Login lub e-mail Hasło   

Spectrum, Atari, Commodore, czyli podróż do prehistorii…

Coraz więcej jest obecnie użytkowników komputerów, którzy nie mieli nigdy do czynienia z maszynami ośmiobitowymi. To były niezwykłe czasy…
Wyświetlenia: 1.723 Zamieszczono 04/04/2010

Miałem zaledwie cztery lata, gdy w naszym domu pojawił się pierwszy komputer – Sinclair ZX Spectrum. Maszyna ta wyposażona była w 48 kB pamięci RAM, oraz procesor, którego prędkość oscylowała wokół… 2 MHz. Wszystko to było zdolne wyświetlić aż 16 kolorów… Nie sposób dziś opisać tego, co towarzyszyło ,,sesjom” przy tej maszynie. O ile dobrze pamiętam, w tamtych czasach (rok 1988) mało kto mógł sobie pozwolić na jakikolwiek komputer domowy. Były to dopiero początki popularyzowania się tych urządzeń i każdy egzemplarz pojawiający się tu i ówdzie był istną egzotyką, tak jak 30 lat wcześniej telewizor…  Czuło się już powiew nadchodzącej rewolucji, powstawały giełdy, które często były jedynym miejscem, gdzie można było ów sprzęt nabyć. W tamtych latach komputer klasy Amiga był szczytem marzeń, a nawet Spectrum był technologią kosmosu dla ludzi, którzy dotychczas za najbardziej zaawansowane urządzenie elektroniczne uważali kalkulator z importu…

Nie sposób zapomnieć poziomych pasów migocących na ekranie podczas wczytywania się gry z kasetowego magnetofonu. Już samo oczekiwanie na ,,wgranie się” gry było niezwykłym uczuciem przyprawiającym o wypieki na twarzy… Z dzisiejszej perspektywy grafika czy dźwięk tamtych programów to coś, co w żadnym wypadku nie zasługuje na miano ,,prymitywne”. Przedstawione postacie, pojazdy, czy cokolwiek innego były tak uproszczone, że większość pozostawała w sferze naszej wyobraźni. Często to, co widoczne było na ekranie, to dopiero wstęp do całego obrazu przedstawionego świata, który kreowany był w głowie gracza… Gry takie jak ,,Bomb Jack”, ,,Sabotuer” czy ,,Cobra” to tylko niektóre z tytułów dla mnie  (i nie tylko) kultowych. Grywalność większości gier była wręcz fenomenalna, co dzisiaj wydaje się być niewiarygodne, biorąc pod uwagę to, jak wiele współczesnych tytułów, przyozdobionych w przeróżne wodotryski graficzne i dźwiękowe, odnosi sromotne porażki z powodu braku tzw. miodności… Czy owa grywalność spowodowana była po prostu tym, że ,,na bezrybiu i rak ryba”, czy raczej zachwytem nad samą możliwością grania, trudno powiedzieć, ponieważ wracając dziś do tamtych tytułów, niestety, nie sposób wskrzesić już tą magię… O ile przed laty wszystko wydawało się idealne, a same gry wręcz niesamowite, to dziś trąci prostotą, która nie pozwala zatracić się w rozgrywce tak bardzo, jak przed laty.

Poczciwy Spectrum pozostanie niezapomniany do końca mojego życia, a wspomnienia przeżywanych przy nim emocji  to coś, co dzisiaj spotykam niezwykle rzadko zasiadając z rzadka przy monitorze…

Przyszedł rok 1991, a wraz z nim Commodore 64, maszyna nieco lepsza od ZXa. Posiadał 64 kB RAMu oraz procesor Motorola o prędkości ok. 2,5 MHz. Nieco więcej pamięci od Spectruma pozwalało na tworzenie, że tak powiem, bardziej zaawansowanych gier, a bardzo prosty język programowania BASIC pozwalał nawet niespełna 10 letniemu dziecku na pisanie prostych programów. Tutaj także grywalność często sięgała zenitu, a gier było co nie miara… Setki, jeśli nie tysiące godzin spędzone na graniu, wręcz zatracenie się w wirtualnym świecie przedstawionym za pomocą szesnastu kolorów, jest nie do pomyślenia dla dzisiejszych maniaków gier…

Jeden z moich kolegów na początku lat `90 posiadał Commodore 16 + 4. Pamiętam tylko, że maszyna ta znacznie ustępowała modelowi 64, nawet graficznie różnica była dość spora…

Oczywiście w zestawieniu tym nie mogło zabraknąć ATARI. Model bodajże 65 XE. I tak jak w przypadku poprzedników – niesamowita grywalność (jest ktoś kto grał na ATARI a nie zna np. ,,River Raid” lub ,,Moon Patrol”  ??). Atari jednak było nieco inne, sprawiało wrażenie, jakby było bardziej zaawansowane niż Commodore, w którym czasem przed wczytaniem każdej kolejnej gry niezbędna była kalibracja głowicy. Wszyscy, którzy mieli do czynienia z dwoma pionowymi pasami sunącymi się po ekranie i małym śrubokrętem, doskonale wiedzą, o czym mówię…

Przyszedł czas na Amigę. Co prawda nie miałem takiej osobiście, ale mój znajmy, u którego spędzałem dużo czasu, suponował takim sprzętem. Już sam fakt, że gry zapisywane były na dyskietkach a nie na kasetach (chociaż istniały stacje dysków do C64 i Atari), sprawiał, że czułem respekt przed tym niesamowitym sprzętem. Nie pamiętam dokładnie tytułów gier, wiem tylko, że Amiga (600) jako komputer szesnastobitowy, był rewolucją w porównaniu z maszynami, z którymi miałem wcześniej do czynienia…

Druga połowa lat `90 upłynęła już pod znakiem klasycznych ,,pecetów”. Najpierw pojawił się Pentium 166 MMX, 4 MB RAMu i 650 MB HDD, potem, w roku 1998 Celeron 266, 32 MB RAMu, 3,2 GB HDD i nVidia Riva 4 MB SGRAMu. Wiem, że konfiguracje tych komputerów to na dziś dzień totalne muzeum, jednak ja zaliczyłbym je do grona pt. ,,współczesne”, gdyż o wiele bliżej im do dzisiejszych iluś tam rdzeniowych maszyn, niż do poczciwych ośmiobitowców, o których dzisiejsze nastolatki usłyszeć mogą tylko na lekcji historii…J

Na czym polegała magia tych komputerów? Dlaczego tak prymitywne maszyny potrafiły w tak niesamowity sposób zabrać wielu z nas tak dużo czasu? Skąd brała się nieziemska grywalność? Z oryginalności ówczesnych programów? A może stąd, iż było to przecieranie szlaków, rejs w nieznane, każde kolejne wczytanie nowego programu było odkryciem dziewiczej wyspy, na której wiele mogło się wydarzyć? Nie było w latach `80 tylu tytułów prasy informatycznej, co dzisiaj, żeby można było znaleźć recenzje programów i gier. Jedynym tytułem, jaki pamiętam, jest ,,Bajtek”. To my byliśmy często pierwszymi recenzentami, odkrywcami. To my odkrywaliśmy nowe światy, niedostępne nigdy wcześniej, w końcu to my do końca życia zapamiętamy wspomniane już migocące na ekranie poziome pasy podczas wczytywania gry, które zapowiadały fascynującą podróż w szesnastu kolorach… Cieszę się, że mogłem przeżyć na własnej skórze erę ośmiobitowych komputerów. Choć nieraz zdarza mi się ,,odlecieć” w świat jakiejś współczesnej gry, to jednak pozostaje często niedosyt… Niedosyt spowodowany tym, że dziś mam wszystko podane na tacy, i nie ma już miejsca na moją interpretację przedstawionego świata, gdzie dwadzieścia parę lat temu było to wręcz niezbędne…

Podobne artykuły


11
komentarze: 32 | wyświetlenia: 683
11
komentarze: 40 | wyświetlenia: 721
10
komentarze: 8 | wyświetlenia: 908
10
komentarze: 1 | wyświetlenia: 456
10
komentarze: 7 | wyświetlenia: 764
10
komentarze: 1 | wyświetlenia: 683
10
komentarze: 5 | wyświetlenia: 749
9
komentarze: 0 | wyświetlenia: 455
9
komentarze: 7 | wyświetlenia: 718
9
komentarze: 20 | wyświetlenia: 619
9
komentarze: 1 | wyświetlenia: 472
9
komentarze: 2 | wyświetlenia: 422
9
komentarze: 34 | wyświetlenia: 506
9
komentarze: 124 | wyświetlenia: 512
9
komentarze: 0 | wyświetlenia: 462
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Kiedyś to były gry... nie było takiego wyboru jak obecnie, a poza tym od czasu jak mieliśmy po 10 lat i pierwsze maszyny nasza tolerancja znacznie wzrosła i nic już nas praktycznie nie jest w stanie zdziwić. Sam czasami wracam do gier z przeszłości i dalej potrafią mnie wciągnąć (ale to już tylko zentyment i wspomnienie zarwanych nocy).
poza tym takie tytuły jak Settlers, Dune 2 czy nawet n ...  wyświetl więcej

Legion, pomijając jego rozliczne i oczywiste wady (amos!), miał jedną wielką zaletę. Był pierwszą grą, w której można było włączyć pauzę i na spokojnie wydać drużynie rozkazy. Następną grą w której spotkałem tę funkcję był Baldurs Gate, wiele lat później.

prawda, aktywną pauzę widziałem pierwszy raz właśnie w Legionie. Pomijając oczywiście wady- gra miała też polski klimat (fajnie było mieć w ekwipunku miecz Szczerbiec), ale w temacie swojskości gry takich producentów jak LK Avalon kładły wszystkie inne tytuły. Wystarczy sobie przypomnieć tytuły: Sen Sołtysa albo nieśmiertelne, kultowe i jakie tam jeszcze Franko: The Crazy Revenge ( jazda maluchem.... łza się w oku kręci)

No ja wolałem raczej inne klimaty. Legion dobijał mnie tym, że postaci poruszały się WYŁĄCZNIE po liniach prostych, wystarczyło że nasz dzielny wojak zahaczył nogą o drzewko i zaczynał dzielnie dreptać w miejscu. Tak samo irytujące było pompowanie współczynników postaci ponad normę, związane z błędem ujawniającym się wówczas kiedy postać spożywała zioła mając na sobie magiczny ekwipunek.
Mo ...  wyświetl więcej

Syndicate.. fakt było. To w ogóle chyba pierwsza cyberpunkowa gra jaką miałem w rękach. Po nocach prześladowały mnie przeraźliwe kwiki ludzi potraktowanych flamethrowerem:) A np Sensibla kolega pomięta albo Moonstone? na Amigę były też przeca Wormsy... złote czasy powiadam

Ehhh, te żywe pochodnie, łezka się w oku kręci :)
Sensible nie lubię, jak i wszystkich "sportowych", Moonstone oczywiście znam, tak samo jak Worms. Z takich lepiej wspominanych to jeszcze Jaguar XJ220, Dreamweb i Chaos Engines

Jaguarem jako niepokonany P.One (chyba po 5 latach doszedłem do tego, że "P" oznacza player) jeżdziło się między wodospadami Brazylii, po piaskach Egiptu... zawsze przy dźwiękach muzyczki oznaczonej jako "Trash Pigs" do dziś sobie czasem pogwizduję:)

Mi się właśnie przypomniał "Spy Hunter" z Atari oraz z zamierzchłych czasów PC seria UFO. Ponadto przypomniało mi się, jak na C64 zagrywałem się w boskiego (jak dla mnie) Vermeera...

w ufo - enemy unknown grałem na amidze, spy huntera pamiętam z atari i c64, ostatniego tytułu nie kojarzę

Gra dokładnie nazywała się ,,Vermeer 100%" była to tekstówka, w której wcielaliśmy się w postać plantatora (kawy, herbaty, tytoniu i kakao), który za zarobione pieniądze kupował akcje, a potem dzieła sztuki. Po prostu miód!!! Zero grafy, zero dźwięku, a grywalność nieosiągalna dzisiaj dla 99 % tytułów...

Może coś podobnego do "Gwiezdnego kupca" w którego długo i namiętnie grywałem na c64?
No a skoro jesteśmy przy gwiazdach i handlu, to nie można pominąć Frontiera. :)

Kurde im dłużej próbuję odkurzyć stare pokłady pamięci tym więcej tytułów zagląda zza światów... Hehe teraz mi się przypomniał Bruce Lee i Zorro :)

Te tytuły pamiętam z "gumowego" Timexa. Tak samo jak Saboteur i Jet Set Willy. I oczywiście Knight Lore.

ja zarywałem noce grajac w Terror From the Deep az dziw, ze Amiga uciągnęła takie cudeńko

Ach... można by tak w nieskończoność... Podobnie jak w świecie motoryzacji, tak i w grach w pogoni za techniczną doskonałością zatracono gdzieś ,,duszę"... Wracając pamięcią do tamtych czasów czuję przede wszystkim niesamowity klimat rozgrywki, dopiero potem widzę grę. Teraz jest odwrotnie, z tym, że nie zawsze ten klimat jest, a już naprawdę rzadko ,,niesamowity"...

Wiesz, Dragon Age wciągnęło mnie niesamowicie, i to "pomimo" całkiem zacnej oprawy graficznej. Z produkcji w miarę nowych i imo wartych uwagi wymieniłbym jeszcze "Dawn of War" (obie części), "Longest Journey" (imo najlepsza przygodówka ever), Gothic 1 i 2, Risen.
Nie wszystko co nowe musi być "be". :)

Zgadza się, mnie też Gothic (szkoda, że skopali nieco dodatek do trójki - tytułu nie pamiętam...) i Risen wciągnęły, Wiedźmin też był dość ,,klimatyczny". Dragon Age zaczynam na dniach i chyba się nie zawiodę. Obowiązkowo zaliczam wszelkie ,,Call of Duty", ,,Wolfensteiny" i ogólnie co ciekawsze tytuły z II wojną w tle... Kiedyś zagrywałem się dosłownie na śmierć w dwa pierwsze Fallouty... Ostatni ...  wyświetl więcej

Fallouty, zwłaszcza 1 i 2 to moje osobiste "best games ever", obowiązkowo połączone z lekturą "Deus irae" i "kantyczki dla leibowitza", i może jeszcze "świt 2250"

Gothic - dla mnie mogłyby istnieć tylko 1 i 2, a zwłaszcza jedynka. Trzecią część uważam za skopaną straszliwie, grałem raczej z "poczucia obowiązku" niż dla przyjemności.

Wiedźmin, jak to wiedźmin, klasa sama dla siebie,

...  wyświetl więcej

Co do papierowych rpgów, w połowie lat `90 zagrywaliśmy się w ,,Kryształy Czasu" i ,,Cyberpunk". Tego się po prostu nie da opisać... Myślę, że wart wspomnienia jest też karciany Doom Trooper...:)

W kryształy czasu też grywałem. Ale ty zapewne nie miałeś MG który uważa się za inkarnację inkaskiego boga słońca, a ja owszem. Nigdy nie udało mi się ustalić czy on tak na serio-serio, czy tylko tak dobrze udawał :D

Nasz MG żył tylko po to, żeby grać i wiedzieć więcej o świecie ,,KC". Staliśmy do niego w kolejce, żeby ,,zrobił" nam postać, gdy komuś zdarzyło się zginąć w karkołomnej przygodzie, a on zatracał się coraz bardziej - kryształy, cyberpunk, potem ,,Zew Cthulu"... Przez kilka lat żył w świecie ognia i miecza, czasem jakiegoś laserowo - plazmowego karabinka szybkostrzelnego...

Kryształy czasu wspominam jako system najciekawszego paradoksu z jakim się w rpg zetknąłem. Czym cięższą nosiłeś zbroję, tym trudniej było cie trafić bronią, szkoda że w realu to tak nie wygląda. Pamiętam że spłodziliśmy nawet jakiś "autorski patch" pozwalający ominąć ten absurd.

Co do świata KC to wydawał mi się dość ciekawy, ale Warhammerowi jednak nieco ustępuje.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska