Login lub e-mail Hasło   

Dzienniki bezdomnego

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://art-jop.blog.onet.pl/Bezdomni-z-m(...)50447,n
pisane w Glasgow i edynburgu
Wyświetlenia: 1.845 Zamieszczono 24/05/2009

Bezdomność w Glasgow



Dwie noce przespałem w parku, siedząc tak na ławce w parku razem z bezdomnymi kotami. Ze swoimi rzeczami, dużym plecakiem i torbą podróżną wyglądać musiałem naprawdę śmiesznie, jak jakiś nomad, koczownik nowoczesnej ery. A zimno muszę wam powiedzieć było nie miłosiernie, pod koniec tygodnia przyszło bowiem załamanie pogody, jakie tu się czasami przydarza, padał obrzydliwy śnieg z deszczem, i wiał okropny wiatr, nawet ukrywanie się pod schodkami, niewiele by dało, bo wiatr wraz z marznącym deszczem i śniegiem zaglądał także i tam...

 

Jakiś człowiek namówił mnie na spotkanie z katolickim księdzem w Glasgow, uważając że ten pożyczy mi parę groszy, potrzebnych do zapłacenia za mieszkanie. Tragiczna porażka i fatalny błąd! Upokorzenie jakie doznałem od tego człowieka sprawiło że zapomniałem o swojej marnej kondycji, zapaleniu płuc, mieszkaniu w parku i tułaniu się z tobołami których nie miałem gdzie zostawić po mieście.

 

A co może ze sobą zrobić chory bezdomny człowiek chyba wiecie. Może zrobić naprawdę niewiele, albo prawie nic Odpuściłem sobie czekanie i postanowiłem działać na ile choroba mi pozwoli, do wieczora więc dotarłem za miasto na wylotówkę do Edynburga, bo tam w Edim mieszkali moi znajomi, i pomyślałem że to od nich pożyczę na parę dni, tą brakującą sumę.

 

Łatwo powiedzieć mieszkałem przecież przy M84, o sto metrów od niej, ale jak się jest chorym i zmęczonym to wszystko wygląda wtedy trochę inaczej, i tak gubiłem się myliłem i wracałem po raz trzeci na to samo miejsce, ale w końcu wieczorem dotarłem za miasto, i zaczęło mi się robić zimniej, zimniej, coraz bardziej zimno, wiatr wiał coraz mocniej a śnieg z deszczem sypał coraz bardziej. Mnie robiło się coraz zimniej i zimniej, aż w końcu zacząłem podskakiwać, aż wykończony bardziej chorobą niż wysiłkiem upadłem na mokrą rozmytą ziemie, i zemdlałem.

 

Leżałem tak chyba dwa albo trzy dni, i smutne ale nikt się nie zatrzymał, pomyślałem że może mnie nie widzieli. Nabrałem jednak trochę sił i wstałem. Gdy zacząłem iść zatrzymał się samochód brytyjskiej policji i podwieżli mnie do miasta z powrotem, mili i sympatyczni ludzie.

 

Z Glasgow postanowiłem pojechać do Ediego autobusem który kosztuje naprawdę marne grosze, niecałe pięć funtów, cztery dwadzieścia, albo coś koło tego.

Ed'ek przywitał mnie świeżą rześką pogodą, i jasnym niebieskim niebem co w Glasgow nie jest wcale takie zwyczajne i częste.

A ja już byłem taki zmęczony chorobą i gorączką że za bardzo nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić, i co się dzieje. Najgorsze że nie mogłem znależć adresu, ani numeru telefonu moich znajomych do których przecież przyjechałem. Siedziałem na dworcu ubrany w trzy pary spodni, dwa swetry i bluzie bo tu było w miarę ciepło, chowając swoje wybrudzone na autostradzie buty za plecakiem.

 

ale cóż NADSZEDł TEN OKRUTNY CZAS kiedy dworzec w Edim zamykają a każdy "podróżny" musi go opuścić.

Stałem więc przed dworcem, bo musiałem przeczekać gdzieś do rana. Ale znowu zaczęło mi się robić zimno, dostałem chyba od gorączki dreszczy, i z tego zimna zacząłem podskakiwać. Wiem że to śmiesznie brzmi, a zapewne i wyglądało komicznie, ale było mi okropnie zimno, tak jakby moje ciało było z lodu, a w środku mnie tkwił zimny lód.

 

Przyszło znowu wybawianie, zemdlałem. Robiło się już chyba jasno, i jacyś ludzie delikatnie mnie szarpiąc próbowali obudzić żebym wstał i podniósł się bo właśnie otwierają dworzec,a na dworcu można k u p i ć

KAWE!!!, prawdziwą gorącą mocną kawę!, wygrzebałem więc trochę drobnych z kieszeni i kupiłem k a w e , ach co to było, jakbym jeszcze mógł palić, ale płuca nie pozwalany, musiałem się jedynie ograniczyć do kawy

 

-aha, i jeszcze jedno, herb miasta Glasgow, który zobaczyłem dopiero przed wyjazdem, przedstawiał.... człowieka wiszącego na drzewie i był niemal identyczną z kartą taroka "Wisielec"

Wisielec wisiał do góry nogami na drzewie, które stoi na ogromnej rybie...

nic dodać, nic ująć....

 

 

Quair

 

 

Pijąc kawę, poczułem się trochę lepiej i zaczęły mi nawet przychodzić do głowy jakieś pomysły na książkę lub opowiadanie. Bo dajmy na to pojawia się światowa recesja, i amerykańskie giełdy ze swoimi napompowanym sztucznie papierami lecą na łeb na szyje. Podobnie papierowe nic nie znaczące waluty, poza wagą papieru i urodą rysunku. Jakby tego było mało to zmowa światowych eksporterów ropy urządza blokadę ropy i gazu na rynek europejski i amerykański. O ile Ameryka ze względu na swoje zapasy i własne złoża trzyma się jakoś, o tyle w europie gospodarka upada, a na potęgi wyrastają Indie i Chiny.

 

W Polsce ludzie próbują jakoś zaradzić brakom ropy i surowców energetycznych, na dachach wielkich wieżowców i pomiędzy nimi budowane są elektrownie wiatrowe, lub kolet który słoneczne Zmieniają się granice państw, na przykład na wyspie Uznam powstaje wolne państwo libertariańskie do którego oprócz polaków dołączają też libertarianie z Danii i Niemiec. Na południu powstaje wolne xsięstwo grodkowsko-niemiodlińskie z rzekomo cudownie odnalezionym potomkiem ostatniego piasta tak zwanym Piastowiczem Samozwańcem.

Wybijają własne talary nysko-grodkowskie z piastowskim orłem a rewersie i z bratem króla Wazy , biskupem wrocławskim na awersie.

Powstaje też republika wolnych ludzi xsięstwa cieszyńskiego, bijąca własną złotą monetę. tu przeciwnie do grodkowian, panuje ustrój wolnościowy, a większości ważniejszych spraw decyduje zgromadzenie zwane także wiecem. Obok "Prawokracji" cieszyńskiej na południu Czesi Morawianie i Słowacy liberia reaktywują xsięstwo opawskie, i frydeckie, a razem te trzy tworzą rodzaj wolnego zrzeszenia, albo unii

 

Dla odmiany pomiędzy Piwniczną a Popradem powstaje wolna nomokracja. W Polsce wygrywa socjalizm chrześcijański, a Abramowski staje się jednym z myślicieli na którego myślach założony zostaje ustrój państwa. I stare portrety i podobizny Lenina Stalina I Engelsa przerabiane są na podobizny Abramowskiego, podobnego do Stalina na Wałęsy - tu jest najmniejszy problem, a podobizny Engelsa przerabiane są na biskupa Kusko

 

W praktyce rządzi kościół, wspólnie z lewicowymi intelektualistami i związkami zawodowymi, których przedstawiciele wybierani są podczas tak zwanych rad delegatów robotniczych i żołnierskich i nazywany też jest "krajem Rad" . na ulicach szaleją bojówki młodzieżowej przybudówki związkowej, wykrzykując podczas niekończących się przemarszów i wieców poparcia hasła w rodzaju -Naród z kościołem, kościół z narodem- a władza związków postawiona zostaje ponad prawem, w tym ponad prawem własności. Panuje coraz większa nędza, a półki w sklepach są puste jak dziesiątki lat temu podczas poprzedniego kryzysu. Można kupić jedynie ocet.

Za kryzys podobno odpowiedzialni są tak zwani kułacy, czyli wolni chłopi, którzy wolą sprzedawać swoje towary za wschodnią granicę, za co dostają przynajmniej jakieś pieniądze lub towar, bo w kraju panuje system rozliczeń tak zwanych spółdzielczych i nic się nie opłaca sprzedawać ani produkować.

 

Część polski odłączyła się i stworzyła wspólnie z Litwą i Białorusią Wielkie Księstwo Litewskie, do którego dołączyła prawie cała Łotwa, bo Liwonia, Kurlandia i Semigalia postanowiły reaktywować się podobnie zresztą wolne miasto Ryga. Z Księstwem stowarzyszyła sie też Estonia, i niektóre regiony Rosji, Pan Nowogród Wielki, i Briańsk. Za to pólnocna część Białorusi jako zamieszkała podobno przez ludność pochodzenia bałtyjskiego tworzy Republikę Krywiczan w której reaktywuje język krywiczan na podstrawie pruskiego zmieszanego z językami słowiańskimi, i tym sztucznym językiem muszą mówić mieszkańcy tego kraju.

 

W ogóle nie jest najlepiej, wybuchają bunty i strajki podatników, brutalnie tłumione, na początku w Łomży, Iławie i Iłży, a potem w Tylawie i Tylży, a nawet w Tykocimiu, następnie przenoszą się i protesty do większych miast. A policja wprowadza między ludzi własnych agentów, stare blaszane roboty i roboty nowej generacji, tak zwane bioroboty, które mają siać niepewność i zamęt w szeregach zbuntowanych podatników.

Polska jak inne kraje wraca do swojej starej nazwy i nazywa się królestwem polskim [pełna nazwa to Socjalistyczne Królestwo Polskie], podobnie jak Czechy nazywają się teraz królestwem czeskim, choć nie są to wcale królestwa, Polska tworzy też federację z coraz mniej przychylną jej Ukrainą, bowiem na ukrainie istnieje w miary wolny i swobodny rynek wymiany.

 

Państwo, skrajnie policyjne z tak zwaną świętą inkwizycją na czele , powstałą w wyniku połączenia cba z cbs działa niezwykle brutalnie prześladując wyznawców innych religii i dysydentów. Zakazana jest także pornografia. Co nie przeszkadza wcale urządzaniu orgii przez rządzących z udziałem małych dzieci, podczas których rządzący gwałcą małe dziewczynki i chłopców, nazywając to "rytuałem odbierania duszy", We władzach w większości państwowych struktur zasiadają pedofile i homoseksualiści, choć homoseksualizm jest zakazany i ścigany przez świętą inkwizycję, czyli tajną policję policję państwa.

 

To jeszcze nic bo w niektórych krajach powstają tak zwane "rządy najgorszych", nazywane w potocznym języku rządami "bydłokracji." Najgorsi kierując się na początku modną poprawnością polityczną, przyjmują sobie za cel aby zablokować wszelki możliwy awans społeczny najlepszych. od dzieciństwa w przymusowych przedszkolach a potem szkołach poddają dzieci szczegółowej selekcji tak że wszystkie dzieci o wyższym ilorazie inteligencji, bardziej żywe emocjonalnie i ruchowo mają problemy z ukończeniem pierwszego segmentu nauczania szkolnego i zamknięte w konsekwencji drzwi przed każdą nawet najgorszą pracą Wegetują więc w nędzy na śmietnikach i w przytułkach, a na przedmieściach miast tworzą dzielnice slamsów, [potem zaczynają się buntować i tworzą prawdziwe podziemne alternatywne państwo, nazywane też państwem nocy.]

 

W Serbii jest jeszcze gorzej wybory wygrywa skrajny nacjonalista, a gdy albańscy mieszkańcy Kosowa chcą się odłączyć od Serbii nie zgadza się, bo to przecież centrum państwowości serbskiej, wybucha więc na bałkanach wojna w której główną rolę po obu stronach zaczynają odgrywać ochotnicy, po serbskiej europejscy i chrześcijańscy po albańskiej islamscy. Na tej wojnie obie strony używają wszelkich dostępnych metod i rodzajów broni łącznie z brudnymi bombami.

Konflikt bałkański przemienia się w wojnę cywilizacji. Z niesławnym na początku , że nie wspomnę udziałem sił polskiego , czeskiego, i słowackiego kontyngentu, w -ramach ue i nato gdy jedno i drugie jeszcze istniały, oddziały te były kierowane do walki z serbskimi powstańcami.

 

Wróćmy do polski. Tam gdzie jest wiatr, przesiedlają się ludzie, i największe skupiska ludzkie rozsiane są nad samym morzem, oraz w okolicach Wysowej i w górach świętokrzyskich powstają ogromne miasta i osiedla, a to wszystko po to aby uzyskać tak potrzebną energię, bo klimat zamiast się ocieplić ochłodził się.

 

Ruch samochodowy powoli zamiera, a zamiast samochodów widać coraz więcej ludzi z ogromnymi plecakami, i wiatrakami nad głową. W plecakach mają akumulatory, i dzięki wiatrowi z wytwarzanej energii mogą korzystać z lokalnych sieci internetu, albo nawet podgrzewać temperaturę wewnątrz energooszczędnych kurtek

 

Najwięcej wiatraczków możemy spotkać w libertariach I DEPEDENCJACH. W większości libertarii zakazane sa też eksperymenty genetyczne i biologiczne, zmodyfikowana genetycznie żywność i rośliny. istnieję libertarie zorientowane religijnie, i tak na przykład w libertari cieszyńskiej obok dzielnic chrześcijańskich są dzielnice pogańskie, -nazywane z połabska "giliami", ponieważ pierwsza wspólnota pogan libertarian powstała w Wołogoszczy i agnostyków, -buddyści generalnie zamieszkują wspólne dzielnice z poganami. Są także dzielnice mieszane, jednak we wszystkich zakazane są tak zwane "wszczepy".

Na zachodzie w Holandii istnieją tez nazywane "Sodomiami" libertarie gdzie nie ma zakazów odnośnie seksu i seks mogą uprawiać także dzieci oraz z dziećmi i istnieje wszelka swoboda seksualna, obok nich mieszczą się liberiańskie fundamentalne wspólnoty chrześcijańskie w których wszelkie stosunki seksualne poza prokreacją sa surowo zakazane, zakazane jest także posiadanie, złota

 

Ciekawe że wielu ludzi z tych fundamentalnych wspólnot zajeżdza w łikendy do "Sodomi", podobnie jak i teokraci, przyjeżdzający, a raczej przylatujący całymi wycieczkami z socjalistycznego królestwa polskiego, aby odbywać stosunki seksualne z dziećmi. Jednak większość wspólnot liberiarnych niechętna jest dość licznym "Sodomiom", a główne zyski jakie Sodomie czerpią to zyski z seksualnej turystyki i nierządu dziecięcego, oraz z handlu narkotykami, tu legalnymi, w przeciwieństwie do wielu państw 'Korektywnych".....

 

Póżniej okazało się że krzywicze byli Słowianami, ponieważ odkryto pismo krzywiczan z okresu starożytnej Grecji, i mało tego byli najbardziej kulturowo rozwiniętą grupą Słowian, Bałtowie importowali po prostu swoje tanie towary do ich kraju, tak jak i tanią siłę roboczą budująca im domy, i wyrabiającą ceramikę, -postanowiono jednak udawać dalej, bo nie znalazł się nikt kto mógł by powiedzieć -koniec gry-. Z tego okresu pochodzi też powiedzenie "jedna awarska spinka wiosny nie wróży", co miało być subtelnym przypomnieniem zaistniałego wielkiego oszustwa założycielskiego nowego państwa. A powiedzenie nawiązuje do słynnego wydarzenia w południowej Polsce, kiedy to na podstawie jednej awarskiej spinki archeolodzy albo historycy orzekli że osoba u której znaleziono spinkę jest pochodzenia gockiego lub awarskiego, a te tereny musiały być okupowane przez cywilizacje z której wywodziła się spinka. Kretyni, prawda?

Archeologia i historia przewyższyła w swoim fantazjowaniu fantastykę naukową, a jej teorie mniej warte i mniej prawdopodobne od opowiadań litery fantastyczno-naukowej nie miały szans na rynku opowiadań i opowieści więc mało zdolni pisarze szukali pracy jako historycy i archeolodzy.

Ciekawe swoją drogą co o naszych czasach powiedzą archeolodzy za tysiąc lat? Grzebiąc w naszych śmieciach odnajdą dowody na okupacje naszych ziem przez chińczyków, albo będą starali się udowodnić chińskie pochodzenie europejczyków.

 

W Polsce było jeszcze gorzej, bowiem odnaleziono testament Abramowskiego w którym ten wyrzeka się swoich socjalistycznych poglądów, mała tego co gorsza uznaję socjalizm za chorobę cywilizacji i pasożyta. A podobno "Testament" został skopiowany w kilku egzemplarzach, i jego ręczne odpisy widziano już rzekomo w obiegu. Co będzie jak prawda wyjdzie na jaw.

uf, i tak powstała prawie cała książka w książce, kawa się skończyła, a ja rozważam czy palić zrolowanego przed chwilą papierosa z tytoniu Drum ponieważ dusi mnie niemiłosiernie i kaszel rozrywa płuca, ale wydaję mi się ze dym z papierosa ogrzewa organizm, próbuję więc dzielnie palić, stojąc przed dworcem, z moją "quajer" w głowie,

Ale politycy zajęci byli czym innym, chcieli bowiem jak najtaniej przejąć szpitale, doprowadzając je wcześniej do upadłości. -To nic -mówili -że umrze przy tej operacji kilkaset tysięcy osób-, powtarzali do siebie, -cel towarzysze uświęca środki, a nasza misja jest wyjątkowa-. Nadmiernie rozbudowana biurokracja niszczyła państwo, a system podatkowy dusił sie w sosie własnym, i powoli zjadał swój ogon.

 

Sprywatyzowany w międzyczasie, choć zupełnie nie zmieniony i nie zreformowany aparat państwowy tymczasem radził sobie jak mógł, grupy rewindykacji napadały na obywateli i zmuszały ich siłą do płacenia abonamentu na misję, podobnie było z mandatami gdzie prywatne firmy ściągały pieniądze z kar za zbyt szybką jazdę. Policja sprywatyzowała niby swoje usługi, podobnie jak i i straż pożarna i szkoły, a oprócz podatków płaconych nadal przymusowo dla państwa, jedni jak i drudzy wystawiali cennik za swoje usługi . Sędziowie i prokuratorzy przymusowo zapisywali do swoich systemów prawnych przy pomocy przestępców. nauczyciele i pracownicy administracji jak i dyrektorzy firm, musieli posiadać tak zwane świadectwa moralności, wydawane przez komitety złożone z miejscowego kapłana i działaczy związkowych.....

 

-jest nadzieja że zapomnę to co przed chwilą wymyśliłem, zanim zdążę wypalić papierosa....

 

Rozejrzałem się po dworcu wśród licznych bezdomnych sporo było ludzi posiadających zbyt dużym współczuciu dla innych i zbyt małym dla siebie, sporo było też takich którzy zbyt wiele współczucia delikatnie mówiąc nie posiadali.

przypomniałem sobie Babcie, Babcia miał zbyt dużo współczucia dla innych i był jak się to mówi zbyt dobry, i jeden z naszych kolegów niejaki Zbyzos Kosmiczny, poradził mu aby ćwiczył się w zmniejszaniu współczucia dla innych a zwiększaniu dla siebie. Podobnie innym, Stanisławowi znanemu z tego że nadmiernie się koncentrował i skupiał zaproponował aby się rozpraszał, i być bardziej rozproszony. Maurycy miał być bardziej emocjonalny, i mniej spokojny, nawet obiecał że będzie bardziej niespokojny, -inni- zauważył, -są zbyt mało agresywni, gniewni, są za mało skupieni na sobie-..wszyscy postanowili to zmienić.. -Jeszcze niektórzy dla odmiany mieli za mało materialne podejście do życia- a większość z nich niczego tak się nie bała jak odniesienia sukcesu, i strach przed sukcesem, co ja mówię sama myśl przed odniesieniem sukcesu paraliżowała ich umysły i ciała. Nie umieli żyć.

 

Każdy więc dostał z obszernego rogu obfitości Zbyzosa Kosmicznego jakąś naukę dla siebie. Dostał ją też Bebe [czy bibli], i walczący na wesoło z wiatrakami, Don Hichot, zwany także Chichockim a to ze względu na nazwisko, Cichocki], dostał tez i Michał Dzień Dobry, który swój pseudonim zawdzięczał temu ze podobno chińskie dzień dobry brzmi prawie identycznie jak 'Michał"

Generalnie oni wszyscy, nawet walczący na wesoło z wiatrakami, tajemniczy Don Hichot widzieli centrum świata poza sobą, na zewnątrz i patrzyli na siebie oczami innych....

 

Wychodząc z dworca wymyślam dalej, na jednej z planet cywilizacja rozwinęła się na tyle że większość ludzi niepotrzebna już jest rządzącym, bo prawie całą prace wykonują roboty i maszyny. Rząd wymyśla różne sposoby na pozbycie się niepotrzebnych ludzi, a w laboratoriach pod pozorem badań naukowych naukowcy tak naprawdę wymyślają nowe gatunki i szczepy wirusów które mają wytruć większość mieszkających na planecie ludzi. Dodają także szkodliwe substancje do najtańszego jedzenia, samochody wydzielają szkodliwe spaliny a fabryki emitują trujące związki chemiczne do atmosfery. Choć nowe nieszkodliwe i tanie technologie znane są od lat, to ukrywane są troskliwie w najtajniejszych archiwach. Służba zdrowia nie działa najlepiej, a robią to wszystko w celu obniżenia populacji. Następuje jednak pomyłka, i szczepionka przez przypadek dostaje się biedocie a dla bogatym i rządzącym zamiast szczepionki zostaje podana trucizna.

 

 

Przemutowany świat

 

Na sąsiedniej planecie, świat zostaje przemutowany, a oprócz tego gdy dochodzi do głosu pokolenie dekonstruktywistów, przemianie ulegają także główne pojęcia filozoficzne. Nauki religijne na których opiera się cywilizacja są tak naprawdę wyznawane pod grożba kary, i dla wszystkich jest to rodzaj społecznej gry. W tej grze społecznej poddani obywatele udają że wierzą w owe nauki, a rządzący udają że nie widza Nauki przeznaczone są dla stanowiącej większość biedoty, bo rządząca mniejszość uczy tajemnych nauk swoje dzieci, i tak zamiast "nie kłam", nauczane są by kłamać ale w sposób inteligentny, używając do tego specjalnego zestawu słów, zamiast "nie kradnij" kradnij ale w sposób przebiegły i chytry wykorzystując do tego celu aparat państwowy i jego instytucje. Biedna większość od dziecka uczona jest bezradności, i już w żłobku specjalne funkcjonariuszki rządu i władzy nazywane "pasterkami bytu", lub "Mamkami" uczą je jak być bezradnym i zamiast działać czekać na nie nadchodzącą nigdy pomoc z zewnątrz i popadać w rozpacz. Bowiem według religii panującej na planecie nędza, słabość i rozpacz są cnotami prowadzącymi do zbawienia.

 

Oczywiście religia nie mająca prawie nic wspólnego z oryginałem już prawie na początku została przejęta przez służby specjalnie i tak przekonstruktowana aby służyła interesom panującym. Propagują też alkoholizm i pijaństwo, wśród biedoty a liczba restrykcji i przepisów utrudniających działalność wolnym przedsiębiorcom osiągnęła sześciuset, choć nadal specjalnie do tego celu przeszkoleni urzędnicy dwoją się i troją aby wymyślać nowe utrudniające i zatruwające życie przepisy. Także seksualizm ze względu ma ożywienie jakie ze sobą niesie jest zakazany a męki piekielne za rozkosze płynące z seksu i życia mają być straszne, bo radość życia jest największy grzechem, choć kapłani mają nie raz po trzy i cztery kochanki, wszystkie oczywiście w tajemnicy. Do manipulacji psychicznej nadaje się też świetnie socjalizm, i w przymusowych przedszkolach karmią nim dzieci upośledzonej biedoty od najwcześniejszych lat, zatruwając nim ich młode umysły. przy czym po latach praktyki uznali że forma redystrybucji własności, poprzez podatki jest bardziej opłacalna niż państwowa własność środków produkcji. Zrobili więc w tym celu teatralną transformację ustrojową, tworząc przez służby specjalne podziemne organizacje walczące z poprzednią wersją socjalizmu. Co ciekawe większość planetarian wierzy w te wszystkie brednie.

 

Na tą dziwaczną planetę w statkach kosmicznych, przylatują wycieczki z całej galaktyki aby zobaczyć tak dziwaczny i zdeformowany świat, nazywając planetarian "wykoślewiańcami", lub też "koślawcami"

W końcu jak wspomniałem dochodzi do głosu młode pokolenie dekonstruktywistów, pragnące odwrócić znaczenia pojęć. Jednak nadal kontrolują energie psychiczną mieszkańców planety poprzez kontrole energii seksualnej.

 

Istnieje także podziemie dążące do przewrotu i rewolucji wolnościowo-kapitalistycznej,. Wolnościowcy, wyznawcy

bogini Liberi, urządzają tajemne kulty, tak zwane "liberalia", lub wyzwoliny, i sa to w większości młodzi hakerzy i krakerzy

 

Ekoterror

 

jednak niewiele się zmieniło, kapłani nadal poprzez pokute wzbudzali u ludzi poczucie winy, czyniąc ich niezdolnymi do działania, a wątpiącym wmawiali że wszystko zależy od losu, albo że to bóg według swojego uznania spuszcza z nieba bogactwo i łaski jednym, innych z nieznanych przyczyn omijając.

Policja, sądy i prokuratura, czyli dział sektoru pełniącego usługi z zakresie bezpieczeństwa i ochrony obywateli, swoją działalność ograniczają najchętniej do pobierania opłaty za prace jakiej nie wykonywał. No i oczywiście oprócz tego pilnowali czy poddani płacą podatki i inne daniny, a bagatela wielkość danin osiągnęła już tam dziewiećdziesiąt procent zarabianych pieniędzy. Przymusowa była darmowa służba zdrowia, na którą musieli płacić, i darmowe ubezpieczenia na które także musieli płacić.

 

Czasami wręcz wydawało się wręcz że państwo istnieje po to aby rządzący wymuszali na poddanych biedakach pieniądze dzięki którym mogli świetnie żyć, poprzez liczne systemy podatkowe, ubezpieczenia , tu pomysłowość ludzi państwa zwanych państwokratami była nieograniczona, Dla przykładu podam tylko ze w jednej stacji telewizyjnej na utrzymanie której poddani musieli obowiązkowo płacić, pracowało aż dziewięćset tysięcy osób, jak to oni mówili pełnili misje, "jesteśmy na misji", [choć do bogactwa kapłanów było im daleko]

mawiali do siebie- a buntownicy uważali klasy rządzące za pasożytów, pasożytujących na biednych

 

gdy już jakiś nieszczęśnik zgłosił się na policje traktowano go jak złoczyńce, przesłuchując szczegółowo, nie raz w sprawach dotyczących rzeczy najbardziej intymnych. A gdy i to nie pomogło, na pismach skierowanych do oskarżonego widniał adres adres ofiary, muszę przyznać że to posunięcie wręcz genialne choć może nazbyt śmiałe. Dawano też do przeczytania i podpisania oskarżonym protokoły które podpisywali wcześniej świadkowie, jeśli tacy się zdarzyli. A gwałcicieli i zabójców wypuszczano na przepustki już po paru miesiącach odsiadywania wyroków, kierując się tak zwanym współczuciem.

 

Z grupy podziemnych buntowników wyłonili się wkrótce "zieloni", nazywani przez innych ekoterrorystami. Ekoterroryści przyjęli sobie za główne bóstwo opiekuńcze buddyjską boginię Zieloną Tarę, nazywaną Wielką Wyzwolicielką. Ekotrrorysci wysadzali w powietrze najbardziej szkodliwe dla ludzi zakłady przemysłowe, i podkładali bomby pod autostrady, umiarkowana cvzęśc podziemia była takim działaniom przeciwna...

 

Ludzie którzy w obronie siebie nieszczęśliwie zranili lub co gorsza zabili napastnika byli karani bardzo surowo, o wiele surowej od przestępców, mało tego, i wiem że trudno w to uwierzyć ale posiadanie broni palnej i każdego rodzaju broni było zakazane.

Co tydzień rząd urządzał jakieś żałoby powodowany rzekomym współczuciem choć los poddanych miał głęboko w "nosie", a silniejsi i bogatsi nie mieli żadnej litości w rabowaniu słabszych i biedniejszych wyciskając bez względnie co się tylko dało.

 

Jeśli jakiś nieszczęśnik poskarżył się policji że padł ofiarą przestępstwa był zwykle szczegółowo przepytywany, a jedno z pierwszych pytań brzmiało "czy znasz kogoś kto coś znaczy?, -bo jeśli nie to się nie liczysz. Nie tylko policjanci tak pytali, w rozmowach towarzyskich toczonych między ludzmi to pytanie pojawiało się często.

Oprócz bogactwa pieniędzy i władzy nic innego się w tym świecie nie liczyło, no może jeszcze poza tytułami

 

A lud pomimo przemian religijnych [przejście na nową religie spoza kontynentu], politycznych i kulturowych żył tak jak kiedyś dążąc do harmonii, równowagi i ładu, jak robili to ich przodkowie przeszło tysiąc temu. Nic więc dziwnego ze dość łatwo stawali się łupem importowanej szlachty, i całej klasy rządzącej. Pomimo tego dalej z uporem szli wyznaczoną przez przodków drogą dążąc do stworzenia świata harmonii.

 

 

 

2007-12-29 Życie człowieka bezdomnego, odcinek czwarty,

 

i tak zacząłem prowadzić życie człowieka bezdomnego. Zrozumiałem w jednej chwili, że w stanie w jakim się znalazłem, najważniejszą dla mnie rzeczą jest teraz przetrwanie, szukanie ciepłych miejsc w których mogę siedzieć i odpoczywać, bo o leżeniu nie marzyłem nawet.

 

I tak, bezsensownie snułem się po mieście, w trzech parach spodni, dwóch wełnianych swetrach nałożonych jeden na drugi, w bluzie i grubej kurtce, a na nogach miałem trzy pary skarpet, i do tego przedmiot mojej dumy, niezwykle wybrudzone "harleye", buty marki "Legenda", do tego jeszcze chlebak, i plecak, z którym nie mogłem się rozstać, ciężki, z każdą chwilą coraz cięższy, ciężarem swoim przygniatał mnie do ziemi, albo odmiany zarzucał, a to w lewo a to w prawo. Czasami nawet zdarzyło mi sie przewrócić.

 

I pomyśleć tylko, jakie to los płata figle, bo proszę spojrzeć na moją sytuację, dwa, a nawet trzy lata walki z chorobą i leżenie w łóżku, potem w końcu upragnione zwycięstwo, po to tylko aby wyjechać na wyspy i upaść po raz kolejny. Ale to nic , szukałem miłych i przyjemnych chwil z przeszłości, mogących jakoś uczynić moje obecne życie strawnym, a przynajmniej do zniesienia, co musicie przyznać wcale nie było łatwe

Przypominałem też sobie dobre czasy w Londynie, i w Glasgow, a było tego trochę.

 

 

 

ale tu była tylko ulica i bezmyślnie oglądane drzewa, do ogrodów królewskich daleko, plecak niemiłosiernie ciężki, i aby czymś zająć czas przypominałem sobie rozmowy jakie prowadziłem że Stasiem i

Maurycym o naszych świętych drzewach. Na początku Staś zachwalał swój nowy system operacyjny "yopera", którego instalacja zajęła mu zaledwie siedemnaście minut, i był też bardzo szybki, ale jak zwykle rozmowy zeszły na temat zakazanej historii i zakazanej archeologi, były to bowiem rzeczy które interesowały nas najbardziej.

 

 

 

Święte drzewa

[opowieść Maurycego]

 

-W starej rdzennej tradycji europejskiej-, opowiadał Maurycy, stojąc podparty niedaleko okna, ze szklanką wina w dłoni, -przynajmniej kilka gatunków drzew zasługiwało na miano bycia "świętymi", u germanów była to jodła, a u nas podobnie zresztą jak i u basków oraz Celtów takim zaszczytnym mianem cieszył się dąb. Drugim prapolskim i słowiańskim świętym drzewem była wierzba, dodać jeszcze należy sięgając odrobinę wstecz na indoeuropejskiej tradycji o słynnym drzewie Boddhi pod którym Budda osiągnął oświecenie i zrozumiał naturę wszechrzeczy, i praw rządzącym światem-,

 

-nie nudż- , usiłował mu przerwać Staś, choć ten dopiero zaczynał i to całkiem ciekawie, ale Maurycy nie zrażony opowiadał dalej, bo wpadł w trans, i nie zauważał nawet kulek z papieru, rzucanych w jego kierunku przez nieżle już podpitego Stanisława

 

-Na szczycie kosmicznego drzewa -mówił-, stojącego na najwyższym wzniesieniu wellańskich gór, porastających świętowitową równinę Welli, w niedostępnym zamku Kłódż, którego zaledwie makietą miał być słynny kopiec Kraka, tylko próbą odtworzenia, odwzorowania świętego świata na ziemi, a więc na szczycie tego kosmicznego drzewa zamieszkiwał prapolski Bóg-Stwórca, Ojciec świata, Pan Świętego Prawa, ...a drzewem tym była wierzba.

W jednych regionach słowiańskiego świata rosły na niej złote lub srebrne gruszki, w innym złote lub srebrne jabłka, a jej liście także nie były zwyczajne bo srebrne albo złote*-

przez chwile szukał jakby wątku, i deklamował dalej,

 

-Innym takim naszym świętym drzewem, jak już wcześniej wspomniałem, był dąb, szczególnie związany ze światem wróżów, i wieszczów, czyli pieśniarzy i poetów, opowiadaczy dawnych legend i mitów-

 

Oni mówili, a ja myślałem...Babcia, człowiek całkiem zniewolony przez swoją matkę, bezradny i pozbawiony energii. Przez matkę która po niepowodzeniach z mężem czyli ojcem Babci całą swoją energię skierowała na niego. Oplątując go . ojciec Babci, pijak , wiecznie pijany profesor uniwersytetu, który nie mógł sobie poradzić z życiem i otaczającym światem . Człowiek chyba dobry i inteligenty z niesamowitą pamięcią, znający osiem języków obcych. W pewnym wieku porzucił całkiem jednak dbałość o wygląd i świat zewnętrzny, żyjąc we własnym świecie. W którym królowali, Batory pod Pskowem, i Jagiełło pod Grunwaldem. Podobnie jak i póżniej i Babcia całkiem zapomniał o swoim ciele i o świecie materii w którym przecież żył.

 

Jego matka natomiast była troche inna, na jej widok śpiewaliśmy, oczywiście po cichu piosenkę Brela albo Brasensa...

"z miłości trzęsie całym światem",

jak ówczesna komunistyczna partia. Nie muszę chyba dodawać że Babcia nienawidził komunizmu, i wszelkiej formy przymusu Uważał się też za najbardziej beznadziejnego człowieka na ziemi, za najbardziej nieszczęśliwego zresztą też, a od czasu kiedy wyrzucony z pracy w Bibliotece Jagiellońskiej, porzucił wszelką nadzieje i żył z dnia na dzień. Nie porzucił jednak zwątpienia i beznadziei

. Dobrze że choć czasami medytował nad sobą.

 

-ale w starym świecie, wszystkie drzewa i jak cały świat cieszył się szacunkiem, i cały świat był święty, a niczego bez powodu nie niszczono. Dopiero wraz z przyjściem nowych wierzeń, takich jak islam i chrześcijaństwo świat zaczął stawać się dla nas czymś obcym, czymś co należy skolonizować, podbić uczynić sobie poddanym, inne ludy, i inne ziemię, świat przyrody ożywionej i tej nieżywionej. Od stanu harmonii stało się ważniejsze posiadanie rzeczy za wszelką cenę, a więc nowa religia przyniosła do nas do europy kult materii , posiadania i rzeczy, oraz władzy która była wartością sama dla siebie. Stare drzewa, piękno nieba, miłość do przyrody, przestały już być ważne, liczyć zaczął się pieniądz i posiadanie, miłość, wolność, dobro i prawda piękno i honor odchodzić zaczęły w cień spychane przez nowy świat do sfery mroku-.

 

....matka Maurycego pracowała jako w szkole nauczycielka, i uczyła języka rosyjskiego. Z tego powodu, niektórzy uważali go za Rosjanina. naprawdę nazywał się nomen omen, Rusinowski a konkretniej Kot-Rusinowski, i wstydził się swojego nazwiska. używał więc podobno po jakimś swoim pradziadku ze Żmudzi nazwisko

Wilk-Wilkopolski.

 

Stary Wilk-Wilkopolski, miał w zwyczaju mawiać, "szabla i koń, mówię wam tylko szabla i koń", i jak Maurycy wpił trochę to też tak mówił, "mówię ci Zee, szabla i koń, tylko szabla i koń'

Rodzina Maurycego podobnie jak i mojej matki wywodziła się z rejonów między Litwą, Łotwą i Białorusią, skąd zostali wysiedleni po którymś z powstań przez cara. Miał też w sobie jakąś domieszkę krwi szkockiej i śląskiej, a do tego jak twierdził Łużyckiej w co jednak nikt nie dawał wiary.

Mawiał też jeszcze jak trochę wypił, " mówię ci Zee, tylko mołdawiany i węgrzyny, pij tylko mołdawiany i węgrzyny, nie co ja mówię najlepsze są mołdawiany, pij tylko mołdawiany. Jak by choć raz pił prawdziwego mołdawia, które faktycznie są najlepsze, lepsze od win argentyjskich, włoskich, a może nawet od greckich i macedońskich.

 

-Chwałę i Moc zastąpiła pokuta i pokora, pozorna zresztą i zwykle czyniona na pokaz, a WIEDZĘ bo takie jest prapolskie zrozumienie słowa wiara, [wiera wera], zastąpiła właśnie ślepa wiara i posłuszeństwo. Ale nie traćmy nadziei [!] nasze stare wartości wyznawane przez przodków może powrócą, a jasne słońce zajaśnieje znowu na niebie, wszystko na powrót stanie się proste i jasne, a świat zachodzącego słońca który z takim maniakalnym upodobaniem chowa obrazki pod obrus gdy zamierza zrobić co grzesznego, odejdzie-,

ufffff,... w końcu doszedł do głosu Staś, także próbując się pokazać z dobrej strony, i zaimponować nam swoją wiedzą:

 

[ opowieść Stasia ]

 

 

Miasta poświęcone prastarym bóstwom

 

-Miast poświęconych prastarym Bóstwom jest nadspodziewanie dużo,i jak okiem nie spojrzeć pojawiają się aż od zachodnich granic naszej tradycji lechijskiej aż po wschodnie-, zaczął całkiem zręcznie swój wywód Staś.

-I tak: dzisiejszy Schwerin czyli Sważyn[o] nie wiedzieć czemu tłumaczone było jako Zwierzyn, no może i celowo. Miasto to poświęcone było pradawnemu i prastaremu bóstwu Swarożycowi, podobnie zresztą jak krakowski Zwierzyniec, dawniejsza Svaringa zamieniona także "przez pomyłkę" na Zwierzyniec. Swarożyc był głównym bóstwem państwa wiślan, miejscem największego kultu święta góra Svaringa a pozostał nam po nim biały orzeł, jego ptak totemowy, i czerwony proporzec na włóczni, który wraz z dodatkiem herbowego orła utworzył nasze barwy. Innym takim miastem poświęconym bóstwom był Wołogoszcz, miasto Wołosa-Welesa, i Radogoszcz. Bardzo ważnym ośrodkiem kultu naszej starej religii, a nawet centrum stanowił ośrodek na wyspie Wolin, i Szczecin, a na południu oczywiście prastary Kraków i centrum kultowe w górach świętokrzyskich. Na śląsku trzy święte góry Ślężan z Sobótką i Radunią . O ile w dawnym państwie wiślan i wśród "Chorwatów", czyli na górnym i opolskim śląsku*, a także na obrzeżach pomorza zachodniego wielką czcią cieszył się Swarożyc, to na dolnym śląsku i samym pomorzu zachodnim takim głównym bóstwem plemiennym był Trzygów- [Trygław, Trygłów]

 

 

...MÓJ DZIADEK, TAK JAK I DZIADEK Twistera żywił wieki szacunek do szabli, pamiętam pewnego razu, na wsi gdzie mieszkał, a gdzie często przyjeżdzaliśmy z rodziną gdy byłem dzieckiem, pokazał mi szable.

 

-Trygław, mówił dalej Stanisław ze swoim totemowym zwierzęciem- atrybutem świętym dzikiem, czyli dziką świnią, a ranga tego jego świętego zwierzęcia przetrwała w nazwach miast, gór, i rzek, -i tak np. Świdnica, z jej herbem, Świnoujście i rzeka Świna, oraz Szcecin [nazwa od szczeciny dzika]. Znaczną rangę odgrywał też w górach, i tak na przykład jedno ze wzniesień górskich zostało poświęcone Trygławowi-Świnica, dosyć trudny szczyt, na który niełatwo wejść amatorom, a także Świnna poręba. Do tego dodać trzeba [hm,] miasta poświęcone składaniu ofiar i rytuałom, czyli centra religijno-mistyczne, więc nazwy Trzebnica, i Trzebiatów powiedzą nam sporo bo przecież

 

TREBA-TRZEBA, to była nasza pradawna ofiara składana starym bóstwom, także inne słowo TRYZNA-TRZYZNA, świadczyć może o podobnej randze i roli, z tym że samo słowo Tryzna odnosiło się zarówno do samej ofiary, jak i do festiwali organizowanych na cześć na cześć przodków i tradycji, gdzie GUŚLARZE-GĘŚLARZE, wróżbici, kapłani i opowiadacze dawnych mitów recytowali poezję, śpiewali pieśni a nawet odtwarzali sceny z życia dawnych bohaterów i mity mówiące o stworzeniu świata, [przebrani w maski] Dla wielkopolan takim głównym bóstwem plemiennym było bóstwo podziemi i świata podziemnego Naja [ Nawa, Neja]. To właśnie na świętym wzgórzu poświęconym bóstwu Nai Mieszko wraz ze swoim ludem przyjął chrzest , co zostało uwidocznione na jeden ze starszych naszych monet-.

-Zapomniałeś dodać Swarzędza, gdzie teraz robi się wykładziny i meble, i Sważyna pod Gdańskiem-, przerwał mu Maurycy, a ja już dawno spałem na swoim fotelu

 

ja już dawno spałem na swoim bujanym fotelu, przykryty kocem, Maurycy oglądał telewizje i popijał piwo,

a Stach dostał wiatru w żagle i opowiadał dalej, [ jeśli ta część książki wydaje się nudna, zupełnie można ją ominąć,]

 

...Gdy spałem, przywlókł się Bezpartyjny Buddysta, -kto mu takie głupie nadał, tego nie wiem, bo chyba nie zrobił tego sobie sam,

i coś im opowiadał, -że znalazł prace w administracji rządowej, i że ciągle się z żoną o wszystko kłucą, -czym denerwował M. i St.

Wyszedł więc po chwili......

 

Sama nasza prastara tradycja wydaje mi czymś ogromnie pasjonującym i ciekawym, ale związki między nurtami albo jak kto woli odnogami indoeuropejskich tradycji wydają mi się nie mniej ciekawe i interesujące. O jednym i o drugim chcę napisać choć parę słów.

o podobieństwach i różnicach starego polskiego bóstwa Jesze, z tybetańskim Jeshen

 

i tu nasi badacze rzeczy tajemnych i ulotnych zaczęli zastanawiać się nad sensem tej przedziwnej maksymy, a musicie wiedzieć, co już raz wspomniałem że zakazana historia i zakazana archeologia interesowała ich nade wszystko, jak wszystko co zakazane.

A treść owej maksymy brzmiała:

 

"lado yleli yassa tya"

o ile lado nie sprawiało nam większych kłopotów, bo chodziło na pewno o uosobienie ładu i harmonii, nasze prapolskie bóstwo Łade", i również "Jesze", czyli "yassa" o tyle co oznaczały słowa "yleli' i "tya"? -jakieś mantry albo pradzwięki, zawołąnia?

Żaden z nas, nawet połączone mózgi Giordano Bruno, zacnego Galileusza i Leonarda Da Vinci, nie były w stanie rozwikłać tej zagadki....

 

 

 

-JESZE, - mówił Stanisław- było "transcendentalnym" aspektem pierwotnego Boga, tak jak Dażbóg, Dażboga możemy przyrównać do aspektu buddyjskiej 'sambogakai', jako żródła z którego wypływało wszelkie dobro, bogactwo, , a Świętowita do tego najbardziej foremnego czyli po buddyjsku "nirmanakai", choć też był to dość transcendentny, aspekt , ponieważ lubił się "zawijać w Kłódz" [w Kłodziu], ma swoim zamku, jako przecież Pan na Zamku, bo pod takim przydomkiem też był znany, i przebywać tam w stanie kontemplacji-niedziałania, a inne bóstawa-emanacje dopiero przejawiały się, emanowały, wynikały z niego i działały w świecie [ tak przekładając nasza prapolską teologię na buddyjską]

 

nazwa? ja ją wywodzę od słowa JEST, BYĆ, i tu jest podobna do Prowe, -Pierwszego[?] PRW, pierwotnego?

 

-Związki JESZE z YESZEN

szukanie związków między słownictwem prapolskim a tybetańskim nie jest całkiem pozbawione podstaw, nasza stara religia najwięcej ma właśnie wspólnych pojęć ze staroirańską, a o wpływach mitów i tradycji irańskiej na Tybet mówią często nauczyciele Buddyjscy i bon

, z tamtych obszarów[ Iran, Azja środkowa?] przybył też do Tybetu stary buddyzm, czyli Bon

 

samych podobieństw między tymi językami na pewno nie ma , a jeśli były [wpływy] to się zatarły,

Natomiast w przypadku samej mitologi i religii wpływów irańskich na Tybet jest sporo, stary buddyzm [bon] wywodził się stamtąd i ma swoje żródło w tradycji indoeuropejskiej, podobnie jak i buddyzm Siakjamuniego

-a związki między prapolskim bóstwem JESZE a tyb YESHE są, wg. tradycji bonijskiej yeshen jest pierwotną zasadą, zasadą,, pierwszą zasadą, i bywa tłumaczone jako "pierwszy boski"

-czyli różnica niewielka albo żadna, -przerwałem dość bezczelnie Stasiowi, który po długiej przemowie poczuł się trochę zawstydzony.

 ----------------------------------------------------

 

BEZDOMNI Z MIASTA ODYNA

 

[odcinek piąty]

 

Wkrótce zdałem sobie sprawę że mój pobyt w Edynburgu może się przedłużyć, bo nie mam już dokąd wracać. "Tenent" wynajął mieszkanie innym ludziom, a szef przyjął do pracy na moje miejsce nowego pracownika. Zacząłem też poznawać bezdomnych Edynburga i ich życie. A bezdomnych w "Mieście Śmierci", jak w myślach nazywałem "Ediego" było całkiem sporo, zjeżdzali tu na zimę, bezdomni i homlesi z całej Szkocji, a nawet z Anglii.

 

Generalnie bezdomnych z Edynburga można podzielić na dwie kategorie i grupy. Pierwsza to bezdomni Polacy, którzy stracili prace, a potem skończyły im sie środki do życia, tacy którzy nigdy nie znależli pracy na wyspach z powodu głównie braku znajomości języka, ale też i tacy jak ja, chorzy lub niezdolni do pracy, którzy faktycznie wegetowali często , i nie myśleli już o przyszłym życiu.

 

Aha, pierwsza grupa czyli bezdomni Szkoci i Anglicy, -to w dziewięćdziesięciu procentach narkomani, totalnie zdeklasowani i upadli, najczęściej z dolnych klas społecznych, bez wykształcenia i umiejętności, całkiem nie przystosowani do życia, niektórzy z nich nawet nie potrafili czytać, lub zapomnieli tej sztuki, mówili slangiem, a konkretnie mieszaniną slangów, edynburskich, szkockich, lanalu, gwar przedmieść, wymięszanych z językiem środowiska przestępców, i mieli nie mniejsze trudności z porozumieniem się z ludżmi spoza ich świata, niż polacy.

 

Co ich jeszcze różniło od bezdomnych rodaków, ich bezdomność była całkowita, a bezdomność większości naszych chwilowa, jakby punkt na drodze który należy przejść. Jednak szybko przekonałem się że moje związki karmiczne z nimi są większe, niż z moimi rodakami. Podczas częstych spotkań z nimi otwierało się moje oko Welesa, a co do przynajmniej niektórych byłem pewien, że spotkaliśmy się już w Edynburgu, w poprzednich żywotach, w czasach wczesnego i póżnego średniowiecza, zarówno podczas wikingskiej kolonizacji wysp, jak i potem, kiedy byli piratami albo marynarzami z tawern i pijackich przedmieść miasta, teraz niestety w nowych ciałach odrabiali starą karmę za swoje grzeszne uczynki.

 

Jednego z nich polubiłem nawet, pomimo ostatniej fazy nałogu zachował nadal szelmowski błysk w oku, dowcip i pewien rodzaj inteligencji, pomimo siedzenia w śpiworze, na ulicy podczas codziennego rytuału żebrania, [tego karmicznego odrobku przez pokutę] i częstego przysypiania w czasie tej nudnej czynności, kiedy to odrabiał złą karmę, za grzechy z poprzednich żywotów.

 

Nigdzie też chyba na wyspach nie znajdziecie tylu ludzi siedzących zimą w śpiworach na ulicach, od Reykjawiku przez Dublin i Londyn, a ja odradzam wam wchodzenia w bliższą zażyłość z nimi, ponieważ dla zdobycia drobnej sumy pieniędzy na nową dawkę podłego narkotyku, są zdolni do wszystkiego, wie o tym niejeden polak, a gdy przyjdzie wam znależć się w Edim nocą nie próbujcie spania w bramie, lub innym niebezpiecznym miejscu, może was to kosztować nawet życie, bo kurtka, albo śpiwór lub plecak w oczach napastników to nowa dawka towaru, lub chociaż paczka tytoniu, a więc warto zabić....

 

Ale także wśród najbardziej upadłych bezdomnych narkomanów spotkać można ludzi wrażliwych i ludzkich, w których uczucia pozostały. kilku z nich miałem okazję poznać, ponieważ mijaliśmy się na swojej drodze kilka razy dziennie, bo naszym wspólnym życiem, a i domem była ulica. Jeden z nich, nazwijmy go Jonem, młody narkoman prawdopodobnie chory na aids pomagał mi, i przynosił do bramy na wpół opuszczonej kamienicy gdzie często koczowałem odziany w śpiwór i koc, trochę jedzenia.

 

Kiedyś nawet postawił mnie w jednej z trudniejszych sytuacji życia, tak zwanej "inicajacyjnej bramie przejścia", otóż przyniósł mi na plastikowym talerzu [ do połowy a zjedzony] obiad, a ja wiedząc że jest prawdopodobnie chory i ma wirusa, bałem się zjeść aby się nie zarazić, z drugiej strony jednak widziałem że gdy odmówię zabije go i zabije jego dusze, być taki nieszczęśliwy, samotny, poobijany i posiniaczony, a to mi dawał było jedynie tym co mógł dać drugiemu człowiekowi, i po krótkiej ale niezwykle walce wewnęŧrznej jaką prowadziłem ze sobą, bohaterski duch indoeuropejczyka i arii zwyciężył, i nie powiem żebym się nie bał, bo badałem się póżniej kilka razy, ale koan zen-życia został rozwiązany, spadłem z drzewa i nic mi się nie stało. Inną taką sympatyczną osobą wydała mi się młoda dziewczyna żebrająca w śpiworze , niedaleko mostu północnego [ nazwijmy ją w książce Suzan], bardzo z wyglądu wrażliwa i delikatna, na rękach miała więzienne tatuaże, a moja ludzkość znowu została została poddana próbie i to niestety po raz kolejny próbę przegrałem, przywiązanie do koncepcji, strach przed kontaktem z ludzmi chorymi na aids okazał się decydujący.

 

Pojawiała się tam też w okolicach mostu "Wróżka", pewna subtelna istota, o bladej cerze, i bardzo jasnej karnacji, zwiewna, i ubrana jak kapłanka, jakiejś starej celtyckiej bogini. Poznałem też sporo bezdomnych polaków, z których co najmniej kilku tak jak ja chorowało na wychłodzenie organizmu, bo wyziębienie organizmu jest chorobą ludzi bezdomnych, homlesów. Często też mieli podobny do mojego "życiorys", lądowali w Edynburgu, bez pieniędzy i koczowali gdzie się dało, spali w bramach i na przystankach, co zimą bywało niebezpieczne, bo taki nocleg na przystanku autobusowym kończył się zwykle zapaleniem płuc, i wizytą w szpitalu, a następnie po pneumonii przychodziła hipertonsja, i dla niektórych nie była to dobra wiadomość bo w wyniku wyczerpania organizmu pozostawało im nie więcej niż rok albo dwa lata życia.

 

Osobną grupę ludzi bezdomnych stanowili tak zwani poszukiwacze lub zbieracze, zwani też szukaczami. Szukacze najbardziej aktywni byli pod koniec tygodnia, w soboty i niedziele, a swoją pracę rozpoczynali już w piątek wieczorem, kiedy do miasta zjeżdżały tabuny turystów, pijąc w zaułkach i zakamarkach starego miasta, zostawiali tam telefony komórkowe, aparaty fotograficzne, i butelki z niedopitym alkoholem.

 

Praca szukaczy polegała właśnie na zbieraniu tych zapomnianych przez bawiących się turystów rzeczy. W polskiej grupie jedną z sympatyczniejszych osób był wywodzący się z kresów, a wychowany na dolnym śląsku X. typowa kresowa dusza, szlachetne marzycielskie oczy, przyjechał na wyspy bo u nas stał sie bezrobotnym, pracował trochę w Londynie, ale postanowił szukać szczęścia w E. -gdzie dość szybko popadł w tarapaty.

 

Inną ciekawą postacią postacią był pochodzący ze śląska, a dla mnie raczej zagłębianin, górnik i murarz, również bezrobotny, tu ze zmiennym powodzeniem szukał szczęścia dla siebie.

Najsmutniejszym jednak spotkaniem było dla mnie spotkanie pewnego młodego człowieka o imieniu "Jon", traf chciał że poznałem "Jona", ładnych parę lat temu gdy jeszcze był małym dzieckiem, a ja wyruszyłem na wyspy pom raz pierwszy. poznałem wtedy jego rodziców.

 

Teraz gdy zobaczyłem go znów, a po rozmowie skojarzyłem z kim mam do czynienia, dowiedziałem się że jego rodzice już nie żyją, umarła cała jego rodzina, siostry i bracia, wszyscy na narkotykową chorobę, a on gdy został sam postanowił przenieść się do E. i "zamieszkać" w jednym z przytułków jakich w Edim jest wiele.

 

Nadeszła też chwila gdy życie na ulicy stawało się coraz cięższe, byłem coraz słabszy, i coraz bardziej wycieńczony

chodziłem coraz wolniej, a moje nogi stawały się coraz cięższe i cięższe, coraz cięższe i zimniejsze stawało się także moje ciało, aż w pewnym momencie już prawie nic nie czułem i zaczynało być mi wszystko jedno co się ze mną stanie. Spędzałem też więcej czasu w mojej bramie na wpół opuszczonego , a na wpół wyludnionego domu. I nagle pomyślałem że umieram, i poczułem jak upadam, a w tym momencie upadku zemdlałem.

 

 

-JAK być chorym, bezdomnym i przetrwać?

 

 

Obudziły mnie w nocy odgłosy pijackiej albo narkomańskiej awantury, po czym znowuż zasnąłem , a może zemdlałem po raz kolejny. Leżałem tak chyba do wieczora następnego dnia, bo w końcu ktoś zapewne zawiadomił policje, i moi przyszli wybawcy przyjechali, "czy żyjesz zapytał jeden z nich", a ja kiwnąłem głową,... i na tym nasza rozmowa się skończyła, pomogli mi więc wstać, a gdy przy ich pomocy podniosłem się ,zaprowadzili mnie srebrnego policyjnego samochodu, i zawieżli na komisariat policji, gdzieś przy "Lejk"[Leith str. albo Leith walk], i tam zostawili w rękach bardzo sympatycznej, o kształtach tak chyba dużych jak wielkiej duszy, policjantki.

 

Nie mogła się ze mną nijak dogadać, ja co chwile podczas 'rozmowy" zasypiałem, poprosiła więc o pomoc translatora. Z translatorem też nie szło najlepiej, mówił szybko, a ja nie nadążałem, -koniec w końcu policyjny radiowóz podrzucił mnie pod szelter [schelter] na ulicę Holyrood, całą Holyroot przeszedłem już sam. A gdy znalazłem się w środku, jakieś rozmowy ze stafem, które nie kleiły się, znalazł sie nawet pół portugalczyk, a pół brazylijczyk który mówił po polsku, i jakoś udało nam się przebrnąć przez proces rejestracji. Nie było tam bynajmniej różowo, spać można jedynie na podłodze co prawda na karimacie, a przykrywanie się kocem lub śpiworem było zabronione. Ja miałem na szczęście dwie grube kurtki, służące mi za kołdrę, -pozwolili na szczęście mi pod nimi spać.

 

Spało się przy zapalonym świetle, a w szelterze można było przebywać od około godziny jedenastej w nocy do siódmej rano, -jeśli dobrze pamiętam, ale już w nocy leżałem, i do tego w miejscu cieplejszym niż na zewnątrz. Rano niestety trzeba było wyjść i od siódmej rano tułać się i wałęsać po mieście aż do południa . Na szelterze dostałem też jakąś kartkę, z wypisanymi adresami miejsc gdzie można za darmo, albo prawie za darmo coś zjeść, -wstydziłem się bardzo, ale możliwość przesiedzenia w ciepłym miejscu i odpoczynku, liczyła się, a czasem nawet darmowa kawa. po jakimś czasie gdy przez dwa dni po raz kolejny nic nie jadłem, przełamałem wstyd, i zacząłem korzystać z darmowego jedzenia.

 

A takich punktów na mieście było sporo. I tak, "Arka", gdzie bywałem rzadko, Konwent świętej Katarzyny, daleko bo aż na Lauriston Gardenm, ale za to można tam było zjeść za darmo obiad, w miłym i sympatycznym towarzystwie, a nawet napić się dobrej herbaty albo kawy, ale co najważniejsze posiedzieć w ciepłym miejscu i odpocząć po długim bezsensownym chodzeniu. "Jerycho", gdzie nie chodziłem. potem w godzinach południowych można było wrócić na szelter, i spędzić tam tam spokojnie dwie godziny, albo nawet zdrzemnąć się na krześle, co i zwykle robiłem.

 

Nie przeszkadzało to innym, bezdomnym, ćpunom, biednym, a czasami samotnym, którzy tam przychodzili dla towarzystwa, a nie tylko dla taniego obiadu, -raczej aby pograć w bilard, poczytać gazetę, porozmawiać. Pory między siedzeniem w darmowych stołówkach, wypełniałem na chodzeniu do bibliotek i czytelni, gdzie udając czytającego gazetę lub książkę spałem zwykle w holu, a czasami nawet naprawdę czytałem, gdy miałem więcej sił. Wieczorem

po zamknięciu bibliotek spacerowałem po mieście, najczęściej zaglądałem do domów towarowych gdzie było ciepło, ale chodzenie lub stanie należało do ujemnych stron takich miejsc

 

Potem jeszcze spacer, godzina na dworcu autobusowym, na zmianę z kolejowym, aby nie stać się zbyt znanym i przez to uciążliwym gościem i przeganianym, bo miejsca te pełniły ważną rolę w moim obecnym życiu. Gdy miałem więcej sił, rano chodziłem nawet do królewskich ogrodów botanicznych gdzie usiłowałem ćwiczyć, albo po prostu spacerować. Na noc wracałem na szelter. W schronisku za jakieś drobne peni kupowałem kawę, a kosztowało mnie to jakieś dwadzieścia penny, a jedzenie dostawaliśmy za darmo

Zmieniło się to gdy poznałem Narcyzę.

 

Nie wszyscy jednak bezdomni autochtoni byli wobec polaków przychylni, jeden z nich, o imieniu Jon, [ ten tym razem miał naprawdę na imię] znany był z tego że bardzo nie lubił polaków, utrzymywał podobno że jego brata zabili kiedyś polacy, -ile w tym było prawdy?, -nie wiem, w każdym razie sam był podobny do polaka, a ja podejrzewałem, że ma ojca polaka, który ich zostawił, i stąd ta niechęć granicząca z nienawiścią do polaków.

 

Gdy tylko zobaczył jakiegoś słabego, chorego albo pijanego polaka, atakował go przy sprzyjających okolicznościach,. Tak właśnie postąpił z M. którego pobił a następnie skopał niedaleko dworca kolejowego, tam przy budce gdzie homlesi dostają od jakiejś organizacji charytatywnej jedzenie i gorącą kawę, gdzieś jeśli pamięć mnie nie myli Na Waverrley Bridge, po prawej stronie ulicy, a nie więcej niż pięćdziesiąt metrów od ulicy Książęcej [Princes Street], zaraz prawie naprzeciwko tego małego kantorka, w którym po nędznym kursie udało mi się kiedyś wymienić resztę złotych na funty, uratowało mi to może życie, ale gdy wróciłem do Polski, na gwałt potrzebowałem chociaż drobnej sumy aby wrócić do domy, i szukałem kantora w którym mogę wymienić resztę szkockich funtów na złotówki, jeśli wracacie z wysp, a o tym nie wiecie, wymieńcie raczej wcześniej funty szkockie na brytyjskie]

 

Policja brytyjska, jak zwykle przyjechała błyskawicznie, a wraz z nią karetka pogotowia. Policjanci oglądali dłonie i rękawy Jona, czy nie ma na nich krwi,wcześniej zakładając mu na ręce kajdanki, ale z braku świadków, jak i widocznych dowodów został wypuszczony. M. zabrało pogotowie do szpitala. Słyszałem o tym od jakichś znajomych. Ja oczywiście miałem stosunek do Jona, tego z pozoru miłego i łagodnego człowieka, a nawet delikatnego, taki jaki miał on do polaków, a słabość ciała i niemożność podjęcia z nim walki doprowadzała mnie do irytacji, byłem po prostu bezsilny. Ale przed moim wyjazdem doszło do małego spięcia z Jonem, niedaleko bo jakieś może sto metrów od tamtego zajście i rozróby , którą opisałem przed chwilą, było około południa, a ja szedłem ulicą Książęcą, po lewej stronie ulicy i oglądałem wystawy mijanych właśnie sklepów, i nagle naprzeciw mnie wyrósł nie wiadomo skąd, Jon razem ze swoim nieodłącznym cieniem, bezdomnym młodym narkomanem z czarną czupryną, gdy mnie tylko zobaczył zaczął syczeć jak to on ma przy spotkaniu polaka, a na dodatek chorego i przez to słabego, cóż za gratka, zaczął więc po swojemu syczeć jak samowar, fukać jak jeż, ja też jak zawsze gdy tylko widziałem Jona odczułem fale gorąca i gniewu, w głowie zadzwonił alarm, i natychmiast zwolniłem, prawie że się zatrzymałem, moje nogi zaczęly powoli stąpać, a dłonie obejmować noże w kieszeniach czarnego anaraka, prawa dłoń zręcznie i szybko, brawo panie Lee! otworzyła przez naciśnięcie zapadki nóż i powoli zaczęła go wysuwać z pochwy, a końce dłoni ujęły go abym w każdej chwili rzucić w swojego przeciwnika, druga lewa dłoń, nacisnęła na czerwony guzik [będącego w sumie imitacją noża komandoskiego ], i ostrze prawie bezszelestnie wyskoczyło, wydając przy tym delikatny i słyszalny tylko dla mnie dżwięk,

 

Ale wracając do Jona, ja wysuwałem lekko, tak aby nie było widać, noże z moich kieszeni, trzymając je przy tym za końce, a Jon stał naprzeciw mnie i grożnie fukał w moim kierunku, a po lewej ręce stał wyrażnie podniecony i ożywiony sytuacją, jego towarzysz i kibic w jednej osobie, czyli ten czarny chłopak, trzeżwo oceniałem sytuację i wiedziałem że w bezpośrednim starciu nie mam większych szans, jedynie moje nogi odziane w ciężkie buty harleye, i oczywiście noże którymi mogłem rzucić w kierunku przeciwnika albo przeciwników, mogły mnie uratować, bo nie lubię być bity.

 

Nieoczekiwanie dla nas na środku ulicy, na miejscu gdzie są pasy pojawiła się mała ciężarówka, i ja aby uderzyć z zaskoczenia pierwszy skręciłem szybko w prawie na ile pozwalało mi moje zdrowie, a Jon prawdopodobnie uczynił to samo, bo na drugiej, jego stronie ulicy, już tam go nie było, zapewne był na tej stronie na której ja jeszcze przed chwilą stałem, -minęliśmy się więc i do starcia nie doszło. Skręciłem w lewo pod górę na Hannower street, która przed chwilą była główną osią "dramatu" do jakiego nie doszło, jakiś czas szedłem pod górę w stronę Quenn Street, albo York Palace, jedząc kripsy ze świńskich skórek, "przysmak" ten podarował mi Georgio, znajomy mojego przyjaciela włocha z Glasgow, gdy usłyszał że idę do kościoła św. Michała, powiedział "Papa Giowani polakko, si" i z wielkim nabożeństwem podarował mi kripsy,

 

nie wiedział że idę do kościoła pod wezwaniem świętego Michała, po to tylko żeby przeczytać ogłoszenia, a chodzić tam muszę przyznać za bardzo nie lubiłem ,daleko, i ponuro, a zawsze jak tam byłem na dodatek padał deszcz, i po drodze mijałem duże grupy młodych kibiców , [ulubionej drużyny "Suraskiego, bo tak szkoci i anglicy wymawiali jego nazwisko] "Celtów', albo "Randzersów', a czasami po derbach jednych i drugich. najwięcej zaś spotykałem ich zbitych w grupy niedaleko szkockioego sklepu z pamiątkami,, gdzie za trzy funty kupiłem słownik angielsko-szkocki, -żeby było śmieszniej wyprodukowany we Wrocławiu

 

PUBLISHED 2005 FOR LAMOND BOOKS BY GEDDES&GROSSET,...

DAWID DALE HOUSE, NEW LANARK, ML 11 9 DJ

COMPILED BY DAWID ROSS AND GOWIN D. SMITH

FOR RLS LIMITED

..................

PRINTED AND BOUND IN POLAND OZGraf S.A.

Więc gryzłem kripsy ze świńskiej skórki, podobno włoski przysmak, którym zajadają się elity, a kiedyś był pokarmem ubogich nędzarzy i szedłem na spotkanie Narcyzy, złoszcząc się że muszę iść pod górkę, co sprawiało spory wysiłek, dla moich osłabionych płuc.

 

Zapytacie czy wstydziłem się? Nie, jedynie obawiałem się spotkania z daleką rodziną, mieszkającą niedaleko Abeerdin, tą gałęzią mojej rodziny która pozostała na wyspach, a z kuzynem spotkałem się nawet w zamierzchłych czasach paleolitu, kiedy jako nastolatek uciekłem z domu, przeszedłem nielegalnie przez granicę czeską, a dalej niemiecką, i potem z portu w Hamburgu, nielegalnie przedostałem się na statek płynący na wyspy, nie ma co, dzieciaki to mają szczęście, z wysp znowu nielegalnie bez dokumentów na fałszywych papierach udało mi się dopłynąć do Niu Yorku, a z N.Y. dalej na południe, i wędrowałem miesiącami po Ekwadorze, Boliwii Peru, Brazylii, aż na samo południe, na które już niedługo, także zresztą nielegalnie miałem pojechać z moją wybawicielką z miasta Dobrego Powietrza i srebrnego kraju, Narcyzą....

 

Z kuzynem spotkaliśmy się w Londynie, i chodziliśmy trochę po klubach i pabach byłem nawet na jednym z pierwszych koncertów "Joy Division" [hm, hm], a kuzyn okazał się miłym choć nudnawym facetem. Strasznie się rozgadałem,... więc chodziłem po Edynburgu, poznawałem bezdomnych i biedaków, słabłem z każdym dniem, jak powiedział lekarz: "no cóż Sear, nieleeeczona Pneeumonia,... która przeszła w hipertonsję", czasami z osłabienia i wyziębienia organizmu przewracałem się na ulicy, a mijający mnie ludzie myśleli że jestem pijakiem albo ćpunem, o czym mogły świadczyć, trzy swetry, a na nich bluza, czarny anarak, jaki w prezencie, chyba pożegnalnym dostałem od A. a na to jeszcze zielona wojskowa kurtka lotnika z Oregonu, ta piękna kurteczka znalazła się w moim posiadaniu podczas ostatniego pobytu w ośrodku buddyjskim w Kucharach koło Drobina, gdzie pojechałem zobaczyć stupę....

 

Teraz jednak byłem w Edynburgu, i siedziałem na ławce koło kościoła, nie po to aby się pomodlić, o nie, choć kościół polski w Edi, jest o wiele bardziej sympatyczny niż w Glasgow, a nawet jest tam profesjonalny chór, oczywiście na szkockich mszach, na naszych polskich są pinkające gitarki [brrr], czego niestety nie znoszę.

Siedziałem na ławce, i w poszukiwaniu papierosa, a może jakiś drobnych grzebałem po kieszeniach, ale zamiast poundzika wyciągnąłem bilet następującej treści

 

Scottish Citylink Coaches Ltd

Buchanan St Bus Stn Glasgow

 

- wystawiony na .... marca, na godzinę wyjazdu 7.30, relacji Glasgow Edynburg, [z przystankiem końcowym stacja przy Świętego Andrzeja Sq.] -czyli niedaleko, bo siedziałem jakieś pięć minut drogi od Świętego Andrzeja Sq. gdzieś między ulicą Książęcą a Północnym Mostem, całkowicie wyprany z nadziei, ....i wtedy podeszła królewna aby pocałować starą brudną, zmęczoną i chorą żabę. Żartowałem, pochyliła się tylko nade mną aby zapytać w jeszcze bardziej kiepskim od mojego angielskim czy miejsce obok jest wolne " yz dyz sit free?" albo coś w tym rodzaju, i zajęła się swoimi sprawami, nawet nie wiem jakimi bo pod oceanem czarnych długich włosów, niby namiotem, abo rozwianą na wietrze woalką, czy odwróconą do góry nogami miotłą, nie było prawie nic widać. I sytuacja ta nie miała by żadnego znaczenia, gdyby nie fakt że zemdlałem z osłabienia, co jej by chyba za bardzo nie przeszkadzało, ale niestety mdlejąc upadłem, zamiast na ziemię jak prawdziwy dżentelmen, na bok czyli wprost na nią. I tak poznałem NARCYZĘ,

 

godzinę póżniej byliśmy u niej w domu i siedzieli przy dobrej południowej kawie, -a jak doszliśmy w okolice High street, prawie już koło Market, niedaleko wystawy ze szkockimi akcesoriami, [prawie naprzeciw katedry], gdzie mieszkała, nie wiem, mam nadzieje tylko że nie zaniosła mnie tam, bo przy całej swojej chorobie ważyłem 75 kilo. Narcyza, za dwa tygodnie wyjedziemy do jej ciepłej słonecznej Argentyny, dzięki promocyjnym biletom lotniczym,[ tylko 150 funtów] a ją jak lew będę walczył o jej życie w ciemnej ulicy póżną nocą, zostaną mi do dziś jak medale, dwie rany postrzałowe, jedna na nodze, druga na plecach, gdzie kula mało nie przebiła mi serca. Walczyłem jak lew, ale to dzięki wspaniałemu panu Lee, kochanemu panu Lee, który obok formy nauczył mnie trudnej sztuki rzucania nożami. Dzięki sztuce rzucania nożami, żyje ona, i żyje ja.........Kochana Narcyzna, Hiacynta, i Manuela, piękna Argentyna, Chile, i pustynia chilijska, niesamowity "Don Yuanito", tango, prawdziwe mistyczne religijne tango, wino i kawa, miasto Arlta, Gombrowicza, i...

 

Przyjechałem do E. ...marca, a więc zaraz, noc moich urodzin ..., spędziłem w parku na ławce, razem z ptakami i bezdomnymi kotami, oraz psami, jakich tu nie ma zbyt dużo, choć trafiają się. Siedziałem na ławce, z jedną ręką w kieszeni spodni trzymającą nóż, a drugą w kieszeni kurtki, też trzymającą drugi nóż, oba prezenty od pana Lee, jeden zgubie w Buenos gdy będę rzucał w tego typka strzelającego do mojej Narcyzy. Na rękach mam dwie pary rękawiczek, jedną parę znalazłem na ulicy lub na ławce, i jest szara, druga para jest czarna. Nie nie to żebym się tu w Glasgow czegoś obawiał, w mieście czakry serca ,wojowników i ludzi odważnych, ale przy moim stanie zdrowia, wole zachować uważność, a nóż jest przecież niebezpiecznym narzędziem, musicie przyznać sami. ostatni dzień w Glasgow, trzecia noc na ławce w deszczu i śniegu, wiejącego z każdej strony,.. znowu przyjdzie dzień i trzeba będzie wstać i gdzieś chodzić....Koniec koncertów, przyjaciół, wychodzenia z kolegami muzykami i artystami do pubów, pulsującego życiem miasta które nigdy nie śpi. A wieczór w oczekiwaniu na tego "polskiego" księdza mieszkającego ze sto metrów od miejsca w którym na ławce, zasłonięty drzewami spędzam noc, wieczór przesiedziałem w Sikorski center, równie niedaleko od ławki, i graniczącego przecież z mieszkaniem tego człowieka na którego czekałem, nie wiedzieć czemu, podmówiony przez znajomych, o naiwność, poniżenie i upokorzenie, dzięki czemu zapomniałem prawie o chorobie i sytuacji w jakiej się znalazłem, bo za kilka dni będę także bezrobotny.

 

Ale teraz siedzę w Sikorski center, nie pamiętam nazwy ulicy, może przy Woodlands Terrace, albo Royal Terrace, ludzie tu nawet całkiem mili i sympatyczni, a obsługa życzliwa, dobrze że przynajmniej nie wiedzą o moich urodzinach, i o przymusowym powrocie na ławkę, gdy klub zostanie zamknięty za godzinę, -tyle by było wstydu. A ja podejmuję decyzję, w kieszeni mam parę funtów wciśniętych przez Mafiu [ Mateusza], i paczkę tytoniu, marki Drum, niestety niezbyt smacznego, dym i kaszel rozrywają płuca, choć robi się cieplej. Mafiu to niezwykle sympatyczny człowiek, o niezwykłej wprost empatii, sam nie pali, ale rozumie potrzeby palaczy. Smutne to trochę że jedynymi ludzmi jacy mi pomogli był włoch Santo, i amerykanin..... Żegnaj "Sokjo strit", żegnaj "Baknan", do widzenia, za parę godzin będę siedział na dworcu autobusowym przy Świętego Andrzeja, w Edynburgu, gdzie dopiero wieje, a klimat jest znacznie ostrzejszy od umiarkowanego , atlantyckiego jaki mamy tu, -ale czemu ten autobus tak szybko jedzie, po raz pierwszy, jestem nie zadowolny z szybkiej jazdy autobusem. Jedynym jego atutem jest ciepło w środku, i grzeczny kierowca, oraz zbliżanie się do Granitowego Miasta, jednego z celów mojej pielgrzymki, zobaczenie starego portu, skąd wypływali na morze moi przodkowie, dumni "sajlorczycy" żeglarze, spędzenie paru chwil w miejscu skąd została wypędzona Jesobel razem ze swoim mężem Piotrem żeglarzem.................

 

 

[odcinek szósty]

 

i zasnąłem po raz drugi, przykryty kocem na fotelu bujanym, a Maurycy ze Stasiem w końcu wyszli. Na polu robiło się już jasno, i widać było pierwsze gwiazdy rozpływające się we mgle smoczego miasta. Taki to był ten wczorajszy z księżycem w bliżniętach co jak powszechnie wiadomo , zwiastuje pewien niepokój.

 

Rano, około południa obudziło mnie pukanie do drzwi, -a księżyc muszę dodać przez cały czas był w bliżniętach-

i za chwilę weszli bez czekania aż im otworzę, Babcio i Maurycy, po chwili przyczłapał i Stanisław, zadyszany jakby gdzieś gonił, i przed czymś uciekał. Babcio, robił poważne miny, i nadrabiał śmieszną bródką, która miała mu dodać powagi, a ja robiłem co mogłem aby się nie roześmiać. Maurycy oświadczył że chce kontynuować naszą poprzednią rozmowę na temat państwa wiślan, -zupełnie jakby nie było ciekawszych zajęć. I nie czekając rozpoczął lekko zmęczonym od niewyspania głosem orację, :

 

-Ale tu muszę dodać że nie interesowały nas rozmowy o państwie, przynajmniej nie o tak wczesnej porze, -piliśmy kawę, którą oni zaparzyli i zabawiali się rozmową, paląc przy tym papierosy. Maurycy w tym czasie , nazywany przez nas czasami Galileuszem, od czasu kiedy kręcił się podejrzanie w okolicach biblioteki z Giordano Bruno, czyli Babcią, chrząkał, robił dziwne miny, to nerwowo spoglądał na palce u rąk, albo podchodził do radia. W końcu jednak zaczął. Widząc jego niepokój, powiedziałem, a więc słuchamy cię Galileuszu, czekamy niecierpliwie co masz do powiedzenia

-choć jeszcze chwile trwały dyskusje na temat wyższości jednych systemów operacyjnych nad innymi, i tak Stanisław preferował Yoppera, który jest podobno najszybszym systemem operacyjnym na świecie, inni woleli "kubuntu", albo komputery Stiwa Jopsa i "maca", niemniej wszyscy, wykorzystując moją chwilową nieuwagę, zaczęli się bez umiaru obżerać, krojąc chleb jaki przez nieuwagę pozostawiłem na stole, -niemniej nie wypadało mi odmówić głodnym kolegą jedzenia....

 

STARE PAŃSTWO WIŚLAN, rozpoczął niezwykle uroczyście, podniesionym głosem Galileusz, ...

-a było to dwa dni po naszej słynnej akcji "arsenał" jak ja póżniej nazwaliśmy. Zaczęliśmy od siedzenia w szarej kamienicy, skąd jak stwierdził Babcia jest blisko do licznych krakowskich księgarń, i książki przynajmniej można zobaczyć, a nawet dotknąć, i pogłaskać, powiedział z sentymentem, o jaki go nie podejrzewałem. Ale do rzeczy, z szarej przenieśmy się do Re, a potem balować na Kazimierz, i strzelaliśmy z dużych dział, bo rozróba przed jednym z pubów z zachodnimi turystami mało nie zakończyła się bijatyką, a bezpartyjny i Babcia udawali że są mistrzami sztuk walki a ja jestem ich nauczycielem. Potem gdy weszliśmy do jednego z bardziej znanych pubów, staliśmy przy barze i rozmawiali ze znajoma kelnerką. I traf chciał że uśmiechnęło się szczęście, bo dwóch pijanych biznesmenów zamiast gotówki zapragnęło zapłacić kartami,.. mało tego karty i wszystkie dane podali kelnerkom przez nas.... Cieszyliśmy się jak dzieci, a ja śpiewałem przy tym piosenkę "Ludzie Koty", Dawida Bowie, -że to niby my jesteśmy ludzie koty...

 

 

Było to największe nasze nekropolium królów i książąt państwa Wiślan* ,rozpoczął w końcu swoją opowieść... A ja nie wiedziałem czy to mówi Maurycy, czy Petrus, który jak mi się zdawało właśnie przyszedł, [ as asme Petrrus, ...]. Obok niego odkryto i drugie . Mianowicie w Kazimierzy Wielkiej, z okresu jeszcze starego państwa wiślan, i są to tak zwane groby z okresu starego państwa wiślan [masło maślane, pomyślałem].

Średnie państwo wiślan, nie daje nam, takiej ilości kopców , ani innej formy grobów książęcych i królewskich, -za wyjątkiem jednego, ale za to najważniejszego, zapewne dla tamtego okresu, i mam tu na myśli oczywiście kopiec Wenedy - ale o tym niżej .

Na początku jednak odrobina systematyki, [chrząknął jakby chciał dodać sobie pewności siebie, i kontynuował, nie zrażony głupimi uśmieszkami Stasia, i niedyskretnym ziewaniem Babci, który rozglądał się szukając czegoś godnego do wypicia, robiąc przy tym komiczne miny], -oprócz nich, bo obok kopca Kraka, było wiele mniejszych, na co wskazywać mogą stare mapy sporządzone przez szwedów .[ wiemy o tych mapach, stwierdziliśmy zgodnym chórem ] Legenda mówi że zostały usypane na pamiątkę naszych wielkich królów --K®raka założyciela miasta, i być może dynastii, oraz jego córki Wendy [Wenedy].

O swojej hipotezie mówiącej że imię Krak -[Chrwat?]było tytułem książęcym.lub królewskim, a Wenda [Weneda] , znaczyło tyle co księżna , lub księżniczka wenedów, pisałem już gdzieś wcześniej.

Byłyby to zatem dwie najstarsze nasze metropolie, [ciągnął jak na szkolnym wykładziku]

W kopcach obok spoczywali przedstawiciele dynastii trochę mniej znani, o których legenda nie mówi, lub pamięć o nich zaginęła ..

 

 

Było to jedno z bardziej niebezpiecznych wyczynów Babci, który tak naprawdę jedynie przy nas asystował, podobnie jak póżniej podczas krakerskiego włamania na konta biznesmenów.... I zabawne że ten właśnie człowiek został oskarżony, no może nie oskarżony, ani nawet nie podejrzewany, o kradzież słynnych manuskryptów z biblioteki jagiellońskiej, jaka miała miejsce kilka lat temu. Podejrzenie nie padło wprost, a oficjalną przyczyna zwolnienia jaka została podana, to notoryczne spóżnialstwo... co było zresztą prawdą, ale dziwne że wcześniej to nikomu nie przeszkadzało. Został bezrobotny i od tego czasu nie pracował nigdzie.....

 

 

Ale jest pewien problem ciągnął dalej nasz Galileus- Maurycy, skręcając sobie papierosa z tytoniu marki "Szlachecki":

 

1.Jeśli miasto powstało [najpóżniej.] około pierwszego pierwszego wieku naszej ery,. i w tych czasach usypano kopce,to pozostają nam dwie możliwości ,

-dynastia księżnej Wen[e]dy i króla Kraka przetrwała od około 1 w. n.e. aż do 10000, czyli aż tysiąc lat , a państwo w swoim środkowym okresie historii , a nawet, dokładniej pod jego koniec, [ bo potem będzie już okres przejściowy spowodowany kryzysem ,pod wpływem dzikich ludów czyli awarów i hunów musiało cofnąć się na obrzeże aż po pasmo gór Świętokrzyskich. Być może przesunęło się przejściowo za góry obejmując jedynie obszary powiatu radomskiego [dzisiejszego] i woj. lubelskiego[Chodlik] może jeszcze z Sandomierzem, w którym przypomnijmy mieścił się 'KRAKÓWEK'[! ], a w nim hm, kopiec]

.

Miał więc sporo wolnego czasu, podobnie jak usiłujący, bezskutecznie zresztą, zrobić karierę malarza Twister- Maurycy

i rozmawialiśmy o książkach, filmach i muzyce, polityce, ekonomi i gospodarce,

I przychodziły nam do głowy najbardziej fantastyczne pomysły, nawiedzali nas wtedy goci, awarowie, i całe stada hunów. A wszystko to działo się w moim małym prawie nigdy nie posprzątanym pokoju, przynajmniej od czasu gdy zostałem porzucony przez A., i popadłem w depresję. tyłem, leżałem w łóżku, paliłem papierosy, a czas mijał......

 

 

Póżniej, gdy hunowie i awarowie osłabli, zostali zepchnięci na południe za Karpaty, a wiślanie-chorwaci wrócili na swoje terytoria. To tylko oczywiście hipoteza , bo inne fakty temu przeczą , na przykład kroniki które mówią o ciągłych walkach w lasach karpackich [chorwackich], i szczęku oręża , również nazwy , a szczególnie Racibórz czyli po prostu Wojenny Bór [Wojenny Las] , bo rać to po naszemu, dawniej znaczyło wojnę, jak na przykład 'jać', zbrodnię

.Niemniej kultura musiała podupaść a gospodarka przejść okres zastoju i regresu jeśli używanie monet w obiegu pieniężnego zostało zarzucone, lub w znacznym stopniu ograniczone, może nawet na kilkaset lat....

Może nie było tak żle , pieniądz był w obiegu cały czas, a płacidła czyli 'siekierki' [toporki] były drugą walutą, - rzucił od niechcenia Babcia wzbudzając nasze zainteresowaniwe,

-a może też zabezpieczeniem, choć tych pieniędzy jakoś w ziemi nie znajdujemy na jakąś większą skalę, pociągnął wywód dalej Stach .

Mieszkańcy Krety, ciągnął, i Myken używali w obiegu obok siebie aż czterech systemów wymiany ; główki wołu, srebrne płytki, 'płacideł', i sztabek złota .

Choć może sztabki złota były królewskim skarbem, a siekierki-płacida rodzajem zabezpieczenia, albo po prostu magazynem żelaza, do wyrobów mieczy [sic!], i tak było prawdopodobnie, jeśli nie u greków, to w państwie wiślan

z za okna dobiegała muzyka, a ja nie pomogłem się za bardzo połapać, sznurków biegnących w kierunku Wojennego Lasu, było coraz więcej, ale to tylko nadal hipotezy i poszlaki. Chodżmy na piwo powiedziałem głośno, czym wzbudziłem entuzjazm towarzystwa, za wyjątkiem Maurycego, on dopiero rozpoczynał i zaczynał się rozkręcać wchodząc powoli w trans.

Tymczasem Petrus jakby znikł

 

 

Opowieść Mistrza Wilka z Wilczych Gardeł

 

-Bitwa o Chodlik.

 

Po jednej stronie stanęłi polanie wspomagani przez odstępców od wiary przodków i dawnego obyczaju, ludzi niemych, którzy nie dość że zaparli się swojej dawnej odynowej religii, to jeszcze stanęli przeciw dawnym obyczajom, z nimi też były, te dzikie awarskie psy, których tępimy od stuleci, a którzy to niewolą tak ohydnie i bezwzględnie naszych morawskich braci. Po naszej stronie stanęły też obok najgrożniejszych ze wszyskich Lęchów, Ch[o]rwatów, i plemienia radomian, posiłki od księstwa rugijskiego, wolińskiego, oraz najwspanialszych synów wikingów z którymi od dawna trzymamy sojusze, a oni nas nie zdradzili nigdy. Uderzenie z naszej strony było okrutne, a w nas płonął ogień wojennego zapału,za to co oni zrobili z najpiękniejszą perłą w wiślańskiej koronie, Chodlikiem przepięknym, naszym największym miastem. Prowadził nas więc do boju potężny Swarożyc, a krew w naszych żyłach płonęła, i całe ciało pęczniało i puchło. Goniliśmy tych zdrajców aż za brzegi Pilicy, w gęste lasy i puszcze, [w języku przyszłych pokoleń będą to okolice Otwocka]. Zasiekliśmy tam ich, tych fałszywych lęchów, na tysiące, a okoliczne rzeki płynęły ich krwią, krwią niemych odszczepieńców, iż krwią przeklętych awarów. Łęczyca cała prawie była z nami i Kruszwica, te wierne dzieci starej dobrej lęchowskiej dynastii Popielów, Pumpielami zwanymi, obalonej przez polanów przy udziale niemych. Cieli, siekali i tłukli więc za trzech, zdrajców co przysięgli się z obcymi, a lasy mazochów [ mazów, czyli mazowszan] usłane były ciałami pomordowanych.

Pomimo naszych zwycięstw, losy bitwy niestety odwróciły się, choć na południu odbiliśmy ziemię gołeszyców, i terytoria położone za przejściem Asanki, czyli ziemię asanki, to niestety pradawny Dom Kraka, i nasze stare państwo poniosło ogromne straty, ziemię mazów przejęli polanie, a plemię jaćwingów i prusów odpadło od naszej władzy, ziemię za rzeką Bug, przestały należeć do wiślan, pewno uśmiechali się do nich krywicze. Co jeszcze z rzeczy dobrych możemy wymienić? Umocniły się wolne księstwa rugijskie i wolińskie, a awarowie ponieśli okrutną klęskę po której się już nie podnieśli, pomimo szkód jakich doznaliśmy w bitwie nieopodal Kopca wielkiego Króla Kraka, ziemia cała aż po siedzibę naszego parlamentu położoną w starym zagłębieniu usłana była trupami awarów. I taki był koniec awarów i ich panowania nad naszymi południowymi braćmi Śmieszne są przy okazji dodam głosy niektórych tak zwanych poważnych badaczy z póżniejszych czasów, którzy chcieli widzieć nasz wiślański kraj pod władzą morawian, nigdy czegoś takiego nie było odpowiadam wam głupcy, a jeśli jakiś dowód macie to przekażcie go natychmiast lub zamilczcie. W swoim nieuctwie pomyliście księcia małego kraiku spod Skoczowa, z panem państwa wiślan, co wam przecież nie jeden wypomniał. Pojmanego owszem, tak i pojmany został pierwszy władca Łużyczan Miłyduch

 

Skończył swoją pierwszą opowieść Mistrz Wilk a potem długo milczał, na twarzach dzieci słuchających z zapartym tchem opowieści Wielkiego Mistrza Wilka, wieszcza przecież i gęślarza, pojawił się płomień podobny do płomienia wygasającego ogniska. Koniec dzieci na dzisiaj, idżcie do domu, pora spać, powiedział łagodnie Mistrz Wilk, głaszcząc siedzącego na jego lewym ramieniu kruka. jutro opowiem wam o walkach o R'[ę]kawkę, i wielkiej bitwie ojczyznianej, a jak czas pozwoli to i wielkim powstaniu przeciw barbarzyńcom.... ale wcześniej musimy złożyć ofiary pradawnym bogom, na świętym wzgórzu, zwanym też kopcem Kraka.

 

A opowiadanie to jakby kto nie wiedział toczyło się na tak zwanej Górze Wróżów, tajemnym miejscu nauk dla adeptów trudnej sztuki wieszczenia, i opowiadania dawnych mitów, dostępnym jedynie dla naszego tajemnego bractwa, kapłani bowiem mieli swoje święte miejsca. A góry tej nie szukajcie, bo podobno zginęła, i zapadła się pod ziemią, ale gdy wielkość naszego miasta powracać będzie, wyrośnie z powrotem spod ziemi. i znowu wróżowie, wieszcze i przepowiadacze dawnych mitów na niej będą nauczali nowe pokolenia adeptów, teraz to robimy tajemnie.

 

I znowu zebrał sie tajemny krąg, a słuchacze prosili Mistrza trzy razy aby nauczał, po złożeniu ofiar pradawnym bóstwom, i prośbie o inspiracje Mistrz Wilk zaczął opowiadać dalej. Ale wcześniej jak wspomniałem, na szczycie tajemnej Góry Wróżów, [tej co znikła a dziś niektórzy sądzą że została zniszczona gdy budowano stadion, pst, powiedziałem za dużo]. składali ofiary, bogini życia Żywii, pogodnej bogini Dziewannie, zwanej też przez starszych Dewanną. Dziewaleli, nazywanej Dewalelą, lub Dewalejlą, albo nawet Dewalajlą, Rodowi i Rodzannie, potężnym strażnikom Ubożom, Doli, i Swarożycowi naszemu głównemu bóstwu, niewidzialnemu Jesze, i jego sapektowi Dzażbogowi, oraz Świętowitowi Panu Świętego Prawa, Twórcy praw całego wszechświata, -najjbardziej widzialnemu spektówi tego jednego przecież niewidzialnego boga, zwanego także Światłowitem, lub i Widzącym Świat, Światowitem, [co wobec którego właśnie spierają się niektórzy czy jasnowidzące, wszechwidzące, należy do Wołosa-Welesa, czy Świato-Wita, -ja osobiscie sądzę że do jednego jak i drugiego].

Poproszony po raz czwarty Mistrz zaczął swoją opowieść i opowiadał długo, o wielkiej wojnie ojczyżnianej, o ziemiach utraconych podczas tej wojny przez lęchów, polesiu i podlaszu, o pięknym lęchijskim mieście Garęzie-Haręzie, zwanym też Gardżcem, i o ulicach miasta Wolina, o świąŧyniach w Szczecinie, o wzgórzach Svaringi i o czerwonym stadle Swarożyce i jego białym orle naszym plemiennym znaku, i o wirującej swarzycy w kolorze żywej czerwieni jaką nosi na swoich piersiach Swarożyc,... a potem przeszedł do opowieści o wielkim powstaniu przeciw porządkom przyniesionym przez niemych, i o zniszczeniu naszego wielkiego Stradowa, stolicy i głównego miasta powstania, w 1047 roku. i okrucieństwie niemych i ich nieludzkiemu prawu, zmieniającemu biedniejszych i słabszych w poddanych bogatszych i silniejszych panów, o ich nietolerancji wobec innych wyznań. A wszystko to było nauczane w tajemnicy, bo oczy i uszy nowego nie spały, i choć słabsze były od wszechwidzących świętowitowych oczu, to krążyły wszędzie, a od czasu Kaziemierza było ich jakby więcej, i tacy wielcy jak Mistrz musieli się ukrywać w tajemnych miejscach, i nauczać w tajemnicy, choć z nowych porządków śmieli się wszyscy, i w lasach odbywali dawne rytuały, to wspomnianych oczu i uszu nowego nie brakowało jak i nigdzie. I każdy z nas nosi przy sobie tulich, odziedziczony zwykle po przodkach lub przekazanych w sukcesji przez starszych braci we wtajemniczeniu, a sztukę władania tulichem jak i nożem my wróżówie i wieszcze pojęliśmy znakomicie -uważajcie więc złoczyńcy, i zanim podniesiecie na nas rękę i zastanówcie się wcześniej.

-------------------

 

Jak było naprawdę, zastanawiałem się, po piwie bolała mnie głowa, a upał wieczora nie pozwalał logicznie myśleć. Katalog, a właściwie jego kopia, jaką otrzymałem od ojca, wraz z kalendarzem wiślickim [ kopią], nic właściwie na ten temat nie mówiły i nic nowego nie wnosiły do sprawy. Jedynie rękopis, i może parę innych kopii albo oryginałów, o których istnieniu wiedziało niewielu ludzi.

Mieszko II, rzekomy Bolesław Iszy Wyklęty który istniał, albo i nie. Kazimierz tak zwany Odnowiciel, pomijając ich rolę, bo poruszali się tylko na rzece losu, albo na wietrze jak co prawda duże ale jedynie liście, a sprawy zaszły tak daleko, że powstrzymać ich nijak nie można już było, po kraju chodzili wieszcze i wróżowie, kapłani starej religii, wojownicy i zdeklasowana dawna szlachta, a wszyscy nawoływali do buntu przeciw dzikim i niemym , upadła już przecież Norwegia, i poddał się kraj wikingów najjaśniejszych synów, północne ziemie germani, rudzi i surowi wyspiarze też przechodzili jeden po drugim na stronę nowego obyczaju i nowych porządków. Ale u nas wolność i prawo zawsze były na pierwszym miejscu, nie na darmo Pan Świętego Prawa obyczaj dla nas stworzył, stworzył na to go, abyśmy przestrzegali i prawymi byli, bo inaczej wolność nasza zgaśnie a jeden niewolnikiem drugiego będzie.......

--------------------

 

W każdym razie mówił Mistrz Wilk, cały kraj powstał, w obronie tradycji, dawnych praw i bogów, zasad i świętości życia, świat obcych każe nam żyć niby bydło, i dla nich nic nie jest święte, nie są święte rzeki ani potoki, drzewa ani zwierzęta, ludzie to woły jakich należy zaprząc do jarzma, myślą jak awarowie których kiedyś tłukliśmy w obronie naszych braci mieszkających za górami. Jedynym ich prawdziwym bogiem jest posiadanie, pieniądz, złoty albo srebrny kruszec, i wytwory materialnego świata, a my wiemy że świat ze światła stworzony jest subtelny jak pajęczyna, jak lepidło pana Świetowida, ale to nauki dla wtajemniczonych, i o tym sza!

 

A więc powstał lud prawie cały za wyjątkiem mazowsza,.... czytałem z wypiekami rękopis,a wszystko jakbym widział na prawdę. Mistrz Wilk mówił: "własność i posiadanie jest rzeczą dobrą i słuszną, bo i jak żyć niczego nie posiadając, ale nie wyrasta ponad światy ducha, bo w największej chwili prawdy jaka do nas przychodzi porzucamy te wszystkie jakże cenne zabawki i błyskotki i przechodzimy na zupełnie tajemną dla większości i nieznaną, drugą stronę życia, nazywaną też przez przodków podszewką życia, a świat zbudowany jest z drobinek światła, jeśli kto k'ce złapać w garści światło i je tak utrzymać, jak głupiec jest. Przecież to nie trzeba wiedzy wieszcza mieć, żeby po słowach znaczenie rozpoznawać.... wieszczył natchniony Mistrz Wilk, a zgromadzenie słuchało go z zapartym tchem. Wśród zgromadzonych na tajemnym spotkaniu przeważały dzieci, ale i dużo było młodzieży jak i starszych. Oto rosła nowa linia wincędzu, nie tylko wojenna ale i magiczna. Rósł nowy tajemny przekaz. Mistrz zaczynał opowiadać o wielkiej bitwie o Stradów, i o jego zniszczeniach, oraz o tym jak części najbardziej odważnych wojowników i wieszczów udało się opuścić w nieznany sposób miasto i schronić w okolicznych miasteczkach i wioskach, podobnie jak zrobili to uciekinierzy z Chodlika i rozeszli po wsiach na obu brzegach Wisły, aby nikt nie wiedział kim są.

 

Odłożyłem rękopis, i zapaliłem papierosa.......powinienem jeszcze dziś zajrzeć do szkockich kornik, i pogrzebać, może dowiem się czegoś więcej o moim przodku żeglarzu Piotrze i jego żonie Jesobel, mam w planie przecież zobaczyć kamienne granitowe miasto i stary port a w nim....I tak naprawdę prezestwał mi sie podobać“ ten cały pamiętnik, miałem ochotę go spalić, tak jak stojące obok niego te wszystkie kopie i odpisy "Kodexów Tynieckich", "Kalendarzy Wislickich", Kronik Lechitów i Polaków", "Katakogów magiii", a wziąść to wszytko i wrzucić do pieca,.

Kto w ogóle napisał "Opowieści Wojennego Lasu" i ktoś też musiał z łaciny przetłumaczyć...bo kiedy to mniej więcej wiadomo, a akcja toczy się w czasach wielkiego powstania wolnościowego. I jeszcze mam na wyspy, po to aby szukać drugiej części....

 fragmenty powieści Cyberiusa "Wielkie puzle"

 

 

 

Podobne artykuły


29
komentarze: 9 | wyświetlenia: 11851
18
komentarze: 5 | wyświetlenia: 5313
74
komentarze: 18 | wyświetlenia: 64333
8
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1526
40
komentarze: 39 | wyświetlenia: 17586
38
komentarze: 31 | wyświetlenia: 3148
30
komentarze: 17 | wyświetlenia: 82473
30
komentarze: 35 | wyświetlenia: 8426
29
komentarze: 16 | wyświetlenia: 2260
29
komentarze: 37 | wyświetlenia: 2805
27
komentarze: 24 | wyświetlenia: 2498
25
komentarze: 30 | wyświetlenia: 4767
25
komentarze: 9 | wyświetlenia: 25424
24
komentarze: 26 | wyświetlenia: 3508
23
komentarze: 10 | wyświetlenia: 59565
 
Autor
Dodał do zasobów: Alik Rocki
Artykuł

Powiązane tematy





Fajnie się czyta.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska