Login lub e-mail Hasło   

Jeden dzień

co byś zrobił, gdyby został Ci tylko jeden dzień życia?
Wyświetlenia: 1.147 Zamieszczono 18/07/2011

Co zrobisz, gdy pewnego zwykłego październikowego poranka u drzwi Twego mieszkania stanie rosły, szpakowaty mężczyzna w długim szarym płaszczu z wygniecionym kołnierzem i  kapeluszu przesłaniającym lekkim cieniem zmiętą, zmęczoną twarz? Korytarz jest ciemny, od małych zabrudzonych okienek odchodzi tylko cienka smużka światła, chłód osiada na Twoich nagich kostkach, gdyż nie zdążyłeś jeszcze założyć ciepłych, babcinych skarpet. Poleciła Ci je nosić w jesienne wieczory, takie jak ten.  Wpatrujesz się w ledwo dostrzegalny zarys oczu mężczyzny, przeszywasz go wzrokiem. On nawet nie drgnie. Dopiero po chwili rozłoży delikatnie usta, by obwieścić Ci jakże uroczą wiadomość.

Co zrobisz, gdy owy nieznajomy swym chrapliwym głosem oznajmi Ci, iż na Twym koncie pozostał tylko jeden jedyny dzień życia? Jeden nędzny dzień. Co robisz? Nerwowo zanosisz się śmiechem zaciskając przy tym wargi, a może zapraszasz gościa na brzoskwiniową herbatę? W końcu przecież mamy październik, nieprzyjemny wiatr na dworze daje popalić. Co robisz, bo przecież nie uwierzysz w to, że jakiś niespełna rozumu, blady, dziwny facet wyznaczył Ci termin śmierci.

Dobrze… Uznajmy więc, iż początkowo zareagowałeś panicznym śmiechem, żartem, ironią. Potem zaś nastąpiła faza pojękiwania, miotania się, przerażenia. Układ nerwowy odmówił posłuszeństwa, został zbity z tropu. Skutecznie zaciśnięto pętlę na Twej krtani, ledwie podtrzymujesz się framugi drzwi. Facet stoi, jak stał. Bez żadnych, nawet mimowolnych, ruchów. Nie mruga, zdaje się, że nie oddycha. Czy jego też przestraszyła wizja rychłego odejścia z tego świata? Może uciekł z wariatkowa, a może po prostu nie istnieje? Może jest naszą chorą wizją? Zastanów się. On stoi właśnie tam, w odległości wyciągniętej ręki. Czy jest realny? Może ktoś chciał nam zrobić kawał? Czujesz niekontrolowany zawrót głowy, powietrze zatrzymało się, gdzieś w połowie drogi do płuc i stanęło, jak kołek. Zaraz obudzą się w Tobie skłonności hipochondryczne, stwierdzisz, iż masz migotanie komór i czeka Cię nieuchronny zawał.

Jak to? Przecież do cholery nikt normalny nie przychodzi do obcego człowieka i nie straszy śmiercią! Można to uznać za groźbę karalną. Więc gdzie najpierw dzwonić? Do szpitala, czy na policję? Jakoś ciężko jest sobie wyobrazić swoją śmierć, a tym bardziej to, iż ma nastąpić w przeciągu kilku dni. Zazwyczaj ludzie planują. Planują wakacje, przyszłość, całe życie. Za tydzień rozpoczną się Mistrzostwa Świata, za miesiąc mam urodziny, a pojutrze wizytę u dentysty. Nikt jednak nie planuje swojego zgonu, co jest w gruncie rzeczy normalnym zjawiskiem. Ale czy nie powinniśmy zdawać sobie sprawy z jego nieuchronności i nieodwracalności? Gdybyśmy mieli, jak kot, siedem żyć, śmierć obrałaby zgoła inny wymiar. Człowiek byłby bardziej przygotowany. Może nawet uodporniony na myśl o niej. A tak odsuwa ją w najciemniejszy kąt swojego umysłu. Nie dopuszcza do siebie nawet cienia takich rozważań. Człowiek uważa się za nieśmiertelnego, niezniszczalnego. Z drugiej jednak strony niechybność śmierci sprawia, iż szanujemy naszą egzystencję i przyjmuje ono znaczenie o wiele większe, niż jakakolwiek inna wartość.

Co począć w takiej sytuacji? Odwiedzić wszystkich wrogów i z fałszywym miłosierdziem w głosie przepraszać? Nie ważne, że tak naprawdę nadal myślimy o nich jak najgorzej i nigdy nie przyznamy im racji. Ważne, by miło nas wspominali po śmierci.

 „Och, tak. To był wspaniały człowiek. Zrehabilitował się tuż przed ostatnim westchnieniem.” Gówno prawda. Powiedziałem to tylko, żeby ktoś od czasu do czasu zapalił łysą świeczkę na moim grobie.

 Jakież to urocze i dobroduszne. A może wręcz przeciwnie, powiedzieć wszystkim, co się o nich myśli i odejść bez niedopowiedzianych spraw? To nie ma sensu. I tak puszczą te uwagi mimo uszu i uznają to za paplaninę umierającego, tracącego zmysły człowieka w agonii.

„Pod koniec życia był w tak złym stanie, ze nawymyślał wszystkim dookoła. To przykre, współczuję jego rodzinie.” To ja Tobie współczuję. Człowiek Ci mówi, że zawsze miał Cię gdzieś, a Ty żałujesz jego najbliższych. To jest dopiero przykre.

A może by tak wrócić do korzeni, do rodzinnego domu? Gdzie matka, babka, ciotka, wujek, wszyscy sąsiedzi i znajomi znajomych będą płakać, lamentować i podcierać Ci tyłek.

„Boże, tak blado wyglądasz! Co teraz będzie?! Zjedz rosołku, wypij herbatkę, przekąś coś.” Po cholerę mam jeść rosół? Ludzie, jutro umieram, chcę coś specjalnego! Choć  odrobinkę spokoju.

No to może trafnym pomysłem okazałoby się poznawanie nowych rzeczy? Wylecieć w ciepłe kraje, skoczyć na bungee, zrobić tatuaż na piersi i kochać się z nieznajomym w windzie? Pomyślą, że totalnie oszalałeś.

„Pod koniec zupełnie stracił zmysły. Wyjechał sobie, przepił wszystkie pieniądze i zostawił rodzinę z niczym!” Moje życie, moja śmierć, czyż nie?

Więc co tu robić, żeby wszystko było tak, jak Bóg przykazał? Spędzić czas z rodziną i przyjaciółmi, czy zamknąć się samotnie w pokoju i spisywać wspomnienia? Robić wszystko tak, jak zawsze, czy zupełnie inaczej? Tak wiele różnych pomysłów, tyle rozważań i niewiadomych, a tylko jeden dzień. Tyle chciałoby się dowiedzieć, tyle jeszcze powiedzieć, tyle zrobić. A został jeden pieprzony dzień. Tysiąc czterysta czterdzieści minut. Osiemnaście tysięcy siedemset dwadzieścia głębokich westchnień. I koniec. Nicość. Zbawienie, a może wieczność w piekielnych otchłaniach. Co wybrać? Czy zdajemy sobie sprawę z tego, iż całe nasze życie jest przedsmakiem pośmiertnych wrażeń?  Taa… Czy ktokolwiek jest świadomy faktu, że w każdej chwili, w każdym miejscu może mieć miejsce wielki finał? Cały czas prowadzimy swoistą walkę. Walkę o każdy dzień, każdy oddech. Ma miejsce bitwa z samym sobą, z całym światem i każdym z osobna. Nikt nie wierzy w to, iż nasz ostatni dzień nadejdzie. Przecież to niemożliwe, nie ja, na pewno nie! Z resztą mężczyzna w szarym płaszczu bardzo rzadko przybywa pod nasze drzwi osobiście. Czy można się go spodziewać? Nie sądzę. Czy można się domyślić, że nadejdzie? To doprawdy wątpliwe. Gdy już owy nieznajomy pofatyguje się i pewnego szarego, wietrznego wieczoru zjawi się w Twym mieszkaniu, by wypowiedzieć jakże istotne zdanie – nie zauważasz go, wyśmiewasz.

Ludzie… Hmm… Zabawne istoty, czyż nie? Na co dzień nie szanują daru, który otrzymali kiedyś od Boga, jednak dowiedziawszy się o nadchodzącej rychło śmierci potrafią zaprzedać duszę diabłu, by tylko możliwie jak najdłużej je przeciągnąć. Pragną wyssać ze swej egzystencji więcej niż dotychczas, chcą odbierać więcej bodźców, więcej wrażeń i emocji. W jednej chwili stają się religijni, bogobojni, do rany przyłóż. Lamentują, proszą, zanoszą się żalem. W ciągu dwudziestu czterech godzin chcą zmienić całe swoje życie, chcą w ten sposób odwrócić rozwój wypadków. Do głowy napływa im tysiące, miliony, miliardy myśli i niespełnionych nadziei. Przecież tyle mogli jeszcze zrobić, tyle zmienić, byli by zupełnie innymi ludźmi. Byli by współczujący, wrażliwi i dobroduszni. Byli by lepszymi mężami, matkami, kochankami i dziećmi. Lepszymi obywatelami, lepszymi sąsiadami i uczniami. Byli by totalnie kimś innym. Może nawet poszliby na studia, zostaliby światowej sławy chirurgami, może aktorami? I to wszystko w jeden dzień! Przez całe swoje marne życie nie potrafili podjąć jednej prostej, banalnej decyzji, a tu tyle na raz! Cóż za ironia losu. Może wtedy zasługiwali by na zbawienie, a teraz? Czy mogą na nie liczyć? Doceniamy coś dopiero po stracie. Czyż na tym świecie nie trzeba mieć szeroko otwartych oczu, dostrzegać własnych wad i ich naprawiać? Nie trzeba czerpać garściami, być takim człowiekiem, z którego jest się dumnym? Dumnym z samego siebie. Czyż nie prościej jest żyć w zgodzie z samym sobą? Nie wygodnie, nie jak najprościej, nie po najgładszej linii oporu. Może wystarczyłoby być szczerym ze sobą i z bliskimi nam ludźmi. A może ciągła gonitwa, zachcianki, małe grzeszki, ziemskie rozkosze i nasza pycha przesłaniają te rzeczy, z których powinno się czerpać prawdziwą radość? Mamy zdolność do chwilowego zadowalania się substytutami szczęścia, jesteśmy zbyt leniwi by szukać głębi w tym, co robimy. Gdy owa krótkotrwała przyjemność minie przełykamy gorzkie poczucie samotności i żalu naszego błahego jestestwa.

A jeśli szpakowaty mężczyzna stojący tuż przed Twoimi drzwiami powie, że zostały Ci tylko dwadzieścia cztery godziny egzystencji, to co najbardziej zapamiętasz? Twarze, sytuacje, słowa, gesty? Co najbardziej zapadnie Ci w pamięci? Uśmiech ukochanego, gdy objął Cię ramieniem, osiemnaste urodziny, może bezsensowna kłótnia z przyjaciółką lub uścisk dłoni rockowej gwiazdy na koncercie? Czy przed oczami zostaną sytuacje ważne, czy te, o których nigdy byśmy nie pomyśleli, zupełnie nieistotne? Co będziesz miał na ustach, gdy zamkniesz powieki? „Kocham Cię” wilgotnego, wiosennego poranka, „dobranoc” ciepłej letniej nocy, „przepraszam” wyszeptane w ucho płaczącej matki, czy przekleństwo rzucone bezwiednie na meczu? Co chciałbyś, aby zostało ostatnim słowem? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że każdego dnia rzucamy nieprzemyślane, często krzywdzące zdania, które mogą być tymi ostatnimi? Nieprzyjemne słowa rzucone w stronę niesprawiedliwego nauczyciela, narzekanie na nadopiekuńczych rodziców. Może nim być również miła rozmowa telefoniczna i czułe słówka szeptane do ucha. W kąciku głowy zawsze musimy pamiętać o tym, jak ważny jest każdy gest.

Nikt nie chciałby oddychać i funkcjonować z myślą o nadchodzącym końcu. Człowiek często żyje z myślą o swojej nieśmiertelności i niezniszczalności. Kiedyś nagle dojdzie do Ciebie myśl, że nasza ziemska egzystencja nie ma sensu. Nigdy nie miała. Wszystko kręci się tylko w koło dnia i nocy, snu i czuwania. To my decydujemy o tym, czy nasz byt coś znaczy, czy jesteśmy czymś więcej niż tylko kupą pulsujących tkanek.

Tak więc, czy zatrzaskiwanie drzwi przed owym szpakowatym gościem coś zdziała? Chyba należałoby się pogodzić z myślą, iż każdy dzień może być naszym ostatnim. Zamiast wypierania ze świadomości tej prawdy, lepiej dziękować za każdy nowo wschodzący poranek. Jedyne, co w takiej sytuacji miałoby sens to pozostanie taką samą osobą, aby całe życie tworzyło jednolitą całość. W jedną dobę nic nie zmienimy, nie jesteśmy w stanie odwrócić losu, toru wydarzeń. Dwadzieścia cztery godziny to stanowczo za mało. Zacznijmy zmieniać swoje życie już teraz!

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1585
15
komentarze: 60 | wyświetlenia: 908
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1174
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1192
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 760
13
komentarze: 62 | wyświetlenia: 736
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 454
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 1024
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 576
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 727
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 501
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 717
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 987
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  berni*,  18/07/2011

Żyłbym dokładnie tak,jak żyje obecnie.Pozdrawiam.

  barba13,  18/07/2011

Dopóki żyję śmierć nie istnieje, kiedy przyjdzie śmierć wszystko mi będzie obojętne. Chyba nie uwierzylibyśmy w ten jeden dzień i zwyczajnie żylibyśmy jak dotąd. Kto zresztą ma rozum i serce na właściwym miejscu, żyje tak, żeby nie trzeba było główkować w ostatniej chwili. Pytanie tylko, czy można naprawdę żyć tak, aby absolutnie niczego nie żałować? Ciągle dokonujemy jakichś wyborów, to niemożliw ...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska