Login lub e-mail Hasło   

"I nie wyjdzie z tego żywy nikt" (wspomnienia bramkarza z klubu nocnego w So...

Fragmenty mojej książki, Początek i rozdział 6 "Nie ma litości w Black Star"
Wyświetlenia: 1.776 Zamieszczono 12/10/2009

 "I nie wyjdzie z tego żywy nikt" początek


  – Przecież ci, kurwa, mówiłem, żebyś założył tę cholerną kamizelkę! – krzyczał ze złością do mnie Bart, jednocześnie trzymając moją głowę na swoich kolanach.
Rozejrzał się i dostrzegł Dave’a bezradnie stojącego opodal.
  – Zrób coś, do diabła! – wydarł się na niego z bezsilnej wściekłości. – Wezwałeś karetkę?! On wykrwawia się na śmierć! Gdzie ta pieprzona karetka?! Jak naprawdę są potrzebni, to nigdy nie ma tych sukinsynów!
Zaczął siąpić deszcz i wilgoć powoli przenikała przez moje ubranie, ale jakoś niespecjalnie mnie to obchodziło. Właściwie to nie wiedziałem, co dokładnie czuję, bo leżałem na ziemi i nie docierało do mnie prawie nic, prócz rozrywającego mnie na kawałki, silnego bólu.
  Podobno umierającemu człowiekowi w ciągu paru sekund przebiega całe życie przed oczami. Do niedawna wierzyłem w takie bzdety, ale teraz miałem okazję przekonać się, że to gówno prawda. Ja akurat raz za razem widziałem wykrzywioną nienawiścią twarz kolesia mierzącego do mnie ze spluwy, zaciskający się palec na spuście, wielki jak tunel kolejowy wylot lufy i ogień wydobywający się z niej po wystrzale. Wciąż czułem kulę, która z wielką siłą wbijała się w moją klatkę piersiową. Życie gwałtownie uciekało z mojego pokiereszowanego ciała, a ja nie miałem na to wpływu i mogłem tylko biernie czekać na śmierć. Wcześniej wiele razy myślałem o tym, co się wtedy czuje, kiedy człowiek jest postrzelony i czy to boli. Możecie uwierzyć na słowo, że boli jak cholera i od tamtego momentu nikt mi nie wmówi, że w szoku nic się nie czuje. Te głodne kawałki można między bajki włożyć.
  Prawdopodobnie nie trwało to więcej niż kilka minut, ale ja miałem wrażenie, jakby czas rozciągnął się i całość była jak długi, koszmarny film. Jak przez mgłę widziałem nad sobą twarze znajomych i nieznajomych postaci przyglądających mi się z troską. Ostatnią rzecz którą pamiętam, to drążące mój mózg pytanie: Dlaczego? Dla tamtego kolesia, patrzącego na mnie z nienawiścią, byłem po prostu pieprzonym białasem, którego życie nie miało żadnej wartości, bo jaką wartość ma życie bramkarza? Tyle co tych cholernych kilka funtów na godzinę, czyli funta kłaków warte.
  Wreszcie na końcu, kiedy już zacząłem tracić przytomność, usłyszałem zawodzenie syreny i po chwili ujrzałem człowieka w zielonej koszulce z napisem „Paramedic”. Zrobiło mi się ciepło i powoli odpłynąłem w ciemność.

R O Z D Z I A Ł V I

N I E  M A  L I T O Ś C I
W  B L A C K S T A R

  Tydzień później w piątek nieoczekiwanie zadzwonił do mnie Shane.
  – Cześć Polak, wszystko u ciebie OK? – zapytał przyjaźnie, ale ja poczułem się niepewnie, bo tak bez powodu nie dzwoniłby.
W ciągu sekundy przyszło mi do głowy kilkadziesiąt możliwych wariantów.
  – Tak Shane, a co u ciebie? – mówiłem dość niepewnym głosem.
  – Niestety musiałem do ciebie zadzwonić – zaczął, a ja momentalnie spociłem się. – Muszę anulować twoją karę.
Co on powiedział? Przez ułamek sekundy myślałem, że nie rozumiem angielskiego.
  – Jak to? – zapytałem niezmiernie zdumiony.
  – Szykuje się poważna, duża impreza, więc potrzebna mi będzie każda para rąk – przyznał otwarcie. – W przyszły piątek.
  – Co to, nagle wszyscy w klubie poumierali? – zażartowałem.
  – No nie wiem, nie wiem – powiedział z trudem powstrzymując śmiech.
  – Właściwie to już coś miałem zaplanowane na następny piątek – skłamałem, by zobaczyć jego reakcję.
  – Nawet mnie nie wkurzaj Polaku – roześmiał się do słuchawki.
  – No dobra, załatwione – powiedziałem ugodowo.
  – Spadaj – stwierdził tonem zaczepki. – I jeszcze jedno: masz kamizelkę kuloodporną?
  – Co mam?! Nie – nie byłem w stanie nic więcej powiedzieć, tak zaskoczyło mnie to pytanie.
  – No dobra, coś wykombinuję, aaa! Powiedz też Bartowi o tym – dodał i zakończył rozmowę.
Kamizelki kuloodporne?! Ale jazda! [...]
  Nadszedł piątek, kiedy w końcu musiałem zmierzyć się z pytaniem: czy dzisiaj moje życie dobiegnie końca? Przez kilka dni męczyło mnie to pytanie. Z opowieści słyszałem, że w Londynie zastrzelono kilku bramkarzy. Parę razy też w naszym klubie doszło do strzelaniny, w której ucierpieli ochroniarze. Jakie to jest uczucie dostać kulkę? Czy to bardzo boli? A może to właśnie dziś jest mi pisana śmierć? A co z moimi bliskimi? Będą załamani, szczególnie matka. Tego typu myśli towarzyszyły mi non stop i nie mogłem się od nich opędzić.
  Po przyjściu do klubu zauważyłem, że barierki na zewnątrz poustawiane były dużo solidniej niż zwykle. Dodatkowa ich ilość wzmacniała dotychczasowy układ bardzo masywną konstrukcją. Barierek było chyba ze sto, tworząc tym samym niemal labirynt, który musieli pokonać klienci w drodze do wejścia. Dodatkowo w tym labiryncie mogły najwyżej iść dwie osoby obok siebie, aby napierającemu tłumowi utrudnić dostęp do wejścia.
  Na odprawie przed otwarciem klubu naliczyłem pięćdziesiąt osób, czyli więcej niż zwykle. Naprawdę coś szykowało się, bo w większości byli to bardzo rośli, czarnoskórzy faceci. Zauważyłem też u niektórych z nich strach na twarzach, a to już nie żarty, skoro czarni, doświadczeni bramkarze bali się imprezy z udziałem gości tej samej rasy. Impreza nosiła nazwę „Cosanostra” i mieli w niej uczestniczyć wszyscy czarni gangsterzy z Londynu i okolic. Pozerstwo urządziło sobie zabawę i wszystko miało kręcić się wokół udowadniania jeden przez drugiego, kto jest większym gangsterem, kto ma większe wpływy i więcej kasy. Miał to być „czarny piątek”, tyle że na większą skalę i groźniejszy.
  Promotorem tej imprezy był Greg, szczupły Mulat z dredami, o miłym sposobie bycia. Parę lat później zabito go przed jednym z klubów w Soho, w jego własnym samochodzie. Dostał dwie kule w mózg, który rozprysnął się po całym wozie. Oczywiście to pieprzeni gangsterzy, którym niejednokrotnie urządzał imprezy, załatwili go.
  Wszystko zaczęło się koło dwudziestej, kiedy pierwsi gangsterzy zaczęli przychodzić. Ubrani w najlepsze ciuchy, obwieszeni złotem i biżuterią do tego stopnia, że cały ten towar razem wzięty mógł kosztować setki tysięcy funtów. Każdy koleżka nastawiony był wrogo i przyglądał się nam spode łba, jakbyśmy byli jakąś gorszą kastą. Mimo wszystko to było żałosne widowisko i chciało mi się z nich śmiać. Mieli kasę, ale wyglądali na tanich szpanerów czy alfonsów ulicznych dziwek.
  W barze niemal natychmiast zrobiła się wielka kolejka do stanowiska sprzedaży szampanów, z których butelka kosztowała od stu do trzystu funtów za sztukę. Ale to była gangsterka, więc kupowali po dwie, trzy butelki na raz. Wnętrze wypełniło się po brzegi i trudno było przemieszczać się pomiędzy salami.
  Już po godzinie ogłoszono czerwony kod w drugiej sali. Wpadłem tam po rozepchnięciu kilkunastu przypadkowych osób stojących mi na drodze. Panował tam chaos, w którym próbowało jakoś rozeznać się kilku naszych. Mieli przepychankę z kilkoma czarnymi w miejscu, gdzie na podłodze leżał jakiś koleś w kałuży krwi.
  – Weź tego! – krzyknął w moim kierunku doorman, którego nie znałem, i popychał zakrwawionego gościa do mnie.
Złapałem go za rękę i zacząłem ciągnąć do wyjścia. Ten jednak stawiał opór na tyle silny, że w tunelu udało mu się wyrwać mi z rąk.
  – Czego ode mnie chcesz człowieku?! Ja nic, kurwa, nie zrobiłem! – wykrzyczał wściekle, patrząc na mnie wrogo i zaczął kierować się w stronę pierwszej sali.
  – Nie wiem co zrobiłeś koleś, ale jesteś oskarżony o udział w bijatyce, a to czy zrobiłeś to czy nie, okaże się na zewnątrz. Tam pogada z tobą mój szef i zdecyduje, czy możesz wrócić do klubu – wyjaśniłem mu spokojnie.
  – Pierdol się dupku! – krzyknął i popchnął mnie tak silnie, że aż się zatoczyłem.
Teraz mnie porządnie wkurzył. „Chciałem po dobroci, ale widzę, że musisz zagrać rolę gangstera, więc inaczej to załatwię” pomyślałem. Po odzyskaniu równowagi podbiegłem do niego.
  – Ty skurwysynu! – ryknąłem na niego wściekle. – Wychodzisz na zewnątrz i nie wracasz tu!
Starałem się obezwładnić go wykręcając mu rękę do tyłu, ale był piekielnie silny, jak większość Murzynów, ze względu na lepszą muskulaturę niż u białych. Próbował wyrywać się z silnego uścisku, ale w końcu udało mi się też złapać jego drugą rękę, więc przy każdej próbie oswobodzenia mocniej zaciskałem uchwyt, a ból uświadamiał mu beznadziejność sytuacji.  
  – Obiecuję, że cię zabiję! – krzyczał tak, że aż popluł się. – Wiem gdzie pracujesz!
  – Pewnie że wiesz, pracuję tu co piątek i sobota wieczorem, zapraszam – powiedziałem i tak w miły sposób gawędząc dotarliśmy do wyjścia.
Tam inni bramkarze przejęli szarpiącego się kolesia.
  – Co z nim? – zapytał Rob.
  – Niech stąd wypieprza i nie wraca – odpowiedziałem ze złością.
  – Słyszałeś śmieciu?! Spierdalaj! – krzyknął zniecierpliwiony Rob, nie czekając na dalsze wyjaśnienia i popchnął go w stronę wyjścia
Murzyn próbował rzucić się na Roba, ale został powstrzymany przez niego silnym ciosem w splot słoneczny. Rob złapał zgiętego wpół z bólu napastnika za kołnierz i jak barana na rzeź zaciągnął do wyjścia, a tam bezceremonialnie wyrzucił go na zbity pysk, dając mu kopa na drogę. Nagle z tyłu usłyszałem głosy przepychających się kilku grup moich kolegów z awanturującymi się klientami. Paru z nich było prowadzonych przez bramkarzy, a za nimi i po bokach, coraz więcej gangsterów próbowało odbić zatrzymanych. Następna grupa doormanów, w ilości sześciu osób, razem ze mną podbiegła do miejsca kłótni, by wspomóc kolegów. Rozproszyliśmy się i zaczęliśmy odpychać skurwieli usiłujących przeszkadzać.
  – Macie dwa wyjścia! – wielkim głosem krzyknął jeden z wielkich czarnych bramkarzy, który górował wzrostem nad wszystkimi. – Albo zabieracie się z nimi i wychodzicie na zewnątrz, albo wracacie do klubu!
Jednocześnie stał z szeroko rozpostartymi ramionami, by oddzielić grupę zatrzymanych od pozostałych. W ten sposób tworzył żywą barierę. Jego przemowa wywarła na wszystkich wielkie wrażenie i tamci nagle skapitulowali. Ze spuszczonymi głowami, by nie musieć nikomu patrzeć w oczy, zaczęli opuszczać plac przed klubem i wracać do środka. Kiedy to ujrzałem pomyślałem, że warto tej samej metody użyć wobec innych gangsterów i okazała się skuteczna. Tym sposobem udało mi się wysłać do klubu osiem osób bez większych kłopotów. Paru bardziej krewkich wyrzuciliśmy przemocą za bramę. Kiedy już byli na zewnątrz, zaczęli głośno odgrażać się jednocześnie rzucając w naszym kierunku ordynarne obelgi i przekleństwa. Masywny, żywy mur złożony z piętnastu doormanów bronił drogi powrotnej. Raz po raz ktoś próbował przebić się, ale bezskutecznie. 
  Nagle rozległy się syreny karetek i dwóch wozów policyjnych, które zaczęły przedzierać się przez tłum czyhający pod bramą. Ludzie, chcąc nie chcąc, zaczęli ustępować, a paru uciekać w pośpiechu. Sanitariusze sprawnie wyskoczyli z karetki i pobiegli do klubu. Jakiś policjant zaczął przez megafon przywracać porządek.
  – Macie natychmiast się rozejść! Powtarzam: macie natychmiast się rozejść! – krzyczał.
Po interwencji policji wszystko zaczęło wracać do normy. Wokół barier nagle zapanował ład, więc wpuszczanie klientów do klubu poszło sprawniej.
  Po kilku minutach sanitariusze z klubu wywieźli rannego siedzącego na specjalnym wózku. Miał obandażowaną głowę i opatrunek na szyi. Pacjent był na wpół przytomny, bo choć poruszał głową i mówił coś niewyraźnie, to oczy miał zamknięte. 
  Kiedy karetka odjechała, po drugiej stronie ulicy zauważyłem kolesia, którego wcześniej wyrzuciłem z klubu. Rozmawiał przez telefon, jednocześnie gwałtownie gestykulując wolną ręką. Kiedy nasze spojrzenia zetknęły się, odsunął telefon od ucha i z zaciętą miną pokazał mi palcami symbol strzelenia w głowę. Przekaz był czytelny: już po tobie. Pokazałem mu środkowy palec i wróciłem do klubu, gdzie w najlepsze trwała zabawa, tak, jakby nie stało się nic. Stanąłem w pierwszej sali niedaleko baru i obserwowałem długi rząd klientów zamawiających drinki. Barmani uwijali się jak w ukropie bez wytchnienia, ale kolejka i tak posuwała się w ślimaczym tempie. Klienci nawzajem przekrzykiwali się, więc graniczyło niemal z cudem, że w tej kakofonii dźwięków barmani wyłapywali zamówienia i podawali to, co każdy chciał. Podziwiałem ich, bo nie wiedziałem, jak można w takich warunkach pracować. 
  Nagle jeden ze zniecierpliwionych klientów, wysoki Murzyn, wskoczył na betonowy blat, zeskoczył za bar i odepchnął barmankę. Pchnięcie było tak silne, że dziewczyna bezwładnie poleciała do tyłu i odbiła się od drzwiczek lodówki niczym worek kartofli. Z przeciwnego końca baru jakiś bliżej stojący doorman wskoczył na blat i nie zwracając uwagi na klientów pobiegł w kierunku faceta, który szarogęsił się za barem. Jak gdyby nigdy nic przyrządzał sobie drinka, więc także ruszyłem w jego kierunku. Prawie równocześnie z tym drugim doormanem złapaliśmy drania za ramiona.
  – Co ty wyprawiasz, człowieku?! – zapytał tamten bramkarz, Arab słusznej postury, w wieku około trzydziestu lat.
  – Pierdol się! – odkrzyknął Murzyn wyrywając ramię z uchwytu tak mocno, że poczułem gwałtowny ból w nadgarstku. – Ile można czekać na drinka w tej zasranej norze?!
  – Przecież widzisz co się dzieje! Każdy musi cierpliwie czekać, a jak się nie podoba, to wypieprzaj! – wykrzyczał mu do ucha Arab i dał mi znak głową. – Wyprowadzamy skurwiela!
Zaczęłem ciągnąć szarpiącego się drania w stronę wyjścia z baru, a potem do drzwi przez tłum tańczących. Stawiał gwałtowny opór, ale wzięliśmy go w dwa ognie i nie miał szans, tak mi się przynajmniej wydawało, bo w korytarzu kolesiowi udało się wyrwać jedną rękę i uderzył Araba łokciem w nos tak mocno, że odrzuciło go na ścianę. Nie czekając aż i mnie przyłoży, w mgnieniu oka założyłem mu nelsona. Szamotał się, więc przydusiłem go, by nie dać mu szans na oswobodzenie. W końcu zwiotczał w moich ramionach i zaczął charczeć.
  – Spróbuj jeszcze raz odwalić taki numer, to cię uduszę, sukinsynu! – wycedziłem mu przez zęby do ucha.
Dla podkreślenia wagi mych słów jeszcze mocniej zacisnąłem ramię na szyi, więc zaczął kwiczeć jak zarzynana świnia. 
  – OK, poddaję się – wychrypiał, będąc już niemal siny na gębie.
Arab przyglądał się całej scenie siedząc pod ścianą, widać jeszcze nie całkiem doszedł do siebie po uderzeniu. Przy nosie trzymał zakrwawioną chusteczkę. 
  – Wszystko w porządku? – zapytałem go.
Nie odpowiedział, tylko wstał chwiejnie, podszedł i z całej siły kopnął w krocze trzymanego przeze mnie delikwenta. Ten zgiął się w pasie i wyślizgnął z moich rąk jak wykręcona ścierka. Leżał i gwałtownie kasłał, a Arab zajrzał mu w oczy.
  – A to jak ci się podoba gównojadzie? – zapytał z zaciśniętymi szczękami i wytarł rękawem kurtki lecącą wciąż krew. 
Złapaliśmy leżącego na podłodze kolesia i zaczęliśmy wlec w stronę wyjścia.
  – Co to za koleś? – zapytał Shane stojący przy bramie.
  – Wskoczył za bar bijąc przy tym barmankę, a potem uderzył jego – odparłem wskazując głową Araba.
  – Pieprzony matkojebca! – skomentował Shane. – Że też nie mogą spokojnie bawić się i nie tykać personelu.
Zaraz trzymającego się za krocze i jęczącego z bólu kolesia przejęli dwaj doormani. 
  Wracając do drugiej sali naszła mnie refleksja na temat tego gościa. Było w nim dużo złości, nienawiści i chęci zrobienia krzywdy ludziom. Mimo, że byłem dużym, silnym facetem, to jednak miałem łagodny charakter i życzliwe nastawienie do świata i ludzi. Nigdy czegoś podobnego wcześniej nie czułem. Nienawidziłem go w tamtym momencie do tego stopnia, że gdyby stawiał większy opór, mógłbym udusić drania bez zastanowienia. Prawdę mówiąc bardzo mnie to przeraziło.
  Nie minęła godzina, a znowu usłyszałem w radiu natarczywe wezwanie:
  – Kod czerwony na VIP!!!
Pobiegłem w kierunku trzeciej sali, potem wielkimi susami pokonałem schody i wpadłem jak burza do VIPa. Tam kilkanaście osób nawzajem przekrzykiwało się i wymachiwało rękami. Pośród nich stało kilku doormanów i pochylało się nad jakąś kobietą siedzącą na czerwonej kanapie. Trzymała się lewą ręką za zakrwawiony policzek, a krew w coraz większej ilości ściekała spomiędzy jej palców. Lewa noga zaczęła powoli puchnąć i przybierać siną barwę. Kobietą cały czas wstrząsał płacz i skapujące łzy mieszały się z krwią. Dwóch naszych uchwyciło pod ramiona jakąś inną kobietę i wyprowadziło z pokoju.
  Po chwili dołączył do nas medyk
  – Gdzie? – spytał krótko nie tracąc czasu.  
Alice, która cały czas rozglądała się, dała mu znak ręką, więc podszedł. Ja też przybliżyłem się, by w razie czego służyć pomocą. Przyjrzałem się kobiecie uważniej i stwierdziłem, że miała nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Była ładna i mogłaby startować w konkursie czarnoskórych piękności. Medyk ukląkł przed nią.
  – Wiem, że boli – mruknął. – Musisz jednak zabrać rękę, bym mógł ci pomóc. Pokaż mi to.
  – Nie! – krzyknęła spazmatycznie i zaczęła trząść się jeszcze bardziej.
  – Tylko spokojnie – mówił łagodnie medyk, młody Anglik o imieniu Ron. – Jeśli nie zabierzesz ręki, to nie będę mógł ci pomóc. Możesz mi zaufać.
  – O mój Boże, mój Boże – drżącym z emocji głosem trwożnie krzyknęła kobieta.
Powoli odsunęła rękę od policzka. Kiedy zabrała ją, płat skóry w kształcie trójkąta z poszarpanymi brzegami bezwładnie odpadł, ukazując zęby górnej szczęki. Był to widok tak okropny, że zrobiło mi się niedobrze i musiałem siłą woli powstrzymywać nudności. Wszystko podeszło mi do gardła, więc zamknąłem na chwilę oczy i głęboko odetchnąłem parę razy.
  – OK – powiedział spokojnie Ron, a ja nie rozumiałem jak to możliwe, że w takiej sytuacji zachowuje spokój.
Ron miał nie więcej niż dwadzieścia lat i dopiero co skończył kurs pielęgniarski, więc nie mógł mieć do czynienia z tak ekstremalnymi przypadkami. Podziwiałem go w tej chwili. Ron tymczasem wyciągnął z apteczki dużą paczkę gazy i przyłożył ją do policzka, jednocześnie podciągając ku górze wiszący strzęp skóry.
  – Musimy ją zabrać do biura – zarekomendował zdecydowanym głosem.
  – Mart, będziemy torować im przejście – rzucił w moim kierunku Marcus i szturchnął mnie łokciem w bok. 
  – Co? Już, już – odpowiedziałem nieco zdezorientowany, ale wziąłem się w garść. 
Szybko dołączyłem do Marcusa, który nie czekając na moją reakcję, zaczął rozpychać ludzi na boki.
  – Zrobić przejście! Zrobić przejście! Zabierajcie dupy! – pokrzykiwał i świecił swoją metalową latarką na tłum gapiów. – Widowisko skończone, wynocha! 
Torowaliśmy drogę przez balkon, a potem na schodach i w korytarzu. Alice razem z Ronem i ranną kobietą szli za nami. Odstawiliśmy ich do biura i wyszliśmy na zewnątrz, by odetchnąć świeżym powietrzem. Marcus też miał dość.
  – O kurwa, widziałeś to cięcie? – zapytał i wstrząsnął nim dreszcz. – Aż jej było widać zęby.
  – Nie wiesz jak to się stało? Kto i czym ją tak pochlastał? – spytałem sam będąc jeszcze w szoku.
Szliśmy powoli w stronę bramy. 
  – Mówili, że to jakaś pieprzona suka zazdrosna o swego czarnucha dziabnęła ją kieliszkiem – ciężko westchnął Marcus. – To nie ludzie, to bydło! Ja bym ich wszystkich wysłał do Afryki i niech tam się nawzajem powyrzynają.
  – O, zobacz, przyjechały posiłki – zaśmiałem się w trochę wymuszony sposób. – Chyba spodziewają się czegoś i teraz będziemy już bezpieczni. 
Na lewo od bramy, w dali, zauważyłem policyjny bus, a przed nim stało trzech policjantów z przewieszonymi przez ramię karabinami maszynowymi. Po przeciwnej stronie, na prawo od bramy, znajdował się taki sam patrol. Stali tam w milczeniu i czujnie obserwowali teren. Naprawdę robiło to wrażenie i budziło respekt, bo pozostałe patrole nie miały przy sobie żadnej broni, tylko marne pałki, radia i notesy. Jednym słowem wśród groźnych gangsterów, dla których życie ludzie nie stanowiło żadnej wartości, byli skazani na rzeź niewiniątek. 
  Reszta nocy upływała we względnym spokoju, przerywanym pojedynczymi utarczkami z grupami awanturników. Tych przepychaliśmy w stronę wyjścia i wypraszaliśmy za bramę, skąd grzecznie odchodzili do domu. Wiedzieli, że nie mogą sobie pozwolić na ekscesy, bo zaraz dosięgła by ich ręka sprawiedliwości w postaci uzbrojonej po zęby policji. 
  Wreszcie nad ranem, kompletnie wyczerpany skończyłem pracę szczęśliwy, że udało mi się bezpiecznie dotrwać do końca tej niebezpiecznej imprezy. Razem z Bartem szliśmy w stronę przystanku autobusu nocnego, kiedy nagle przypomniałem sobie o kolesiu, który mi groził. Zacząłem rozglądać się dokoła, ale nigdzie go nie zauważyłem. Najwidoczniej to były tylko puste słowa, które stanowiły część taktyki zastraszenia przeciwnika. No, ale z drugiej strony to zawsze istniało ryzyko, że może spełnić swoją groźbę. Postanowiłem więc, że w takich razach będę dawał do zrozumienia, że się nie boję. Należało jednak podjąć wszelkie kroki ostrożności. 
  W autobusie razem z Bartem wymienialiśmy się wrażeniami z imprezy. Byliśmy podnieceni i zafascynowani, a jednocześnie przerażeni tym, co może się wydarzyć w ciągu jednej imprezy w klubie.

Podobne artykuły


14
komentarze: 10 | wyświetlenia: 1262
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 940
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1060
12
komentarze: 24 | wyświetlenia: 1184
11
komentarze: 8 | wyświetlenia: 761
10
komentarze: 14 | wyświetlenia: 906
10
komentarze: 1 | wyświetlenia: 803
10
komentarze: 2 | wyświetlenia: 837
10
komentarze: 21 | wyświetlenia: 671
10
komentarze: 40 | wyświetlenia: 755
9
komentarze: 24 | wyświetlenia: 819
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 771
9
komentarze: 4 | wyświetlenia: 691
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 376
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska