Login lub e-mail Hasło   

Rowerem przez Afrykę

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://www.bankier.pl/lifestyle/wiadomos(...)87.html
Dokąd prowadzą marzenia...
Wyświetlenia: 12.562 Zamieszczono 04/01/2011

Oto obraz niecodzienny na Saharze, a może nawet jedyny w jej historii… Rower i polski Beduin, a wokół w promieniu tysiąca kilometrów nic, tylko pustynia i pustynia. 




Na wyświetlaczu laptopa Kazimierz Nowak pcha swój objuczony rower w głębokim piasku. 

– Dziadek nie miał ani komputera, ani kserokopiarki, dlatego mógł mi tylko opowiadać o Nowaku i jego wyczynie – mówi Łukasz Wierzbicki. – Kiedyś powiedział: „Wiesz, byłoby wspaniale, gdyby udało się te wszystkie jego relacje
 zebrać w książkę”. 



Siedzimy w jednej z poznańskich restauracji, a Łukasz, trzymając laptop na kolanach, zaczyna opowiadać o jego odkrywaniu Kazimierza Nowaka na nowo. 

„Jadę, wypatrując na drodze grubej, czarnej kreski oznaczonej po obu stronach zerem. Na mapie mam tę kreskę, która oznacza równik, na drodze jednak nie widzę jej. (…) 
A zatem równik mam poza sobą! Okazuje się, że można tu dotrzeć rowerem… jeśli się tylko tego pragnie”.
 




Trzynaście afrykańskich państw, pustynie północnej Afryki i równikowa dżungla, konflikty polityczne, dzikie zwierzęta, egzotyczne ludy. Tysiące kilometrów wędrówki: rowerem, pieszo, czółnem, na wielbłądzie. Pięć lat tułaczki po Czarnym Lądzie – tak w skrócie wyglądała wielka podróż Kazimierza Nowaka, poznaniaka, mieszkańca kamienicy numer 32 przy ulicy Lodowej na Łazarzu. Wyruszył w 1931 roku, do Polski wrócił w listopadzie 1936 roku. Rok później, wycieńczony chorobą, zmarł. 

Pozostawił trochę pamiątek, dwa tysiące zdjęć oraz relacje publikowane w czasie wędrówki w polskiej i zagranicznej prasie.
 



– Gdy zacząłem szukać jego śladów, w archiwach trafiłem na relacje ze środka jego podróży, potem – cofając się – odkrywałem ogrom czasu i przestrzeni, jakie były za nim. W końcu udało mi się dotrzeć do pierwszych jego listów i do ostatnich relacji. Wreszcie książka była gotowa – mówi Łukasz. Zdążył ją jeszcze wręczyć dziadkowi. 

– Bardzo to wszystko przeżywał, on pamiętał Nowaka, z gazet i wykładów w kinie „Apollo”. 



Nowak był już wtedy bardzo słaby, wycieńczony przywiezioną z Afryki malarią. Z trudem snuł swoją opowieść zgromadzonym w kinie poznaniakom. Wcześniej, w jednym z zakładów fotograficznych, co jakiś czas pojawiały się w witrynie nadsyłane przez Nowaka zdjęcia. 

– Pamiętam, z jaką ekscytacją dziadek opisywał oczekiwanie na zmianę tych fotografii – kolejne relacje z Afryki. 

„Miałem wówczas wrażenie, jakie może mieć jedynie kapitan statku, który odbija od brzegu, kierując się w stronę przeciwległego wybrzeża oceanu, mimo że nie rozporządza ani załogą, ani nawet sterem czy żaglami”. 



Prom z Danii na Islandię płynie trzy dni, a na pokładzie nie dzieje się nic ciekawego. 

– Ile można gapić się w morze? – Maciej Pastwa, poznański podróżnik, skręca papierosa, a w oczach pojawiają się ogniki, jakie widziałem już u Łukasza. – I wtedy z plecaka wyciągnąłem książkę Nowaka. Kupiłem ją już wcześniej, woziłem ze sobą, ale jakoś nigdy nie było okazji, by przeczytać. 

Maciej zaczyna więc lekturę, i coraz bardziej się dziwi. 

– Czytałem to ze łzami w oczach: ten człowiek, nie mając niczego, dokonał jednego z największych polskich wyczynów podróżniczych. I mieszkał na Lodowej, a ja tam na praktyki cukiernicze chodziłem! Po kilkunastu stronach tej książki wiedziałem, że nie wolno mi tego tak zostawić. A trzy dni to dużo czasu na myślenie. 

Od tego czasu Maciej na Nowaka mówi: Kazik. 


Jeszcze na promie Maciej wpadł na pomysł ufundowania tablicy upamiętniającej wielki podróżniczy wyczyn Nowaka. Zaraz po powrocie z Islandii poszedł do wydawnictwa Sorus, które wydało książkę, ono skierowało go do Łukasza. 



– Poszedłem do restauracji, w której pracował i przedstawiłem mu pomysł – opowiada Maciej. Po chwili jechali na poznański dworzec szukać miejsca dla tablicy. Było jasne, że tylko tam może ona zawisnąć. – Tam każdy jest podróżnikiem, choćby jechał do pracy. Droga jest wspólnym mianownikiem dla Nowaka i dla wszystkich ciekawych świata. W samochodzie przyszła mi do głowy myśl, że tablicę powinien odsłonić Ryszard Kapuściński. Szalone, prawda? 

„Szlaki, na które tam wjechałem, zasłane były szkieletami dromaderów i Beduinów, nierzadko spotykało się szczątki ciał kobiet i dzieci, których hieny nie zdążyły ogryźć jeszcze dokładnie”. 




Józef Biernacki rzadko ogląda telewizję. Woli książki. Najlepiej te historyczne albo krajoznawcze. 

– Bo ja taki szperacz jestem, pasjonat, strasznie ciekawi mnie świat – mówi pan Józef i uśmiecha się szeroko. Niedawno czytał „Heban” Kapuścińskiego. Jak ten człowiek opisuje Afrykę! Z jednej strony kolorową, pełną barw, zapachów i dźwięków. Z drugiej okrutną, lepką od krwi, skłóconą, ciągle w ogniu. 

Tego dnia, 27 listopada 2006 roku, coś go podkusiło i telewizor włączył. 

– Wie pan, przeddzień drugiej tury wyborów samorządowych, trzeba było zobaczyć, co się dzieje. 



Ogląda więc z żoną wiadomości, a tu, na samym końcu, relacja z odsłonięcia tablicy poświęconej… wujkowi Kaziowi. I odsłania ją nie kto inny jak Ryszard Kapuściński! Obok wielkiego reportera kręci się dwóch młodych mężczyzn, jeden z nich mówi, że jak dotąd nie udało im się dotrzeć do rodziny Kazimierza Nowaka, że ślad po niej zaginął. 

– Jak to? – dziwią się państwo Biernaccy – a babcia Irena? I pan Józef chwyta za telefon.
 



„Strzeliłem, strzaskawszy głowę węża. Murzynka Remo jednak nie pocieszył ten widok, poniósł bowiem kolejną wielką stratę w swym maleńkim życiu. Teraz nie miał już ani matki, ani ojca, ani nawet psa, który swym ciepłem grzał go w chłodne stepowe noce…”. 

Sułów Wielki koło Leszna – trzy stawy rybne, skrzyżowanie dróg, szachulcowy kościółek kryty gontem, dwadzieścia trzy gospodarstwa. W tym ostatnim, na samym końcu wsi, mieszka Jadwiga Gołębiewska razem z sześciorgiem dzieci. Wśród nich – młoda dziewczyna – Irena. Jest rok 1946. 

– Zaraz po wojnie jeździłam do domu Nowaków w Poznaniu, czasy były ciężkie, wieś żywiła miasto, więc w koszyku woziłam masło, jajka, kiełbasy, wszystko, co najpotrzebniejsze – mówi pani Irena i wyjmuje z kredensu małe zawiniątko. – Ciocia Maria, żona nieżyjącego już wówczas wujka Kazia, dawała mi w zamian za te moje dostawy zdjęcia wujka z dalekich podróży. 

To właśnie kontakt pani Ireny z żoną Nowaka pozwolił przetrwać pamięci o wielkim podróżniku w rodzinie. 




– Bo dla mnie każde zdjęcie to skarb, to pamiątka najcenniejsza ze wszystkich – i pani Irena rozwiązuje zawiniątko. Przed oczami Macieja i Łukasza odsłania się prawdziwy skarb – niepublikowane dotąd zdjęcia Nowaka. I to zarówno te z Polski, jak i te z jego wielkiej podróży. Wśród nich zdjęcie uduszonego przez pytona psa należącego do małego Murzynka Remo. 

– To jest niesamowite – Maciej z niedowierzaniem kręci głową i wkłada kolejne zdjęcia do skanera – chyba będzie trzeba zrobić trzecie wydanie książki. 

„Może list następny ciekawszy będzie, może nawet uda mi się zrobić zdjęcie, jak lew zjada mnie na śniadanie(…) Tak, wjeżdżam w kraj, gdzie na każdym kroku czyha śmierć. A jednak, choć liczę się z trudem dni najbliższych, jakaś przepotężna siła gna mnie naprzód, oprzeć się jej nie mam mocy”. 




– Wyruszył w 1931 roku, ale już wcześniej musiało go to kłuć, musiało go ciągnąć – mówi Łukasz. 

– Pracował w towarzystwie ubezpieczeniowym, zarabiał mało, czasy były trudne, Wielki Kryzys. Spał niekiedy w pracy, by zaoszczędzić na bilecie do domu. 

W czasie swojej pięcioletniej podróży Nowak przemierzył trzy strefy klimatyczne, zabił oszczepem lwa, oślepł na pustyni i polował na leśne słonie z Pigmejami. Przez Afrykę wędrował na dwóch rowerach. Część swej podróży pokonał czółnem, które nazwał imieniem swojej żony – Maryś. Gdy władze jednego z państw zabroniły mu wędrówki rowerem przez pustynię, za ostatnie pieniądze wynajął trzy wielbłądy i z nimi ruszył przed siebie. 
Relacje z jego podróży ukazywały się w kilkunastu krajowych i zagranicznych tytułach prasowych. Sam o sobie mówił, że jest reporterem.
 



Maciej Pastwa: – Uderza wielka ciekawość, jaką cechował się Nowak: raz opisuje dziką przyrodę, innym razem pierwotne ludy, w końcu dochodzi do polityki, jaka zaczynała targać tym światem właśnie wtedy, gdy po nim wędrował. 

Łukasz dodaje: – A do tego nie był nudny, te jego opowieści czyta się z zapartym tchem, właśnie pracuję nad ich adaptacją dla dzieci. 

Ryszard Kapuściński na odwrocie drugiego wydania listów Nowaka napisał: „Przejęty jestem lekturą tej książki. (…) Oby zajęła ona stałe miejsce na listach klasyki polskiego reportażu”. Maciej uśmiecha się. – Tej sprawie towarzyszy jakaś wielka magia, za dużo tu przypadku – to że kupiłem tę książkę, że spotkałem Łukasza, że pan Ryszard zgodził się nam pomóc, że w końcu udało się znaleźć jego rodzinę. Kazik ma szczęście nawet po śmierci. 




„Podawano mi go do ręki, ale choć wiedziałem, że to szczere złoto, dotykałem go i przesypywałem w dłoni, wrażenia żadnego! Jest ono tutaj jakieś obojętne, pozbawione swej wartości. Pigułka chininy, aspiryny, soczysta pomarańcza ma dla mnie w tych stronach o niebo więcej uroku i wartości!”. 

W czasach, gdy kwitła idea kolonializmu, a Polska starała się o swoje kolonie na Madagaskarze czy w Liberii, Nowak potrafił powiedzieć, że brzydzi się koloniami, wielokrotnie podkreśla w swojej książce radość, że Polska ich jednak nie ma. 

– To jest jego wielkość, był całkowicie niezależny, to imponuje w nim najbardziej. Maciej Pastwa dodaje, że wyjątkowość Nowaka kryje się także w jego uporze. 




– Byłem tam gdzie on. Pustynię, której my nie mogliśmy pokonać landroverem, on przebył wraz z trzema wielbłądami! Nowak był nieugięty, także jeśli chodzi o środek transportu, jakim obiecał sobie podróżować. Kiedyś włoski patrol zabrał go z pustyni, sądząc, że jest szpiegiem. Samochodem przewieźli go na posterunek. Gdy okazało się, że jest po prostu podróżnikiem, chcieli go podrzucić w jakieś miejsce lepsze do kontynuowania wędrówki. – Kazik kazał się odwieźć w to miejsce, z którego go zabrali, ani metra dalej – Maciej poważnieje. – Sam żyję tak, by realizować swoje marzenia, staram się ich nie odpuszczać. On nie odpuścił ani na chwilę! Nie ma wielkiej podróży, gdy nie ma wielkiego człowieka. 

„I w ciszę pustyni pobiegły słowa nauczonej przez matkę modlitwy. Jest niedziela i tu wśród obcej pustynnej krainy po polsku na głos modli się włóczęga. Modliłem się i ja, i piasek, i głazy”. 




Filip Springer 

Szlakiem wiodącym pośród fantastycznych krajobrazów, malowniczych wodospadów, dymiących wulkanów, nieprzeliczonych stad dzikich zwierząt królujących na bezkresnych przestrzeniach, poprzez piaski pustyń, bezdroża sawann i zarośnięte ścieżyny lasu równikowego podąża niestrudzenie samotny podróżnik. Gdzieniegdzie przystaje, ustawia aparat i robi zdjęcie, zapisuje coś w notatniku, po czym rusza dalej, pchając przed sobą swój objuczony skromnym dobytkiem, rozklekotany rower. 

To Kazimierz Nowak, autor opowieści, która niczym bajka odsłania przed nami cudowną krainę odległą zarówno w przestrzeni, jak i czasie – Afrykę lat trzydziestych XX wieku.



Cytaty pochodzą z książki Kazimierza Nowaka „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931–1936, Wydawnictwo Sorus, Poznań 2006. 



Podobne artykuły


58
komentarze: 26 | wyświetlenia: 13535
32
komentarze: 47 | wyświetlenia: 13640
25
komentarze: 37 | wyświetlenia: 1679
21
komentarze: 14 | wyświetlenia: 3773
11
komentarze: 29 | wyświetlenia: 1460
33
komentarze: 11 | wyświetlenia: 5150
21
komentarze: 10 | wyświetlenia: 48745
16
komentarze: 13 | wyświetlenia: 2894
36
komentarze: 25 | wyświetlenia: 3821
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 7200
19
komentarze: 11 | wyświetlenia: 2459
32
komentarze: 25 | wyświetlenia: 83323
25
komentarze: 10 | wyświetlenia: 11006
 
Autor
Dodał do zasobów: Grzegorz Mniejszy
Artykuł

Powiązane tematy





  memnik  (www),  05/01/2011

ja jednak wciąż tej kolonii na Madagaskarze jakoś odżałować nie mogę ;) W ogóle zresztą świat kolonialny ma jakiś swój niezaprzeczalny urok. Wydaje się, że świat był wtedy (dla Europejczyków oczywiście) bardziej otwarty. Bohater artykułu jest zresztą świetnym tego przykładem.

Inna rzecz, że może to nie świat się zamknął, tylko lata izolacji sprawiły, że nam tu zza żelaznej kurtyny podróże się całkiem odrealniły i straciliśmy wiarę, że wystarczy chcieć...

  swistak  (www),  05/01/2011

Zbyt dosłowny ten Polski Land rower !

  kruq,  06/01/2011

Ktoś, kto nigdy nie był na wycieczce rowerowej (nie mówiąc już o Afryce) takiej nawet 2-3 dniowej nie wie "o co w tym chodzi" tj. dlaczego to jest takie hmmm ujmujące o ile się nie przesadzi bardzo z dystansem. Ja początkującym polecam nie więcej jak 50 km \dzień i wystrzegać się plecaka, on jest dobry na 15-20km.

Każda rada jest cenna. Dzięki:-)

Wow...przeniosłam się w inny świat. Niezmiernie ciekawy artykuł. Dziękuję :)

I powiem Ci w wielkiej tajemnicy, że wybieram się, mniej więcej, jego śladem w 2012 roku. Może się uda? Kto wie...

Kazimierz Nowak spełnił chyba swoje marzenia. Imponujące.

Warto mieć marzenia...:-)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2017 grupa EIOBA. Wrocław, Polska