Login lub e-mail Hasło   

CIA i KGB na wspólnej drodze wyzwalania Polski - stan wojenny,

Czyja miała być zima i czyja miała być wiosna? Jaka mogła być alternatywa dla stanu wojennego?
Wyświetlenia: 5.393 Zamieszczono 18/05/2009

 

© Edward M. Szymański

CIA i KGB  na wspólnej drodze  wyzwalania Polski – stan wojenny.

Czyja miała być zima i czyja miała być wiosna? Jaka mogła być była alternatywa dla stanu wojennego?

 

       W artykule o wyobraźni  polityków i historyków  referując  sposób myślenia profesora Gaddisa  wskazałem, że przyjmuje on w sposób nieuprawniony założenie, że sowieckie politbiuro nie wygenerowało żadnego innego scenariusza na wypadek, gdyby Jaruzelski nie wprowadził stanu wojennego. Takie założenie  pozwoliło  na wniosek,  że stan wojenny  niepotrzebnie przedłużył rozpad imperium o osiem lat.

     Jeśli aż tyle od polskiego generała  zależało, to w ten sposób  wykreowany on został na jednego z najpotężniejszych władców  tamtego czasu na kuli ziemskiej.Przecież byle ułomek wojskowy nie zdołałby udźwignąć takiego zadania, musiałby on dysponować ogromną siła. Takie zaś stanowisko usilnie podtrzymują polscy historycy, ale także i niektórzy amerykańscy sowietolodzy.

     To może coś w tym jednak jest?  Nie podejmuję się obrony takiego założenia.  Kontentuję się tezą znacznie skromniejszą:  generał Jaruzelski był jednym z najwybitniejszych dowódców wojskowych tamtych czasów i jednym z najwybitniejszych przywódców politycznych.  To, że nie stał na czele armii potężnego państwa, ale państwa, które znajdowało się „na równi pochyłej”, to już taki pojałtański polski  los. Generał wyprowadził jednak to polskie państwo na  prostą mimo, że obydwaj główni jałtańscy sojusznicy nadal usiłowali pogrywać Polską, choć tym razem już nie jako militarni sojusznicy, ale przeciwnicy.  

     O wiele bardziej ostrożnie i realistycznie wypowiada się Robert Serves  w polecanej już w poprzednim artykule książce Towarzysze, w której z makroskopowej perspektywy stara się ukazać ogrom całego systemu komunistycznego.  Gdy pisze on  Tymczasem protesty przeciwko polskiemu komunizmowi stawały się coraz bardziej intensywne  [s. 522], to jest w takim ujmowaniu problemu  konsekwentny.  Polski komunizm  jest dlań tylko fragmentem globalnego systemu komunistycznego. Gdy pisze, że „SamJaruzelski z odnosił się niechętnie do stosowania siły w większym stopniu, niż było to absolutnie konieczne dla zachowania ustroju państwa”   [523], to czytelnik raczej nie ma wątpliwości, że owa konieczność wynikała z  mizerii państwowej Polski w porównaniu z wielkością całego systemu komunistycznego, w którego wnętrzu się znajdowała.

     O samej decyzji  wprowadzenia stanu wojennego  pisze właściwie tylko trzy zdania, przytoczone już w poprzednim artykule o amerykańskiej strategii taniego fortelu , które jeszcze raz przypomnę, gdyż są to niezwykle interesujące zdania:

      Jaruzelski wprowadził stan wojenny w grudniu 1981 roku. Uczyniłto, aby zapobiec zarówno inwazji Układu Warszawskiego, jak i by przywrócić porządek w Polsce. W rzeczywistości radzieckie BiuroPolityczne postanowiło nie interweniować militarnie, nawet gdyby Solidarność miała torować sobie drogę do władzy, jednakże Jaruzelski nie był wtajemniczony w te ustalenia.[s. 523]

     Robert Service wskazuje w ostatnim zdaniu na coś, co faktycznie z zapisu  obrad politbiura 10 grudnia wynika.  To mianowicie, że sowieckie politbiuro gotowe jest na przyzwolenie Solidarności torowania sobie drogi do władzy. Nic już niestety nie pisze o tym, jakie kalkulacje Kremla mogły się kryć za takim przyzwoleniem.  Trzeba jednak zauważyć, że cytowane sformułowanie jest niezwykle ostrożne.  Dlaczego?

      Od możliwości - to moje dopowiedzenie - akceptacji  torowania sobie drogi   do władzy przez Solidarność  do ewentualności akceptacji  faktu zdobycia przez Solidarność władzy, droga  może być bardzo daleka.   Kremlowscy władcy nie przestali się troszczyć o   kondycję całego globalnego systemu komunistycznego i jeśli gotowi byli jakoś zaakceptować Solidarność , to pod warunkiem,  że cały system nie ulegnie osłabieniu.  Przeciwnie, szukali takiego rozwiązania , które by całość systemową wzmacniało. Czy system  komunistyczny jako całość byłby zaś mocniejszy, gdyby Polską rządziła Solidarność ze swym duchowym przywódcą polskim papieżem oraz wspomagającym  ją prezydentem Reaganem? A z tego punktu widzenia nawet stan wojenny w wykonaniu Jaruzelskiego w głównej roli  wcale nie musiał być rozwiązaniem najkorzystniejszym.

     Stan wojenny wcale nie był najkorzystniejszym rozwiązaniem dla perspektyw dalszego trwania i rozwoju sowieckiego imperium, ale był zdecydowania najkorzystniejszym rozwiązaniem dla perspektyw państwowości polskiej, jej podmiotowości.  W niniejszym artykule będę starał się to pokazać.

Główni przeciwnicy Kremla

     Kto właściwie był głównym przeciwnikiem Kremla w rozgrywkach o Polskę na światowej scenie politycznej? Przeciwników było dwóch i to bardzo tradycyjnych, choć bardzo różnych:  Waszyngton i Watykan.  Dotąd Kreml  wcale skutecznie, także pod wodzą Breżniewa, sobie z nimi radził. Pod jego batutą od piętnastu lat system komunistyczny bez  wojny światowej powoli się rozrastał drogą  „pokojowych” podbojów.   Policentryczny politycznie świat zachodni , w którym Stany Zjednoczone odgrywały główną rolę, nie bardzo sobie radził ze słabszym gospodarczo, ale bardziej monocentrycznym politycznie systemem komunistycznym.

      Dla władców ateistycznego systemu komunistycznego Watykan był tradycyjnym, nie lekceważonym wprawdzie, ale już dość  zmarginalizowanym przeciwnikiem ideologicznym. Nie brano go pod uwagę w kalkulacjach militarnych. Tu wystarczało otoczenie go staranną siatką wywiadowczą, czego  dalekowzrocznie wcale nie zaniedbywano.

     Sytuacja zmieniła się radykalnie, gdy tiarę założył papież z Polski. Niebezpieczeństwo na Kremlu  dostrzeżono natychmiast. Już następnego dnia po decyzji konklawe   rezydent KGB w Warszawie Witalij Pawłow przesłał do Moskwy błyskawicznie pozyskaną od polskiej  SB   charakterystykę nowego papieża, którą warto tu przytoczyć, jako świadectwo, że na Kremlu   nie zasiadali niesprawni umysłowo dobrotliwi staruszkowie, ale ludzie, którzy wiedzieli, jak system działa, jak powinien działać i jakie są jego możliwości. Wiedzieli, ponieważ go starannie przez lata rozbudowywali.  Bez żadnej zatem zwłoki  otrzymali podsumowanie z dotychczas prowadzonych obserwacji :

Wojtyła wyznaje poglądy skrajnie antykomunistyczne. Nie sprzeciwia się otwarcie systemowi socjalistycznemu, ale krytykuje sposób funkcjonowania instytucji państwowych Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, wytaczając następujące oskarżenia o to, że: elementarne prawa obywateli polskich są ograniczone; utrzymuje się niemożliwy do zaakceptowania wyzysk robotników, których kościół katolicki musi bronić  przed robotniczym rządem; działalność kościoła katolickiego jest ograniczana, a katolicy traktowani są jak obywatele drugiej kategorii; prowadzi się szeroko zakrojoną kampanię na rzecz ateizacji społeczeństwa i narzucenia ideologii obcej narodowi; kościołowi katolickiemu uniemożliwia się wykonywanie stosownej misji kulturalnej, na skutek czego polska kultura pozbawiona jest skarbów narodowych. [West,  Trzecia tajemnica.., s.  71]

       Charakterystyka wcale nieźle świadczy o opisywanym.  Chyba także nieźle świadczy o opisujących.  Jest bardzo rzeczowa,  pozbawiona emocjonalnych ocen, zbędnych na tym poziomie rozpatrywania spraw detali, ujmująca to, co ważne z punktu widzenia Kremla. Świadczy o zdolności teoretycznego dystansu autorów do omawianej osoby.

Watykan wymyka  się spod wpływów  Kremla

       Być może jeszcze ciekawsza jest prognoza sowieckiego ambasadora w Warszawie  Aristowa dotycząca spodziewanych  trudności w bliższej lub dalszej perspektywie i  jednocześnie odnotowująca pierwsze reakcje w polskim obozie władzy.  Poniższa notatka wysłana została zaledwie w dwa dni po konklawe:

Niebezpieczeństwo przeniesienia się Wojtyły do Watykanu polega na tym, że obecnie trudniej będzie wykorzystywać Watykan jako czynnik łagodzący w stosunkach państwa z polskim episkopatem. Kościół katolicki zwiększy teraz wysiłki na rzecz umocnienia swojej pozycji i zwiększenia roli w życiu społecznym i politycznym kraju. Jednocześnie nasi przyjaciele sądzą, że wyjazd Wojtyły z kraju odegra też rolę pozytywną, ponieważ reakcyjna część episkopatu zostanie pozbawiona przywódcy – jedynego, który miał wielką szansę wyboru na prymasa polskiego kościoła katolickiego.[s. 71-72]

       No cóż, polskie władze starały się pocieszyć swoich „moskiewskich przyjaciół” jak potrafiły. Habemus klappam - skomentował jednak całe to zaskakujące świat wydarzenie Edward Gierek   i , jak się okaże, były to słowa prorocze w odniesieniu do losu sowieckiego imperium.  Komentarz zaś do nowej sytuacji  samego  Aristowa wcale nie był tak rezygnacyjny.    A dowiadujemy się z niego dwóch arcyciekawych spraw.

      Po pierwsze, oto okazuje się, że Watykan był dotąd przez kremlowskie władze wykorzystywany do tonizowania apetytów polskiego episkopatu.  Jest to niezwykle ilustratywny przykład potęgi komunistycznego systemu w ówczesnym układzie sił na świecie. Aristow przewiduje, że będzie „znacznie trudniej”, ale nie przewiduje jeszcze,  jak bardzo będzie „trudniej” i nie ma w tym doraźnym przewidywaniu ani cienia nuty rezygnacyjnej.

    Po drugie,  doraźna, adhoc wystawiona diagnoza sytuacji okazała się niezwykle,  biorąc pod uwagę kremlowski punkt widzenia,  trafna.  Niezwykle trafna była też kierunkowa prognoza  dotycząca  wzrostu wpływów  kościoła  katolickiego w Polsce. Tak więc, papież-elekt  jeszcze nie zaczął sprawować swojego  urzędu, a Kreml już miał w miarę klarowny obraz sytuacji  i jej dalszego rozwoju. Czy ta doraźna  diagnoza i prognoza były mało inteligentne? Czy można więc zakładać, że myśl kremlowska da się łatwo  czymś zaskoczyć?

     Dla kremlowskich władz odkąd tylko polski papież zasiadł na watykańskim tronie jasne było, że zmienia się dotychczasowy układ sil w świecie, że oprócz tradycyjnego przeciwnika, z którym trzeba się było realnie liczyć w rywalizacji militarnej i ekonomicznej, jakim były Stany zjednoczone, teraz trzeba się będzie się liczyć także z innym tradycyjnym, ale przecież niezbyt  już uciążliwym,  przeciwnikiem w rywalizacji  ideologicznej, jakim był Watykan.  Tej zmiany na froncie walki ideologicznej kremlowskie władze w najmniejszym nawet stopniu nie zlekceważyły, choć zapewne trudno było im zrazu przewidzieć, jak poważna  to będzie zmiana.

Jak walczyć z papieską charyzmą?

      Już pierwsza  zagraniczna pielgrzymka  papieża do Meksyku, jego sprzeciw w stosunku do teologii wyzwolenia był niezwykle dla Kremla  klarowną ilustracja,że nie tylko w Polsce trudniej będzie, a właściwie w ogóle się nie da, „wykorzystywać Watykan   do rozszerzania  swych wpływów w  świecie. Staranność  do jakiej papież zdołał skłonić swą administrację do przygotowania wizyty,  łatwość  z jaką potrafił nawiązywać kontakt z odległą geograficznie i kulturowo ludnością po raz pierwszy w historii mogącą spotkać się bezpośrednio z najwyższym jej religijnym przywódcą,  papieska zdolność  panowania nad mediami sygnalizowały  kremlowskim władzom  wymiar wyzwania, któremu z którym przyjdzie się zmierzyć.

      Pierwsza papieska wizyta w Polsce w czerwcu 1989 roku była dla komunistycznego mocarstwa niczym ideologicznym tsunami. Ale owo „tsunami”, co trzeba tu zaznaczyć,   ograniczone było głównie do obszaru Polski. Czy takie samo wrażenie papieska wizyta wywarła na jej sąsiadach?  Ludziom w  Polsce mogło się wydawać, że cały świat się zatrząsł.  Z okien kremlowskich zaś  było widoczne, że to przede wszystkim Polska się zatrzęsła , choć echa tego stały się w świecie głośno słyszalne.

    Papież był w Polsce i wyjechał, ale coś w mentalności ludzi zmienił. Jakie będą tego skutki?  To było chyba dla całego świata zagadką, dla  kościoła w Polsce  i może włącznie nawet  z samym papieżem.  Pierwszą dla Kremla wyraźniejszą odpowiedź przyniosły lipcowe wydarzenia na Lubelszczyźnie, gdzie wrzenie spowodowane podwyżką cen żywności , jakie odnotowano w zakładach pracy w całym kraju, tam przerodziło się w regularną akcję strajkowa, obejmującą najważniejsze zakłady produkcyjne tego regionu.  Potem już ruszyła szeroko dziś opisywana lawina sierpniowa.

      Wystąpienia na Lubelszczyźnie nie zostały przykładnie spacyfikowane. Można to przypisać lękliwości polskich władz zaskoczonych tak gwałtowną reakcją załóg.  Czy jednak taka pacyfikacja przyniosłaby jakieś trwalsze efekty?  To bardzo  mało prawdopodobne, jeśli nie wręcz wykluczone z bardzo  zasadniczego  powodu.

    Nie zostałaby bowiem zmarginalizowana ekonomiczna przyczyna strajków. Z tym jednak system komunistyczny cyklicznie zmagał się niemal od zawsze, i  jakieś środki wyjścia z impasu na takie bunty znajdował, choć nie obywało się bez ofiar. Takiemu uśmierzaniu nastrojów społecznych towarzyszyła jednak mozolna i długotrwała praca propagandowa nad urabianiem świadomości robotniczych załóg. Teraz sytuacja w Polsce uległa  zasadniczej zmianie. Papież w ogromnej mierze uodpornił polskie społeczeństwo na wpływy ideologii komunistycznej i jej propagandowych aparatów.

      Dla władz kremlowskich, dla których ideologia była względnie tanim  orężem, którym niezwykle sprawnie się posługiwała, jakościowa odmienność sytuacji w Polsce była sprawą oczywistą. Nie było jednak oczywistą sprawą, jak tej nowej i niekorzystnej dla sowieckiego systemu sytuacji zaradzić.  Tu dotychczasowe rozwiązania mogły okazać się niewystarczające.

      Co dałaby interwencja militarna podobna tym,  jaka miała miejsce na Węgrzech czy w Czechosłowacji? W tych krajach przyniosła ona uspokojenie na dłuższy czas społecznych nastrojów, gdyż realnie kraje te pozostawione były same sobie, a  Zachód  wcale nie był zainteresowany jakąś zmianą geopolitycznego status quo. Po prostu dało się uśmierzyć lokalne, w globalnej perspektywie,  źródła zakłóceń i  wszystko wróciło do  międzynarodowej „normy”.

      Argument militarnej siły w tych wypadkach  znakomicie podparł  nadwątloną  trudnościami gospodarczymi  siłę komunistycznej argumentacji.  Czy w przypadku Polski  jakikolwiek militarny argument siły mógł podeprzeć siłę komunistycznej argumentacji?  Dopóki na watykańskim tronie zasiadał papież o tak potężnej osobowości, cieszący się w Polsce tak wielkim mirem, nawet czasowe   uśmierzenie niepokojów dotychczasowymi sposobami nie było dla Kremla żadnym rozwiązaniem. Przecież za jakiś czas wszystko znowu mogło się powtórzyć. . Stąd też usilnie wzdragali się przed powielaniem spodziewanego przez świat schematu militarnej  interwencji.  Zbyt wiele by bowiem przegrali.  Dlaczego?

     Po pierwsze papież zniweczył w Polsce siłę komunistycznej argumentacji i z powodzeniem osłabiał jej siłę w różnych miejscach na świecie, a konwencja  papieża- pielgrzyma, niestrudzonego pielgrzyma, nie pozwalała sowieckim ideologom oraz sztabowym prognostom i planistom na optymizm. Gdyby nowy papież z jakichś powodów przestał pełnić swój urząd, to problem  przynajmniej w połowie byłby niemal  natychmiast  rozwiązany. Nie chcę  tu jednak rozwijać tego wcale nie nieprawdopodobnego  wątku możliwego scenariusza.

     Po drugie, interwencja militarna wcale nie poprawiłaby sytuacji gospodarczej w Polsce, a tym samym w obozie  komunistycznym jako całości, a na dodatek  doszłyby jeszcze koszty interwencji.  Cały kontrolowany przez Kreml system komunistyczny  uległby  znaczącemu osłabieniu gospodarczemu, ale także pogłębiony byłby zarysowujący się już kryzys ideologiczny. W Polsce był on już ewidentny, w jej najbliższym otoczeniu jeszcze nie, a konieczność prewencyjnej interwencji  nie byłaby zbyt budująca  dla społeczeństw obozowych krajów.

Czynnik niekorzystny zamienić na korzystny!

      „Sytuacja nie jest zła, aczkolwiek nie beznadziejna” – mawiali ironiczni prześmiewcy odnosząc ten kalambur dość krótkowzrocznie do sytuacji polskich władz.  Krótkowzrocznie, bowiem należałoby go odnieść przede wszystkim do władz na Kremlu. Tam raczej kabareciarzy nie było,  a ich sposób oglądu problemu chyba lepiej oddawałoby   zdanie bardziej serio, ale także bardziej optymistyczne: „sytuacje jest zła, aczkolwiek nie beznadziejna”.

      Specjaliści od twórczego rozwiązywania różnych problemów za jedną z podstawowych dyrektyw podają postulat, by  w rozwiązaniu to co niekorzystne, starać się zamienić na czynnik  korzystny. Co było  czynnikiem niekorzystnym  dla funkcjonalności sowieckiego systemu? Niewątpliwie było nim duchowe wsparcie papieża dla Solidarności  oraz materialne i medialne wspieranie  jej przez administrację amerykańską. Czy to dwojakie wsparcie można było uczynić czynnikiem korzystnym?

      Można było.  Czym była Solidarność w oczach Kremla, ale także Białego Domu? To był olbrzymi  wulkan społecznej energii.  Energii słabo ustrukturyzowanej, nie okrzepłej instytucjonalnie, niesuwerennej informacyjnie w zakresie spraw geostrategicznych. Niesuwerennej intelektualnie w myśleniu politycznym w ocenie globalnego układu sił.  Pod tym względem skazana była na  to, co usłyszy  z Watykanu lub Waszyngtonu.

      Z Watykanu płynęło duchowe wsparcie  „Nie lękajcie się!”. Wsparcie ogromnie ważne, ale jednocześnie mało konkretne.  Bo co z tego wsparcia konkretnie mogło wynikać?

        O wiele bardziej konkretne było amerykańskie wsparcie na „propagandę i  opór”.  Opór przeciwko czemu? Przeciwko  komunistycznemu systemowi, ale tylko na polskim odcinku, a więc przeciwko strukturom polskiego komunistycznego  państwa oraz jego komunistycznej  gospodarce.

     Amerykańska strategia, która w poprzednich artykułach nazwałem „strategią taniego fortelu” , zmierzała ku temu, by dokonać erupcji wspomnianego solidarnościowego „wulkanu energii”. Kalkulacja była dość prosta: upadek polskiego komunistycznego państwa może spowodować w efekcie swoistego domina upadek całego systemu komunistycznego.  Całe ciężar ekonomiczny   takiej operacji i całe wielorakie ryzyko takiej operacji ponosiliby Polacy.

    Kalkulacja była prosta, ale i przejrzysta. Przejrzysta dla Kremla i przejrzysta dla polskich władz. Czy była również przejrzysta dla solidarnościowych działaczy?  To już wielce problematyczne. Jeśli dzięki broni strajkowej  Solidarność zyskiwała na znaczeniu, to dlaczego nie miałaby z tej broni korzystać?  Raz pobudzone apetyty trudno już powściągnąć  tym bardziej, że zza Atlantyku płynął nieustanny „potok słów” zachęcających do oporu i środki na jego  propagandowe wspomaganie.

       Na taką strategię Kreml przygotowywał własną odpowiedź.  Powszechnie znana jest odpowiedź, jaką przeforsował Jaruzelski wprowadzając stan wojenny. Ale czy możliwa była inna? Nie! – odpowiada stanowczo  wielu polskich historyków.  A dlaczego? Bo są historykami, a więc niejako z natury samej profesji uważają, że przysługuje im status specjalistów od zagrożeń, niezależnie od tego czy zajmowali się historią średniowiecza, czy bardziej współczesną. 

       Jak pokazać istnienie możliwości  alternatywnej odpowiedzi ze strony Kremla.  Odpowiedzi komu? Waszyngtonowi i Watykanowi, których Kreml uważał za swoich głównych przeciwników.

      Tę możliwą, ale realizowalną odpowiedź będę starał się pokazać niejako etapami. Najpierw przez wskazanie bardzo ogólnych przesłanek wskazujących na zasadność  doszukiwania się dziś alternatywnego planu ze strony Sowietów, a następnie pokazanie, że istniały już warunki do realizacji takiego rozwiązania. Dopiero w trzecim etapie będę starał się pokazać,  że faktycznie przez kremlowskie władze inne rozwiązanie było brane pod uwagę.

Ogólne przesłanki

     Pierwsza przesłanka, chyba najbardziej oczywista i może z tego względu najłatwiejszą  do pominięcia to konstatacja, że  władze każdego  mocarstwa  zabiegają o jego kondycję,  że starają się dostrzegać rożne zagrożenia i przygotowywać jakieś środki zaradcze.  Właściwie jest to podstawowym sensem ich istnienia, niczego innego w gruncie rzeczy nie mają do roboty. A że świat jest dynamiczny, mało stabilny, ciągle coś się w nim dzieje, więc zwykle tej roboty jest niemało.

    Dotyczyło to także władz byłego ZSRR.  Jeśli dziś prezydent Obama szuka rozwiązań zapobiegających pogłębianiu się ogromnego kryzysu gospodarczego, to także nie wyłamuję się spod wskazanej prawidłowości.

     Potwierdzenie jej łatwo można też odnaleźć w protokole sowieckiego politbiura z 10 grudnia 1981 roku w słowach Andropowa, gdy zauważa, że:

Powinniśmy przejawiać troskę o nasz kraj, o umacnianie Związku Radzieckiego. Takie jest nasze zasadnicze stanowisko. [Przed i po…,t. 2, s. 608]

      O takich pryncypiach nie przypomina się przy lada dyskusji.  Jeśli Andropow je przypomniał, to znak, że nie jest to jakoś zwyczajna okazja

      W artykule okoźle ofiarnym wspomniałem,  że tłumaczenie podane w zbiorze dokumentów wydanych przez IPN wcale nie jest w tym fragmencie najszczęśliwsze.  Andropow nie mówi o „zasadniczym stanowisku”, ale o „ głównej linii”. Stanowisko może być w jakiejśkonkretnej, nawet jednostkowej sprawie, a główna linia odnosi się do wytyczonego kierunku postępowania.  Takie niezbyt ścisłe tłumaczenie utrudnia rekonstrukcję  kremlowskiego sposobu myślenia.  

     Druga przesłanka  dotyczy  przyjmowanego przez wielu historyków założenia, że władze kremlowskie byłyby skłonne dalej przyglądać się bezczynnie (i bezradnie) rozwojowi sytuacji w Polsce. Warto tu przypomnieć słowa wieloletniego szefa sowieckiej dyplomacji Andrieja Gromyki, którymi 10 grudnia rozpoczął swą wypowiedź:

Dziś oceniamy bardzo ostro sytuację w Polsce. Chyba dawniej nie ocenialiśmy jej tak ostro.

Powyższe zadanie przytoczyłem  za przekładem  znajdującym się po artykule prof. Dnieprowa, widniejącym na stronie poświęconej generałowi Jaruzelskiemu, a nie za tłumaczeniem w zbiorach dokumentów IPN-u.  Dlaczego? Bo w tym drugim tłumaczeniu zniknęła „ostrość”  przytoczonej wypowiedzi, która  w tym tłumaczeniu brzmi:  Omawiamy dzisiaj sytuację w Polsce bardzo stanowczo. Chyba nigdy dotąd tak stanowczo jej nie omawialiśmy. [ przed i po .. s. 698] Rosyjski przysłówek „ ostroprzetłumaczono jako  „stanowczo”. Czy to jedno i to samo?

       Stanowczo można czegoś żądać od kogoś,  stanowczo można komuś  czegoś odmawiać  lub stanowczo przeciwstawiać się czyimś dążeniom. Do czego zaś w omawianym kontekście  odnosi się przysłówek ostro? Do sposobu omawiania lub oceny sytuacji w Polsce.

       Gdyby dyskusja  toczyła się z  udziałem jakichś przedstawicieli czy delegacji z Polski, wówczas tłumaczenie stanowczobyłoby jakoś sensowne. Jednak nikt z Polski nie brał w niej udziału.  Dlaczego zatem Sowieci między sobą mieliby rozmawiać stanowczo? Czyżby między nimi doszło do jakiegoś rozłamu? Z całości zapisu wynika coś wręcz przeciwnego. Wszyscy jak jeden mąż deklarują wyraźnie, że konsekwentnie popierają linię wytyczoną przez Breżniewa.  Na czym więc cała ostrość  dyskusji  mogła polegać?

        Niuanse znaczeniowe tłumaczenia są tu jednak sprawą drugorzędna.  O wiele ważniejsze są dwie inne sprawy.  Gromyko był wytrawnym dyplomatą i trudno go posądzać o językową nieudolność.  Mówi, do świadków, uczestników i współdecydentów w zakresie określania  polityki wielkiego mocarstwa, że wcześniej tak ostro sprawy polskie nie były poruszane.  A więc i przed rokiem, przed 5  grudnia 1980, gdy zachodnim obserwatorom wydawało się,  że istnieje realne niebezpieczeństwo militarnej interwencji , sprawy polskie tak ostro nie były omawiane. Tak więc całkiem możliwe jest, że uruchomiona z pomocą profesora Brzezińskiego  akcja protestacyjna prezydenta Cartera , do której przyłączył się także papież,  niczemu w istocie nie zapobiegła.  Może więc rację miał O`Sullivan mówiąc o wielkim blefie ze strony sowieckiej, o czym pisałem  w artykule nawiązującym do 11 września?

        Teraz mamy sytuację odwrotną. Na Kremlu toczy się bardzo ostrarozmowa, a świat zachodni nie widział  żadnego zagrożenia. Nie widział i do dziś w opinii różnych badaczy  nie widzi. Problem polega na tym, co było widać i dla kogo.  Co było widać dla obserwatorów z zewnątrz sowieckiego systemu, a co było widoczne dla obserwatora usytuowanego w jego wnętrzu.

       Problem komplikuje fakt, że dzisiejsi komentatorzy i  badacze, nie dostrzegają tego, że wewnątrz komunistycznego systemu od dawna toczyła się gra, między władzami polskimi i moskiewskimi.  Gra  nierównych, pod względem zasobów i środków jakimi dysponują,  graczy.  Co jest dla Kremla największą niewiadomą w trakcie obrad politbiura 10 grudnia? Największą niewiadomą jest to, co zrobi Jaruzelski.  I tylko tyle nie wiedzą.  A wiedzą bardzo dużo. Ta wiedza pozwala im przygotować się na każdą decyzję Jaruzelskiego.  A ten możliwości wyboru ma już niewiele.

       Wiadomo już, że Jaruzelski zadecydował o wprowadzeniu stanu wojennego.  Ta opcja była dla kremlowskich władz do zaakceptowania. A co byłoby  gdyby nie wprowadził stanu wojennego?  System sowiecki natychmiast by się rozpadłmówią przeciwnicy tej decyzji. A czy kremlowskie władze były nieświadome tego, co by im groziło w razie swojej bezczynności? Nawet, jeśli wiedzieli, to niczego już nie mogli zrobić” - do tego prowadza się istota sporu o rolę, jaką odegrał generał Jaruzelski wykorzystując swoje 5 minut, jakie podarowała mu światowa historia.

       Przesłanka trzecia. Czy stan wojenny zaszkodził polskiemu papieżowi?  W niczym nie zaszkodził.  Watykan nie odniósł żadnego uszczerbku.  A właściwie,przeciwnie. Dzięki  niezwykłym umiejętnościom dyplomatycznym Jana Pawła II wzmocnił swoje znaczenie na arenie międzynarodowej  w sposób mało mających precedensów w historii  Kościoła.

      Papież był naturalnym przeciwnikiem władz kremlowskich, wielkim przeciwnikiem.  Czy uderzenie stanem wojennym w Solidarność  rokowało minimalizację wpływów papieża i Kościoła na społeczeństwo w Polsce? Nie dawało żadnej gwarancji. Pod tym względem, przynajmniej dla Andropowa, dla którego ideologia była oczkiem w głowie, to nie było dobre rozwiązanie.  Lepsze byłoby inne.  Ale jakie?

CIA i KGBna nieoficjalnym polu walki w Polsce

      Czy Moskwa wtrącała się w wewnętrzne sprawy Polski?  No skądże! To Polacy sami są pełni szacunku do swego Wielkiego Brata, gdyż wiedzą, ile mu zawdzięczają.” -  tak można byłoby  w skrócie streścić  odpowiedź Kremla.  Tradycyjnie już od czasów układów jałtańskich Moskwa ma prawo do zapewnienia swojego bezpieczeństwa między innymi przez poprzez swoje garnizony w Polsce i sojusz militarny, ale to już jest przez cały świat akceptowane. Oficjalnie właściwie niewiele więcej było wiadomo, choć na polską suwerenność patrzono z przymrużeniem oka.

    A czy Waszyngton wtrącał  się w wewnętrzne sprawy Polski?  Skądże!  To, że Radio Wolna Europa informuję polskie społeczeństwo o różnych sprawach jest zrozumiałe.  Każdy ma prawo do wolności słowa, jego słuchania i wypowiadania się.  Stąd też i podziw dla Solidarności, ale oficjalnie niewiele więcej  było  mówione.

       Rozmowy dotyczące spraw militarnych, odprężenia między mocarstwami miały absolutny priorytet.  Coś takiego  jak związek zawodowy  Solidarność to,  oficjalnie, sprawa wyłącznie samych Polaków.  Solidarnością ekscytowały się media, ale nie rządy różnych państw. Który  rząd  lubi związki zawodowe? Dyplomatyczna interwencja  w grudniu 1980 roku okazała się przysłowiową kulą w płot, co w medialnym szumie zostało jakoś rozmyte.  Tę potyczkę Kreml mógł zapisać na konto swoich wygranych.

      Na jakim wykonawczym poziomie toczyła się ta rozgrywka między mocarstwami, jeśli oficjalnie sprawa Solidarności nie była przedmiotem rozmów między nimi?   To była rozgrywka toczona między tajnymi służbami.  Czy tylko polskie tajne służby starały się monitorować   wielomilionową Solidarność?  Dziś już wiadomo, że swoje wpływy  w tym ruchu starała się mieć amerykańska CIA, wiadomo że niemiecka STASI miała w Solidarności swoje macki. Czy MOSAD był zupełnie bezczynny?  Czy swoje macki miało KGB, czy tylko korzystało z usług polskich służb? O tym chyba najmniej wiadomo i raczej nieprędko będzie wiadomo coś pewnego.  Taka już jest uroda tych służb.  W polskich archiwach zapewne odkryć można ślady ich działania, ale nie jakieś plany o znaczeniu strategicznym.

       Jeśli kryzys gospodarczy  w Polsce już przekształca się w kompletny krach gospodarczy, jeśli używanie broni  strajkowej staje się  głównym sposobem walki z systemem komunistycznym w intencji  organizatorów strajków, to nie potrzeba wielkiej przenikliwości, by spodziewać się jakiegoś wybuchu.  Na to czekała administracja amerykańska, ale i tego spodziewały się władze kremlowskie. Doszło zatem do  mimowolnego sojuszu między ukrytymi przed polskim społeczeństwem  dążeniami jałtańskich sojuszników. Każda ze stron miała w tym swoje odmienne kalkulacje w grze Polską.

      Strona amerykańska spokojnie, dzięki m swym organom medialnym takim jak np. Wolna Europa, ale także dzięki bezpośredniej, choć głęboko zakamuflowanej pomocy dla Solidarności  „na propagandę i  opór” czekały, aż komunistyczne państwo polskie upadnie pod naporem Solidarności dając tym początek upadku całego systemu komunistycznego.

     Strona sowiecka, równie spokojnie przygotowywała swój system jako całość  do skutecznej odpowiedzi.    Te przygotowania biegły dwutorowo. Z jednej strony patronowała oficjalnym przygotowaniom stanu wojennego w wykonaniu polskiej armii. Oficjalnym, bo w oficjalnych relacjach z polskimi władzami, ale w relacjach  tajnych dla świata.  Z drugiej zaś strony przygotowywała się do alternatywnego scenariusza  na wypadek, gdyby nie udało im się wymusić na Jaruzelskim wprowadzenia stanu wojennego.

Wybuchowywariant sowieckiej odpowiedzi

      O stanie wojennym wiemy niemal wszystko, a co wiadomo o alternatywnym scenariuszu? Tu znajdujemy się w hipotetycznej sytuacji oskarżonych o udaremnienie zamachu na wieżowce WTC opisanej w artykule poruszającym sprawę istnienia zagrożeń i ich postrzegania.

     Możliwa  odpowiedź Kremla na „strategię taniego fortelu” była równie prosta, jak sama ta strategia, choć była to prostota niezwykle wyrafinowana.  Jeśli administracja amerykańska postrzegała   Solidarność jako swoje „narzędzie” ,   jako  swego rodzaju wulkan energii, który łatwo może eksplodować  uruchomiając spodziewany efekt domina i upadek całego systemu komunistycznego, to  odpowiedź kremlowska była prosta: „Proszę bardzo, niech ta erupcja nastąpi, a my już jesteśmy na to przygotowani.  Mało, że przygotowani, sami jesteśmy w stanie zdetonować ten  ładunek  energii, by był to wybuch kontrolowany. System komunistyczny to wytrzyma, a może nawet się umocni. Taki wybuch może zdyskredytować papieża”.  

     Dla kogo to zagrożenie może być dzisiaj, po latach  widoczne i kto zechce o tym mówić?   Z pewnością nie będą o nim mówić najbardziej bezpośredni  spadkobiercy dawnego systemu komunistycznego, czyli władze moskiewskie. Te będą mówić, zresztą nie bez swoich racji, że o żadnym zagrożeniu nie mogło być mowy, a chodziło tylko o ewentualną pomoc w zagwarantowaniu spokoju w Polsce, czego mieli pełne prawo  oczekiwać  i co było akceptowane przez cały świat, włącznie ze Stanami Zjednoczonymi. Udało się to zrobić Jaruzelskiemu, no więc o co jeszcze chodzi? 

       Czy będą o takim zagrożeniu mówić dzisiaj Amerykanie? Niektórzy, jak generał Haig, jasno o tym mówią, inni - dopiero zaczynają mówić i to dość ogólnie, a jeszcze inni będą konsekwentnie zaprzeczać. Niechęć niektórych  z  tych ostatnich jest  zrozumiała. Stan wojenny okazał się klęską ich „strategii taniego fortelu”. Wskutek tej porażki  prezydent Reagan musiał wytoczyć ogromne działa i  rozpocząć wieloletnie oblężenie, na które nie starczyło mu dwóch kadencji.

      Dla kogo w Polsce zagrożenie mogło być widoczne w grudniu 1981 roku? Dla działaczy Solidarności? Oni wiedzieli tyle, ile dowiedzieli się z Wolnej Europy lub, co dotyczy węższego ich grona, od amerykańskich  doradców.A ci zaangażowani byli przecież w realizację strategii amerykańskiej.

Dygresja  o  Prymasie Tysiąclecia

      Kościół  w Polsce, szczególnie kardynał Wyszyński , już bardzo wcześnie usilnie przestrzegał przed  eskalacją napięć, które mogłyby doprowadzić do walk wewnętrznych, a w odniesieniu do problemów geopolitycznych Prymas przenikliwie przewidywał już 14 X 1980 roku na posiedzeniu Komisji Głównej KEP:

Prymas tłumaczył, że w tych warunkach geopolitycznych nie ma szans na to, by zlikwidować partię i ogłosić  wolne wybory demokratyczne. A więc, „jak długo istnieje blok, a Polska należy do bloku, to jakaś partia komunistyczna musi istnieć”. Zatem lepiej, aby ta obecna się nawróciła, gdyż „nie wiadomo, czy ta, która będzie wprowadzona na jej miejsce, będzie lepsza”. [za: Ewa K. Czaczkowska: Kardynał Wyszyński, s. 548]

          Chyba do końca życia prymas Wyszyński  nie zmienił zdania, które E. K Czaczkowska  przypisała   mu omawiając sprawy z wczesnych lat pięćdziesiątych:

Dla komunistów USA to był wróg imperialistyczny, dla Wyszyńskiego  -  strażnik układu pojałtańskiego. Prymas nie miał złudzeń, że dla jego zachowania Ameryka nie cofnie się przed poświęceniem małych narodów, co stało się na Węgrzech w 1956 roku.[tamże, s. 151]

Kardynał Wyszyński zasłużenie nazywany bywa Kardynałem Tysiąclecia.  Jego analizy sytuacji mogą dziś zadziwiać swoją przenikliwością i dbałością o staranne rozróżnianie tego co pożądane, od tego co jest w danych warunkach możliwe i bezpieczne.  Samo istnienie „bloku sowieckiego”  w tej kondycji, jaką  czasach solidarnościowych prezentował,  było dla niego wystarczającą przesłanką, by sądzić, że dalej idące dążenia niepodległościowe są  skazane na niepowodzenie i obarczone ogromnym ryzykiem przelewu krwi.  Stąd jego polityka łagodzenia napięć, choć mało była  wówczas w Polsce zrozumiała.  Jacek Kuroń w liście do paryskiej kultury nazwał ją wręcz zdradą. [tamże, s. 589].

    W grudniu 1981 prymas roku już nie żył,  ale jego  ocena sytuacji politycznej sprzed roku  stała  się niemal prorocza. Do grudnia 1980 roku odnosi się też poniższy cytat z książki E. K. Czaczkowskiej:

    - Prymas radził Wałęsie, aby izolowali korowców – wspomina Wiesław Chrzanowski. – Uważał, że kręgi lewicowe skupione wokół Jacka Kuronia chcą doprowadzić do spięcia między ZSRR a Polską, która ma się znów stać elementem światowej rozgrywki sił lewicowych

     KOR „ma w sobie elementy niepewnego pochodzenia. Kierujące się zasadą <<im gorzej, tym lepiej>> - dla nas. O Polsce mało myślą. Walą w Blok kosztem życia Polaków. Trzeba ostrzegać przed tymi ludźmi mało odpowiedzialnymi.” – notował prymas w dzienniku. [ tamże, s. 589]

Czy Jacek Kuroń i inni działacze KOR-u byli rzeczywiście uwikłani  w  „rozgrywki światowych sił lewicowych” ? Nie jest tu ważne, jakimi motywami się kierowali.  Ważne jest jakie mogły być  skutki prób przejmowania władzy „małymi krokami”, jak Jacek Kuroń proponował.   A podczas obrad KK Solidarności  w przeddzień stanu wojennego,  co zasygnalizowane jest w  cytacie z  książki profesora Paczkowskiego poprzednim artykule, Kuroń rozdawał swój artykuł „Rząd narodowy”.

      Powyższy cytat ilustruje, jak różnie mogły być postrzegane siły konfrontacyjne w Solidarności. Dla prymasa Wyszyńskiego, podobnie zresztą jak dla władz kremlowskich, nawet taka „pokojowa” , pokonywana małymi krokami droga jest już działaniem konfrontacyjnym, przed czym usilnie przestrzegał. A przecież nie brakowało zwolenników ostrzejszej konfrontacji, „targania się po szczękach’.

     Czy prymas miał rację twierdząc , że dopóki istnieje blok sowiecki  jakaś Partia komunistyczna być musi? Jak tę rację pokazać?  Wystarczy zajrzeć do protokołu politbiura z 10 grudnia  1981 roku, by przekonać się, jak zdecydowanie grono to odrzucało jakąkolwiek możliwość , by partia komunistyczna w Polsce mogła utracić swą monopolistyczną pozycję.

.     Czego w ocenie danej przez prymasa brakuje (nie tylko w tym cytacie)?  Brakuje oceny amerykańskich wpływów. Jest to poniekąd zrozumiałe.

      Nie musiały być one dla społeczeństwa bardzo widoczne. Wolna Europa np. od zawsze była antykomunistyczna  i  pozornie niewiele się tu zmieniło. Ale nawet jeśli amerykańskie wpływy niewiele, w sensie zaangażowanych środków, wzrosły, to ich znaczenie stało się nieproporcjonalnie duże po wizycie papieża i powstaniu Solidarności.   Prymas oceniał  sytuację w Polsce w aspekcie jej usytuowania w „bloku sowieckim”, gdy zimna wojna była trwałą rzeczywistością między  mocarstwami, a koniec „bloku” w jakiejś realnej perspektywie czasowej mógł być tylko pobożnym życzeniem.

       Komunikat episkopatu z 12 grudnia 1980 roku zawierał sformułowanie, które uznać można za wyrażające  polską rację  stanu

Nie wolno podejmować takich działań, które mogłyby narazić naszą Ojczyznę na niebezpieczeństwo zagrożenia wolności i państwowości. Wysiłki wszystkich Polaków muszą zmierzać do umocnienia zapoczątkowanego procesu odnowy i stwarzania warunków wykonywania umowy społecznej między władzą a społeczeństwem”  [tamże, s. 593]

Relacja między rządem a społeczeństwem, podobnie jak w ostrzeżeniu Cartera , została wskazana w tym komunikacie jako  problem bezpośrednio rzutujący na bezpieczeństwo państwa i prymas nie miał złudzeń,  że w ówczesnych warunkach geopolitycznych istnieje jakieś rozwiązanie dające upust niepodległościowym aspiracjom. . Jego pojednawcza polityka (kontynuowana później przez prymasa Glempa)  spotykała się z olbrzymim niezadowoleniem środowisk  pragnących szybkich zmian.

        Autorka książki  właściwie bardzo trafnie diagnozuje swoistą zbieżność  linii politycznej prymasa i oczekiwań władz  partyjnych:

        Tonowanie przez prymasa nastrojów poszczególnych działaczy „Solidarności’ przed eskalacją żądań, by nie dopuścić do anarchii i do rozlewu krwi , było, oczywiście, po linii  partii, która nieustannie straszyła możliwością interwencji Moskwy. W tym sensie Kościół mógł być dla partii cennym sojusznikiem w osiągnięciu zasadniczego  celu: wyeliminowania najbardziej radykalnych działaczy S”, a następnie przejęcia i podporządkowania sobie całego związku. Prymas musiał chyba zdawać sobie z tego sprawę, co jednak i tak nie mogło wpłynąć na jego postawę w sytuacjach szczególnych napięć.[tamże, s. 594]

Jeśli władze partyjne faktycznie chciały uniknąć interwencji Moskwy, to realnie innej możliwości nie miały, jak stępić solidarnościowy radykalizm. To dla prymasa było oczywiste i stąd jego wytrwałość  w   łagodzeniu „szczególnych napięć”.  Prymas miał jednak dość szczególny przywilej: nie musiał podejmować decyzji  wiążących organy  państwa  w sytuacji, gdy do rozlewu krwi  jest nieustannie dość blisko. Mając na względzie dobro Kościoła  podczas jednej z rozmów z przedstawicielami władz22 marca, będąc już ciężko chory,  powiedział:

Kościół nadmiernie zaangażowany ponosi ryzyko strony przegranej. W obecnej sytuacji Kościół nie może mieć partnerów pewnych. PZPR jest w proszku, Rząd w lęku, Rada Państwa - bez programu, „Solidarność” instytucjonalnie nie jest zwarta. Nie wiadomo, na kogo stawiać . Pomagać Ojczyźnie? – Zawsze, ale dziś można to czynić raczej ufając Panu Bogu niż ludziom” [tamże, s. 596]

      Kościół już nie miał silnych partnerów do rozmów i to niezwykle trafnie, choć lapidarnie prymas wypunktował.  Można zaufać „raczej  Panu bogu niż ludziom” – tak może powiedzieć głowa kościoła w Polsce, ale nie głowa państwa.  Władze państwowe jednak muszą coś robić, komuś muszą zaufać, nikt i nic  ich nie zwalnia od odpowiedzialności  za podjęcie decyzji lub ich zaniechanie.

       Komu mógł zaufać Jaruzelski , kto jeszcze reprezentował jakąś  siłę?  Pozostała już tylko armia. Tej siły prymas nie wymienił, nie spodziewając się zapewne, że może ona odegrać  tak dużą rolę w najbliższej już przyszłości.

Różnice oczekiwań wobec  „wybuchowego” scenariusza

       Z punktu  widzenia amerykańskiej administracji , w odróżnieniu od prymasa Wyszyńskiego,  mogło nie być specjalnie istotne, jaki będzie los partii komunistycznej w Polsce. Wystarczało, że istnieją siły w nią wymierzone, że zainteresowane są konfrontacją z polskimi władzami, że można te siły z daleka pobudzać do konfrontacyjnych działań, że mogą one osłabiać polskie państwo i w ten sposób  osłabić cały system komunistyczny. Im  spodziewane zamieszki by dłużej trwały, tym lepiej, tym bardziej obiecujące rokowania, że „ efekt domina”  nastąpi  szybciej.

      Czy ktokolwiek ze strony administracji amerykańskiej gotów byłby  wyartykułować nawet dziś takie oczekiwania?  Pytanie retoryczne.  Pisze jednak o tym Paul Kengor w swojej monografii o prezydencie Raganie, o czym szerzej pisałem w innych artykułach. Czy jednak zdani tu jesteśmy wyłącznie na jego interpretację różnych wypowiedzi i zdarzeń?

      Ciekawym śladem może tu być pozornie drobny incydent w gabinecie DCI (dyrektora CIA), jaki miał miejsce niemal w momencie ogłoszenia stanu wojennego.  Kilkakrotnie już przywoływany  Nigel West opisując zaskoczenie stanem wojennym  sygnalizuje rzecz niezwykle zastanawiającą:

To wprost niewiarygodne, ale kiedy  Ośrodek Operacyjny CIA otrzymał pierwsze sygnały o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, William Casey nie wyraził zgody na przekazanie w tej sprawie flesza (krótkiej informacji) do Białego Domu. {Nigel West: Trzecia tajemnica… s. 122]

Nie pomogły nalegania pracowników, dopiero po sześciu godzinach rozpoczęła się dyskusja, czy to rzeczywiście stan wojenny zgodny z plami przekazanym przez Kuklińskiego, czy jakieś „lokalne zamieszki? Jeden z członków tego gremium MacEchin konkluduje: „Nie chcieli być posądzani o podnoszenie fałszywego alarmu”.

       Niewiarygodne może być jeszcze coś innego:  dlaczego nie spytano się o zdanie najlepszego eksperta w tych sprawach, jakim był pułkownik Kukliński. Był on na wyciągnięcie ręki po telefon. W ciągu godziny, jeśli nie mógłby się stawić na osobiście, to przynajmniej mógłby swoją interpretację  nadchodzących sygnałów przedstawić telefonicznie.  Czy obawa przed posądzeniem o fałszywy alarm  była więc jedynym powodem zwłoki?

       Może dyrektor CIA, najbliższy współpracownik prezydenta, obawiał się jeszcze czegoś innego? Tego mianowicie,  że nadmierna szybkość reakcji Białego Domu mogła wzbudzić podejrzenie,  iż  CIA bardzo czujnie trzyma rękę na pulsie  wydarzeń w Polsce.   Casey już od prawie ośmiu miesięcy nadzorował sprawy Solidarności.  Nie wiedział, że sytuacja w Polsce jest „wybuchowa”? Teraz nici powiązań z Solidarnością zostały przerwane. Co powiedzieć prezydentowi, dla którego cały sowiecki blok to tyle, co „domek z kart” i wystarczyło lekko dmuchnąć  a  cały się rozsypie? Okazuje się teraz, że nie ma już komu „dmuchnąć”, a system sowiecki łatwo rozsypać się nie da.

        Może jednak nie wszystko stracone? Może Solidarność podejmie walkę? Tego Casey nie mógł wiedzieć, może więc czekał na dalsze, bardziej optymistyczne dla amerykańskiej administracji sygnały, że „strategia taniego fortelu” właśnie przynosi owoce?

      Dlaczego nie interpretować jego kunktatorstwa w taki sposób?

     Z kremlowskiego punktu widzenia sprawa kondycji polskich władz państwowych miała daleko poważniejsze znaczenie.   Jeśli system komunistyczny jako całość miałby przetrwać wybuch niezadowolenia,  to jednocześnie  pod warunkiem, że przy okazji dokona się w Polsce   pogłębiona  sanacja, aby  całość sowieckiego systemu uległa wzmocnieniu na dłuższy czas. Do tego zaś potrzebne było odpowiednio zdeterminowane „kierownictwo polskie”. Jednocześnie Kreml nie byłby zainteresowany przedłużaniem konfliktów.  Ten wybuch powinien  być  możliwie starannie kontrolowany.

      Czy władze kremlowskie posiadały zdolność do  zdetonowania wybuchu zamieszek społecznych w Polsce oraz do ich kontroli w przypadku, gdyby stan wojenny nie była wprowadzony? Samo istnienie takiej zdolności  już było ogromnym zagrożeniem dla  Polski nawet,  gdyby władze kremlowskie nie chciały z niej  skorzystać.   Istnieją jednak poważne przesłanki, do domniemania, że nie tylko były gotowe na inny scenariusz niż stan wojenny, ale nawet wolałyby inny scenariusz.

Trzy wydarzenia, którym stan wojenny zapobiegł

        Czy kremlowskie władze zajmowały się tylko naciskiem na Jaruzelskiego, by wprowadził stan wojenny? Nie tylko. Równolegle przystąpiły już do realizacji alternatywnego  scenariusza.

        Stanie się to widoczne, jeśli weźmie się pod uwagę trzy wydarzenia jakie miały mieć miejsce tuż po 13 grudnia.  Dzisiaj każde z nich z osobna może wydawać się czymś  niezbyt znaczącym dla dalszego biegu dalszych wydarzeń. Jeśli jednak zadać sobie trud, by połączyć je w jedną całość, to okazują się one cegiełkami puzzli ukazującymi wielce interesujący fragment obrazu scenariusza,  będącego możliwą realizacją „doktryny Breżniewa” bardzo precyzyjnie dopasowanego do ówczesnych realiów i ambitnych aspiracji Kremla. Do żadnego z zasygnalizowanych wydarzeń  jednak nie doszło.  Co więc w najbliższych dniach miało się wydarzyć?

         Po pierwsze, 15 grudnia mijał termin możliwego przetrzymywania 46 tyś. żołnierzy  „starego rocznika” na służbie wojskowej , po drugie, na 14 i 15  grudnia Jaruzelski miał zaproszenie do Moskwy, po trzecie na !7 grudnia Solidarność zaplanowała olbrzymią akcję protestacyjną nie tylko w Warszawie, ale i w innych miastach w Polsce.

      Nie brak komentatorów politycznych twierdzących ,że w polityce nie ma przypadków.  Co zatem powiedzieć o zbiegu  trzech przypadków? Czy zbieg tych przewidywanych i planowanych wydarzeń był wyłącznie przypadkową koincydencją? Jakie mogło być ich znaczenie w scenariuszu przygotowywanym przez kremlowskie władze? Kto w ogóle miał szansę, by te trzy nadchodzące wydarzenia jakoś połączyć w jedną całość?

        Pierwsze z tych wydarzeń było jedynym, jakie właściwie sowieckim władzom trudno było zaplanować, ale łatwo je było przewidzieć. Jego znaczenie w ówczesnych warunkach było zaś niemałe. Zastanawiając się nad wyborem daty 13 grudnia na wprowadzenie stanu wojennego profesor Paczkowski w swej książce poświęca mu osobny akapit i dogodne tu będzie jego przytoczenie:

        Wśród wielu czynników determinujących wybór nocy z 12 na 13 grudnia istnieje jeden, nader istotny, który w pewnym sensie wymuszał wprowadzenie stanu „W” przed 15 grudnia: w tym dniu mijał dwumiesięczny okres, na jaki przedłużono służbę wojskową 46 tysiącom żołnierzy „starego rocznika”. Dalsze przedłużanie było możliwe tylko pod warunkiem, że kraj znajdzie się w stanie wojny. Do nowych poborowych, których uważano za „zarażonych” przez „Solidarność”, tak dalece nie miano zaufania, że faktycznie wstrzymano jesienny pobór (wcielono do armii tylko 17 tysięcy osób). W tych warunkach zwolnienie do cywila przeszkolonych żołnierzy oznaczałoby czasowe zmniejszenie liczebności sił zbrojnych, a na to autorzy stanu wojennego nie mogli sobie pozwolić. [„Wojna polsko-jaruzelska”, s.  24]

Autorzy stanu wojennego zapewne nie mogli sobie na to pozwolić. Ale dlaczego, czy tylko dlatego że bały się „pokojowej”  drogi  Solidarności przejęcia przez nią władzy? To musiało, co  oczywiste, niepokoić całą ówczesną „klasę polityczną”,  ale dla dowódcy sił zbrojnych i jego najbliższego otoczenia,  nie mogły to być obawy jedyne.

       Polscy generałowie nie mogli sobie na to pozwolić, gdyż na to właśnie mogły liczyć   sowieckie władze. Oto bez żadnej walki polski obóz rządzący, ale tym samym i polskie państwo,  zostaje osłabione w swym najsilniejszym składniku, jakim była jego armia.  To byłby wyjątkowo dobry moment na dokonanie różnych zmian w polskim kierownictwie.  Na ten moment kremlowskie władze chyba bardzo liczyły.

    Jak bardzo na to liczyły świadczy ich posunięcie, które wszak już same zaplanowały. Na 14-15 grudnia Jaruzelski ma zaproszenie do Moskwy. Nie może zatem dziwić, że dla Breżniewa sprawa jest „pilna i paląca”. Czy można zakładać, że Kulikow był aż tak mało rozumny, by nie orientować się, jak będzie wyglądała kondycja armii po 15 grudnia?

      Może nie od rzeczy będzie przypomnieć, że aby dokonać reorganizacji ekipy rządzącej  w Czechosłowacji w 1968 roku,  Dubczek z kilkoma innymi politykami został po kilku dniach od interwencji militarnej silą wywieziony do Moskwy. Teraz władze kremlowskie już nie musiałyby powtarzać takiego manewru. Najpierw niech Jaruzelski sam jedzie do Moskwy, a potem niech wprowadzi stan wojenny, ale już osłabioną armią.

Jaruzelski zaś w Moskwie to tak, jakby wszystkie polskie władze się tam znalazły: głowa władzy politycznej państwa, premier czyli władza wykonawcza i najwyższy zwierzchnik sił zbrojnych. Można byłoby dokonać pożądanej przez sowieckie władze reorganizacji struktur „polskiego kierownictwa”. Na kilka dni nastąpiłby zupełny paraliż decyzyjny w strukturach państwowych. Sam Henryk Jabłoński z całym polskim parlamentem niewiele by zdziałał. Nie musi więc dziwić pozornie pojednawczy ton  Andropowa i innych członków politbiura, aby przypadkiem nazbyt „ostrymi dyrektywami” nie spłoszyć Jaruzelskiego i sprowokować go do „energiczniejszych” działań.

   A co zmusiłoby Jaruzelskiego do skorzystania z zaproszenia? Siła sentymentu? Krach ekonomiczny Polski. Przedmiotem obrad  politbiura 10 grudnia nie jest bowiem stan wojenny, ale przygotowanie do rozmowy z Jaruzelskim. Data 14-15 grudnia jest już znana przynajmniej od 21 listopada, gdy pojawiła się ona w osobistym orędziu Breżniewa do Jaruzelskiego, które na listopadowym posiedzeniu politbiuro zaakceptowało. W tym ściśle tajnym orędziu Breżniew bez ogródek sformułował  życzenia Kremla. Wypominając Jaruzelskiemu, że jego deklaracja „walki o ludzi pracy” i jednocześnie uderzanie w „przeciwnika klasowego” jest realizowana tylko w połowie, pisze:

     Teraz jednak powstaje wrażenie, że ma się na względzie tylko pierwszą część tej dwoistej formuły. Wiemy, że u was w kierownictwie partyjnym są ludzie, którzy wszystkie nadzieje pokładają w kontynuacji skompromitowanego kursu Kani. Uleganie ich namowom byłoby niebezpieczne. Teraz jest absolutnie jasne, że bez zdecydowanej walki z przeciwnikiem klasowym nie można uratować socjalizmu w Polsce. W istocie rzecz polega nie na tym, czy konfrontacja będzie czy nie, lecz na tym, kto ją rozpocznie, jakimi środkami będzie prowadzona i po czyjej stronie będzie inicjatywa.[Przed i po 13 grudnia t. 2, … s. 692]

Czy konfrontacja będzie czy nie, to dla Breżniewa jest już sprawą przesądzoną. Pozostaje tylko omówić szczegóły.  Po czyjej stronie będzie inicjatywa?  Protokół politbiura z 10 grudnia nie pozostawia złudzeń, że tę inicjatywę władze kremlowskie pozostawiły dla siebie. Do spotkania  z Jaruzelskim przygotowało ono ofertę nie do odrzucenia. I bynajmniej nie była to oferta pomocy gospodarczej, ale oferta wprowadzenia stanu wojennego, w którym armia poza wykonywaniem rozkazów z Moskwy niewiele miałaby do powiedzenia.

      Jaka byłaby pozycja Jaruzelskiego podczas tych niedoszłych rozmów w Moskwie? Pozycja szefa państwa z  armią, która nie nadaje się do działań zdolnych sprostać wymogom chwili  i z gospodarką będącą w stanie kompletnej ruiny. Jakie to już byłoby państwo? Z szefem takiego państwa  bardzo łatwo by się rozmawiało zwłaszcza, gdy zbliżało się trzecie z niedoszłych wydarzeń.

Co Kreml trzymał w rękawie?

         Wiedzę o !7 grudnia, o planowanych na wielką skalę akcjach protestacyjnych Solidarności. Czy o tym nie wiedział? Odpowiedź twierdzącą można śmiało między bajki włożyć. Ambasada sowiecka w Warszawie była bardzo rozbudowana.  Nawet informacje z Wolnej Europy byłyby w tym przypadku wystarczające. 

          Planowanych przez kogo? Bardzo trudno na to pytanie odpowiedzieć. Nie ma wszak chętnych do prób odpowiedzi . A jest to kwestia niezmiernie intrygująca. Data ta jest właściwie przez krytyków stanu wojennego przemilczana. W pewnym sensie nie powinno to dziwić. Odnosi się bowiem do wydarzenia, które nie zaistniało, albo jeśli zaistniało, to w bardzo fragmentarycznych przejawach, jako jeden z szeregu przejawów  oporu przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Jak szacuje prof. Paczkowski w tym dniu w całym kraju protestowało około 100 tyś. osób. Ile osób zaś protestowałoby w tym dniu, gdyby nie było stanu wojennego?

          Praktycznie nie powołuję się w moich artykułach na relacje generała Jaruzelskiego, ale w tym przypadku jest to potrzebne, gdyż można chyba mówić o swego rodzaju „zacieraniu śladów” przez uczestników tamtych wydarzeń. W swojej książce „Pod prąd” w rozdziale „Widmo 17 grudnia” generał pisze [s. 99]:

        Zdumiewające jest beztroskie zamykanie oczu na 17 grudnia 1981 roku. Przecież zapowiedź wielosettysięcznej wieczornej „demonstracji protestu” w Warszawie, gdy „benzyna została rozlana”, niosła w sobie groźbę straszliwych konsekwencji. To nie przeczulenie władz. 6 grudnia 1981 roku, podczas Walnego Zgromadzenia Regonu „Mazowsze”, proklamującego „dzień protestu” część delegatów – niestety mniejszości – nie dała się przekonać. Jak odnotowała prasa, zgłosili oni „Votum separatum” . Jerzy Filipowicz, były żołnierz AK powiedział: „Tu się namawia do konfrontacji, a jeszcze nie dokończono budowy pomników ofiar z 1956 i 1989 roku.” Ryszard Reiff w książce „Czas <Solidarności>” (Edition Spotkania, Paryż 1988) napisał: „…11 grudnia w godzinach rannych złożył mi wizytę w moim gabinecie w PAX-ie, z ramienia <<Solidarności>> Zbigniew Romaszewski , zapraszając mnie jako jednego z mówców na wiec, który planowano w dniu 17 grudnia o godzinie szesnastej na placu Defilad. Gdy dowiedziałem się, że to wszystko ma się odbyć o tej porze i w tym miejscu, zaprotestowałem przeciwko takiej lekkomyślności.  Wielkie tłumy w ciemności – mówiłem – (grudzień, godzina szesnasta), to zachęta do prowokacji. Zaplanowanej lub nie, czy przypadkowego tumultu, który wywoła panikę i może spowodować nawet śmiertelne wypadki. Jedna petarda, jeden pojemnik z gazem łzawiącym i sytuacja wymknie się spod kontroli”. Niedawno ukazała ię nowa książka Ryszarda Reiffa pod tytułem „Archiwum myślenia politycznego”, której obszerną część stanowi problematyka stanu wojennego. Nie ma w niej ani słowa o tym, co autor napisał o 17 grudnia 1981 roku. Unikanie tego tematu jest powszechne.

       Czy rzeczywiście było takie zagrożenie? Czy rzeczywiści mogło dojść do niekontrolowanych walk, czy ludzie rzeczywiście daliby się sprowokować? Biorąc pod uwagę ówczesną  temperaturę napięć emocjonalnych nie można mieć wątpliwości.

        Krytycy stanu wojennego podają pełno przykładów brutalnego traktowania protestujących przez służby bezpieczeństwa, obwiniając za każdy taki przypadek autorów stanu wojennego. Taka  jest zaś tragiczna „norma” walk wewnętrznych. Czy to oznacza, że próbuję usprawiedliwić najróżniejsze przypadki nadużywania siły? Nic z tych rzeczy. Po prostu stwierdzam fakt, że taka „norma” wynika z doświadczeń ludzkości w najróżniejszych częściach świata, a Polacy nie wzięli się przecież z Marsa.

       Dążenie do skuteczności tłumi ludzkie odruchy i dotyczy to każdej z walczących stron. Warto dla ilustracji podać opis wydarzenia właśnie z 17 grudnia zanotowanego przez  uczestnika ruchu oporu, opisu,  jaki można odnaleźć na stronach internetowych. Trudno mi wnikać, czy taki incydent rzeczywiście miał miejsce, ale przecież taki opis o czymś świadczy, nawet gdyby był tylko wytworem czyjejś wyobraźni:

       Ataki były zaciekłe. (...) Złapaliśmy dwóch zomowców. Była nas może stuosobowa grupa. Ludzie rzucili ich na ziemię, kopali, pluli im w twarz. Zdarliśmy z nich mundury, hełmy, tarcze. 
Ktoś powiedział, ze ma nóż i ich wykończy. Nie pozwoliliśmy mu. Gdy wyglądało na to, że stracili przytomność, rzuciliśmy ich po prostu do Motławy. Wylądowali na dużej krze. Nie wiem, co się z nimi stało, bo nadjechały wozy pancerne i musieliśmy uciekać. 
{…}; Gdańsk, 17 grudnia  

[http://szczawnica.nowotarski.pl/htm/rok2001_2002/grudzien.htm]

        Tak wygląda humanitaryzm i bohaterstwo na polu wojny domowej widziane czy przewidywane z innej strony.Jak wyglądałby stan wojenny, gdyby Jaruzelski nie wprowadził go 13 grudnia i pojechał na zaproszenie do Moskwy? Rusakow zaś z całym przekonaniem twierdził, że Solidarność zrobi wszystko, aby „stan wojenny został wprowadzony”?

         Kto więc zaplanował wiece protestacyjne na 17 grudnia? Na to pytanie nikt chyba już nie odpowie. Warto jednak zastanowić się, komu one mogłyby być na rękę? Nietrudno zauważyć, że byłyby one na rękę moskiewskim władzom, które w ogóle się ich nie przestraszyły. Te manifestacje już były wkalkulowane w ich planach postępowania wobec Polski, a nie tylko jako argument przetargowy w rozmowach z Jaruzelskim. Politbiuro, jak wynika z protokołu nie wierzyło, że Jaruzelski wprowadzi stan wojenny z własnej inicjatywy. Zostawiło mu taką możliwość, ale wyraźnie preferowało już plan Andropowa. Czy Jaruzelski mógł wiedzieć o przebiegu dyskusji podczas obrad politbiura? Nie wiedział, mógł się tylko domyślać. Nie musiał się jednak domyślać dat 14-15 oraz 17 grudnia, a także konsekwencji wydarzeń, jakie mogły po tych datach mieć miejsce.

         Czy tylko kremlowskie władze mogły być planowanymi manifestacjami zainteresowane? Zainteresowana mogła być nimi także administracja Reagana. Co z tego, że może sam prezydent osobiście nie życzyłby sobie jakichś walk wewnętrznych w Polsce. Czy rzeczywiście był już zorientowany w szczegółach działań zapoczątkowanych jeszcze za czasów jego poprzednika? Nadto, prezydent Reagan osobiście nie kontrolował rozmów na Kremlu, nie kontrolował też osobiście wszystkich   amerykańskich służb nawołujących do solidarnościowego oporu a jawnie działających np. poprzez   Wolną  Europę. Redaktorzy tej rozgłośni z kolei nie opracowywali strategii walki z imperialnym molochem sowieckim. Spełniali swą rolę na odcinku wyznaczonym przez ich mocodawców. Starali się z niej wywiązywać najlepiej jak potrafili, ale to nie oni byli głównymi graczami na zimnowojennej scenie.

         Zainteresowani  eskalacją napięć mogli być także nasi  co bardziej krewcy rodacy. W sytuacji totalnego kryzysu gospodarczego nie brak chętnych do nawoływania, że coś trzeba robić, bo przecież tak dalej być nie może, że najprostsze działania są najlepsze.

          Jaki zatem sens ma udowadnianie przez krytyków generała, że Sowieci 13 grudnia by „nie weszli”. Nie zamierzali wcale 13 grudnia wchodzić militarnie, gdyż inaczej wcale nie przygotowywaliby się do rozmowy z Jaruzelskim. Jednak co z tego, skoro 10 grudnia lont był już podpalony, po czym pozostało im tylko trochę poczekać na skutki eksplozji i na wszelki wypadek spróbować zadbać, by nie spłoszyć Jaruzelskiego i nie „popchnąć” go do bardziej „zdecydowanych działań”.

Dowody zagrożenia

            Niedawno prasę obiegła wiadomość , że dyplomatyczna interwencja administracji Cartera w grudniu 1980 roku zapobiegła wkroczeniu sowieckich wojsk do Polski, a tym samym uratowano, jak szacuje CIA,  ok. 200 tyś. potencjalnych ofiar.  Może to prawda, a może nie.

           Po pierwsze, gdzie dowód, że Sowieci rzeczywiści zamierzali w tym czasie interweniować militarnie w Polsce?  A może był to, jak podejrzewa wspomniany w innym artykule J. O`Sullivan,   zwyczajny blef,  jakich pełno było w czasie zimnowojennych rozgrywek?  Czy interwencja militarna opłacałaby się im wtedy? Co by uzyskali?  Uspokojenie w Polsce, ale na jak długo?  Czy polski papież po takiej interwencji by milczał? Czy Amerykanie spokojnie przeszliby nad tą interwencją do porządku dziennego? No więc skąd pewność, że istniało zagrożenie interwencją, a nie było to tylko postraszenie Polaków?

           Może była to po prostu także próba wysondowania, jak zareagują Stany Zjednoczone?  Jeśli tak, to była to próba udana.  Stany Zjednoczone zareagowały potwierdzeniem ważności umów jałtańskich, a papież dołączył się do amerykańskiej reakcji na rzekome zagrożenie.

          Po drugie, skąd liczba około 200 tyś potencjalnych ofiar, a nie np. 100 tyś, albo 400 tyś? Z jakiegoś przelicznika na kilometr kwadratowy? Nie słychać, by polskie środowiska opiniotwórcze zechciały tu o jakieś bliższe wyjaśnienia czy „dowody”. Kontentują się tym, co rzekomo wynika z amerykańskich kalkulacji. Dlaczego Polacy mają wierzyć w tę liczbę? Jakie fronty walki  przewidywała  w Polsce CIA? 

         Takie pytania raczej nie zaprzątają głowy polskich historyków, bo przed podobnymi  problemami  polskie intelektualnie  suwerenne elity państwotwórcze właściwie od dwustu lat nie stawały. Z dwudziestolecia międzywojennego niewiele tej elity pozostało, a elity państwa komunistycznego formowane były pod kątem utrwalania pojałtańskiego porządku świata. Porządku dla Polski może i ułomnego, ale jednak porządku i to aprobowanego przez cały świat.

           I ta niesuwerenność intelektualna widoczna jest i dziś, gdy za dobrą monetę bierze się zapewnienia czy sugestie wielu (choć nie wszystkich)  wpływowych przedstawicieli amerykańskich elit opiniotwórczych , że w grudniu 1981 roku żadnego zagrożenia dla Polski nie było. Nie było, bo tego nie dostrzegli, albo, co nie mniej prawdopodobne, nie chcieli i nie chcą dostrzec. Ale też i niby dlaczego miałoby się im chcieć? Pokazanie tego to raczej powinność polskich elit dbających o polskie państwo. Elit jednak suwerennie myślących . Trudno bowiem o suwerenne państwo bez suwerennej myśli państwotwórczej  i historycznej.

Dzień po 17 grudnia

        Wolno Amerykanom spekulować o zagrożeniach jakie niegdyś rzekomo odsunęli od naszego kraju w grudniu 1980 roku, niech więc  wolno będzie i polskim obywatelom na podobne spekulacje w odniesieniu do grudnia 1981roku. W nurcie takich   usiłowań mieści się poniższa propozycja  z pewnym intencjonalnym staraniem, by nie była to tylko czcza kalkulacja, ale jakoś uzasadniona.

         W uzasadnieniu biorę pod uwagę założenie, że moskiewskim decydentom nie chodziło tylko o doraźne uśmierzenie solidarnościowych aspiracji wywojowania „pokojowymi” sposobami  niepodległości i zmian ustrojowych , ale także o usunięcie przyczyn rodzenia się i upowszechniania takich aspiracji.  A jedno z głównych źródeł tych przyczyn, potencjalnie stale żywotne,   znajdowało się w Watykanie. Papież, podobnie jak prezydent Reagan wyszedł cało z zamachu na  jego życie, nie przeszedł do legendy i nadal był niezwykle dla Kremla kłopotliwym  duchowym przywódcą milionów Polaków.

         Załóżmy zatem, że stan wojenny nie został 13 grudnia wprowadzony.  Polska armia jest akurat ogromnie osłabiona brakiem kompletu pełnego kontyngentu poborowych , polska gospodarka jest już w stanie ruiny, Jaruzelski  jedzie  do Moskwy na zaproszenie do rozmów, do których przecież sowieckie  politbiuro starannie się przygotowało, o czym świadczy protokół z jego posiedzenia w dniu 10 grudnia.

         I co? Politbiuro jeszcze raz prosi Jaruzelskiego by zechciał wrócić do Warszawy i wprowadzić stan wojenny? Politbiuro już o nic nie prosi. Całe polskie władze państwowe ma przecież w swoim ręku,  u siebie. Może „uwolnić” Jaruzelskiego od nadmiaru państwowych funkcji i np. zaoferować Olszowskiemu kierownictwo partii , by generał mógł się skupić na zadaniach militarnych.  Generał nie chce się zgodzić? To niech się nie zgadza.

        Przecież Jaruzelski mógł nie wprowadzać stanu wojennego i nie jechać do Moskwy” – może ktoś zaoponować. I słusznie.  Ale to na jedno by w istocie  wyszło. Niech Jaruzelski siedzi w Warszawie do 17 grudnia. 15 grudnia musi wypuścić żołnierzy z koszar, bo wszelkie dopuszczalne terminu przedłużenia służby wojskowej już minęły.

         Nadchodzi 17 grudnia i rozpoczynasię ogromne wiece protestacyjne w  Warszawie i Gdańsku. Kilka petard, gazów łzawiących i rozpoczyna się olbrzymi tumult do późnych godzin nocnych.

        Jak wygląda następny dzień? Radio Wolna Europa donosi  o perfidnej prowokacji, jakich dopuściły się komunistyczne władze.  Te zaś oskarżają zachodni imperializm o sianie niepokoju w Polsce. Kto ma rację? Obydwie strony mają swoje racje.

       Jak polskie władze wykażą, że to nie one zdetonowały te petardy i granaty z gazami łzawiącymi?  Złapały kogoś za rękę? A niechby i złapały.  Co, tak szybko? Widocznie to byli „swoi ludzie” – takie byłyby komentarze. Kto zaś fizycznie mógłby to zrobić?

      KGB? Co to za problem dla takich służb.  Nie namęczyły się wiele z organizacją tych manifestacji, gdyż olbrzymią cześć roboty perswazyjnej wykonała sama Solidarność, w czym bardzo pomocna była rozgłośnie Wolnej Europy. 

       Mogłyby tymi petardami posłużyć się jakieś polskie domorosłe grupki kandydatów na bohaterów konspiracji  i walk ulicznych. Nad blisko dziesięciomilionową Solidarnością nikt już tak naprawdę nie panował, a zwłaszcza dla młodych ludzi byłaby to wymarzona okazja  zamanifestowania swej patriotycznej postawy realnym i odważnym działaniem.

        Jednocześnie też nawet niewielkie środki  CIA na „propagandę i opór” byłyby wystarczające  do wybuchu rewolty w Polsce na wielką skalę.

       Nie jest zaś wykluczone i to, że wszystkie trzy wymienione wyżej siły przyłożyłyby do tego wybuchu rękę, ale głównym winowajcą pozostaliby najmniej tym zainteresowani, czyli polskie władze.

       Co dzieje się następnego dnia? Solidarność sięga po swą niezawodną broń – strajki.  To przecież w powszechnym odczuciu broń jak najbardziej pokojowa.  Górnicy okopują się pod ziemią, włókniarki  w Łodzi rozsądnie przerywają pracę tylko na pół dnia, stoczniowcy twardo zaczynają się domagać , natychmiastowej zmiany rządu, gdyż obecny jest winien za cały ten krach.Młodzi  historycy zaczynają spory o kształt  stosownego trybunału mającego rozliczyć wszystkich „komuchów”.

       Co na to Moskwa?  Wchodzi militarnie? Skądże. To byłby wielki błąd.  Czeka. Rozpoczyna natomiast wielką ofensywę propagandową. Pod adresem polskich ludzi pracy wyraża  swoje ubolewanie, że zawiedli się na polskim „kierownictwie”, które dopuściło do tak fatalnych „błędów i wypaczeń”, oskarża też siły imperialistyczne o kontrrewolucyjną interwencję.

Czy Kreml był rzeczywiście zainteresowany  detonacją wybuchu 17 grudnia?

          Przyjrzyjmy się jeszcze raz słowom Rusakowa na posiedzeniu politbiura 10 grudnia 1981 roku, gdy relacjonuje bieżącą sytuację w naszym państwie:

[…] Jaruzelski oświadczył, że ustawę o wprowadzeniu stanu wojennego można będzie wprowadzić dopiero po tym,  jak zostanie omówiona w sejmie, a posiedzenie sejmu wyznaczono na 15 grudnia. Tak więc wszystko się bardzo  komplikuje. Porządek dzienny posiedzenia sejmu został ogłoszony. Nie ma w nim punktu o wprowadzeniu stanu wojennego. W każdym razie  o tym, że rząd szykuje się do wprowadzenia stanu wojennego „Solidarność” dobrze wie i ze swej strony  podejmuje wszelkie niezbędne działania w celu wprowadzenia stanu wojennego. [Przed i po…, s. 696]

Kto z Solidarności „dobrze wiedział”, że „rząd szykuje się do wprowadzenia stanu wojennego” skoro wszyscy  solidarnościowi liderzy deklarują swoje zaskoczenie jego  wprowadzeniem? Czy Rusakow mówi  o prognozie, czy o sowieckich planach? Czy mówi o 13 grudnia? Nie. A więc dla Kremla możliwa jest jakaś późniejsza data stanu wojennego.

      O jakich „wszelkich niezbędnych działaniach” Solidarności mówi Rusalow? Niezbędnych dla wprowadzenia stanu wojennego – powtórzmy.  Skąd jego pewność, że takie działania zostaną podjęte? Prognoza, że spadnie deszcz na trawnik, może się nie sprawdzić, ale to, że trawnik zostanie zroszony dzięki zaplanowanemu podlewaniu ma prawdopodobieństwo graniczące z pewnością.

       Prognoza, że 17 grudnia  dojdzie do rozruchów, mogła się nie sprawdzić, ale plan wywołania takich rozruchów to już coś bardzo pewnego.  Czy do tego potrzebni byli liderzy Solidarności? Niekoniecznie. Wystarczy, że zorganizują stosowne demonstracje.  O wybuchowe efekty mogli zatroszczyć się jacyś niepozorni  wtajemniczeni, wcale nie dbający o rozgłos.

Dlaczego dla Kremla byłby korzystny taki spektakularny wybuch  rewolty w Polsce?

       Jeśli o czymś się nie mówi, to nie znaczy, że tego niema.  Od kiedy mówi się o marketingu politycznym? W Polsce od może kilkunastu lat, w świecie – od kilkudziesięciu.  Czy to znaczy, że nie uprawiano go wcześniej?  Odkąd tylko istnieje zoon politicon był on uprawiany, a więc od początku ludzkiego świata. Fakt zaś,  że o tym nie mówiono, znakomicie utrudniał dostrzeżenie tego przez  ogromną większość ludzi każdego społeczeństwa.  Mówiono o walce o władzę, a wyróżnianie w niej  jakichś marketingowych działań było pewnym nadmiarem teoretycznych subtelności dla praktyków tej walki.

       Wybuch żywiołowej rewolty w Polsce pozwoliłby na ukazanie światu tego, co faktycznie w Polsce miało już miejsce i to w znacznej mierze z udziałem Solidarnościa czego ona sama nie dostrzegała i co mało było również widoczne dla światowej opinii publicznej.  Tego mianowicie, że w Polsce już toczyła się wojna gospodarcza z sowieckim blokiem, że podstawowym   orężem w tej walce była broń strajkowa w rękach Solidarności, że dzięki  tej broni rosła polityczna siła Solidarności, ale karlała polska  gospodarka.

        Czy trudno byłoby to światu pokazać? Po takim „wybuchowym” początku rewolty - bardzo łatwo. Środek bardzo mroźnej zimy. W NRD i Czechosłowacji ludzie pracują  i  życie toczy się w miarę normalnie.   W Związku Sowieckim pracują, w  całej Europie ludzie pracują, wszystko toczy się w miarę normalnie. Nie ma żadnego globalnego kataklizmu  gospodarczego, choćby trochę porównywalnego z kryzysem, jaki jest obecnie.  A w Polsce? Polaków opanowała aberracja polityczna.

          Zakłady pracy stoją, a ich załogi domagają się chleba. Skąd? Od rządu, od władz różnych szczebli.  Nietrudno o pogłoski, że władze magazynują żywność i specjalnie ją przed społeczeństwem ukrywają.  

        Kto był temu winien? Odpowiedzi byłyby różne. Solidarność ustami swoich liderów winę za cały ten krach obarczałaby komunistyczne władze. Władze zaś  swoje propagandowe ostrze musiałyby skierować przeciwko „podżegaczom”, „wichrzycielom”, czy innym „sługusom kapitalistycznego imperializmu”. Repertuar określeń był bardzo bogaty.

       Nazajutrz po 17 grudnia zaczyna się prawdziwa wojna  propagandowa.  Rząd dopuścił się haniebnej prowokacji” – mówi strona solidarnościowa, podtrzymuje ją w tym przekonaniu Wolna Europa  i wydawane przez podziemie ulotki.  Strona rządowa  ripostuje i wskazuje palcem na organizatorów strajków.

         Kto byłby bardziej wiarygodny?  W Polsce, przynajmniej na początku, z pewnością bardziej wiarygodne byłyby oskarżenia strony solidarnościowej.  A dla świata? W najbliższym otoczeniu Polski , czyli wśród naszych sąsiadów, od początku bardziej wiarygodne byłyby argumenty strony rządowej. A w otoczeniu dalszym? Zrazu mogło być różnie, a na zyją korzyść działby czas?

        Czym zaś zainteresowany mógł być Kreml?  Wykazaniem światu, że winni tragicznej sytuacji w Polsce są wielcy promotorzy Solidarności  jakimi byli Watykan i Waszyngton.

       „Nie pozostawimy Polski w potrzebie” – cały czas deklarowali sowieccy przywódcy i nie wycofują się ze swych obietnic. Co więc robią? Składają Polsce ofertę nie do odrzucenia: proponujemy wam wymianę towarów  na zasadach zbilansowanych.  Czy świat może mieć coś przeciwko temu? Skądże. To najuczciwsza z możliwych propozycja.  Kto miałby przeciwko temu oponować?

        Taką ofertę już Bajbakow Jaruzelskiemu przedłożył w przeddzień posiedzenia politbiura 10 grudnia.  Co się za nią kryło? Realizacja doktryny Breżniewa.  Realizacja już unowocześniona, ale nie oznacza, że miałaby ona być nieskuteczna.

Alternatywny scenariusz

        Takie naprawiane socjalizmu w Polsce musiałoby być pewnym procesem.  Powstanie  węgierskie w swej najbardziej krwawej fazie trwało od  23 października do 10 listopada 1956, ale „proces naprawczy” trwał jeszcze do 1961 roku, gdy wykonano ostatni wyrok śmierci. Interwencja militarna w Czechosłowacji po okresie Praskiej Wiosny zaczęła się w nocy z 20 na 21 Sierpnia 1968 roku  a „proces normalizacyjnytrwał do  17 kwietnia następnego roku, gdy Alexandra Dubczeka zastąpił Gustaw Husak.

            Na Węgrzech i w Czechosłowacji sytuacja była zasadniczo różna inna niż w Polsce. Tam impulsy zmian wychodziły z centrum państwowych władz, które poparły ich społeczeństwa . Świat nie miał zbyt wiele możliwości wpływu na te wydarzenia, choć światowa opinia publiczna , na miarę swych możliwości, wspierała  siły reformatorskie. Kremlowi wystarczyło dokonać zmian w kierownictwach państwowych by  przywrócić odpowiedni  porządek.

         W Polsce zaś impuls zrodził się oddolnie, w zakładach pracy. Idee zmian błyskawicznie zyskały zwolenników w całym kraju.  Zyskały one od razu dwa potężne źródła wsparcia na zewnątrz: w Watykanie i w Waszyngtonie.  W takiej sytuacji zmiana samego centrum władzy państwowej niewiele by dała.  Obojętnie jaka ekipa zajęłaby miejsce dotychczasowej, narażona byłaby na stały i podsycany z zewnątrz nacisk „pełzającej kontrrewolucji”. 

         Dla Kremla ważne stały się wiec dwa trochę różne, ale związane z sobą zadania: po pierwsze, w jaki sposób przerwać podsycanie z zewnątrz „pełzającej kontrrewolucji”, po drugie, jak przywołać w Polsce odpowiedni porządek?

        Pierwsze zadanie możliwe było do wykonania poprzez dyskredytację, przede wszystkim w oczach świata, źródeł zewnętrznych ośrodków wspomagania kontrrewolucji.    Czy wystarczyłaby dyskredytacja werbalna? Na głos z Kremla Solidarność była już doskonale uodporniona, a w świecie papież dzięki swym pielgrzymkom skutecznie walczył z systemową ateizacją społeczeństw.  Z tak medialnie skutecznym przeciwnikiem kremlowskie władze nie miały dotąd do czynienia.

        Kremlowska perswazja, aby była skuteczna musiała być wsparta o wiele silniejszymi środkami niż słowa.  Inwazja militarna nie wchodziła w grę ze względów już wspomnianych. Pozostały „pokojowe środki”, jakie wybrała   Solidarność.

Skojarzeniowe wnioski z 17 września

        17 września 1939 – 17 grudnia 1981. Zbieżność  dni miesiąca może przypadkowa, ale nasuwająca skojarzenia jak najgorsze, spotęgowane dodatkowo okolicznością, że 17 grudnia 1953 roku to także wymowna data podpisania przez  przedstawicieli polskiego episkopatu swoistej „lojalki” po aresztowaniu  kardynała Wyszyńskiego.

        Dość długo Polakom się wydawało, że wydarzenia  z  1 i 17 września 1939 roku to dwa odrębne, tragiczne dla nas akty agresji.  Później się okazało, że była to realizacja jednego wspólnego planu naszych sąsiadów. Co z tego, że o tajnym aneksie wiedzieli wcześniej Amerykanie, a nawet polskie władze otrzymały o tym sygnały, choć chyba nie były one dla nich wiarygodne. Większość Polaków długo  mówiła o „wbiciu noża w plecy”.

        Wniosek z tego dość może skromny, ale pouczający. Taki mianowicie, że zaplanowana realizacja określonego na najwyższych szczeblach  decydenckich  planu, o ile rozciągnięta jest w czasie, ogromnie utrudnia w społecznym, potocznym  odbiorze rekonstrukcję całości  planu.  Ciągi różnych wydarzeń mogą jawić się w społecznej świadomości  jako wydarzenia niezależne od siebie, mające swe odrębne przyczyny. Jest to jedna z podstawowych technik skutecznej manipulacji  politycznej.  A sztukę takiej manipulacji  moskiewskie władze miały doskonale opanowaną i nie trudno byłoby w Polsce się nią wykazać.

        Drugi wniosek ma już poważniejszy wymiar.  Czym sowieckie władze tłumaczyły światu agresję na Polskę? Tym, że państwo polskie faktycznie przestało istnieć, a przynajmniej przestało wywiązywać się z swoich elementarnych funkcji, jaką  jest np. obrona swoich obywateli. I takie tłumaczenie, choć grubymi nićmi szyte, światowa opinia publiczna przełknęła, bo też i  nie było już komu toczyć jakieś boje o prawdziwszą wersję wydarzeń.

       Dzięki odczekaniu 17 dni z agresją na Polskę, Sowieci odnieśli olbrzymią korzyść polityczną na światowej arenie.  Opłaciło im się poczekać. Świat nie miał o tę agresję pretensji.  A nawet jeśli miał, to dość szybko o nich zapomniał.

       Czy podobną argumentację mogliby Sowieci posłużyć się dyscyplinując Polskę na przełomie 1981 i 82 roku?  Mogliby. Ale przecież wtedy nikt na Polskę nie napadł! No właśnie!

     Nikt nie napadł, a Polska pogrążyła się w chaosie.  Absurd? Absurd.  Ale taki właśnie absurd byłby pod koniec grudnia 1981 Kremlowi bardzo na rękę: czy Polacy są rozsądni? Czy potrafią się sami rządzić?

       Kogo można byłoby o ten absurd oskarżać przed światową opinią publiczną?  Organizatorów strajków. A kto popiera tych organizatorów? Watykan i Waszyngton. To oni popierają Solidarność i jej „pokojowe” metody protestu.  A może nie popierają? To niechtemu teraz głośno  zaprzeczą!

    Kremlowi bardzo by się przydała jakaś wojna domowa w Polsce, ale wojna przez nich dyskretnie  kontrolowana i tak długo, by sami Polacy zechcieli wysnuć z sytuacji w jakiej się znaleźli  „właściwe wnioski”.  Wcale nie był zainteresowani kompletnym upadkiem polskiego państwa, ale takim osłabieniem jego władz, by stały się  zupełnie dyspozycyjne, by łatwo było manipulować wydarzeniami  w Polsce.

      !7 dni to aż nadto, by w Polsce zapanował kompletny chaos i to bez widocznej, militarnej ingerencji z zewnątrz.  Kreml mógłby postawić głośno pełne troski pytanie, co z tą Polską?

      Jednak to dopiero początek. A co zrobić, aby załogi zakładów pracy przestały słuchać organizatorów strajków i zaczęły pracować?

Skojarzeniowe wnioski z 63 dni Powstania Warszawskiego

     Tyle czasu sowieccy żołnierze i ich dowódcy przyglądali się, jak niemieccy żołnierze, nie tak znów dawni sprzymierzeńcy, ale teraz śmiertelni wrogowie, mordują Warszawę. Sowietom nie śpieszyło się zanadto. Było już po rozmowach w Teheranie, Stalin mógł odczuwać satysfakcję, gdy Niemcy oczyszczali pole, które niebawem miał zająć,  gdy właściwie kontynuowali niegdyś rozpoczęte z Hitlerem dzieło radykalnego pozbycia się problemów z polską  państwowością.   Teraz  jednak Polska miała stać się jego niepodzielnym już łupem, co musiało wywołać olbrzymi krzyk niezgody Polaków.   Lepiej zatem, by ten wielki krzyk zdławili  Niemcy.

      Powstanie Warszawskie okazało się wielkim politycznym zwycięstwem Stalina.  Świat nie miał pretensji  o to czekanie. Nie było ono tak zupełnie bierne. Był to czas na  porządkowanie frontowego zaplecza, leczenie ran i kontuzji.  Nie można jednak powiedzieć, że stalinowska cierpliwość była nieograniczona.  Aby niemieckie dzieło zabijania Warszawy dokonało się szybciej, Stalin odmówił pomocy aliantom w organizacji lotniczych   zrzutów dla warszawskich powstańców, którzy oczekiwali tych zrzutów jak na dar niebios.  I  o to znowu  najważniejsi w świecie decydenci  nie mieli pretensji rozumiejąc,  że w światowej polityce  dla wszystkich mogących się liczyć graczy są sprawy ważne i ważniejsze.

      Okazało się, że dla Stalina czekanie było znowu bardzo  opłacalne. Przetestował, czy sojusznicy zechcą dotrzymywać zarysowującej się w Teheranie umowy. Polacy zaś źle skalkulowali swoje siły, źle ocenili polityczną  determinację współdziałania swoich sojuszników, zbyt optymistycznie sądzili, że poza akceptacją najsilniejszego wodza w antyhitlerowskiej koalicji mogą coś wywojować. Państwo polskie mimo swej formalnej  ciągłości , pozbawione możliwości realnego dysponowania swoimi materialnymi i ludzkimi zasobami przestało się liczyć na arenie międzynarodowej.

      Czy można mieć pretensje do młodych powstańców, że mieli nadzieję na  alianckie zrzuty? A czyje „zrzuty” mogły dopomóc polskiej gospodarce w końcu 1981 roku i ich strajkującym załogom?

       Jak powyższe doświadczenia z historii mogą się mieć do sytuacji w grudniu 1981 roku?  Ale wnioski z doświadczeń z perspektywy sowieckiej, a nie tylko polskiej.

       Najważniejszy wniosek to chyba taki, że w Polsce nie zabraknie gorących głów gotowych wyjść na ulicę, by walczyć z „komuną”.  Czyli z kim? Z tymi, którzy są w zasięgu ręki. Drugi to ten, że Polacy znowu nie skalkulują  przyzwoicie swoich sił sądząc, że najważniejsza w walce jest liczba i patriotyczna determinacja walczących. Ale przecież każda walka obliczona na coś więcej niż jednorazowy wybuch destrukcji musi mieć swoje zaplecze gospodarcze. A gdzie ono było? W Waszyngtonie? W Watykanie? Trzeci wniosek to ten, że Polacy znowu będą liczyć na pomoc z zewnątrz. Ale jaką? Militarną? To znaczy Reagan miałby uzbrajać Solidarność? A może polską  armię? Jeśli nie militarną to gospodarczą?  To także mrzonki.  Czy wystarczyłaby tu pomoc przemycana w dolarach , albo w postaci paczek żywnościowych? Jak przetransportować kilka milionów takich paczek? Na jak długo by one starczyły?

         Czy można było dokonać blokady gospodarczej Polski bez żadnego uprzedzenia zarówno jej, jak i opinii światowej?  Nie można było.  Kreml byłby natychmiast oskarżony o swego rodzaju gospodarcze ludobójstwo, podobne trochę temu, jakiemiało miejsce na Ukrainie na początku lat trzydziestych. Jakaś wojna domowa bardzo by się ty przydała, a 17 grudnia to doskonała data do jej rozpoczęcia.

        Czy świat by zdziwił się, że nasi sąsiedzi, nawet bez dyrektyw z Kremla uszczelniają swoje granicew obawie przed przelaniem się polskich rozruchów na ich teren po detonacji  17 grudnia? Kto by się domyślał w tym zaciskaniu „systemowej obroży”  wokół Polski  jakiegoś kremlowskiego planu? Przecież NRD  i  Czechosłowacja to suwerenne państwa, które same sobie po układach jałtańskich wybrały ustrój i  swoje sojusznicze sympatie.

         Załogom zakładów pracy mogło się wydawać, że ich zakłady funkcjonują, bo przecież Sowieci muszą dostarczać odpowiednich surowców, energii czy paliw.  Generalnie to była prawda. Czy jednak świat by się dziwił, że przez pewien czas dostawcy i kooperanci  poza Polską chcą rozmawiać tylko z przedstawicielami tych załóg, które dają gwarancje, że nie będą strajkować? Przecież każda kooperacja wymaga pewnego kredytu zaufania.

         A co z tymi, które strajkują? Niech strajkują. Ale dlaczego mieliby mieć za to płacone i otrzymywać kartki na żywność? Czy pracujące załogi ciągle byłyby solidarne z tymi niepracującymi?Na czyje „zrzuty”  te ostatnie mogłyby  liczyć?  Dla ilu strajkujących załóg papież mógłby zorganizować pomoc?

          Czy polskie władze byłyby ewentualnej pomocy przeciwne? Skądże. Niech ona płynie i to jak najszerszym strumieniem.  Zrozumiałe jednak by było, że musi być ona jakoś przez państwo kontrolowana, aby w tym strumieniu nie było narkotyków, broni, itp. i nie była ona przeznaczona na jakieś destruktywne działania.

        63 dni -  ich liczba jest  tu całkowicie umowna - to krócej niż stan wojenny.  Ale to mogłoby wystarczyć, aby na wiosnę Solidarność  pokazała światu nowe oblicze. Oblicze bez „wichrzycieli”, bez „podżegaczy strajkowych”, bez „ekstremy”,  oblicze uśmiechniętych kadr z zapałem odbudowujących szkody powstałe  w okresie „błędów  i wypaczeń”  i  przygotowujących się starannie do pierwszomajowych uroczystości . A może i myślących nawet o następnej wizycie papieża.

        Kto  usunąłby z zakładów pracy organizatorów strajków? Same załogi. Już po nadchodzących  najbliższych świętach Bożego Narodzenia, w trakcie których skonsumowane byłyby zaoszczędzone  racje kartkowe, większości załóg nie trzeba byłoby tłumaczyć, że bez pracujących zakładów pracy trudno będzie  wyżywić  ich rodziny.

        Słowacy już na samą wieść o możliwości przykręcenia przez Ukrainę kurka z gazem zapowiedzieli na początku stycznia 2009 roku (stycznia, jakżeby inaczej!) wprowadzenie stanu wyjątkowego w gospodarce i  faktycznie po tym przykręceniu  natychmiast  go wprowadzili.  Moskwa w grudniu 1981 roku nie musiała przed niczym już ostrzegać i niczego przykręcać.  Wręcz przeciwnie, mogłaby  lojalnie wywiązywać  się ze  wszystkich ustalonych wcześniej zobowiązań gospodarczych mimo, że nawet kilka  koktajli Mołotowa mogłoby wpaść na teren sowieckiej ambasady.

        Co to byłby za  piękny argument dla świata o pokojowych intencjach Związku Sowieckiego. Kto zaś z zewnątrz  właściwie miałby pomagać strajkującym załogom. I dlaczego? Przecież kto chce jeść ten może pracować. Przykładów można by pokazać miliony. Zachodni korespondenci niech sobie jeżdżą po Polsce i sprawdzają. Jak wkrótce w świecie  oceniane byłoby myślenie tych strajkujących?

          Tak mógłby z grubsza wyglądać alternatywny do stanu wojennego i  bardzo optymistyczny fragment scenariusza. Optymistyczny, bo cząstkowy i  w najogólniejszym zarysie, a realia jakie się pod ogólnikami kryją  są zawsze przeraźliwie konkretne i  bywają bardzo brutalne. 

         Cząstkowość  przedstawionego szkicu polega na tym, że uwzględniony tu został tylko jeden, choć niezwykle ważny  imperatyw polityczny, jakim było zdyskredytowanie papieskiego poparcia dla Solidarności (i także amerykańskiego) poprzez ukazanie absurdalności skutków owego poparcia:  kompletna ruina polskiej gospodarki i kompletny rozkład polskiej państwowości, nie mówiąc już o liczbie potencjalnych ofiar.  Polski „barak” w socjalistycznym obozie trzeba byłoby pod czujnym kremlowskim okiem  stawiać właściwie od nowa, a czy koniecznie w takim samym kształcie?

            Czy papież i kościół w Polsce rzeczywiście popierali strajki? A od czego jest  precyzyjna propaganda wsparta ekonomicznymi argumentami?

            Gdzie w tym scenariuszu miejsce na  interwencję militarną? Może zatem autorzy stanu wojennego nie mają racji broniąc się argumentem takiego zagrożenia?  W tym momencie odpowiem, że to trochę tak, jakby w kilka dni po wybuchu Powstania Warszawskiego pytać się  Sowietów,  czy w ogóle zamierzają wkroczyć do Warszawy. A umowne tutaj  63 dni to w perspektywie historycznej długo  czy krótko? W 1982 roku użyliby swoich wojsk. W najlepszym wypadku (a może najgorszym?) choćby tylko na defiladę.

Przeciwko komu wprowadzony był stan wojenny?

           Dokumentaliści wojny polsko-jaruzelskiej”  nie wychodząc poza polskie opłotki nie mają wątpliwości, że wymierzony został on został przeciwko niepodległościowym aspiracjom „Solidarności”. Tak to widzą, nie zamierzam z tym dyskutować.

          A jak ten cel może wyglądać z globalnej perspektywy?

          Wystarczy przyjrzeć się korespondencji między Breżniewem a Reaganem tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, w której obydwie strony oskarżają się wzajemnie o  jawną lub ukrytą formę ingerencji w Polsce.  Niezwykle wymowny jest tu np. list Breżniewa do Reagana z 28 grudnia 1981 roku zamieszczony w zbiorze dokumentów IPN-u [Przed i po …  T. 2, s. 482], z którego  warto przytoczyć chociaż początek:

          Szanowny panie Prezydencie.

         Pańskie stanowisko przesłane po linii  łączności  bezpośredniej wymagało, byśmy wyjątkowo pilnie poprosili Pana i rząd USA o zaprzestanie ingerencji w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa – Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Ingerencja ta przejawia się już od dłuższego czasu w najróżniejszych – jawnych i ukrytych --   formach.

         Kto tu miał rację?  Obydwie strony miały rację. Pomińmy kwestie jawnej ingerencji, jako oczywistą właściwie w każdym czasie na arenie stosunków międzynarodowych  i  dotyczącą chyba każdego państwa. Niemal każde działanie jednego względem drugiego, czy to będzie dotyczyło wielkich mocarstw czy zupełnie małych państw, może się spotkać z interpretacją, że jest to ingerencja w sprawy wewnętrzne j takiego czy innego partnera na geopolitycznej scenie.

          Trudno jednak pominąć formy ingerencji niejawnych  zwłaszcza, gdy chodzi o niejawną ingerencję wielkich mocarstw z ich wielkimi możliwościami. A te niejawne formy ingerencji, nawet jeśli z punktu widzenia możliwości tych mocarstw zupełnie marginalne w wymiarze gospodarczym, to biorąc pod uwagę polski potencjał  gospodarczy oznaczały katastrofę, narodową tragedię.

           Polska stała się  areną frontowej walki niejawnych służb w zimnowojennych zmaganiach między obydwoma nuklearnymi mocarstwami na niespotykaną dotąd skalę.  Moskwa dyskretnie „pomagała” polskiej stronie rządowej, chociaż nie można też wykluczyć  jakiejś niewielkiej pomocy także pozyskanym sympatykom po stronie solidarnościowej (taka jest „uroda” tajnych służb).  Waszyngton dyskretnie „pomagał” stronie solidarnościowej, chociaż nie można też wykluczyć  drobnej „pomocy”  jakimś swym sympatykom po stronie rządowej. (Z pomocy Kuklińskiego korzystał nawet za darmo). 

           Przeciwko komu zatem był skierowany stan wojenny biorąc pod uwagę geopolityczne znaczenie tego  militarnego przedsięwzięcia?  Przeciwko niejawnej „pomocy” obydwu supermocarstw. A konkretniej przeciwko ich tajnym służbom.

           W przypadku Stanów Zjednoczonych ustanowienie dyktatury wojskowej w Polsce okazało się niemal w zupełności  skuteczne, by działania ich   tajnych  służb zneutralizować. Prezydent Reagan musiał się zwrócić  do Papieża o pomoc w reaktywowaniu ich skuteczności.

         W przypadku  Związku Sowieckiego skuteczność ustanowienia dyktatury wojskowej w neutralizacji  jego tajnych służb mogła być tylko połowiczna. Dlaczego? Bo nie można było przeciwko nim wystąpić otwarcie. A dlaczego nie można było wystąpić przeciwko nim otwarcie? Bo polska gospodarka była w ogromnym stopniu zależna od polityki gospodarczej Kremla.  W gospodarce nie ma cudów. Z dnia na dzień nawet najświatlejszą decyzją niewiele można zrobić.

         Amerykańskie restrykcje gospodarcze wprowadzone po wprowadzeniu stanu wojennego do czasu ich zniesienia kosztowały  Polską gospodarkę około 10 miliardów dolarów.  W przypadku ewentualnych sowieckich sankcji taka suma uzbierałaby się może w ciągu pół roku.

       Pokazałem możliwość realizacji innego scenariusza niż stan wojenny z generałem Jaruzelskim w roli głównej.  Zarysowałem tę możliwość z perspektywy blisko trzydziestu lat.  A czy władcy na Kremlu dostrzegali tę możliwość trzydzieści lat temu. Odpowiedź twierdząca wymagałaby odrębnej argumentacji, na którą w tym artykule nie ma już miejsca.  Można tu dodać tyle, że o odpowiednią argumentację wcale nie jest trudno, gdy przeczyta się uważnie dokumenty opublikowane przez IPN w tomach Przed i po 13 grudnia a zwłaszcza zbiór protokołów sowieckiego politbiura zawarty w aneksie.

          Pod warunkiem jednak, że te materiały nie przeczyta się poprzez pryzmat  apriorycznych, zniewalających rozum założeń, że Breżniew sam brał udział w pogrzebie swojej doktryny, że sowieckie politbiuro bezmyślnie i bezradnie gotowe było przyglądać się jak Solidarność z amerykańską pomocą próbuje podkopać fundamenty  jego imperium.  

Czy system komunistyczny upadł „sam z siebie”?

            Walka o obalenie całego systemu komunistycznego, ale tylko polskimi  rękoma  solidarnościowych ochotników, nie rokowała im tryumfu.   Była to walka dyletantów z fachowcami, boks amatorów podwórkowej ligi z zawodowcami  światowych czempionatów wspieranych potężnym zapleczem logistycznym.

           Nie zgadzam się z wieloma tezami  Tony`ego Judta w jego obszernym opracowaniu   Powojnie,ale w dużym stopniu zgadzam się z jego sprzeciwem  wobec powszechnej opinii, że klęska w Afganistanie była główną przyczyną upadku sowieckiego imperium:

Ale  katastrofa w Afganistanie, podobnie jak koszt przyśpieszonego wyścigu zbrojeń z początku lat osiemdziesiątych, sama w sobie również nie doprowadziłaby do upadku systemu podtrzymywanego przez strach, inercję i interes własny starych ludzi, którzy nim rządzili. Epoka zastoju Breżniewa mogłaby trwać bez końca.Nie dokonałby tego żaden autorytet przeciwny, żaden ruch dysydencki – czy to w Związku Radzieckim, czy w jego państwach satelickich. Uczynić to mogli tylko komuniści. I komuniści to zrobili. [Powojnie, s. 693]

            Zgadzam się z tym, że w miarę bezkrwawo rozmontować system komunistyczny mogli ci, którzy go konstruowali i znali najróżniejsze tajniki  jego funkcjonowania. I tego właśnie dotyczy moja częściowa zgoda. Nie zgadzam się zaś milczącą sugestią, że wystarczyli by w tym dziele sami komuniści. 

           W takim ujęciu, na co trzeba zwrócić uwagę, nie ma żadnego miejsca ani dla papieża, ani dla Solidarności, ani dla generała Jaruzelskiego. W ogóle nie ma miejsca na jakikolwiek „polski pierwiastek” w dziele geopolitycznego  przeobrażania Europy i świata. A bez tego polskiego wkładu trudno w sposób zadawalający objaśnić „największą geopolityczną katastrofę XX wieku”  jak to nostalgicznie i bardzo trafnie określił prezydent Putin. 

           Dopatrywanie się zaś przyczyny upadku sowieckiego imperium w czynniku wiekowym  sowieckich władz ma bardzo wątłe podstawy.  Od kiedy bowiem kremlowski areopag nie był „podtrzymywany przez strach, inercję i interes własny starych ludzi”? Tylko o Leninie można powiedzieć że zmarł „młodo”, bo w wieku 54 lat. Stalin umarł w wieku 75 lat, Chruszczow, gdy został zesłany na polityczną emeryturę miał 72 lata, Breżniew umarł w wieku 74 lat, Andropow w wieku 70 lat. Można powiedzieć że władze kremlowskie nigdy nie imponowały młodzieńczym wiekiem, a  stworzony przez nich system komunistyczne stale, właściwie do 1979, roku sukcesywnie się rozrastał a i później jeszcze podejmowane były próby ekspansji.    Skądinąd Deng Xiaoping, gdy po powrocie z wieloletniego politycznego niebytu rozpoczynał wielkie dzieło reformowaniaChin, liczył sobie 73 latai raczej nie wspierał się tylko na młodzieńcach. Prezydent Reagan gdy na początku 1981 roku dopiero obejmował swój urząd miał już skończone 70 lat.

            Na tym tle strona polska wyglądała nie najgorzej.  W 1981 roku papież liczył 61 lat, a generał Jaruzelski 58 lat. Jednak nie kryterium wieku było tu decydujące. Decydujące znaczenie, co jest główną moją tezą, miało włączenie się polskiej myśli politycznej i wojskowej do rozgrywek na zimnowojennej scenie.

             Gdzie zaś tu miejsce na Solidarność? Czy nie dostrzegam żadnej jej roli w destrukcji sowieckiego imperium, skoro przypisuję jej destruktywne znaczenie w osłabianiu struktur i gospodarki polskiego państwa w ówczesnych realiach? Dostrzegam jej rolę i to ogromną. 

            W polityce ważna jest nie tylko myśl, ważna jest też wola jej realizacji. Nie byłoby tak wielkich przeobrażeń w Polsce,  a w konsekwencji  rozpadu wielkiego komunistycznego systemu, gdyby nieustająca wola Solidarności jego rozsadzenia.  To jednak wymagałoby odrębnego omówienia.  W tym miejscu niech wystarczy uwaga, że nie zawsze „chcieć, to móc”. Liczne krzyże na poboczach polskich dróg są tego wymownym świadectwem.

Różne Polaków rozmowy

        KsiążkaEwy Czaczkowskiej  o kardynale Wyszyńskim jest ważną pozycją dla objaśniania skuteczności  wojny polsko-jałtańskiej. Czyta się tę książkę znakomicie. Warto na zakończenie tego nieprzyzwoicie dla internautów długiego artykułu przytoczyć obrazową arcyperełkę przedstawiającą drobnym detalem sytuację Polaków w pojałtańskim ładzie światowym.

        Autorka przytacza słowa bliskiego współpracownika prymasa prof. Romualda Kukołowicza, gdy ten z kolei relacjonuje słowa samego prymasa odnoszące się do poszczególnych przywódców partii, a przy okazji opowiada o niesamowitej rozmowie:

A Bierut był konkretny, zwięzły i konsekwentny w stosunku do swoich słów. Gdy coś mówił, to z góry wiedziałem, co będzie, i że trzeba się przygotować do nowej awantury. Nie to co Gomułka i Gierek, którzy mówili jedno, a robili drugie i nigdy nie wiedziałem, czy dogadałem się z nimi, czy nie. Z Bierutem wszystko było jasne. Kiedyś był on w Moskwie na uroczystości rocznicy rewolucji październikowej. Gdy powrócił, spytałem jak udała się wyprawa do Moskwy. Bierut odrzekł na to, że nie udała się. „Wie Ksiądz Prymas, rozmawiałem ze Stalinem i powiedziałem mu, że chcę Księdza Prymasa wsadzić do więzienia”. Gdy Bierut powiedział to otwarcie Księdzu Prymasowi, to On, jak mi sam opowiadał – relacjonuje dalej Kukołowicz – prawie podskoczył do góry, ale opanował się i spokojnie spytał – I co na to Stalin? I wtedy Bierut ze smętną miną odpowiedział: - Stalin powiedział tak: „wot, ty durak. Co za sztuka wsadzić Prymasa do więzienia, to każdy dureń potrafi. Ty zrób z Prymasa Wyszyńskiego komunistę. To dopiero będzie sztuka!” – I za to właśnie cenię Bieruta – kontynuował Ksiądz Prymas.  [s.  146]

           Prymas swej oceny Bieruta nie zmienił, a nawet modlił się za niego. Fakt ten autorka usiłuje ująć  w kategoriach pewnych słabości  kardynała Wyszyńskiego.  Czy potrzebnie? Czy w słowach Stalina nie było wiary w siłę kremlowskiego rozumu, czy nie można  się w nich dosłuchać  optymizmu płynącego z poczucia intelektualnej wyższości nad kardynałemz czym  Bierut nie musiał się zgadzać? Jeśli Stalin zakładał, że można kardynała „przerobić  na komunistę” to dlaczego nie założyć, że można „nawrócić komunistów”?  Prymas przecież podjął  to epokowe wyzwanie, czego przejawem była cała ta rozmowa. Czy zasadne jest więc mówienie o słabości tego profetycznego męża stanu?

 

Cytowane źródła:

  1. Robert Service: Towarzysze. Komunizm od początku do upadku. Historia zbrodniczej ideologii. Wydawnictwo Znak,  Kraków 2008 ISBN 978-83-240-1071-4
  2. Nigel West: Trzecia tajemnica. Kulisy zamachu na Papieża. Wyd: Wołoszański, Warszawa 2002, ISBN 83-913459-8-X
  3. Przed i po 13 grudnia. Państwa Bloku Wschodnoego wobec kryzysu w PRL 1980-1982, T. 2, IPN, Warszawa 2007, ISBN 978-83-56-4
  4. Ewa K. Czaczkowska: Kardynał Wyszyński, Wyd: Świat Książki, Warszawa 2009, ISBN 978-83-247-1341-7
  5. Andrzej Paczkowski: Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII1981 – 22 VII 1983,  Wyd: Pruszyński i S-ka 2006, ISBN 978-83-7469-428-5
  6. Wojciech Jaruzelski: Pod prąd. Wyd. Komandor. Warszawa
  7. Tony Judt: Powojnie. Historia Europy od roku 1945. Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2008, ISBN 978-83-7301-842-6

 

 

 

1

Podobne artykuły


11
komentarze: 172 | wyświetlenia: 474
10
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1137
8
komentarze: 0 | wyświetlenia: 261
6
komentarze: 58 | wyświetlenia: 2456
6
komentarze: 81 | wyświetlenia: 302
6
komentarze: 48 | wyświetlenia: 666
5
komentarze: 62 | wyświetlenia: 1026
124
komentarze: 52 | wyświetlenia: 141771
118
komentarze: 23 | wyświetlenia: 239680
91
komentarze: 20 | wyświetlenia: 111131
90
komentarze: 29 | wyświetlenia: 122164
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  netgear,  19/05/2009

Doskonała i rzeczowa analiza realiów tamtej rzeczywistości i zakulisowych działań ówczesnych graczy politycznych.

Rzeczywiście solidne opracowanie, warto przeczytać.

Co do stanu wojennego, mam kilka spekulacji. Pisałam pracę na ten temat, leży w archiwum IPN. Mimo, że w dzisiejszych mediach jest instutucja postrzeganą bardziej za polityczną, posiada wielu wybitnych historyków. Związek Radziecki, jak nawet wskazuje Paczkowski, nie mógł interweniować w problemy rządu z NSZZ "Solidarność", gdyż na arenie międzynarodowej związek ten miał silne poparcie Ronalda Rea ...  wyświetl więcej

  on_x,  21/05/2009

Proszę pamiętać, że Armia Radziecka wcale nie musiała wkraczać do Polski, wystarczyło wyjść z koszarów. A nasi sąsiedzi tylko czekali aby przyjść nam z pomocą (Niemcy licząc na powrót na swoje dawne ziemie, Czechosłowacy w ramach podziękowań za naszą "pomoc") poza tym doktryna Breżniewa ciągle obowiązywała ! Jeśli chodzi o "plotkę" Sojuz81 to gigantyczne manewry zawsze są manifestacją polityczną i służą także do zastraszania sąsiadów.

Porządnie zrobiony artykuł i bardzo ciekawy.

Tekst porusza dwa istotne i przemilczane zagadnienia:

17 grudnia 1981 i planowane demonstracje- w rzeczywistości miał to być "marsz na gmach telewizji" (znienawidzonej machiny propagandowej) . Dodatkowo pojawiały się propozycje marszu do gmachu Sejmu.

W trakcie słynnego spotkania Rakowskiego ze stoczniowcami- gdzie padła słynna kwestia przydatności krawata do jego powieszenia- poja

...  wyświetl więcej

Dzieki za ta obszerna analize powojennej historii Polski do wprowadzenia Stanu Wojennego 1981 roku.
Zajalem sie tym w moim bardzo osobistym artykule:

"Słowo o martyrologii czyli tatusiu, co robiłeś w 1981 roku?

W 1981 gen.Jaruzelski nie potrzebował "ruskich". Nasz Naród masochistycznie gloryfikujący rodzimą martyrologię/wiktymologię, przyzwyczajony do obelg i kopniaków od ob

...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska