Login lub e-mail Hasło   

O giętkości.

Okazuje się, że najważniejszą pośród polecanych cech każdej możliwej sprawy i rzeczy jest obecnie stwierdzenie: "to świetna zabawa!".
Wyświetlenia: 1.372 Zamieszczono 08/04/2009

„...żeby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. Znamy, pamiętamy, wszystko jasne.

Znamy i pamiętamy bez wątpienia, ale czy naprawdę wszystko jasne?

Że po przemyśleniu przez głowę język wypowie, co wypowiedzieć należy – podobno wielka to sztuka. Niektórzy zbierają za nią spore brawa. Do encyklopedii za to trafiają, łatwo sprawdzić. Natomiast wymóg, by głowa przemyślała wszystko, co język wypowie – tego nikt nie zaleca nawet, gdyż byłoby to nie sztuką, byłoby cudem.Nieważne, czy przemyślenie miałoby nastąpić przed, czy po wypowiedzeniu. Przez te brawa sztuka jest bardziej powszechna, lecz cud zawsze budzi podejrzenia. Związek pomiędzy głową i językiem nie należy do spraw bardzo jasnych, raczej intuicyjnych, w szerokim tych spraw znaczeniu.

Cechy i właściwości języka, nie tego wywalonego w złości na sąsiada, tylko naszej mowy, zależą od celów, jakim służy. Zmiany cech i właściwości świadczą o zmianie celów. To odbywa się stale.

Ewolucja języka przeszła długą drogę, którą na ogół znamy, lecz której nie zawsze jesteśmy świadomi. W swych początkach język spełniał zadania elementarne, czyli informacyjne. „W wąwozie są mamuty”. „Za drzewami jest rzeka”. Aby to przekazać, zbędne były przymiotniki, czasowniki, bez deklinacji też można było się obejść. Starczyło mruknąć coś, co oznaczało mamuta i coś na oznaczenie wąwozu. Dodać kilka gestów, do dziś nie zapomnianych. Giętkość w ogóle nie była potrzebna. Sprawa stała się bardziej trudna, gdy należało przekazać, że mamuty są wielkie, albo że jest ich wiele. Że mogą być niebezpieczne. Język poczynał obejmować emocje, rzeczy abstrakcyjne. To pobudzało do myślenia, myślenie rozwijało język, czyli język i głowa wzajemnie się napędzały, zarówno walcząc, jak i współpracując ze sobą.

Prawda, że podstawową funkcją języka była i jest informacja. Można jednak przekazywać ją dwojako. Albo za pośrednictwem skomplikowanych bodźców estetycznych i emocjonalnych, jakie człowiek wyrobił w sobie podczas długiego procesu rozwoju, albo też zadowolić się bardziej prymitywnymi, prostszymi w swej naturze środkami reakcji bezpośrednich. Inaczej mówiąc, literatura może o czymś opowiedzieć lub być sprawozdaniem z czegoś. Nawet wówczas, gdy to „coś” jest wymyślone i nigdy nie miało miejsca w rzeczywistości. To forma decyduje o sposobie odbioru.

Wersja czystej informacji wyklucza, rzecz jasna, opowiadanie. Właśnie na tym pograniczu lokuje się istota sporu o to, czym jest, czym zaś nie jest literatura. I czym powinna być.

Język osiągnął apogeum świetności wówczas, gdy jego głównym celem stało się wpływanie na emocje i skłanianie ludzi do myślenia. Myślenie to początek drogi do działania. Jako skutek myślenia, działanie jest nie tylko samodzielne, lecz także mądrzejsze. By ten cel osiągnąć, język musiał być wysoce estetyczny, subtelny i wyrafinowany, podobnie jak to, co wyrażał. Wymóg ten i zarazem potrzeba stworzyły wielkich mistrzów słowa, znaczenie których nie jest jednak wiecznotrwałym.

Ten okres bowiem, jak się zdaje, mamy poza sobą. Odbywa się kolejna zmiana celów i właściwości języka. Dostrzegana powszechnie, przez niewielu rozumiana właściwie. Pozornie cofamy się, porzucając sprawy związane z emocjami ponownie na rzecz „czystej” informacji. Emocje, tak nierozerwalnie tkwiące dotąd w języku, sta się czymś wstydliwym i niepożądanym. Estetykę, subtelność zastępuje precyzja, tak ludzką stronniczość wypiera wymóg neutralności. Pojęcie sztuki, artyzmu języka zamiera, ponieważ dla informacji stanowi to rzecz zbędną. Konsekwentnie, miejsce sztuki, zresztą nie wyłącznie w języku, zajmuje  rozrywka. Nowe, wszechmocne słowo ZABAWA.

Należy to zapamiętać – miejsce sztuki zajmuje ZABAWA.

Jest to pojęcie nowe. Nowe w swym znaczeniu. Dla dziecka, dla zwierzęcia zabawa to ćwiczenie, wprawka przed dorosłością. Bawiące się dziecko i zwierzę ćwiczy, markując sytuacje z życia. Zabawa w nowym sensie to coś zupełnie innego, co bodaj trudno jeszcze określić, zarówno co do celu jak też co do znaczenia. Podskakiwanie w takt muzyki, która także stała się pojęciem nowym, kompilacja średniowiecznych bajek przeniesiona w cybernetyczną przyszłość, z drugiej zaś strony rozrywanie kota na kawałki „dla hecy”, dźganie nożem kolegi „z ciekawości” - to chyba nie wprawka przed dorosłością, gdyż i dorośli podobnie się bawią. Wobec ZABAWY odniesienie do sztuki, jako tego, co winno wypełniać czas wolny, zdaje się coraz mniej poważne. Nie należy się łudzić, cokolwiek by się o tym myślało – krok jest naprzód, nie wstecz. Rozwój nie cofa się. Nigdy.

„Stary” i „nowy” język różnią się dokładnością. W starym pojęciu oznacza to pewną dowolność, zależną od intencji autora, od tego, co autor „chciał powiedzieć” – dokładność nowa nie zależy od autora, jest od niego wymagalną. Należałoby nazwać ją precyzją i rozumieć raczej technicznie, nie estetycznie. Rozumieć rewolucyjne skutki takiego stanu rzeczy. Precyzja techniczna poddaje się definicjom, precyzja estetyczna – nie. Stąd dla nowego języka dopuszczalna możliwość, by się go nauczyć, opanować – zarówno język instrukcji, jak literatury. Powstały już szkoły pisania instrukcji, szkoły pisania scenariuszy, nowel i powieści. Wobec stopniowego, nieubłaganego rozstawania się z wymogiem artyzmu jest to logiczne i naturalne. Pojęcie „talentu” staje się puste, pozbawione znaczenia. Nawet śmieszne i pretensjonalne.

Eksploatacja tego, co nazwaliśmy „słowem” – musi mieć granice. Czy rzeczywiście musi?

Głośne próby czynione w Europie nad ustaleniem, jaki odsetek ludzi rozumie czytane teksty, wykazał żenująco niskie liczby. Zdecydowana większość nie rozumiała. Ale jednak czytała. Czytała! Po co czytać tekst i nie rozumieć go, nie pamiętać? Nie ustalono i nie eksponowano faktu, że większość z tych nierozumiejących regularnie czytuje prasę. W jakim celu?

Na poetyckim wieczorze słuchacze entuzjastycznie biją brawo, są naprawdę wzruszeni. Spytajcie ich o to, co usłyszeli. Spytajcie o treść choćby jednego z czytanych im wierszy. Owszem, potrafią powiedzieć, czy im się podobało, czy nie. Lecz więcej nie bardzo potrafią.

Więc nie chodzi o treść, o sens? O zrozumienie też nie chodzi?

Znaczenie słów jest absolutnie umowne. Słowa prócz informacji zawierają też melodię, melodykę jakąś. Po prostu są dźwiękami. Chodzi więc o te dźwięki, o melodykę? Bzdura czy co? Nie taka wielka bzdura.

Pisany tekst nie jest identyczny z brzmieniem, nuty nie są identyczne z muzyką. Czytać tekst, to jakby wykonywać muzykę. Niechaj ktoś powie, że muzyka niewiele mówi! Albo że słowa nie grają! Chodzi też o coś znacznie ważniejszego. O to, że porozumiewamy się dźwiękami.

Na świecie wiele jest istot, które wpadły na ten sam pomysł. Co prawda, ich dźwięki są inne. Ale służą podobnemu celowi.

Rzecz w tym, iż nasz giętki język przypisał określonym dźwiękom określone znaczenie i próbuje trzymać się tego. Głowa zresztą także. Lecz forma znaczeń w dźwiękach może być przeróżna. Rozwój nie postępuje do tyłu. Może obserwujemy początek długiego oczywiście, bardzo długiego procesu przenoszenia znaczeń, zmiany ich formy? Prawda, jeszcze nie jesteśmy w stanie objąć tego głową, ale giętki język już to wyczuwa, już wie.

I nawet potrafi się dostosować. Inną przybiera postać w tekstach piosenek, inną w reklamie taniej linii lotniczej, inną w rozmowie z przyjaciółmi. Lecz jedną cechę ma stałą: jak najmniej śmiecia, jak najmniej artyzmu. Jak najmniej tego, co jedynie potrafią nieliczni. Jak najwięcej tego, co dostępne dla wszystkich. Bo nowa sztuka, nowy artyzm polegać ma na tym, by każdy mógł być artystą. Kiedy tylko zechce.

Nie ma się z czego śmiać. Owe próby ustalenia, ilu z nas umie czytać ze zrozumieniem, pominęły znacznie ciekawszą kwestię. Pominęły pytanie, ilu z nas umie zrozumiale pisać. Skrupulatnie ustaliły te ustalenia, ilu jest w danej populacji czytających. A ilu jest piszących, nie ustaliły.

Nie skrywam, że męczy mnie to pytanie: ilu jest pisarzy na stu czytelników? Na tysiąc, to już boję się myśleć.

Sęk w tym, by język nie postawił głowie warunku pełnego zrozumienia. Głowa nie musi koniecznie rozumieć wszystkiego, co język wypowie. I nawet nie chodzi o cud. Chodzi o to, by głowa i język wzajem się napędzały, goniły. By nie znalazły się razem w jednym punkcie. Wtedy koniec. Stracilibyśmy szansę na pojęcie języka delfinów.

 

                                                                                                 

 

 

Podobne artykuły


17
komentarze: 104 | wyświetlenia: 2238
14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1129
14
komentarze: 15 | wyświetlenia: 1074
13
komentarze: 53 | wyświetlenia: 802
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 563
11
komentarze: 137 | wyświetlenia: 628
11
komentarze: 70 | wyświetlenia: 685
11
komentarze: 34 | wyświetlenia: 991
11
komentarze: 92 | wyświetlenia: 650
11
komentarze: 37 | wyświetlenia: 497
10
komentarze: 9 | wyświetlenia: 512
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  swistak  (www),  13/04/2009

Spojrzenie w oczy drugiego człowieka jest sygnałem, by otworzył się na telepatyczny przekaz pakietu informacji zawierajacego komplet tego co niesie teledysk z zapachami i uczuciami . Ta forma komunikowania obowiazuje w Astralu.
Może potrafią to delfiny ? Ludzie, którzy przezyli NDE, twierdza, że ludzki język, jest zbyt ubogi, by za jego pomoca opisać wrażenia jakich tam doznali .Może nastap ...  wyświetl więcej

  Daraena,  06/05/2009

Demokratyzacja sztuki też zrobiła swoje. Próba utopijnego "wyrównania stanów" między ludźmi doprowadziła do tego, że nawet sztuka stała się powszechna. Ale zamiast ludzi, którzy winni byli do sztuki dorosnąć - to sztuka opuściła się do ich poziomu. I tu mam wątpliwość co do nazywania tego "rozwojem"... raczej "zmianą". Od zawsze abstrakcja, myślenie, piękno - dostępne były dla osób, które to rozum ...  wyświetl więcej

  Suki,  07/05/2009

Ciekawe spojrzenie na funkcję mowy. Wydaje się, że melodyka języka ma wielkie znaczenie nawet dla prawidłowego rozwoju emocjonalnego dziecka. Pewnie przez przypadek pedagodzy zauważyli, że dzieci którym czyta się bajki od najmłodszych lat lepiej rozwijają się intelektualnie i emocjonalnie. A przecież dwulatek czy trzylatek nie rozumie znaczenia wszystkich słów. Może dziecko odbiera inny przekaz wr ...  wyświetl więcej

Duży rarytas czytelniczy w takim stylu napisany artykuł. Umysł giętki, myśl lotna, lekkość i spontaniczność wypowidania . Wyborne! Poruszyłeś Zbyslawie w swoim artykule tyle zagadnień z podwórka a raczej ze śmietniska , jaką się stała pod pręgierzem systemu polityczno- ekonomicznego Sztuka Słowa i jej odbiór, konsumcja. Mnie także napawa obawą, że już dziś klasyka polskiej literatury jest i nielub ...  wyświetl więcej

,, Sek w tym, by język nie postawil na glowie warunku pelnego zrozumienia. Glowa nie musi koniecznie rozumieć wszystkiego, co język wypowie. I nawet nie chodzi o cud. Chodzi o to, by glowa i język wzajem sie napędzały, goniły. By nieznalzly się w jednym punkcie. Wtedy koniec. Stracilibysmy szansę na pojęcie jezyka delfinów."
Móglbyś jeszcze innymi slowami przedtawić poglądy wyrażone w tym akapicie. Nie bardzo rozumiem o co chodzi.

"Innymi słowami"... To trudne, ale możliwe. Sądzę, iż obawa o to, by głowa i język nie znalazły się w jednym punkcie, czyli na identycznym etapie rozwoju, dostatecznie rzecz objaśnia. Na szczęście, często brak nam słów na wyrażenie czegoś, co oznacza, iż głowa wyprzedza język - lub częściej, język powie coś, czego sami nie pojmujemy do końca. To sytuacja, w której albo głowa język, albo język głowę stara się dogonić. I to stanowi warunek rozwoju. Dixi.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska