Login lub e-mail Hasło   

Kto ty jesteś?

Chodzę po ulicach, patrzę w twarze uśmiechające się z afiszów i billboardów, obiecujące mi mnóstwo rzeczy...
Wyświetlenia: 2.281 Zamieszczono 19/12/2010

 Kto ty jesteś?

Data publikacji 1 grudnia 2010 |

Przeglądałem niedawno stare dokumenty, wśród nich skład Rady Miasta Brzeżan z lat 30. ubiegłego wieku. Sądząc po nazwiskach, mniej więcej połowę rady stanowili Polacy, po jednej czwartej Ukraińcy i Żydzi. Zapewne pozostawało to w proporcji do składu narodowościowego tego kresowego miasta, leżącego przy trakcie ze Lwowa do Tarnopola, w cieniu ruin zamku Sieniawskich, miasta, które dało Polsce prof. Aleksandra Brücknera i marszałka Rydza-Śmigłego.


Z innego dokumentu dowiaduję się, kim byli radni miejscy. Są wśród nich powszechnie szanowani obywatele, lekarze, adwokaci, kupcy, emerytowany profesor miejscowego gimnazjum, rzemieślnicy, wśród nich mistrz introligatorski, któremu kunsztu, sądząc po pięknej skórzanej oprawie albumu 51. pułku piechoty, który widziałem, mogliby pozazdrościć najwybitniejsi dzisiejsi przedstawiciele tego fachu. Jest też wśród radnych oficer w stanie spoczynku, weteran wojny 1920 r., kawaler Orderu Virtuti Militari, jakiś emerytowany urzędnik – prezes jednego z działających w mieście stowarzyszeń, jest też prezes lokalnej spółdzielni.


Brzeżany były małym powiatowym miastem, liczyły około 10 tys. mieszkańców, nie ulega wątpliwości, że wszyscy radni byli dobrze znani wszystkim mieszkańcom. Reprezentowali różne narodowości, różne wyznania, różne mieli zapewne poglądy polityczne, różnych zwolenników i różnych wrogów. Ale, powtarzam, wszyscy byli znani wyborcom. Znani ze swych dokonań, możliwości, dorobku. Każdy radny oprócz tego, że był radnym, był jeszcze kimś i nawet gdyby radnym nie został albo gdy radnym być przestał, w swoim środowisku był szanowany.


Wychodzę na ulice mego Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa. Z każdego słupa, z każdego płotu, z afiszów, billboardów i banerów uśmiechają się do mnie zalotnie kandydaci do rady miasta, kandydaci do sejmiku. I ci, z Platformy, którzy proszą, by ich trzymać z dala od polityki (czyli na nich nie głosować? – kto im to hasło wymyślił?), i ci z PiS, i ci z rozlicznych innych komitetów partyjnych, półpartyjnych, jawnie partyjnych i skrycie partyjnych. Poza Donaldem Tuskiem, który wprawdzie w Krakowie nie kandyduje, ale za to na gigantycznych billboardach obiecuje, że nie będzie się zajmował polityką, tylko będzie budował mosty i szkoły (nie zauważył, że jest niż demograficzny? – dla kogo te szkoły?), i poza trzema głównymi kandydatami na prezydenta miasta nikogo spośród ludzi z afiszów, billboardów, banerów i ulotek zaśmiecających (dosłownie!) miasto nie znam. Przeżyłem w Krakowie ponad 60 lat i nic o żadnym z kandydatów na radnych nie wiem! Nic nie słyszałem o ich osiągnięciach, o dorobku. Myślałem, że może to tylko ja taki jakiś niekumaty jestem. Zacząłem pytać znajomych. Czy wiesz, kto to jest pan H.? Nie, pierwsze słyszę! A może wiesz, kto to jest pan G.? Wzruszenie ramion. A znasz kogoś z tych kandydujących, słyszałeś coś o ich sukcesach życiowych czy zawodowych? No, nie!


Partyjne komitety wyborcze wystawiają do wyborów samorządowych swój aparat, swoich młodzieżowych działaczy, swój drugo- i trzecioligowy aktyw partyjny. Ludzi bez pozycji społecznej, bez dorobku zawodowego, bez doświadczenia, a często bez żadnej konkretnej wiedzy. Za kilka lat ci sami będą kandydować do Sejmu, do Senatu, z nich wybierani będą ministrowie, szefowie urzędów.


Okrzepną, będą już zawodowymi politykami, nie potrafiącymi żyć bez polityki, nie dlatego, że jest ich tak silną pasją, tylko dlatego, że nic innego nie umieją. Gdyby zły los albo gniew partyjnego szefa odsunął ich od polityki i kazał żyć z pracy rąk albo nie daj Boże głowy, narażeni by byli wraz ze swymi rodzinami na śmierć głodową. Co więc dziwnego, że definiują państwo przez zbiór posad i traktują jako wyborczy łup, słusznie należący się zwycięzcom?


Co dziwnego, że coraz bardziej uzależniają się od szefostwa swej partii, uczą klakierstwa, lizusostwa, cwaniactwa? Przecież cały ich przyszły byt jest w rękach partyjnego kierownictwa. Czym są poza tym, że są radnymi (w przyszłości może będą posłami)? Przestając pełnić funkcje w samorządzie czy Sejmie, często są nikim. Na razie nic – może poza dobrymi chęciami i najczęściej zbiorem pustych, w dodatku nie przez siebie wymyślonych sloganów – nie mają do zaoferowania mieszkańcom. Nie mając żadnej pozycji zawodowej ani społecznej, która gwarantowałaby im minimalny choćby margines swobody, są żołnierzami swej partii, zdanymi na łaskę i niełaskę partyjnych bossów.


Wszystkie centra wielkich miast w Europie są bardziej czy mniej zakorkowane w godzinach szczytu. Centra wszystkich wielkich miast w Polsce zakorkowane są również. Niemal wszyscy kandydaci, od prawicy do lewicy, mają wśród swoich haseł, że „usprawnią komunikację, odkorkują miasto”. Nie piszą jednak, jak to zrobią, a skądinąd wiadomo, że jedyną rzeczą, którą dotąd udawało im się odkorkować, była butelka.


Wszyscy usprawnią służbę zdrowia i poprawią opiekę zdrowotną. Nie mówią, jak to zrobią, ale na pewno mają na to jakiś prosty, choć tajemniczy sposób.


Wszyscy będą stawiać na naukę i kulturę, ale nie bardzo wiadomo, na czym to stawianie miałoby konkretnie polegać.
Wszyscy też zapewniają, że w krakowskich drogach nie będzie dziur! Jako radni osobiście będą je łatać? Wszyscy też zapewniają, że gdy tylko dostaną się do rady, Kraków będzie nowocześniejszy (nie wiem, czy potrafią powiedzieć, co dla nich nowoczesność znaczy) i bardziej „przyjazny” mieszkańcom. To modne dziś dosłowne tłumaczenie angielskiego słowa friendly może coś znaczyć, ale wcale nie musi.


Chodzę po krakowskich ulicach, patrzę w twarze uśmiechające się z afiszów i billboardów, obiecujące mi mnóstwo rzeczy, i chciałbym je pytać: kto ty jesteś? Kto ty jesteś, ty, który obiecujesz? Co umiesz, co w życiu zrobiłeś, co udało ci się już w życiu zrobić dla innych? Nie znam cię. Nie wierzę ci wcale.

Jan Widacki
„Przegląd” (2010-11-28)

 

PS.Edit.  

A teraz ja sam mam ochotę zapytać o to, o co pytałem w kilku poprzednich artykułach własnych, zapytać tych, którzy z takim zapałem wrzucali kartki do urn: czy naprawdę wiedzieliście, co czynicie?

Podobne artykuły


17
komentarze: 130 | wyświetlenia: 2404
14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1175
13
komentarze: 53 | wyświetlenia: 853
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 726
11
komentarze: 92 | wyświetlenia: 695
11
komentarze: 37 | wyświetlenia: 542
11
komentarze: 70 | wyświetlenia: 749
11
komentarze: 137 | wyświetlenia: 665
10
komentarze: 5 | wyświetlenia: 751
10
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1527
10
komentarze: 9 | wyświetlenia: 533
 
Autor
Dodał do zasobów: Zbysław Śmigielski
Artykuł

Powiązane tematy





Panie Zbysławie!
Dzięki serdeczne za umieszczenie tutaj tego tekstu. Dokładnie wyraża to, co mi w duszy gra smętną melodią, czasem z odrobiną rozdrażnienia, a czasem nutą rozbawienia.Och, ci zbawcy nas, zbawcy ojczyzny, mający tak wiele chęci i rozwiązania na wszystko, tylko głęboko ukryte... :)

Przyznaję się, że nie lubię czerwonego. No tak już mam. I dziwuję się wielce, że czerwone, nie znaczy głupie. A jest już dziwem nad dziwy, że się z czerwonym potrafię, baz większych oporów, zgodzić. I jest to jawny dowód na istnienie cudów.
I tak się zastanawiam. Czy głupota ma barwę?
Panie Zbysławie!
Bardzo Świątecznie, dziękuję Panu za ten tekst. I to tekst Widackiego! No cuda, jawne cuda!
:-)

Cóż, zawsze przecież twierdziłem z naciskiem, że mniej ważne od tego, KTO mówi, jest CO mówi.

Dziękuję i pozdrawiam.

  swistak  (www),  19/12/2010

Powyborczy wieloskładnikowy bigos musi się przeżreć, a dodawanie tam czerwonego keczupu jest niesmaczne i nieprofesjonalne.

Świstak.
Dla mnie, widzisz, keczup może być nawet niebieski albo mieć kolor gówna - jeśli jest pożywny i smaczny.

Oczywisty lapsus: "...mniej ważne od tego, KTO mówi, jest CO mówi..."

Winno być albo: "...nie mniej ważne...", albo "...ważniejsze..." - zależnie od punktu widzenia (siedzenia też).

Proszę o wybaczenie.

Przyznaję, że nie zauważyłem. Prawdopodobnie dlatego, że uwagę moją był zajął, kolor keczupu...
Kłaniam się nisko:-)
hi, hi...

Podpisuję się pod komentarzem p. Janusza. Natomiast nijak nie pojmuję, choć ostatnio to jest OBOWIĄZUJĄCĄ NORMĄ, jak to niektórzy ne lubią czerwonego koloru. Miałem kiedyś takiego kolezkę, który tak nie lubił "czerwonego", że powyrzucał z domu wszystkie czerwone przedmioty a potem się powiesił. Gdzes juz o tym pisałem, ale nie wiem czy na Eiobie (musze sprawdzić).
Bo własnie nie bardzo jest ...  wyświetl więcej

Ciekawa jestem, kiedy to się zaczęło całe to pchanie się bylejakości do rządu...

Interesują cię okoliczności tego zjawiska? Proszę:

http://eiba.pl/2q9m

  K.M.F  (www),  23/12/2010

Na zadane pytanie mogę odpowiedzieć tylko za siebie. Ja wiedziałem.

Nie zmienia to faktu, że jeśli głosowaliby by tylko ci co wiedzą to robią to frekwencja w wyborach wynosiła by 2-3%. Prawdopodobnie u władzy mielibyśmy wtedy znacznie bardziej kompetentnych ludzi niż teraz,( bo to jednak ni9e jest tak jak twierdzi autor, że nie ma z czego wybierać) tylko co to byłaby za demokracja jeśli o losach władzy decydowała by tak nieliczna grupa ludzi.

Wynikałoby z tego, że jeśli decyzję podejmuje dostateczna ilość ludzi, to wszystko w porządku? Zastanów się nad tym, człowieku.

  K.M.F  (www),  29/12/2010

Z punktu widzenia demokracji tak. O to w niej właśnie chodzi, żeby decyzje podejmowała większość. Z drugiej strony, to czego chce większość, nie ma nic wspólnego z tym co dobre dla państwa jako ogółu. Wystarczy spojrzeć na ostatnie wypadki w Grecji.

Innymi słowy chciałem w poprzednim komentarzu powiedzieć, że demokracja w naszych czasach, co nieco się przeżyła.

Nie zastanowiłeś się nad tym człowieku?



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska