Login lub e-mail Hasło   

Od kiedy handlujemy na odległość?

Handel elektroniczny zrodził się w 1995 roku. Ale czy na pewno przedtem nie było niczego? Jak zaczniemy się cofać to trafimy na Benjamina Franklina i królową Victorię.
Wyświetlenia: 1.318 Zamieszczono 04/02/2011

Przełom roku 1995 był niewątpliwy. Tego roku rozpoczął działalność pierwszy sklep internetowy – Amazon.com na pewno nie był ostatni. Pierwszy bank internetowy – Security First network bank był nim z pewnością. A także pierwszy serwis aukcyjny – pewnie był nim eBay.com. Tylko rok wcześniej rozpoczął działalność pierwszy portal Yahoo. Czy jakaś inna ważna działalność w Internecie mogła wtedy nie zaistnieć? Z pewnością wiele od tego czasu zrobiono, ale trudno o równie ważne serwisy wyznaczające całe zakresy działalności.

Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie kilka lat wcześniej dokonany przez Tima Bernesa-Lee wynalazek WWW(podkreślmy, że w Europie i przez Europejczyka). Przekonał on do Internetu wszystkie oporne dotąd grupy użytkowników, a przede wszystkim dał możliwość postrzegania serwera internetowego jako dosłownie i w przenośni witryny z atrakcyjną przede wszystkim przez użycie grafiki zawartością. Z pewnością nie byłoby WWW, gdyby w 1969 w USA nie narodziła się pierwsza rozległa sieć komputerowa.

Ale czy można sięgać jeszcze głębiej po narodziny komputera, znowu nie popadnijmy w spory czy to było w USA zaraz po wojnie, czy jeszcze w trakcie wojny nie skonstruował go Turing w Europie. A może narodziny telekomunikacji? Przecież alfabet Morse’a ma dużo wspólnego z kodem binarnym. Kiedyś już to przerabialiśmy, więc tym razem spróbujmy pójść inną drogą.

Kiedy w latach siedemdziesiątych mojemu ojcu udawało się kilkakrotnie wyjeżdżać do Berlina Zachodniego zawsze wracał ze stosami katalogów z niedostępnym u nas bogactwem produktów konsumpcyjnych. Wyróżniały się wśród nich katalogi firm prowadzących sprzedaż wysyłkową, takich jak Quelle czy Otto. Dlaczego Niemcy tak lubili korzystać z ich usług, pomimo, że ceny były stosunkowo wysokie, a asortyment ustalany raz w roku? Zrozumiałem to wiele lat później, kiedy trafiłem do tego kraju i obserwowałem zmagania moich znajomych by po pracy lub w przerwie zdążyć do sklepu i zrobić zakupy. Po prostu Niemcy przez tradycyjną dwugodzinną przerwę na obiad mieli bardzo wydłużony dzień pracy, a tradycyjne sklepy przez sztywne przepisy nie mogły odpowiednio dostosować godzin pracy. Więc możliwość spokojnego zastanowienia się w gronie rodzinnym nad zakupami z atrakcyjnymi katalogami w ręku była dla wielu wybawieniem.

Pewnie wielu oburzy się w tym miejscu, gdyż chyba żadnemu na świecie sklepowi sprzedaży wysyłkowej nie udało się przekształcić w nowoczesny sklep internetowy i odnieść na tym polu sukcesu. To pewnie racja, ale organizacyjnie i pojęciowo rzecz ujmując ten dystans nie jest wielki, chociaż pewnie większy niż od komputera mainframe do mikrokomputera, a i tu większość tradycyjnych firm tworzących oprogramowanie „przespała” moment, gdy mogła wykorzystać swój potencjał doświadczeń z kompilatorami i systemami operacyjnymi, ale przez opieszałość oddała pole Microsoftowi i kilku pomniejszym.

Niemieckie sklepy wysyłkowe powstały zazwyczaj w początkach XX wieku i nie były pierwszymi na Ziemi. Za prekursora sprzedaży wysyłkowej można chyba uznać słynnego naukowca amerykańskiego, który zajął się w 1744 wysyłkową sprzedażą produktów, od których w ćwierć milenium później zaczynały zazwyczaj sklepy internetowe – książek. Tyle, że Franklin postanowił tą drogą upowszechniać prace naukowe i podręczniki akademickie i to nie tylko swoje. Jego rodak Alfred Hammacher z Nowego Jorku w sto lat później(1848) rozpoczął handel wysyłkowy narzędziami mechanicznymi i sprzętem budowlanym. Wydał też w 1881 roku pierwszy katalog, bez którego trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie sklepu sprzedaży wysyłkowej. Jednak wielu za twórcę sklepu sprzedaży wysyłkowej uważa Anglika Pryce Jonesa z Newtown, który od 1859 roku prowadził sprzedaż wysyłkową tak skutecznie, że jego klientką została … królowa Victoria oraz założył później filię w Kanadzie.


Jednak powyższych skojarzeń trudno szukać w podręcznikach Gospodarki Elektronicznej czy eCommerce. Tam mówiąc o początkach większość przywołuje królującą w latach osiemdziesiątych technologię Electronic Data Interchange(EDI) i często nawet zapomina o cezurze roku 1995. Ale EDI to były kosztowne systemy w wielkich korporacjach, które łącząc się wymieniały głównie przepływ środków finansowych. Z czasem banki otworzyły bramki modemowe umożliwiające korzystanie z usług banku przy użyciu niełatwego w obsłudze specjalnie na ten cel konstruowanego oprogramowania. 

Z kolei Francuzi nie bez racji będą przywoływać pamięć pionierskich osiągnięć ich Minitela. To była w istocie mikrokomputerowa przystawka do telefonu służąca w pierwszym rzędzie jako książka telefoniczna. Okazało się, że dzięki tej usłudze nie tylko uratowano wiele drzew przed przekształceniem w książki telefoniczne, ale nawet udawało się osiągać korzyści finansowe. Ta najpopularniejsza przedinternetowa i www usługa sieciowa szybko spowodowała powstanie wielu innych, już płatnych usług, które zapewniły wygodę oraz edukację społeczeństwa, tak że francuski emeryt zaopatrujący się w sklepach internetowych nie jest taką rzadkością jak w innych krajach.

Na zakończenie chciałbym jeszcze wspomnieć o dwóch innych „ubogich krewnych” Internetu. Są nimi telegazeta oraz usługi tonowe w serwisach telefonicznych. Telegazeta podobna jest do WWW przede wszystkim przez możliwość przywoływania stron. Tyle, że w telegazecie są one ponumerowane liczbami trzycyfrowymi i przez to, a przede wszystkim sekwencyjną technikę ich przesyłania bardzo ograniczone w repertuarze i możliwościach tekstowych oraz graficznych. Najważniejsze jednak, że telegazeta podobnie jak cała telewizja jest jednokierunkowa. Tej ostatniej wady nie ma połączenie telefoniczne, jednak udostępnia tylko kanał głosowy. Pozwala to jednak realizować proste aplikacje pozwalające na: łatwiejsze dodzwonienie się do konkretnego działu firmy, uzyskanie jednej ze standardowych informacji a nawet poznanie stanu konta bankowego i wykonanie na nim prostych operacji.

Wydaje mi się, że niekiedy aplikacje internetowe zapominają o kanale głosowym, a mogłoby to się przydać na przykład niewidomym, prowadzącym pojazdy mechaniczne lub spacerującym. Oczami wyobraźni widzę(a raczej słyszę takimi uszami) hipertekstowy dziennik głosowy w moim samochodzie, który wysłuchuję nie jak dziś „od deski do deski”, lecz korzystając z przycisku w kierownicy rozwijam sobie interesujące mnie wątki i przerywam mało dla mnie ważne.

Podobne artykuły


8
komentarze: 79 | wyświetlenia: 1091
111
komentarze: 32 | wyświetlenia: 60596
54
komentarze: 68 | wyświetlenia: 31250
54
komentarze: 56 | wyświetlenia: 32534
50
komentarze: 27 | wyświetlenia: 63438
49
komentarze: 18 | wyświetlenia: 64915
39
komentarze: 30 | wyświetlenia: 28769
39
komentarze: 50 | wyświetlenia: 23224
37
komentarze: 9 | wyświetlenia: 28467
36
komentarze: 37 | wyświetlenia: 23376
34
komentarze: 21 | wyświetlenia: 26287
32
komentarze: 76 | wyświetlenia: 12450
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Bardzo ciekawa historia.
Co do "niekiedy aplikacje internetowe zapominają o kanale głosowym, a mogłoby to się przydać na przykład niewidomym" to wydaje mi się, że problem leży po dwóch stronach, bowiem sami niewidomi rzadko starają się o organizację lub tworza projekty aplikacji, które mogłyby ułatwić im życie. Ciągle jest to za mało rozwinięty segment.
Moim marzeniem jest za to, by ...  wyświetl więcej

Dzięki.
Ostatnio miałem w ręku okulary "szpiegowskie" z wmontowaną kamerą. Chińczycy produkują tego mnóstwo i znajdują zastosowanie również dla niewidomych: http://www.seeingwithsound.com(...)ses.htm



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska