Login lub e-mail Hasło   

Lucky

Jest to prawdziwa historia. Historia typu „Zwierzęce cuda”. Ponieważ nie zapamiętałem imion bohaterów, zostały one wymyślone, oprócz mienia psa, kt&oac...
Wyświetlenia: 1.641 Zamieszczono 11/12/2010

Jest to prawdziwa historia. Historia typu „Zwierzęce cuda”. Ponieważ nie zapamiętałem imion bohaterów, zostały one wymyślone, oprócz mienia psa, które jest prawdziwe.

Jenny i Ronn maja niewielką farmę a ich pasją są konie. Przy kilku koniach, które posiadali, spędzali najwięcej czasu. Szczególnie Jenny uwielbiała je oporządzać i jeździć po okolicy.

Pewnego dnia, kiedy już wprowadzała konie do stajni, poczuła jak coś strzeliło jej w okolicy karku. Poczuła ból, ale spokojnie wprowadzała kolejne zwierzęta do stajni. Ból nasilał się i stawał coraz bardziej natrętny. Wprowadzając jedną ze swoich klaczy, dopadł ją ból tak silny, że aż przysiadła. Próbowała wezwać pogotowie, ale straciła przytomność. Szybko znalazła się w szpitalu, kiedy znalazł ją Ronn.

Okazało się, że Jenny miała tętniaka i pomimo jego usunięcia, zapadła w śpiączkę. Jej stan był krytyczny i lekarz poinformował Ronn’iego, że może nie przeżyć najbliższej nocy. Ronn wrócił do domu kompletnie załamany. Na werandzie czekał na niego nieznany pies. Pies ne ruszał się z miejsca mimo prób odgonienia go przez Ronn’ego, który nie miał przecież teraz głowy dla psa, w dodatku obcego. Zrezygnowany chciał wejść do domu, ale kiedy otworzył drzwi, pies wbiegł do środka jakby zawsze to robił, jak do siebie. Pies przytulał się do niego, kładł mu łeb na kolanach, wymuszał pieszczoty. Zajął się Ronn’em skutecznie ograniczając jego katastroficzne, ponure myśli.

Wieczorem, kiedy Ronn już zasypiał, leżący obok łóżka pies zaczął piszczeć. Ronn wypuścił go na podwórze aby się załatwił, ale kiedy zamierzał go wpuścić po kilku minutach, psa nie było. Zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu.

   „Nie mógł się przecież wydostać” – myślał Ronn przeszukując całe obejście. Dom i niewielki ogród otoczone były wysokim płotem, a równie wysoka furtka była zamknięta. Dopiero teraz Ronn zdziwił się, jak ten pies się tam w ogóle dostał, kiedy znalazł go wróciwszy ze szpitala.

Rano obudził go dzwonek telefonu. Lekarz poinformował go nie kryjąc zdziwienia, że Jenny żyje, choć wciąż pogrążona jest w śpiączce. Kiedy wyszedł, jak zwykle na werandę po gazety, obok nich ujrzał czekającego psa. Ucieszył się, sam nie rozumiejąc czemu.

   - Nazwę cię Lucky piesku, bo przyniosłeś mi szczęście – zdecydował Ronn i razem z Lucky’em poszli oporządzać konie. W szpitali Ronn opowiedział śpiącej Jenny o Lucky’m. Tego wieczora sytuacja ze znikającym psem się powtórzyła. Ronn postanowił nie trącić go z oczu, ale Lucky nie chciał wrócić do domu. Ronn wrócił do domu, a po kilku minutach Lucka znów nigdzie nie było. Rano czekał przy gazetach.

Tak mijały kolejne dni. Lucky wraz z Ronn’em oporządzali konie, Lucky ganiał kurczaki, radośnie przy tym szczekając, Ronn jechał do szpitala, wieczorem Lucky znikał i rano czekał przy gazetach. Stan Jenny nie poprawiał się a Ronn spędzał przy niej każde popołudnie i wieczór, opowiadając jej o koniach, o domu i o Lucky’m. Pewnego ranka Ronn wpadł na pomysł aby nagrać radosne szczekanie Lucky’iego ganiającego kurczaki. W szpitalu, wielokrotnie odtwarzał Jenny to nagranie. Podczas kolejnej wizyty u Jenny, lekarz poinformował go o znacznym pogorszeniu się stany Jenny.

   - To koniec – oznajmił lekarz – W razie czego natychmiast Cię zawiadomimy. Ronn wrócił do domu zupełnie nie wiedząc co począć. Wieczorem jak zwykle wypuścił Lucky’ego, który jak zwykle zniknął. To była bardzo długa noc. Ronn kilkakrotnie wychodził na zewnątrz w nadziei, że Lucky czeka na wpuszczenie. Nie czekał. Dopiero rano, jak zwykle.

Kiedy zadzwonił telefon, Ronn zesztywniał. Bał się odebrać. Kiedy jednak to zrobił, usłyszał lekarza, który z euforią w głosie krzyczał:

   – Jenny się ocknęła! Jest przytomna!

Kiedy znalazł się w szpitalu, Jenny natychmiast chciała zobaczyć psa, o którym Ronn ciągle jej opowiadał. Oczywiście z tym trzeba było jeszcze trochę poczekać.

Po kilku dniach Jenny znalazła się w domu. Lucky przywitał ją jakby znali się od zawsze a Jenny pokochała go od pierwszego wejrzenia. Podbiegł do Ronn’iego i patrząc mu głęboko w oczy, wydawał się mówić:

    - No stary, z Tobą już skończyłem. Teraz Ona!

Pies nie odstępował jej na krok. I… przestał znikać na noc. Spał spokojnie przy łóżku obok Jenny.

Kobieta szybko wracała do zdrowia. Lucky usilnie jej w tym pomagał. Jego miękka, gęsta, długa sierść działała jak najlepsze lekarstwo na dolegliwości manualne. „Wyprowadzał” Jenny na długie spacery.

Po kilku miesiącach Jenny pomału wracała do pracy przy koniach. Po jakimś czasie dosiadła nawet jednego i udała się na małą przejażdżkę. Tego dnia, Lucky wychodząc wieczorem jak zwykle za potrzebą… znów zniknął.

Tego wieczora Jenny i Ronn widzieli Lucky’iego po raz ostatni. Z początku trudno było im się z tym pogodzić, ale Jenny „wie” co się stało.

   - Lucky jest tam, gdzie trzeba kogoś uratować – tłumaczy.

 

*Jest to luźne streszczenie jednej z historii filmowego cyklu "Animal Miracles". 

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1597
15
komentarze: 60 | wyświetlenia: 917
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1181
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1199
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 766
13
komentarze: 62 | wyświetlenia: 761
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 461
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 1031
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 585
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 733
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 508
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 723
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 995
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Bo Anioły przybierają różną postać... Dziękuję:)

I to jest oczywiste!
:-)

Stary Testament opisuje nawet historię proroka Bileama i jego oślicy, która nie chciała iść tam, gdzie prorok iść nie powinien. Ona widziała anioła, który stanął jej na drodze, a prorok nie widział, zaczął ja nawet bić za nieposłuszeństwo. A wtedy Bóg sprawił, że oślica... przemówiła do proroka z wyrzutami.

Innym razem kruki przynosiły prorokowi Eliaszowi jedzenie w czasie suszy.

A więc... Andrzeju, coś w tym musi być :-)

Dziękuję... oczy mi zwilgotniały...



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska