Login lub e-mail Hasło   

Z wynajmowanego pokoju do własnego domu

Jak to się dzieje, że dwoje młodych, słabo zarabiających ludzi wprowadza się do własnego domu? Zjednoczona potęga przyjaźni, marzeń i pracy czyni takie cuda.
Wyświetlenia: 6.475 Zamieszczono 06/03/2011
Jako singlowi żyło mi się dostatnio. Kupowałem co chciałem. Jeździłem, gdzie zapragnąłem. Nigdy nie byłem biedny, ale nie za sprawą tego, że miałem mnóstwo pieniędzy, lecz tego, że czułem się bogaty.
 
W pewnym momencie stwierdziłem, że to co mam to za mało, aby być w pełni szczęśliwym. Zapragnąłem ciepła kobiety, która sama z siebie chciałaby przytulić się do mnie. Miałem 24 lata i modliłem o dziewczynę, z którą moja dusza mogłaby się zlać w jedną. Wkrótce przyszła. Była cudowna. Jeden z moich wykładowców powiedział z zachwytem: „Maciek! Ależ ona chodzi!” http://www.eioba.pl/a/30br/kobieta-na-cale-zycie
 
Pojawiły się jednak niepokoje. Jak sobie poradzimy? Umiałem żyć samemu, ale czy będę umiał zadbać o nas dwoje, a potem troje czy czworo? Okazało się jednak, że sobie radzimy. Ja dobrze zarabiałem ucząc angielskiego, a Agata otrzymywała przyzwoite stypendium naukowe. Najważniejsze, że było nam razem dobrze, bardzo dobrze.
 
Mieszkaliśmy w akademiku i trzeba było pomyśleć o przyszłości. Rok później pozostawiliśmy nasze dotychczasowe życie i wyjechaliśmy z Warszawy do Kołobrzegu, aby zaryzykować nowe. http://www.eioba.pl/a/2q6z/wielki-sukces-za-100-zlotych
 
Zamieszkaliśmy w hotelu dla pielęgniarek o nazwie „Medyk”. W opinii obiegowej funkcjonował on jako „tartak”. Nie było jednak aż tak źle. Dziewczyny na ogół były przyzwoite. Gorzej było z facetami, a szczególnie dwoma, jednym zdegenerowanym lekarzem i taksówkarzem. Wierzyli, że korzystają z uroków młodości, a faktycznie bez zmiłowania katowali swoje organizmy i ranili dziewczyny. Zastanawiam się czy jeszcze żyją.
 
Mieszkaliśmy z Agatą w jednym małym pokoju z widokiem na rzekę Parsętę i starówkę. Łącznie zarabialiśmy 1000 zł. Z powodu braku pieniędzy przez dwa lata nie udawało nam się kupić ani odkurzacza ani lodówki. Czuliśmy się jednak zwycięzcami.
 
                                        Widok z "Medyka" o 2.00 w nocy
 
Byliśmy szczęśliwi, że mamy własne lokum, w którym nieźle nam się żyło. Wtedy zadzwonił Waldek, kolega z Grzybowa, który zarządzał ośrodkiem wczasowym. Poinformował nas, że jedna z jego znajomych szuka kogoś, kto w zimie zamieszkałby w jej domu w zamian za opłaty. Zgodziliśmy się natychmiast.
 
Teraz  mieliśmy 5 pokoi i płaciliśmy mniej niż za naszą kawalerkę w Kołobrzegu zł. Piekliśmy własny chleb i codziennie biegaliśmy po plaży, która znajdowała się 200 m od naszego domu. Nasze zarobki poprawiły się. Na raty kupiliśmy nasz pierwszy samochód, nowe Renault Megane. Nie mogliśmy się nadziwić nad ogromem szczęścia, które na nas spadło.
Po roku musieliśmy jednak wrócić do hotelu dla pielęgniarek. Teraz nie było nam tam aż tak dobrze. Mieliśmy potrzebę wyjść do drugiego pokoju. Zasmakowaliśmy przestrzeni. Apetyt był rozbudzony.
 
W „Medyku” nie wolno było mieszkać z dziećmi, a Agata była w ciąży. Wkrótce musieliśmy się wyprowadzić. Na wojskowej mapie topograficznej szukaliśmy ciekawych terenów, a potem pojechałem pytać ludzi czy nie chcą sprzedać domu. Pierwszy napotkany człowiek powiedział, że może sprzedać. Godzinę później z Agatą byliśmy u niego ustalając szczegóły.
 
Do 30 kwietnia mieliśmy wyprowadzić się z „Medyka”, bo od następnego dnia nasz pokój był już wynajęty komuś innemu.
1 maja Agata miała rodzić.
25 kwietnia bank odmówił nam kredytu.
26 kwietnia drugi bank zgodził się udzielić nam kredytu na 100% wartości.
29 bank przelał pieniądze.
30 kwietnia podpisaliśmy akt notarialny i przeprowadziliśmy się.
 
Dom był zbudowany w 1899. Nie wiedzieliśmy do którego pokoju się wprowadzić. Żaden się nie nadawał się do zamieszkania. Na węglowej kuchni po 45 minutach udało mi się zrobić jajecznicę, nasz pierwszy posiłek w nowym miejscu.
 
Następnego dnia Waldek przywiózł nam kuchenkę elektryczną i zainstalowaliśmy bojler. Nasze życie bardzo się usprawniło. Mieliśmy ciepłą wodę. Od tego dnia dziesiątki zwykłych codziennych spraw, których dotąd nie dostrzegaliśmy, sprawiało nam radość większą niż dotąd największe przyjemności.
 
Lato było piękne. Większość czasu spędzaliśmy w ogrodzie na hamaku wśród kwitnących własnych jabłoni i z naszym dzidziusiem, który się urodził dwa tygodnie po przeprowadzce. Dwa lata później w maju urodziło się drugie dziecko. Oboje pojawiły się maju, tak abyśmy mogli bezboleśnie "wstrzelić się" w rok szkolny.
 
Odwiedzili nas rodzice. Mama przez dwa kolejne miesiące płakała z powodu warunków w jakich mieszkamy. My jednak oczami wyobraźni spoglądaliśmy w przyszłość, która rysowała się w jasnych kolorach.
 
Mieszkaliśmy na odludziu, 3 km od najbliższej wsi, do której dojeżdżalo się przez pola i rozlewiska w jedną stronę oraz 3 km w drugą przez las do trasy A6. Gdy ktoś z Gdańska chciał nas odwiedzić instruowałem: "Jedziesz prosto przez 230 km, a potem w prawo 3 km przez las" albo dla tych ze Szczecina: "Jedziesz prosto przez 100 km, a potem w lewo 3 km przez las". 
Było to takie miejsce, że gdy kiedyś tuż przed wyjazdem po ciemku wypadło mi 500 zł to po trzech dnia banknoty wciąż tam leżały.
 
Nasz dom niegdyś stanowił część folwarku o nazwie Helenówek. Na niektórych mapach znajduje się ta nazwa, która dotyczy jedynie naszego domu.
 
Wkrótce zaczęli przyjeżdżać do nas znajomi dziennikarze i muzycy z Warszawy. Nasz dom stał się dla nich odtrutką od gwaru jaki panuje wokół Pałacu Kultury. Tak było w lecie.
 
Gdy nadeszła jednak zima byliśmy niczym pierwsi osadnicy amerykańscy, którym indianie uratowali życie. Miejscowi wielokrotnie wyciągali nas z opresji. Nie wiedzieliśmy skąd się biorą ciepłe grzejniki i woda w kranie. Nie wiedzieliśmy, że mokry dąb nie pali się i jedynie zadymia kotłownię, a mokra brzoza pali się świetlnie i w dodatku ładnie pachnie. W trybie przyspieszonym musieliśmy się tego wszystkiego uczyć. Było ciężko. W nocy wstawałem co 2 godziny, aby dorzucać do pieca. W domu było maksymalnie17 stopni C. Dzieci na wszystkich zdjęciach z tamtego okresu biegają w kurtkach i czapkach.
 
Pewnego wieczoru po powrocie z pracy w Kołobrzegu natychmiast poszedłem napalić w piecu. Kotłownia była zalana wodą. Pękł piec. Na dworze był mróz. Do rana w domu było 8 stopni.
 
Zima wyssała z nas mnóstwo energii, ale byliśmy po niej mądrzejsi i bardziej zaradni. Uczyłem się tego co w życiu najważniejsze – umiejętności przetrwania. Obkopałem dom, aby zrobić izolację. Wymieniłem wszystkie drzwi, okna, instalację elektryczną i grzewczą. Wymurowałem szafki w kuchni i wygładziłem wszystkie ściany.
 
Mieszkaliśmy tam bez telewizji, internetu i przez bardzo długo bez telefonu. Dzieci niemalże przez cały czas przebywały na dworze. Czas spędzalismy twórczo. Agata wyszywała patchworki i trenowała tańce izraelskie, a ja pisałem książkę i robiłem zdjęcia. Kilka razy po kilka miesięcy mieszkał z nami chłopak, który rzeźbił. Pod okna podchodziły nam sarny.
 
Gdy dom był już niemalże skończony i oswojony wyprowadziliśmy się z niego. Kupił go architekt ze Szczecina.
Mieszkaliśmy tam przez pięć lat. Był to niesamowity okres naszego życia, który wspominamy z łezką w oku.
 
Maciej Strzyżewski
 
 
                         
 
 
 

Podobne artykuły


36
komentarze: 10 | wyświetlenia: 92794
17
komentarze: 38 | wyświetlenia: 6120
37
komentarze: 60 | wyświetlenia: 12876
33
komentarze: 47 | wyświetlenia: 14687
31
komentarze: 98 | wyświetlenia: 9761
40
komentarze: 12 | wyświetlenia: 58762
24
komentarze: 37 | wyświetlenia: 18174
32
komentarze: 69 | wyświetlenia: 10589
32
komentarze: 68 | wyświetlenia: 11798
30
komentarze: 35 | wyświetlenia: 8248
19
komentarze: 8 | wyświetlenia: 7292
41
komentarze: 9 | wyświetlenia: 90136
 
Autor
Artykuł



Piękne!!! Marcinie jestem zauroczona i oh, jej ależ pod wrażeniem ludzkiej siły i radości życia:) A jaki to raj dla dzieci wzrastać przez pierwsze lata życia w takim otoczeniu i spokoju... Maćku, marzenia i ich realizacja dają największą radość w życiu, specjalnie wówczas, gdy z ukochaną osobą ramię w ramię się je przeżywa. Gratuluję!

  Elba,  06/03/2011

Tak, tak! To wszystko sprawiają marzenia. Nie wolno sobie pozwolić zabrać marzenia lub oduczyć się marzyć! Życie bez marzeń - to życie bezbarwne i bez sensu.

  greenway,  06/03/2011

Radość - a czy to nie jest imię Miłości. Dziękuję po raz kolejny Macieju. :-)

  hussair  (www),  06/03/2011

Niczym pamiętniki trapera... Rodzina z takim Wojownikiem przejdzie wszystko. Co więcej: nawet trudy nie zmiotą uśmiechu z serc. Gratuluję, Macieju. Charakterność - bezcenne.

  Gamka  (www),  06/03/2011

Macieju ! a ja po prostu dziękuję, że jesteś bo takie osoby jak Ty są NIEPOWTARZALNE....
Żałuję tylko, że nie mogłam zobaczyć Helenówka ...piękne krajobrazy ,cudowne okolice ...a malowidła i robótki Agaty są przepiękne !
Pozdrowienia dla Waszej "Czwórki" posyłam >>>>> Gamka

Maćku... brak mi słów. Przepiękne:)

  Tomasz Het  (www),  06/03/2011

Tylko wielki + dla ciebie, pozdrawiam

  barkarz  (www),  06/03/2011

Niezwykły z Ciebie facet – zaradny, ryzykant i szczęściarz.

Wszystkim miłośnikom wiejskiego życia serdecznie dziękuję za komentarze.

Byłem tam raz, pamiętasz? Cieszę się, że jesteśmy przyjaciółmi:-)

Jasne, że pamiętam. Przymierzałeś mój kowbojski płaszcz, który świetnie pasował do Twojego kapelusza. Życie jest barwne.

Czy życie nie może być fascynujące? I piękne?
Nie po raz pierwszy, bardzo Ci Maćku dziękuję:-)

  Dedukacje  (www),  25/03/2011

"Gdzie ci mężczyźniiii, prawdziwi tacy..... orły, sokoły, herosyyy...;) "
Macieju, ponownie, gratuluję pióra, charakteru, ambicji, konsekwencji i wytrwałości w dążeniu do celu..
Ja mam jeszcze sporo do zrobienia, aby osiągnąć taki stan, dlatego wyrazy szacunku :)
pozdrawiam i wszystkiego dobrego dla Ciebie i Rodziny:)
K.

Piękna historia. Tak prosta, ludzka, że aż... filmowa:) Zastanawiam się tylko, co z tą książką co pisałeś?

PIękne, inspirujące, pozytywne...
:-)

Maćku - to dopiero drugi artykuł z Eioby, który zachowałem sobie w wersji do druku.
Potraktuj to jak wyjątkowe wyróżnienie. ;-)
Dla mnie to inspiracja na moje dalsze życie.
Bywaj!
PS: i zaglądaj tu częściej

Pochodzę z tamtych okolic woj. koszalińskiego. Rozumiem więc przywiązanie Maćka do tych regionów; ich piękno warto odkryć dla siebie. :-)
Cudo zdjęcia!



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska