Login lub e-mail Hasło   

Anielskie Obłąkanie

A co jeśli dusza zmęczy się wcześniej niż ciało? Opowiadanie.
Wyświetlenia: 2.379 Zamieszczono 14/06/2009

Jackowi.

 

(...)bo to wszystko wygląda, że snem jest tylko, koszmarem
bo to wszystko wygląda, że nieprawdą jest
bo to wszystko wygląda, że absurdem jest
bo wszystko tu niszczeje, gnije i nie masz tu nic trwałego
poza tęsknotą za trwałością
bo już nie jestem z tego świata i może nigdy z niego nie byłem
bo wygląda, że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku
bo już nie potrafię kochać ziemską miłością
bo noli me tangere
bo jestem bardzo zmęczony, nieopisanie wycieńczony
bo już wycierpiałem
bo już zostałem, choć to się działo w obłędzie, najdosłowniej
i najcieleśniej ukrzyżowany i jakże bardzo
i realnie mnie to bolało
bo chciałem zbawić od wszelkiego złego ludzi wszystkich
i świat cały i jeżeli się tak nie stało, to winy mojej w tym
nie umiem znaleźć
bo wygląda, że już nic tu po mnie (...)
*fragment „Listu do Pozostałych” Edwarda Stachury



Usiadła w kącie pokoju skąpanego w ciemności. Nikłe światło latarni wpadało majestatycznie przez okno, ledwo co oświetlając wysoki stół, przy którym rodzina Anny codziennie jadała obiad. Przywołała w pamięci twarze członków rodziny. Mamy, taty i siostry. Jeszcze bardziej przycisnęła kolana do piersi. Po chwili poczuła, że zaczyna się kiwać do przodu, i w tył. Do przodu i w tył. Do przodu i w tył, nie zważając na to, że dłonie, którymi objęła kolana, kaleczą się wzajemnie paznokciami. Do krwi.
Nie czuła bólu. Urywki rozmów, jakie cały czas słyszała unosiły ją gdzieś daleko, powodując, że zupełnie straciła cielesność i zaczęła się unosić po nieznanych jej okolicach. W zdematerializowane płuca łapczywie łapała powietrze, a dłońmi machała agresywnie udając ruch skrzydeł ptaków. Wszak teraz czuła się wolna. Wolniejsza od ptaków fruwających po niebie, wolniejsza od koników polnych skaczących po łące, wolniejsza od tych liści, które teraz pomiatane przez wiatr przelatywały z każdym podmuchem z jednej strony ulicy na drugą. Była wolna – przez te kilka godzin kiedy zostawała sama w domu.
W głowie miała pustkę, a w ustach smak żelków o zielonym kolorze, na których paczuszkę codziennie czekała z utęsknieniem.
- ...Czy nie sądzisz, że lepiej byłoby odejść?...- usłyszała cichy głos o zielonej barwie.
- ...Powinieneś powiedzieć inaczej... łatwiej byłoby odejść...
- ...To miało być pytanie...- wzburzył się zielony głos i powoli zmienił barwę na czarną.
- ...A to była odpowiedź...
Rozmowa się urwała, lecz głowę Anny szybko wypełniła kolejna. Kobieta zeszła na ziemię i z powrotem znalazła się w ciemnym pokoju jadalnianym, który służył zawsze jako pokój do rozrywki i spożywania posiłków. Noga zaczęła jej energicznie drgać, a gałki oczne powędrowały ku górze. Zawsze tak miała, kiedy przemawiał głos zielony. Zawsze miał w sobie to coś... to coś zielonego. Był inny od tych wszystkich szaro-czarnych postaci, które przewijały się przez jej życie.
Przez przypadek przygryzła sobie dolną wargę do krwi. Jakiś głosik zaczął jej coś śpiewać do ucha. Jakaś kołysanka, albo opowieść o szczęśliwym śnie. Wiecznym śnie? Dla niej to było to samo. Marzyła o szczęśliwym śnie – czyli odejściu.
Żaden jej sen nie był szczęśliwy. Od wtedy, kiedy skończyła 15 lat – czyli od czasu, kiedy ostatni raz pokazał jej się anioł. Do dziś czuła tą białą szatę i świeże muśnięcie błyszczących jak śnieg skrzydeł, w których znajdowała tak długo ukojenie. Teraz wszystko odeszło, przez pięć lat musiała iść przez swoje paranoje bez pomocnego skrzydła.
Przestała się kiwać.
I w przód i w tył. Teraz położyła się na zimnym, pachnącym pastą podłogową parkiecie. Dziwne skręcanie w żołądku. Porównywalne do tych słodkich motyli właściwych dla stanu zakochania. Lecz całkowicie inne. Powodujące nie szczęście, ale odruchy wymiotne. Zrobiła orła na śniegu, wśród śmierdzącej pasty. Machała rękami i nogami z całych sił, żeby ją zetrzeć.
Nie wyszło. Wstała i otworzyła okno, bo poczuła się jak w klatce. Lodowate powietrze wypełniło pomieszczenie. Zdjęła bluzkę i rozpuściła włosy. Stanęła przed lustrem wiszącym na wschodniej ścianie pokoju jadalnianego. Czarne oczy przenikały równie czarne spojrzenie półnagiej kobiety po drugiej stronie lustra.
- Kim jesteś? - szepnęła cicho tłumiąc szczękanie zębów. Kilka liści wpadło do pokoju – do tej pory wolnych, a teraz uwięzionych.
Postać za lustrem bezczelnie powtórzyła jej pytanie.
- Nie chcesz odpowiadać!? - wyrzuciła z gniewem. Nienawiść spływała z ust i rozpalała wzrok.
- ...nie chcesz odpowiadać?... - zadrwiła Kobieta.
W oczach Anny zapaliły się płomienie złości. W oczach Anny z przeciwnej strony lustra tak samo. Prawdziwa Anna krzyknęła i chwyciła wazon z kwiatami stojący na stojaku na wina. Druga Anna zrobiła to samo, powodując przerażenie drugiej.
- Chcesz mnie zabić?
- ...chcesz mnie zabić?...
Prawdziwa Anna przełamała się i rzuciła z całą mocą chińskim wazonem w lustro. Woda i szkło rozbryzgały się po pokoju. Przysięgłaby, że ta druga Anna przed Śmiercią uśmiechnęła się tryumfalnie. Ciekawe czemu?
Dobrze chociaż, że nic nie zaśpiewała. Anna nie lubiła muzyki z jej świata. Z tego drugiego też – żadnej muzyki nie lubiła. Może z wyjątkiem Anielskiej Muzyki, którą śpiewał jej Anioł przed snem. Mimo tego, że znała cały tekst kołysanki na pamięć, nie potrafiła jej zaśpiewać, gdyż zdawało się, że jest w zupełnie innym języku.
Pogładziła się po alabastrowym ramieniu. Była taka blada – prawie tak jak Anioł.
Podeszła ponownie do okna, które już zdążyło się otworzyć na oścież. Na Alabastrze pojawiła się gęsia skórka, a sama Anna poczuła, jakby temperatura jej ciała spadła o kilkanaście stopni. Ale czy to źle? Zawsze miała o wiele za wysoką.
Pozbierała wszystkie liście, a potem z kolejnym podmuchem wiatru wypuściła je na wolność. Była szczęśliwa, bo cudownie jest dawać wolność... tylko dlaczego nikt jej tej wolności nie chciał dać. Chwilę spacerowała po pokoju zatrzymując wzrok na każdej fotografii wiszącej na ścianie. Widziała zdjęcie ślubne rodziców i setki pojedynczych fotografii z czasów ich małżeństwa. Była malutka Kornelia, a nawet malutka Anna. Były nawet te zdjęcia, które kilka lat temu kazała schować i poniszczyć. Etap Marcina uważała za zamknięty. Nie widziała go od pięciu lat. Żadnych swoich znajomych nie widziała od pięciu lat... od czasu, kiedy Jej Anioł wybrał inną drogę.
Marcina już właściwie nie pamiętała. Wiedziała tylko, że był wysoki, miał bliznę na brzuchu i uwielbiał jak się go gryzło w ucho. Ona nigdy tego nie zrobiła. Może dlatego odszedł Anioł?
Pamiętała również, że zawsze pachniał charakterystyczną dla niego wodą kolońską i lawendą. Pewnie od tych okrągłych przedmiotów odganiających mole.
Zatrzymała się przy gorącym piecu kaflowym. Przytuliła do niego swoje nagie ciało i nareszcie poczuła ciepło. Twarde kafle przy skórze i płomienie buchające w jego wnętrzu. Znów odpłynęła.
- ...Czy nie sądzisz, że łatwiej byłoby zostawić to wszystko i pójść do kostnicy?...
- ...Nie, myślę, że wolałbym pójść w ogień... tak jak ona....
- Ja? - szepnęła w ciemność Anna i przylgnęła mocniej do pieca. Czuła jak wrzące kafle wypalają jej skórę. To czuła! Ale chciała wiedzieć.
- ...Tak...
Niemalże mistyczność wypełniła pomieszczenie i pomieszała się z szaleństwem, które do tej pory wypełniało pokój jadalniany.
- Ja nie idę w ogień!- krzyknęła w ciszę.
Drewno w piecu zaczęło strzelać, na tyle głośno że Anna energicznie od niego odskoczyła. Jak w amoku podbiegła do okna i zaczęła wdychać mroźne, listopadowe powietrze. Coś zaczęło ją kłóć w płucach.
Oparła się łokciami o parapet okienny. Spojrzała na zewnątrz. Bogaty dom, z którego parteru wygląda naga dziewczyna – przykuło to uwagę przechodniów. Dyskretnie patrzyli w stronę domu niby to rozglądając się od niechcenia.
Znów kilka liści wpadło do pokoju. Szybko je jednak wypuściła za okno.
Zaczęła kaszleć.
Wśród niezidentyfikowanych szeptów i krzyków wypluwała płuca. Nie zamknęła jednak okna.
Znów ktoś zaczął coś do niej mówić.
Zadzwonił telefon. Rozważała nad tym, czy pójść odebrać, czy słuchać głosów. Po chłodnej kalkulacji wybrała telefon. Może to Anioł?
- Halo...- jednak nie Anioł. Z słuchawki zabrzmiał męski, szorstki głos.
- Haloha!- zakrzyknęła. Chwila milczenia w słuchawce.
- Czy dodzwoniłem się do mieszkania państwa Niepołomskich?
- Człowiek Człowiekowi wilkiem! Człowiek Człowiekowi strykiem!
- Słucham? Czy mieszkają tu państwo Niepołomscy?- powiedział przerażony. Pewnie pomyślał, że to jakaś stuknięta pomoc domowa, sekretarka, albo po prostu pomyłka. A tu córka. Jedna z dwóch. Ta, która w zamknięciu żyje od pięciu lat.
- Lecz ty się nie daj zgnębić! Lecz ty się nie daj spętlić! - Anna warknęła do słuchawki.
- Do widzenia - podniosłym głosem oznajmił mężczyzna, a potem już słychać było trzask słuchawki i głuchy sygnał. Po prostu chciała być miła.
- Człowiek człowiekowi szpadą! Człowiek człowiekowi zdradą!
Lecz ty się nie daj zgładzić! Lecz ty się nie daj zdradzić!- dokończyła nadal trzymając słuchawkę w dłoni. „Dziwnie ludzie reagują na poezję” – pomyślała i położyła się na stole. Na lnianym obrusie z delikatnymi niebieskimi kwiatami na brzegach.
Następnie usłyszała szczęknięcie zamka i drzwi.
Zupełnie jak trzask topora kata, który spada na szyję ofiary.
Udała że śpi.
Chwila pachnącej ciszy. Głosy dziwnych istot ucichły.
Po chwili do pokoju wszedł ojciec Anny z pękiem kluczy w dłoni.
- Jak ona się wydostała!? - krzyknął nie zważając na to, że Anna śpi.
Po chwili do pokoju jadalnianego przybiegła żona pana Niepołomskiego i odruchowo przyłożyła dłoń do ust.
- Ja, ja... - zaczęła się jąkać. –Ja nie wiedziałam, że ona wyjdzie! Zawsze siedziała u siebie w kąciku i nigdzie się nie ruszała. Ja nie... nie rozumiem...
- Spójrz co zrobiła? - pan domu wskazał na stłuczony wazon z chińskiej porcelany i zbite lustro. Potem na otwarte okno, i w końcu na córkę leżącą na stole.
Matka podeszła do niej zakładając na twarz najsurowszą maskę, ale kiedy zobaczyła jej czarne oczy pełne niesamowitej ciekawości i uwielbienia spasowała.
- Córciu, dlaczego? - szturchnęła ją w ramię. Dziewczyna wstała. - Okryj się! - matka podała jej rzucony na podłogę sweter.
Anna zeszła ze stołu i spojrzała na Ojca. Uśmiechnęła się szeroko.
- Aniu, dlaczego wyszłaś ze swojego pokoju? - zaczęła pani Niepołomska, a jej mąż stał obok pieca i patrzył tępo na obie kobiety.
- Mamoooo, liście! - Anna rzuciła się pod okno i zaczęła zbierać leżące na wypastowanej podłodze żółte, bądź pożółkłe liście. - Patrzcie! Już są wolne! Też bym chciała być taka wolna! Głosy mi czasem to obiecują... ale ja już im nie wierzę! One umieją tylko kłamać! - wyrzuciła je przez okno wywołując pobłażliwe spojrzenie dwóch par oczu.
- Dość - krzyknął pan Niepołomski.
Anna podeszła do niego i zaczęła się w niego wpatrywać swoimi niesamowitymi, czarnymi jak smoła oczami.
- Człowiek człowiekowi pumą! Człowiek człowiekowi dżumą! Lecz ty się nie daj pumie! Lecz ty się nie daj dżumie! - wyrecytowała mu prosto w twarz.
- Nie pogrywaj! Niszczysz mi reputację!
Anna przekręciła głowę i spojrzała na piec. Podbiegła do niego szybko. Przylgnęła do starego kaflowego pieca całym ciałem.
- Reputacja! Nieważna! Spójrz jak tu ciepło!
- Marek zrób coś! - krzyknęła mama Anny.
- Ale co!?
- Nie wiem... dzwonię po doktora Mittschilmana! Dziś na niego kolej! - pan Niepołomski pokiwał głową, a ona poszła w stronę telefonu.
Na zewnątrz było już ciemno, a z pełnego domu wiało samotnością. Anna na pewno wolała być sama... mogła już zostać w swoim pokoju i nie otwierać drzwi, bo za nim czaił się dziwny świat. Telefon, dziwna, niewychowana pani z lustra, źli rodzice... za to był ciepły piec i lodowate powietrze. U niej w pokoju nie można było otworzyć okna. Było zabite gwoździami.
- Anna! Idź do swojego pokoju! - krzyknął zdenerwowany. Aż mu żyła wyszła na czole.
Dziewczyna mu pokazała język. Tego było już zbyt wiele. Postanowił siłą ją zaprowadzić do jej pokoju. Jej azylu. Jej świata - jak dotąd niezbadanego przez żadnego wysoko opłacanego psychiatrę.
- Nie dotykaj mnie! - krzyknęła Anna i odskoczyła od pieca. Usiadła w kącie i znów zaczęła się kiwać. I w przód i w tył. I w przód i w tył.
- Dość! Idziesz! - ojciec pociągnął ją w górę za przeguby. Nie dość, że ręce miała podrapane do krwi to jeszcze ojciec rozdrapuje rany swoim mocnym uściskiem.
Zaparła się. Nie chciała wstać.
Podniósł ją siłą. Uderzył raz. I drugi.
W twarz i potem w brzuch.
- Marek! Na miłość boską! Co ty wyrabiasz!? - przybiegła Emilia Niepołomska i próbując odciągnąć męża krzyczała, żeby przestał ją bić.
Lecz ten rozdawał ciosy jak oszalały. Dawał upust swojej złości i miłości, która nagromadziła się przez te pięć lat. Dostała znów w twarz - z nosa sączyła jej się krew i chyba powoli zaczęła tracić przytomność. Jej oczy były takie nieobecne...
- Tatusiu... kocham cię, wiesz? - szepnęła cicho ocierając spływającą po wardze krew. Przestał bić. - Dziękuję, że jesteś.
Nikt nie rozumiał co się dzieje. Dziwne zachowanie - nawet jak na wariatkę! Marek Niepołomski spojrzał w oczy swojej żony. Prawie identycznych jak oczy córki.
Anna skorzystała z okazji. Zerwała się do ucieczki i nim rodzice wyszli z szoku wybiegała już na podwórze. Biegła przed siebie, na oślep wycierając o zielony sweter ręce mokre od krwi.
Znów czuła motyle w brzuchu.
Czuła się wolna - jak te liście, którym dziś rozdawała ten dar.
Zmęczyła się kiedy dobiegła na jakąś okropnie zatłoczoną ulicę.
Usiadła na szarych, brudnych płytkach, na środku chodnika. Wszyscy omijali ją szerokim łukiem obdarzając dziwnymi pół-uśmieszkami.
- Kocham cię tato... - powtarzała jak formułkę modlitwy.
- ...Czy aby na pewno? - zabrzmiały głosy. Więc to nie byli mieszkańcy jej domu! To byli mieszkańcy jej głowy! Nie przypuszczała, że kiedy wybiegnie ze swojego więzienia nadal z nią będą.

***

To piękne. Przyjaciele. Prawdziwi, którzy nigdy mnie nie opuszczą! Aż do śmierci!
Nagle poczułam chłód.
Słodki chłód przejmujący całe ciało.
Uczucie jakiego dawno nie doznałam.
Odwróciłam głowę i coś zapachniało niewinną świeżością. Zmrużyłam oczy i wdychałam tą błogą woń. Wrócił. Po pięciu latach samotności.
Bez słowa wtuliłam się w miękkie jak chmura pióra i wciągałam do płuc świeżość Anioła.
- Człowiek człowiekowi łomem! Człowiek człowiekowi gromem! - powiedział delikatnie głosem tak pięknym i melodyjnym, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam.
- Lecz ja się nie dam zgłuszyć! Lecz ja się nie dam skruszyć! - spojrzałam mu prosto w niebieskie jak niebo oczy.
- Człowiek człowiekowi bliźnim! Z bliźnim możesz się zabliźnić!
- Nie chcę. Nie mogę. Nie umiem.

„bo nawet obłęd nie został mi zaoszczędzony
bo wszystko mnie boli straszliwie
[ tu tekst nieczytelny]
bo duszę się w tej klatce
bo samotna jest dusza moja aż do śmierci
bo kończy się w porę ostatni papier i już tylko krok i niech
Żyje Życie
bo stanąłem na początku, bo pociągnął mnie Ojciec i stanę na
końcu i nie skosztuję śmierci.”
*fragment „Listu do Pozostałych” Edwarda Stachury


KONIEC
2004, Kraków.


*w dialogach wykorzystane fragmenty wiersza „Człowiek człowiekowi, czyli dziesięć wskazań i dziesięć przeciwwskazań dla ciebie, sierota nieboża, Zygmusiu K” Edwarda Stachury.

Podobne artykuły


14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 765
14
komentarze: 11 | wyświetlenia: 817
13
komentarze: 0 | wyświetlenia: 829
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1211
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 657
12
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1287
12
komentarze: 18 | wyświetlenia: 1351
12
komentarze: 12 | wyświetlenia: 582
11
komentarze: 3 | wyświetlenia: 737
11
komentarze: 0 | wyświetlenia: 624
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 637
11
komentarze: 0 | wyświetlenia: 880
11
komentarze: 0 | wyświetlenia: 389
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 506
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 287
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Czytałem podobne opowiadania we Wróżce, ale to jest odlotowe.

Tak, interesujące opowiadanko. Przyjemnie się czytało.

Formatowanie radzę poprawić, akapity etc... żeby się lepiej czytało!



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska