Login lub e-mail Hasło   

Barwne klimaty Nowego Yorku

Przed kościołem piękna brunetka w zwiewnej sukience hawajskim zwyczajem wita gości girlandami z kwiatów i ponczem owocowym. Wszyscy są ubrani w kolorowe koszule.
Wyświetlenia: 2.040 Zamieszczono 13/06/2010
Tempo Nowego Yorku
Noc była bardzo krótka. Wstaję o 4:30. Jest ciemno i zimno. Dojazd do restauracji na 60 Ulicy Manhattanu zajmuje ponad godzinę. Do 12:00 mam przygotować 15 różnych sałatek.
Restauracja należy do szkoły „Living Springs”, która posiada jeszcze sanatorium i farmę. Studenci płacą za naukę swoją pracą. Zatrzymam się tutaj aż do momentu kiedy znajdę jakąś pracę. 
W południe pojawiają się pierwsi klienci, głównie urzędnicy i modelki. Biorą talerze i podchodzą do baru działającego na zasadzie stołu szwedzkiego. Opłata za posiłek wynosi 2.75$ za funt (45 dag). Za desery np. za ciasta z tofu, płaci się osobno.
Do końca dnia mam dorabiać sałatki i dbać, aby ich nie brakowało. Te szybko znikają. Nie ma możliwości, by chociaż na chwilę usiąść. Jest ciężko, ale cieszy mnie, że ludzie chcą jeść to co przygotowuję.
 
Odkąd przyjechałem do Nowego Yorku jeszcze ani jedna chmura nie przesłoniła słońca. Jest nieznośnie parno. Wokoło tysiące samochodów stojących w wiecznych korkach. Co chwilę słychać dźwięk klaksonów i sygnały radiowozów. Tak jest przez całą dobę. Ludzie jak mrówki biegają w różnych kierunkach. Po środku tej betonowej pustyni znajduje się słynny Central Park - oaza zieleni i spokoju, a w nim łąki, boiska, lasy, skały, jezioro, amfiteatr, trasy rowerowe. Na przewężeniach jeziora znajdują się małe romantyczne mostki. Nic więc dziwnego, że zarówno mieszkańcy miasta jak i przyjezdni uwielbiają to miejsce.
 
Ekscentryczny szef
Mam dodatkową pracę. Człowiek obiecuje 8$ na godzinę. Zapowiada się na ciekawie. Bill, wynajduje zniszczone domy, kupuje je za niewielkie pieniądze, po czym remontuje przy użyciu taniej siły roboczejJ i sprzedaje już za zupełnie inne pieniądze. Zatrzymujemy się koło lasu. Bill niedbale rozkłada folię na podłodze swojego pięknego vana i każe wsypywać ziemię do środka. Wrzucamy także duże kamienie, które zsuwają się podczas jazdy niszcząc tapicerkę. Jest upał. Strasznie się kurzy. Samochód ma kilka miesięcy, a jest cały poobijany. Właściciel w ogóle się tym nie przejmuje.
Starszy pan jest fatalnie zorganizowany i nerwowy. Każe nam coś robić, po czym w połowie przerywa i każe robić coś innego. Taki tryb pracy jest nieznośny. Bill ma pretensje, że za równo układamy kamienie. Płytki przed ich ułożeniem każe rozbijać młotkiem.
 
Przyjaciel od pierwszego wejrzenia
Jest wieczór. Z Krzyśkiem ze Sztumu leżymy na wygodnych leżakach na werandzie sanatorium. Przed nami jezioro, a za nim las. Zachodzi słońce. Jest ciepło. Pijemy herbatę rozmawiamy o Polsce. Z każdym dniem mówimy o niej z coraz większym sentymentem. 
 
Otrzymuję numer telefonu do człowieka, który potrzebuje kogoś do pracy. Dzwonię do niego i umawiam się na 9:00 rano.
O 10:30 zjawia się stary, poobijany Volkswagen. Ma na imię Larry, ok. 30 lat. Dużo się śmieje i dużo mówi. Potrafi rozmawiać z dziesięcioma osobami na raz patrząc w innym kierunku. Rozgląda się, żartuje. W końcu wsiadamy do samochodu. Chce, aby go nazywać Lorenzo.
 
Odpoczynek zamiast pracy
Malujemy budynek. Larry przez cały czas mówi, co chwilę się śmieje i wygłasza myśli filozoficzne. Po dwóch godzinach pracy pytam o lunch. Natychmiast kończymy pracę i jedziemy do restauracji. Długo jeszcze siedzimy i rozmawiamy. Teraz jedziemy do innej pracy. Po dwóch godzinach Larry jest zmęczony. Jedziemy do następnej restauracji, bo chce tam coś załatwić. Tutaj wita się z niemalże wszystkimi. Przysiada się do jakiegoś stolika, podczas gdy ja czekam. Po godzinie już się niecierpliwię. Proszę go, abyśmy już jechali. On z kolei prosi swojego kolegę, aby przyniósł mi coś do zjedzenia. Czas płynie, a on wciąż rozmawia. W końcu widząc moje zdesperowanie prosi innego kolegę, aby odwiózł mnie do domu. Jest późno w nocy. Nie było mnie przez 14 godzin, a pracowałem jedynie przez 4. Mam nadzieję, że nie będzie tak każdego dnia.
 
Larry ma przyjechać o 9:00. Przyjeżdża o 10:30. Pracujemy w tym samym domu co dzień wcześniej. Pracę kończymy o 17:00. W drodze powrotnej Larry wstępuje do swojej koleżanki i znowu mijają dwie godziny. Potem razem jedziemy do kina po czym rozmawia przez kolejną godzinę rozmawia z tą dziewczyną. Pomimo, że jest późno na chwilę zatrzymuje się jeszcze w jakiejś restauracji. Tutaj przechodzi siebie. Przedstawia się: „Am Lorenzo. This is my brother, Angelo.” - wskazując na mnie.  Do domu wracam po północy. Facet jest fajny, ale chyba nie spłacę moich długów przy nim.
 
Biba w kościele
Larry chce mnie zabrać do jakiegoś kościoła. Przyjeżdża śmiesznie ubrany. Ma na sobie szorty i koszulę w kwiaty. Ja jestem ubrany elegancko. Nalega, abym też założył jakieś ubrania w kwiaty. Nic takiego nie mam i nie rozumiem po co skoro jedziemy do kościoła. Nalega, abym pożyczył, ale w końcu poddaje się. Przyjeżdżamy do jednego z małych, ładnych kościółków, jakich w pobliżu wiele. Przed nami wyłania się wielki napis: Welcome to Hawaiian Party i wkrótce jestem jedyną dziwnie wyglądającą osobą. Wszyscy są ubrani tak jak Larry. Przy wejściu piękna brunetka, jakich tutaj wiele, w zwiewnej sukience, boso, wiesza nam na szyi hawajskim zwyczajem wieniec z kwiatów. Otrzymujemy kubek ponczu. Rozbrzmiewa muzyka hawajska. Cudowny wieczór z nowopoznanymi przyjaciółmi.
 
Wieczór z muzyką w drzewach
Idę na koncert Orkiestry Filharmonii Nowojorskiej. Impreza odbywa się w muszli koncertowej w Central Park. Przybywają setki ludzi. Jest ciemno, ciepło i bezwietrznie. Część osób zajmuje miejsca na widowni, większość jednak słucha muzyki siedząc na kocach na trawie. Niektórzy w gronie rodzinnym jedzą kolację przy świecach. Jakaś dziewczyna siedzi przy małym turystycznym stoliczku przy lampce i pracuje naukowo. W koronach drzew umieszczone są światełka, które delikatnie rozświetlają gałęzie tworząc przyjemny nastrój. W każdym miejscu parku muzykę słychać tak samo dobrze jak na widowni. Wieczór jest pełen magii.
Spotykam Polaka, który ma galerię w Nowym Yorku. Ma 70 lat. Zna osiem języków. Cieszy się z naszego spotkania.
Przed pomnikiem niedaleko Central Parku gra jakiś zespół, ale nie jeden z tych, które próbują zarobić pieniądze. Ci przyszli tutaj, aby protestować. Mają po dwadzieścia kilka lat. Ich twarze są surowe i dostojne. Mają ciemne oczy i bardzo długie, piękne, czarne, włosy, a w nich pióra. Jest ich czterech. Wyglądają na studentów, ale widać, że nasz świat nie jest ich światem. Jestem oczarowany ich muzyką. Mają współczesne instrumenty, ale nie grają muzyki, którą można usłyszeć w radio. Sączy się z niej jakaś zaduma, cierpienie, mistycyzm. „Gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy ten pomnik to pomyśleliśmy, że musiał to być dobry człowiek, skoro postawili mu pomnik. Teraz wiemy, że był to bardzo zły człowiek. To on wymordował tysiące naszych braci. To on powiedział: „Dzisiaj zabiliśmy kilku Indian. Jutro zabijemy tysiące.” Jesteśmy tutaj, aby przypomnieć wszystkim, że wciąż istniejemy, zachowujemy naszą kulturę i język.”
 
Ona zamiast niego
W kuchni przydzielają mi ucznia. Niestety, ten nie kwapi się do pracy. Pozostaje niewiele czasu do otwarcia restauracji. Jestem na granicy załamania nerwowego. O 13:00 kierownik zmiany informuje, że przydzieli mi jeszcze jednego ucznia. Stanowczo się sprzeciwiam, ale wtedy zjawia się ONA. Przestaję się denerwować i w jednej chwili mija mi całe napięcie i zmęczenie.
Nazywa się Kikuchi Yuko i jest z Tokyo. Na co dzień jest tancerką w Disneylandzie w Tokyo. Pracujemy razem przy robieniu sałatek. Wszyscy są nią oczarowani. Śledzimy każdy jej gest. Zachwyca nas swoją innością. Stawia drobne kroczki, przez cały czas uśmiecha się i co chwilę kłania.
Z Polski przylatuje mój dobry kolega, Artur. Siedzę na krześle u niego w pokoju. Gdy jesteśmy pochłonięci rozmową, wchodzi Yuko. Nie puka i nie pyta czy może wejść. Nie przerywamy naszej rozmowy. Yuko staje za moimi plecami i zaczyna masować mi kark, a potem dłonie. Artur patrzy zdziwiony:
- Maciek, co się dzieje?
- Nie mam pojęcia. – odpowiadam będąc jeszcze bardziej zdziwiony.
Po skończonym masażu Yuko siada na podłodze. Proponuję, aby usiadła na łóżku. Odmawia, gdyż wtedy jej głowa znalazłaby się ponad głowami mężczyzn, a to rzecz niewłaściwa. Yuko nie wygląda na osobę zahukaną czy nieszczęśliwą, ale raczej na grzeczną i dobrze wychowaną.
Za tydzień wyjeżdżam do Waszyngtonu. Coraz bardziej niepokoi mnie zachowanie Yuko. Przychodzi do mojego pokoju i wpatruje się we mnie smutnymi oczami, a znamy się zaledwie od tygodnia. Dziewczyna z kasy, Chinka Kim, widząc to co się dzieje mówi:
- Byłeś dla niej zbyt dobry.
- Jak to? Przecież traktuję ją jak każdą inną osobę. - odpowiadam zdziwiony
- To dla niej zbyt wiele. Kobiety z krajów azjatyckich nie są przyzwyczajone do tak dobrego traktowania. Dlatego masz teraz kłopoty. - mówi Kim.
 
Opuszczam Nowy York. Yuko strasznie płacze. Jest mi przykro, że spowodowałem w jej życiu tak wielkie zamieszanie. Dała mi list, którego nigdy nie przeczytałem. c.d.n.
 
Maciej Strzyżewski 
 
              
 
 
 

Podobne artykuły


17
komentarze: 107 | wyświetlenia: 2244
14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1133
14
komentarze: 15 | wyświetlenia: 1074
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 570
13
komentarze: 53 | wyświetlenia: 804
11
komentarze: 37 | wyświetlenia: 498
11
komentarze: 70 | wyświetlenia: 687
11
komentarze: 137 | wyświetlenia: 629
11
komentarze: 92 | wyświetlenia: 651
11
komentarze: 34 | wyświetlenia: 992
10
komentarze: 9 | wyświetlenia: 512
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Dlaczego nie przeczytałeś listu?

Nie miał kto mi przeczytać, a ona nie chciała.

Jeden z czytelników eioby zna japoński. Dzięki temu w końcu po 20 latach udało mi się przeczytać tajemniczy list napisany do mnie krzaczkami:przez piękną Yuko

"Ciesze się, że się spotkaliśmy. Bardzo się ciesze.
Chciałabym abyś przyjechał do Japonii.
W następnym roku z pewnością się uda.
Dbaj o to zdjęcie.
(później jest coś o tańczeniu, że to najpiękniejsze uczuc

...  wyświetl więcej

  Gamka  (www),  13/06/2010

Polecam wszystkim książkę Macieja „ Amerykańskie zmagania”. Jest niesamowita !
Czyta się ją jednych tchem z wypiekami na twarzy a przepełniona jest ogromna wrażliwością i szczerością autora. Przedstawione powyżej opowiadanie to tylko mała namiastka tego o czym możecie przeczytać... polecam... ja to już zrobiłam :)
Pozdrawiam Maćku !

Dzięki Gamka. Miło słyszeć.

Lubię Pana artykuły. Największa ich wartość tkwi w tym, że każdy z nich to potężny zastrzyk optymizmu. Dzięki takim ludziom jak Pan świat wydaje się lepszy ;)

Media kierują się zasadą: "Good news, no use", bo zauważyli, że strach jest mocną smyczą dla ich klientów. Ja się z tej smyczym już dosyć dawno temu zerwałem i żyję totalnie innym życiem niż przez nich promowany. Od 1989 nie mam TV. Nie kupuję gazet. Latami nie słuchałem radia. Dzięki temu miałem wystarczająco dużo wiary, siły i optymizmu, aby przeprowadzić kilka "niemożliwych" projektów. Znam tut ...  wyświetl więcej

Lepszy świat istnieje jeżeli jego pragniemy.

Dobre słowa Macieju - zgadzam się z nimi :-)

Ps. ale nie kusi CIę by go jednak przetłumaczyc? :p hehe

Proszę nie wodzić Maćka na pokuszenie, bo jeszcze się nam zakocha, a jest już zajęty, Japonka, sądząc po zdjęciach, pewnie też:-)))

Parę miesięcy później poznałem inną Japonką, a w zasadzie to ona mnie poznała, bo zadzwoniła do mnie zupełnie mnie nie znając i miała miejsce podobna historia. Nie chciała mi przeczytać tego listu. Powiedziała zdawkowo. Ona po prostu bardzo Cię lubi. Japonki coś we mnie widziały. To chyba z miłości do Chopina :) Potem już unikałem Japonek.

  2o5ia,  14/06/2010

Mimo,że nie do końca utożsamiam się z kulturą amerykańską fascynuje mnie serdeczność,otwartość i bezpośredniość tego narodu i ta nieprzewidywalność o której piszesz . Człowiek wychodzi w kapciach po mleko,a ląduje na hawajskim brazylijskim czy też włoskim weselu;) Pozdrawiam wszystkich emigrantów, a szczególnie tych zza Oceanu:)

  2o5ia,  14/06/2010

i autora tekstu również pozdrawiam:)

Też uwielbiam spontaniczność i egzotykę. Siedzę w domu i nic nie robię. Jest Nowy Rok. Nagle dzwoni kolega Hindus. Zabiera mnie tam, gdzie jest jeszcze więcej Hindusów. Kobiety są w sari. Jemy zielone jajka. Najpierw oni grają na swoich instrumentach, a potem każą mi śpiewać polskie piosenki. Na dworzu 25 stopni C.

Tak się składa, że mam szwagra hindusa. Na weselu siostry byli więc Polacy, Hindusi i paru przyjaciół Irlandczyków. Jak zaczęło się śpiewanie, to nie było widać końca. Irlandczyk Jim śpiewał pięknie basem jakieś piosenki marynarskie, Hindusi swoje melodyjne pieśni, a pan Zbyszek oczywiście Hej Sokoły, refren którego wszyscy śpiewali już razem :D

Brzmi bardzo internacjonalnie. Bardzo lubię takie klimaty. Czy szwagier ma smykałkę do gotowania?



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska