Login lub e-mail Hasło   

Magia starego kina

Nie mam zamiaru pisać eseju czy felietonu, bo nie dysponuję stosowną wiedzą. Chciałabym napisać o starym kinie z mojego punktu widzenia ...
Wyświetlenia: 2.817 Zamieszczono 08/08/2011

Jestem miłośnikiem kina. Tego prawdziwego, dla którego trzeba wyjść z domu.

Uwielbiam nawet oczekiwanie na główny film, gdy na ekranie pokazywane są reklamy, słychać głośne rozmowy, śmiechy i okrzyki, ludzie wchodzą i szukają swoich miejsc. Później ten moment, gdy światło gaśnie …

Żadne tak zwane kino domowe nie zapewni tej niepowtarzalnej atmosfery, tego czegoś, co nazywamy magią kina.

Bo ta magia istnieje do dzisiaj i do dzisiaj są ludzie, których można śmiało określić mianem miłośników X Muzy.

Jedną z moich fascynacji jest stare kino. Mam na myśli kino z pierwszych dwudziestu – trzydziestu lat jego istnienia.

Nie mam zamiaru pisać eseju czy felietonu, bo nie dysponuję stosowną wiedzą. Chciałabym napisać o starym kinie z mojego punktu widzenia, na podstawie filmów, które miałam szczęście obejrzeć, biografii, które przeczytałam i moich osobistych wrażeń.

Z dzieciństwa utkwiły mi w pamięci filmy z Flipem i Flapem. Ktoś wpadł na świetny pomysł, zestawiając kontrastowo małego chudzielca i dużego grubasa, zawsze pewnego siebie i w finale przegrywającego z nieśmiałym i płaczliwymi przyjacielem.  Pamiętam, jak śmiałam się z odcinka, w którym obydwoje nałykali się u dentysty gazu rozweselającego.

Uwielbiam też Charliego Chaplina. Czytałam kiedyś jego biografię. Charlie występował w cyrku, stąd jego niebywała sprawność, bardzo przydatna, jako, że z początku nie zatrudniano kaskaderów. Chaplin był nie tylko genialnym aktorem. Pisał scenariusze do niektórych swoich filmów, reżyserował i komponował do nich muzykę. Był również nowatorem w dziedzinie sztuki filmowania. 

Z jego filmów najbardziej utkwiły mi w pamięci dwa. „Brzdąc”, na którym płakałam jak bóbr i film, którego tytułu nie pamiętam. Charlie grał w nim włóczęgę, zakochującego się w pięknej niewidomej dziewczynie i zdobywającego dla niej pieniądze na operację. W jednej z końcowych scen, zatrudniona w kwiaciarni, szczęśliwa i uśmiechnięta dziewczyna żartuje z koleżankami z włóczęgi, który jej się przygląda, stojąc przed wystawową szybą.  Podchodzi do niego i wręcza mu kwiat. Dotyka przy tym jego ręki i rozpoznaje go, jako swojego dobroczyńcę. Oczywiście do oglądania tego filmu też nie ma co przystępować bez chusteczki …

Czytałam, że Chaplin bardzo długo poszukiwał odtwórczyni roli niewidomej dziewczyny. I przewinęło się wiele kandydatek, zanim trafił na właściwą. Chyba słusznie, biorąc pod uwagę osiągnięty efekt.

Przyznam, że największym sentymentem darzę właśnie te pierwsze, nieme filmy Chaplina. Jeden z jego ostatnich filmów „Hrabina z Hong Kongu” (Chaplin był reżyserem), mimo udziału takich gwiazd jak Sophia Loren i Marlon Brando, nie przypadł mi do gustu. Może zabrakło w nim chaplinowskiej magii?

Chaplinowi przypisuje się słynne słowa: „Łatwiej jest ludzi doprowadzić do płaczu niż do śmiechu”. Oddawał nimi hołd trudnej komediowej sztuce.

O Chaplinie przeczytałam także wzmiankę, podczas lektury jednej z biografii Grety Garbo. To chyba najsłynniejsze nazwisko w całej historii kina. W biografii jest mowa o spotkaniu dwóch wielkich Hollywood, Grety Garbo i Charliego Chaplina. Podobno Charlie chciał grać z Gretą, ale zrezygnował z powodu jej wzrostu.  Wysoki wzrost i nadwaga były przyczyną kompleksów nastoletniej Grety. Przygotowując się do podboju Hollywood, musiała zrzucić sporo kilogramów.

Tajemnicza, ukryta przed tłumem, nieosiągalna Szwedka była uosobieniem gwiazdorstwa tamtych czasów. Biografowie spierają się, czy jej poczynania były efektem chłodnej kalkulacji czy też wynikały z jej charakteru. Greta była osobą zamkniętą w sobie i, jak sądzą niektórzy, nie za bardzo umiejącą się dostosować do realnego życia. Wywiadów nie lubiła udzielać i nigdy nie opowiadała o swoim życiu prywatnym. 

Sądzę, że po prostu nie widziała potrzeby, aby w taki sposób wzbudzać zainteresowanie. To, co podkreślają wszyscy, to jej znakomite aktorstwo.

Greta nie była pięknością. Ale reprezentowała ten typ urody, który kamera kocha. Jej największym atutem były oczy. Ogromne, z naturalnie długimi rzęsami. Na fotografii z filmu „Mata Hari” pod półprzezroczystym negliżem, widać całkiem zgrabną sylwetkę i niezłe nogi Grety …

Przed kamerą stawała się zupełnie inną osobą. Miała tak zwaną intuicję filmową. Nieraz reżyserzy udzielali jej tylko ogólnych wskazówek, zdając się na jej nieomylny aktorski instynkt.

Podobnie jak dla wielu innych aktorów, także dla Grety przełomem stał się film dźwiękowy. Stał się przyczyną złamania niejednej aktorskiej kariery. Z wielkim napięciem oczekiwano w Hollywood pierwszego takiego filmu z udziałem legendarnej bogini ekranu, zatytułowanego „Anna Christie”. Okazał się kolejnym wielkim sukcesem, a głos Grety Garbo wzbogacił jej aktorskie atuty. Anna Christie była ponadto jedną z najtrudniejszych ról w jej repertuarze.

W filmie „Ludzie z hotelu” jest scena, w której grana przez Gretę bohaterka, po zakończeniu rozmowy telefonicznej i odebranej tragicznej wiadomości, jeszcze długo trzyma w rękach słuchawkę. Legenda głosi, że pomysłodawczynią tej sceny była sama Garbo. A scenę ze słuchawką, trzymaną po zakończonej rozmowie, powielano odtąd w wielu filmach.

Inną wielką aktorkę tamtego okresu – Glorię Swanson, zobaczyłam pierwszy raz w filmie z 1950 roku „Bulwar zachodzącego słońca”. Gloria miała wtedy pięćdziesiąt lat i jej sława już dawno przygasła. W latach dwudziestych należała do czołowych gwiazd ekranu i, w przeciwieństwie do Grety Garbo, nie ukrywała przed wielbicielami swojego prywatnego życia. Ówcześni i współcześni krytycy uznawali ją za jedną z najwybitniejszych aktorek amerykańskich. Przyznam, że nie widziałam żadnego z jej filmów z okresu największej sławy, ale napisałam o niej z przyjemnością, gdyż „Bulwar zachodzącego słońca” był jednym z tych filmów, które wywarły na mnie wielkie wrażenie. 

Nie oglądałam też żadnego z filmów naszej słynnej rodaczki Poli Negri, widziałam jedynie fragmenty na dokumentalnych filmach o kinematografii. Czytałam za to je autobiografię. Było to już wiele lat temu, ale bardzo zaciekawiło mnie jej barwne życie, jak twierdzą niektórzy, jeszcze przez nią w książce dodatkowo ubarwione.

Pola, jako młoda dziewczyna była tancerką. Wspominała, że nabyte umiejętności bardzo jej się przydały w okresie, gdy pracowano bez kaskaderów. W jednym z filmów spada tyłem ze schodów.  Zasłynęła też, jako narzeczona największego amanta Hollywood lat dwudziestych  – Rudolfa Valentino. Valentino podobnie jak Pola Negri zaczynał karierę od tańca.

Przyznam, że filmy z jego udziałem nie olśniły mnie. Nie przepadam za jego zbyt ożywioną gestykulacją i kiczowatym makijażem. Według mnie, grał nieco zbyt teatralnie. O jego aktorstwie krytycy wypowiadali się różnie.  Niewątpliwie Valentino był kimś w rodzaju idola. Legenda głosi, ze po jego przedwczesnej śmierci, kilka fanek popełniło samobójstwo.

Mówiąc o starym kinie, nie sposób nie wspomnieć Walta Disneya i jego słynnych kreskówkowych postaci, które się nie zestarzały i kochają je kolejne pokolenia.

Kiedy Disney przystępował do realizacji pełnometrażowej kreskówki „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”, pozostali producenci pukali się palcem w czoło, wróżąc mu bankructwo. Wynik przeszedł najśmielsze oczekiwania. Film nie tylko odniósł olbrzymi sukces, również komercyjny, uhonorowano go też Oscarem.

Z ciekawostek dotyczących realizacji filmu, o których czytałam, najbardziej zainteresowało mnie, że po raz pierwszy zastosowano wtedy kamerę z szerokim obiektywem, skonstruowaną przez techników z Wytwórni Walta Disneya. Zatrudnieni przez producentów artyści wykonali ponad milion rysunków.

Walt Disney, człowiek obdarzony ponadprzeciętną wyobraźnią i fantazją, był też z pewnością nowatorem i odważnym wizjonerem.

Z najnowszej natomiast historii Wytwórni Disneya nie mogę pominąć „Króla Lwa”. Ten film darzę wielkim uczuciem, bo kojarzy mi się z okresem, kiedy mój syn jeszcze chodził ze mną do kina. Na „Królu Lwie” byliśmy w kinie kilka razy i płakaliśmy na tych samych momentach. To znaczy, ja jawnie płakałam, a mojemu synowi akurat coś wpadło do oka.

Na zakończenie dodam, że kocham też współczesne kino. Mam „swoje” filmy, „swoich” reżyserów i „swoich” aktorów. Z zachwytem obejrzałam w kinie 3D film o dinozaurach i podwodnym lesie.

Ale sentyment, jaki żywię dla starego kina, zwłaszcza niemego, jest zupełnie wyjątkowy.

I mam takie marzenie, aby móc kiedyś udać się do kina, w którym ktoś zagra na pianinie i czarno-biały obraz na ekranie przeniesie mnie w zaczarowane lata dwudzieste.

Może kiedyś się spełni …

 

Alicja Minicka

http://mysli-o-ludziach.blog.onet.pl

Podobne artykuły


14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1087
14
komentarze: 11 | wyświetlenia: 791
14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 730
13
komentarze: 0 | wyświetlenia: 804
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 888
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1164
12
komentarze: 18 | wyświetlenia: 1219
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 631
12
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1144
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 558
12
komentarze: 12 | wyświetlenia: 553
11
komentarze: 0 | wyświetlenia: 854
11
komentarze: 0 | wyświetlenia: 598
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 612
11
komentarze: 3 | wyświetlenia: 717
 
Autor
Artykuł
Dodatkowe informacje

Powiązane tematy





Ja też lubię stare kino. Film "Światła wielkiego miasta z Chaplinem" to jest to!

Alicjo, przypomniałam sobie, że o pięknie magii przedwojnia i starego kina pisał Hussair, dość dawno, ale polecam też i jego artykuł, bo ładnie się będą razem uzupełniały:)
http://eiba.pl/9l

Artykuł ekstra, chociaż trochę rację ma Piotr, zarzucający mu wizję zza różowych okularów. Pamiętajmy, że kino to iluzjon, nazwa mówi sama za siebie.
Pozdrawiam wieczorową porą

  w84u6  (www),  08/08/2011

"i film, którego tytułu nie pamiętam. Charlie grał w nim włóczęgę, zakochującego się w pięknej niewidomej dziewczynie i zdobywającego dla niej pieniądze na operację. W jednej z końcowych scen, zatrudniona w kwiaciarni, szczęśliwa i uśmiechnięta dziewczyna żartuje z koleżankami z włóczęgi, który jej się przygląda, stojąc przed wystawową szybą. Podchodzi do niego i wręcza mu kwiat. " voici ;) http://bit.ly/rt46hK

dziękuję, i znowu ryczałam.

  Gamka  (www),  09/08/2011

W takim razie, i ja również zapraszam ...http://eiba.pl/2
...co by troszkę uzupełnić artykuł ;)

  w84u6  (www),  09/08/2011

"dziękuję, i znowu ryczałam." ja też buuu,bbuuu :O

Przeczytałam z prawdziwą przyjemmnością. Dziękuję i pozdrawiam

  swistak  (www),  09/08/2011

Ta magia to brak relatywizowania dobra i zła. Dziś mamy magię TVN u

Taaaakkk - "dzieciak" z brzdąca był niesamowity, ciekawe jak wygląda teraz (o ile żyje)? Przełom dźwiękowy w filmie omal nie wykończył nie tylko Garbo, ale i Chaplina - to fakt. Ten film z niewidomą dziewczyną - znam wiele filmów Chaplina, ale ten również pamiętam z dzieciństwa i nie wiem jaki nosi tytuł. Podzielam to pragnienie - nieme kino i pianino. Ponoć w epoce kina niemego brakowało wykwalif ...  wyświetl więcej

  mojra  (www),  11/08/2011

Filmy Chaplina są dziś niekoszerne, dlatego nieobecne. Film Dyktator to aktualna satyra na Obamę, albo Putina.

  hussair  (www),  03/10/2011

Okej. Przysuwam kałamarz, po pióro sięgam, stalówkę zatapiam - i podpisuję się pod każdym akapitem. Złotym atramentem.

  carrie86  (www),  19/02/2012

Kocham klimat starego kina czuje się wtedy jakbym cofneła się w czasie. Wtedy mój świat realistyczny ginie a ja przenosze się w swiat tak prosty, ale tak piękny i wyjątkowy. Zamykam oczy i jestem w bajce tak cudownej http://www.youtube.com/watch?v(...)4X07jdE Kocham kino od momentu jego powstania i po dziś dzień. Dzięki za super artykuł mam nadzieje, że kiedys sobie pogadamy o filmach :)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska