , który jest jedyną wartością .
Nie tak dawno zachwalano u Nas komiksy . Prawdziwy mężczyzna czyta komiks.
Jeszcze nie wypaliło , ale to ...  wyświetl więcej

Do autora. Ciekawa jestem ile książek w roku pan kupuje?

Nie ma co pytać, jestem naprawdę emerytem i wybieram życie.

he he ciekawe i wydaje się że dość trafne przemyślenia nam Pan zaserwował...
Oby dożyć takiej emerytury jak Pan...
:)

Dożyć takiej emerytury, jak ja? Aż tak źle panu nie życzę, jestem raczej przychylnie nastawiony do ludzi. Wiem jednak, że jako młody człowiek doczeka pan gorszych czasów.
Filar jeden, drugi, trzeci... Jeśli potrzebne są filary, wiadomo: ciężką konstrukcję dźwigają. Współczuję.

  Mirka_ B,  19/02/2010

A z tą emeryturą to się z Panem zgadzam.Młodsi nie wiedzą co ich jeszcze spotka...
No jeszcze na niej nie jestem ale kto wie czy jak przyjdzie na nią pora to czy będę miała za co żyć i jak żyć ...też mam taką obawę. A na książki to już na pewno nie starczy :( ...ale mam nadzieję , że młodsi przyjaciele pracujący w branży w dalszym ciągu będą podesyłać dobrą książkę :)

Bardziej chodziło mi tutaj o pogodę ducha, i chęć do działania...bo pisanie na eiobie do jakiegoś działania należy...
Co do filarów to najgorszy jest fakt że są to składki obowiązkowe i nawet jeżeli ktoś nie chce nic od państwa to i tak musi je opłacać
Pozdrawiam

  swistak  (www),  13/04/2009

a myślałem, że to o Zyzaku !

  pirx,  19/06/2009

Zgadzam się z autorem. Ceny wartościowych książek są zaporowe . Jakieś harleqiny można kupić za parę złotych , ale jak człowiek ma lepszy gust , to jest w kropce .Ja nie wiem ,jak to jest ,ale ceny książek , które mnie interesują zaczynają się od 40 złotych w górę . Jest wiele pozycji np PWN ,na które zwyczajnie mnie nie stać .
Nie rozumiem jak to jest ,że np " Świat nauki " kosztuje około ...  wyświetl więcej

  Mirka_ B,  19/02/2010

Panie Zbysławie , to o czym Pan pisze nie jest mi wcale obce .Jestem księgarzem z wykształcenia i wiele lat pracowałam w Domu Ksiązki. Prowadziłam własną księgarnię :) ale niestety przyszły takie czasy , księgarnie zaczęły upadać ... książka była droga i już niewiele osób kupowało ją :((
Wspomnienia wróciły ...piękne były to czasy. A pamięta Pan tą akcję < lektury z makulatury >..wyda ...  wyświetl więcej

Dopiero odkryłm ten tekst.Teraz proszę Pana nie tak łatwo przystanąć przed księgarnią. Przynajmniej tak jest w moim mieście. Tam gdzie były księgarnie teraz są banki, apteki i lombardy Nie wiem kiedy pisał Pan swoją książkę i czy poszło Panu łatwo.Bo dziś najłatwiej napisać , potem trudniej znależć sponsora, bo jeśli ktoś ma dużo pieniędzy, może wydać wszystko. I to widać- obok dzieł wybitnych leż ...  wyświetl więcej

  Gamka  (www),  16/03/2012

Zbysławie! nisko się kłaniam ..czapką do ziemi - jak mnie mógł umknąć ten Twój tekst ! :(
Skąd ja to znam ;-)... wychowałam się pośród książek, z książką i z fachowcem przy boku w miejscu gdzie książki zawsze były wszędzie ;)...i są!
Ja nie zrezygnowałam i nie zrezygnuję nigdy z książki - pachnącej farbą, która ma duszę i nie zamienię jej nigdy na e- booki!



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska