Login lub e-mail Hasło   

Samotność, a.. depresja

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://antoninakostrzewa.blogspot.com/20(...)ja.html
Ponieważ niektórych smutek dopada częściej niż innych..
Wyświetlenia: 5.451 Zamieszczono 08/08/2009
Samotność, a.. depresja
Nikt nie zrozumie, dlaczego samotność stała się synonimem depresji, dopóki jej nie zazna. Nie mówię tu o samotności po rozstaniu z kimś, tylko o tej długotrwałej. Bez przyjaciół i bez wiary w zmianę swojego położenia. Takiej, kiedy każdy wieczór sprawia, że dostrzegamy to, że znów jesteśmy sami i pogrążamy się w monotonności lenistwa. Takiej, w której ciężko nam się uśmiechać i cieszyć ze szczęścia innych i rozmyślać pozytywnie o naszej przyszłości. Tej najprawdziwszej samotności, gdy nie chcemy, by jutro wygrać na loterii i znaleźć miłość swego życia, tylko by jutro nigdy nie nastąpiło. Dopiero wtedy zrozumiemy, dlaczego nawet najbardziej nieznacząca rzecz może wywołać zaszklenie się oczu, a żart milczenie. Dlaczego w zwykły dzień nieśmiali płaczą do poduszki wspominając minione porażki rozmyślając o swoim bycie i kiepskiej przyszłości?
Po tym krótkim wstępie możemy przejść do konkretów. Teraz łatwiej będzie zrozumieć wcześniejsze artykuły o uzależnieniach. Zazwyczaj większość rzeczy, które tutaj opisuję, dzieje się wieczorami i w weekendy, ale często depresja potrafi dobić w najmniej oczekiwanych momentach. Chociażby w pracy. Nie ma na to reguły. Możemy być w tłumie znajomych i musieć ratować się ucieczką, by nikt nie widział naszych łez, bo wewnątrz i tak zawsze jesteśmy sami.

Spróbujmy zajrzeć do głowy samotników i zobaczyć, o czym myślą.
Leżąc wieczorem w łóżku marzą by coś się wydarzyło w ich kiepskim życiu i raczej nie są to pozytywne rzeczy. Czy myślą o wielkich wygranych czy spadku od krewnych? Czasem tak. Mają jednak na tyle pesymistyczne podejście do życia, że nie dopuszczają do siebie takich myśli. O miłości? A jakże. Każdy z nas myśli, że spotka miłość swego życia. Ot tak, po prostu. Nieśmiali wyobrażają sobie jeszcze, że udaje im się pokonać swój strach i sami zaczynają rozmowę z nową osobą. Później następuje namiętny pocałunek i lądują razem w łóżku. Wiedzą jednak, że nigdy to nie nastąpi i wolą myśleć o mrożących krew w żyłach wydarzeniach. Od wypadków samochodowych, przez potrącenia, aż do katastrof kolejowych czy lotniczych.

Chcieliby w ten sposób zmienić swoje życie. Przeżyć i docenić zarazem to, że jeszcze żyją. Czas cierpienia spędzony w szpitalu byłby dla nich nowym doświadczeniem i czymś innym niż dotychczasowe, monotonne życie. Wypadek byłby szansą na zmianę chociażby pracy. Myśląc o takich rzeczach mogliby nawet doznać stałego uszczerbku na zdrowiu sądząc, że życie na wózku otworzyłoby przed nimi nowy świat. I to nie świat litości, ale świat możliwości, w którym ludzie ci się spotykają, uprawiają wspólnie sporty, działają społecznie czy politycznie. Robią to, czego oni nie mogą robić w swoich normalnych życiach i myślą, że jako niepełnosprawnym byłoby im łatwiej. Dlatego wsiadając do metra, jeżdżąc windą, zatrzymując się w korkach na moście czy czekając na odprawę na lotnisku myślą, co mogłoby się stać i jak oni musieliby się zachować, by przeżyć w razie katastrofy. Nie chcą umierać, nie w ten sposób. Chcieliby mieć tylko swoją szansę bycie w centrum uwagi. Nie medialnie, ale wśród rodziny i przyjaciół. By przez chwilę zainteresowali się ich losem wiedząc, że to, co się stało nie było przez nich zamierzone. Nie mogli tego przewidzieć, dlatego nie można ich obwiniać. Trzeba im pomóc przetrwać te chwile. I nawet znajomi z pracy ich odwiedzą, a szef nie będzie się złościł, a nawet zagwarantuje, że ich miejsce pracy będzie na nich czekać. Odmiana życia na lepsze poprzez wypadek. Takie jest wyobrażenie, ale to tylko wyobrażenie.
Nie uwidaczniają swoich uczuć, zawsze są za skorupą. Tłumią w sobie wszystkie krzywdy i porażki. Wszelkie oszczerstwa czy nabijanie się z nich spływa po nich, jak po kaczkach. Zachowują się obojętnie, nawet nie obracają tego w żart. Zbierają to wszystko w sobie do czasu, aż pęknie ta niewidzialna granica odporności na stres i niepowodzenia. Kiedy nie mogą już ukrywać się za swoją maską.
Wtedy wpadają w totalną depresję, a z doła nie wyciągają ich znajomi, do których się nie zwrócą o pomoc. Znajomi i tak często nie wiedzą, co się z nimi dzieje i co robią wieczorami czy w wolne dni. Dlatego wolą uciec w świat niespełnionych marzeń i świat „co by było gdyby” do którego dostają się w zaciszu swojego łóżka wszelkimi legalnymi i nie – środkami. Wylane łzy i krzyki rozpaczy uspokajają organizm do następnego ataku bezradności i niepotrzebności. Codzienne pytanie „Po co ja żyję?” zamieniają na „Było by lepiej gdybym się nigdy nie urodził/-a...”.
Ile to już dni z rzędu już płaczą do poduszki oglądając smutne filmy, by tylko pogłębić swoją rozpacz? Po prostu już czują, że wewnątrz nich się gotuje i jeśli za chwilę nie zaczną się użalać nad sobą, to może być źle. Dlatego potrafią zawczasu wprawić się w depresyjny nastrój, byleby tylko sobie pomóc i nie zacząć myśleć o śmierci. O swojej śmierci. Nie o przyczynie czy wieku, tylko najbardziej zastanawia ich, ile osób przyjdzie na ich pogrzeb i co się zmieni, gdy ich nie będzie. Często myślą też o świecie, gdyby się w ogóle nie urodzili i zazwyczaj znajdują w nim więcej zalet niż wad. Wszelkie myśli doprowadzają ich do wielkiego doła. Do takiego, z którego ciężko się już wychodzi. Takiego, w którym zaczyna się rozmyślać o samobójstwie. Wiedzą, że nigdy nie uda im się tego zrobić i zawsze kończy się tylko na próbach. Próby te są nie tyle chęcią sprawdzenia, czy sobie poradzą, co wołaniem o pomoc do swojej rodziny czy przyjaciół. Są metodą na zwrócenie uwagi, by ktoś w końcu dostrzegł, że oni nie mogą już tak żyć dalej i nie radzą sobie ze swoimi problemami zanim będzie za późno.
Skutkuje, ale tylko na chwilę. Następnym razem zastanawiają się, by nie psuć przyjaciołom dnia i kazać im użerać się ze sobą. Nie mogą zrozumieć, by ktoś ich odwiedził czy zadzwonił tak bezinteresownie, w końcu wszyscy mają swoje życie, a oni ciągle są sami.
Codzienne radzenie sobie ze stresem i niepowodzeniami nauczyło samotnych, że należy żyć w określonym przedziale depresji nie pozwalając jej przekroczyć pewnej granicy. Tej granicy po której ciężko już się podnieść. Gdy zbliżymy się do niej za blisko należy samej/-emu wywołać jej objawy pogrążając się w smutku przez tych kilka chwil. To taki sposób na życie, a raczej na to, co z niego pozostało.

Zapraszam do komentowania.

Odwiedż stronę : www.antoninakostrzewa.blogspot.com znajdziesz na niej więcej artykułów o osobach samotnych.

Podobne artykuły


103
komentarze: 89 | wyświetlenia: 16250
34
komentarze: 26 | wyświetlenia: 7263
53
komentarze: 20 | wyświetlenia: 8972
49
komentarze: 8 | wyświetlenia: 8445
43
komentarze: 9 | wyświetlenia: 22543
38
komentarze: 17 | wyświetlenia: 5093
38
komentarze: 4 | wyświetlenia: 6002
37
komentarze: 47 | wyświetlenia: 8146
31
komentarze: 8 | wyświetlenia: 2209
30
komentarze: 21 | wyświetlenia: 7882
28
komentarze: 8 | wyświetlenia: 3515
27
komentarze: 22 | wyświetlenia: 2921
25
komentarze: 10 | wyświetlenia: 28577
24
komentarze: 37 | wyświetlenia: 2476
 
Autor
Artykuł



Często miewam takie stany,ale nigdy nie myślę o śmierci i o tym co poniej nastąpi.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska