Login lub e-mail Hasło   

"Wszyscy chcą do raju" II

Dla tych, którzy mają dużo wolnego czasu i cierpliwości.
Wyświetlenia: 1.159 Zamieszczono 22/08/2011

Jeszcze pęczek fragmentów z niepublikowanej powieści „Wszyscy chcą do raju”.

 

(…)

Peter okazywał iście szpaczą ciekawość, wypytywał o wiele rzeczy i spraw zza kurtyny. Dawno nie była to żelazna kurtyna, choć nadal wisiała. Wiadomo, że zadaniem kurtyny, takiej nieżelaznej, nie jest wzbraniać, lecz przesłaniać. Wciąż przesłaniała nieźle. O to przesłonięte Peter wypytywał. Tak się wypytywał, jak dziecko o Babę Jagę, której przecież nie ma. Miron z niezadowoleniem stwierdzał, że albo nie mówi zrozumiale, albo przysłowiowa anglosaska naiwność po prostu mu nie wierzy.

Tłumaczył sobie, że to zapewne kwestia mentalności. Czyż Anglicy znają się na żartach? Znać, może się i znają, ale ich żarty są całkowicie angielskie. Miron Kruk oceniał, że wesołe kumoszki są podobnie smutne, jak Hamlet zabawny. Jakobowsky nie przyśnił się jeszcze żadnemu Anglikowi.

Granicą zdumionej niewiary Petera była rzeka Odra. O tej rzece Peter nigdy w życiu nie słyszał.

Wiedział, że są na świecie osobliwe miejsca i kraje, gdzie ludzie żyją inaczej, nawet zupełnie odmiennie. Wiele takich miejsc sam na własne oczy zdołał przecież zobaczyć – ale w głębi duszy zakładał po cichu, że to nie jest na serio. Ciekawostka, egzotyka, coś bez praktycznego znaczenia. Skoro bez znaczenia, można się tym nie przejmować, w ogóle do wiadomości nie przyjąć. Z egzotyką czy bez, jego osobisty świat pozostawał niezachwianym, jedynym światem, w którym mogą żyć zwyczajni, więc normalni ludzie.

Opowieści zza kurtyny były dla Petera tym, czym dla Mirona dziwne opowieści Sindbada o dalekich morzach, śpiewających syrenach i pałacach Neptuna. O delfinach Bee, strasznych sztormach i falach wyższych niźli wieża Eiffela, co było niemożliwe. Obaj słuchali się wzajem z tym samym zafascynowaniem, tym samym lekceważeniem. Umówili się jakby, że nie okażą zwątpienia.

Obaj stosowali w rozmowach specjalne, wyrafinowane metody. Uważali, że są konieczne, wręcz uzasadnione.

Miron Kruk, gdy spoglądał wieczorami na płaską taflę Zatoki Aniołów, myślał o tym, że stoi na rozdrożu, na skraju dwóch kosmosów. Po prawej kosmos Petera, kulista przestrzeń, ruch nieskończony, gadające wieloryby – po lewej zaś ten pospolity, do syta doświadczony, znany jak smród z własnego buta, w którym nabawił się odcisków.

Może by zmienić buty i umyć wreszcie nogi?

Niki i Bee nie miały takich problemów. Ćwierkały jak najęte, zaśmiewały się nieustannie, ściskały, cmokały. Niebo południa pozostawało niewrażliwe na babskie pieszczoty, które wyjątkowo nieba nie dotyczyły, nie były warte deszczu.

Ich dobry humor okropnie był zaraźliwy.

Bee miała usta ruchliwe niby dwie kijanki, rozchylone w stałej gotowości do śmiechów i uśmiechów. Takie usta, wilgotne i piękne, bywają nazywane zmysłowymi. Niesłusznie, raczej nie na temat. Są to bowiem usta gotowe do natychmiastowej odpowiedzi − śmiechem na śmiech, słowem na słowo, pocałunkiem na pocałunek. Każda odpowiedź takich ust bywa uśmiechnięta, nawet gdy łzy ją zmoczą.

Jakże szybciutko i przekonywująco zmieniała się Niki, jak skwapliwie oddała się temu „życiu od nowa”. Tak właśnie być miało – wiele pomogła w tym uporczywa, radosna Bee. Ona dokonała, że Niki tak jakby uwolniła się od czegoś niewygodnego, co przedtem zdawało się konieczne. Teraz stało się zbędne, można to było z ulgą porzucić. I sprawdzając reakcje Mirona na to porzucenie, czasami się z nim droczyła, próbowała kaprysić. Nie domyślała się, że sprawia mu ból, przejmujący ból szczęścia.

Miron duży był i silny niby miejski autobus, podobnie solidny. Tak mówiła Bee, ona wiedziała, co mówi. Sprzeczać się z nią, to nie był pomysł zbyt rozsądny. Miron unikał takich pomysłów.

Peter wodził ruchliwym nosem w ślad za dymkiem cygara, jak seter za wonią dzikiej kaczki. Oczywiście, jak seter angielski, nie irlandzki. Tam na wyspach nawet setery są różne.

– Więc u was w Polsce – mówił zdumiony – partia polityczna, która wygrała wybory, zmienia wszystkich najważniejszych urzędników?

– Tak, każda partia od razu obsadza ważne stanowiska swoimi ludźmi. Zmienia  ministrów, wojewodów, prezydentów miast, burmistrzów i innych. Prezesów sądów, prokuratorów, komendantów policji. Reguły nie ma, lecz są precedensy.

– I oni, ci urzędnicy, są apolityczni, choć ich ta partia wyznaczyła? Nie są od nikogo zależni, bezstronni i sprawiedliwi?

– Zgadza się, Peter. Są niezawiśli, bezstronni, nawet więcej niż sprawiedliwi. Niektórzy z nich po objęciu urzędu przestają okazywać legitymacje partyjne. Niektórzy.

– Powiedz, ty żartujesz ze mnie, czy te partie żartują sobie z ludzi?

– U nas wszyscy żartują, Peter, w ogóle jest bardzo wesoło. Każdy bawi się, jak umie i na ile go stać.

– Czy jest jakaś różnica w tym, która partia rządzi?

– Żadnej różnicy nie ma.

– Wszystkie partie rządzą tak samo?

– W każdym razie żadna nie robi niczego, co by ją odróżniało od innych. Tego się bardzo przestrzega.

– Czyli programy mają takie same?

– Kubek w kubek. Po prostu wcale nie mają. U nas nie wymaga się, aby partia miała jakikolwiek program. Najczęściej programem partii bywa jej nazwa, która ładnie brzmi i nic nie znaczy. Na przykład Partia Prawdziwych Polaków. Myśl co chcesz! Farbowany lis jest najbardziej chytry, więc to się zawsze dobrze kojarzy.

Patrzył, przeżuwał. Jak każdy człowiek morza, miał twarz nieprzeniknioną. To mogło być oznaką burzy, niekoniecznie dużej.

– Więc nie mają programów. Jakim sposobem pozyskują ludzi?

– Obietnicami. Wielkim mnóstwem różnych, przeróżnych obietnic. Nazywa się to programem wyborczym. Żeby nie mylić z programem partii. Widzisz, Peter, my potrafimy w absolutnie ciemnej piwnicy odróżnić czarnego kota od kupy węgla. Nawet wtedy, gdy piwnica jest całkowicie pusta, gdy nie ma w niej ani kota, ani węgla, gdy jest w niej tylko ciemno. W porównaniu z wami mamy bardzo rozwiniętą wyobraźnię, nie jesteśmy takimi niedowiarkami.

– Chyba by wam starczyła tylko jedna partia!

– Przez wiele lat była właśnie jedna, co się nie sprawdziło. Teraz musi być więcej partii. Nikt nie wie, ile. Po prostu dużo.

– Jak one powstają, te partie?

– Zwyczajnie, po koleżeńsku. To polega na lubieniu i nielubieniu. Ci, którzy się lubią, zakładają jedną partię. Ci, których pierwsi nie lubią, zakładają drugą. Ci zaś, którzy nie lubią ani pierwszych, ani drugich, zakładają trzecią partię. I tak dalej.

– Ależ to śmieszne, co mówisz!

– Tak, u nas żyje się wesoło. Właśnie jest dużo śmiechu, kawałów i dowcipów. Brakuje nam wielu rzeczy, śmiechu nie brakuje nigdy. Gdyby śmiech można było eksportować, bylibyśmy bogatsi od Arabów.

– Spotkałem już kilku Polaków – rzekł Peter, zamyślony z jakiegoś powodu. – Rzeczywiście byli ludźmi pełnymi humoru. Nawet żałowałem, gdy musieli wracać do swego wesołego kraju.

– Oni musieli wracać, Peter, koniecznie. Wesoły Polak zginąłby tu całkiem bez ratunku, z nieprzystosowania. Tu asymilują się jedynie nasi melancholicy. Jeżeli są wybitnie melancholiczni, nawet Nobla dostaną. Najbardziej francuskie nazwisko brzmi Poniatowski. Albo Walewski. Natomiast wielcy Polacy pochodzą najczęściej z Litwy albo Ukrainy, jak wielcy Niemcy z Pomorza i Śląska.

Peter coś sobie kojarzył. Za chwilę uśmiechnął się.

– Czy u was jest antysemityzm?

– Nie większy, aniżeli w innym cywilizowanym kraju. Rzecz polega na tym, że właściwie nie ma u nas Żydów, natomiast wszędzie podejrzewa się ich istnienie. Bardzo też są poszukiwani. Najczęściej poszukiwania Żydów nie udają się, co chyba zrozumiałe, skoro jest ich mało. Tych poszukiwań nie należy mylić z antysemityzmem. Chodzi raczej o winnych, których jest również przymało.

– Rozumiem, więc to winnych szukacie.

– Wszyscy szukają. Polacy, Anglicy, Chińczycy. Nawet Amerykanie. Każdy ma swego Żyda. To bardzo fajna sprawa, znaleźć winnego. Od razu lżej człowiekowi. Bo kiedy znajdzie winnego, sam staje się niewinnym. Wszystko jedno, zawinił czy nie.

– System wydaje się niezły – półuśmiech Petera był  może nieco zjadliwy. – Winni i niewinni, my i oni. Niesłychanie wygodny.

– Z uproszczeń powstawały imperia. Obawiam się, że gdyby wasz język był tak skomplikowany jak polski, Commonwealth nie byłby znany historii. Zgubiłoby was uzgadnianie pojęć i kłótnie nad pisownią.

Jakby nie słyszał. Z nadmiernym pośpiechem wracał do tej kurtyny.

– Te wasze partie, co one wam obiecują?

– Zawsze coś takiego, co podnosi na duchu, coś fantastycznego. Na przykład, że każdy będzie miał samochód z ziemi włoskiej do polskiej, że się obniży podatki, za to świadczenia podniesie. Wtedy partia podoba się ludziom i zdobywa głosy.

Obaj panowali nad sobą z zadawalającym skutkiem. Miron uważał, że stosuje świetną metodę, Peter nie chciał urazić jego narodowych uczuć.

– Nie domagacie się, żeby spełniono te obietnice?

– Po powrocie z wyborów od razu zapominamy o nich. Gdybyśmy się domagali, w ogóle niczego by nam nie można było obiecać. Życie bez obietnic stałoby się od razu całkiem beznadziejne. Nie, nie możemy się domagać.

– I żadna partia – z uporem pytał Peter – naprawdę żadna, nigdy nie próbowała spełnić tego, co obiecała?

Miron bardzo nieufnie spojrzał na pustą szklankę. Przepełniało go lenistwo i łagodność.

– U nas panują inne zwyczaje, Peter. Gdyby jakaś partia próbowała wprowadzić obietnice  w życie, co już się parę razy w historii zdarzyło, zaraz by wybuchły rozruchy i strajki. Taka partia miałaby przechlapane.

– Czy wy w ogóle potraficie rządzić krajem?

– Wyłącznie naszym. Naszym krajem rządzimy doskonale, lepiej by nikt nie potrafił. Co do tego nie ma wątpliwości.

Stawał się ponury, być może zaczął coś podejrzewać. Miron pomyślał, że gdyby go zmusić do życia w Polsce, straciłby wszelkie strzępki humoru, nawet angielskiego.

– I należy wam wierzyć, że wy to lubicie?

– Zdarzają się tacy, którzy nie lubią. Wyjeżdżają, żeby nie wrócić, szczególnie melancholicy, jak ci wyjaśniałem. Oni bardzo tu cierpią, tęsknią za krajem i ogromnie żałują, że im się nie chce wracać. Ich melancholia bardzo się tutaj pogłębia.

– Czemu nie wracają, skoro tęsknią?

– Bo nasza gospodarka i nasze obyczaje przyprawiają ich o ból głowy, zamiast rozweselać. Są melancholikami, więc do nas nie pasują. Uśmierzanie tęsknoty jest niewiarygodnie drogie, Peter. Ci melancholicy doskonale to wiedzą i nie wracają. Ale okropnie tęsknią. Kiedy ich pokazują czasem w telewizji, aż płaczą z tej tęsknoty.

– U was jest republika, tak?

Miron domyślił się, że Peter chce złapać byka za rogi. Skoro tak ciężko pojąć szczegóły, wyjaśnienie kwestii podstawowej powinno sprawę ułatwić, przeciąć trudności. Patrząc na szczerą twarz Petera, z wyrazem upartego mozołu w oczach – odczuł muśnięcie przykrości. Do diabła, cóż mógł poradzić na to?

– Pytanie trudne, Peter, nawet dla Polaka. Stanowi problem, który ciągnie się od stuleci, zawsze jest kłopotliwy, bodaj nie do rozwiązania. Nazywamy swój kraj „rzeczpospolita”, co niby oznacza w tłumaczeniu łacińskie „res publica”. Wbrew jednak naszym narodowym skłonnościom do różnych obcych słówek, właśnie to przekładamy i rozumiemy po swojemu. Sądzę, że nie byłby tu prawidłowy angielski równoważnik „republic”. Nie znam zbyt dobrze subtelności waszego języka, ale spróbowałbym przetłumaczyć to specyficznie polskie pojęcie jako „mundane stuff”, „common thing”, nie wiem, jak to ująć inaczej. Należy rozumieć, że chodzi o rzecz na tyle pospolitą, do wszystkich należącą, aż bezpańską. U nas nawet monarchia była rzeczą pospolitą. I demokracja też, bez różnicy.

Peter z szumem wziął głęboki, bardzo głęboki wdech. Długo trwało, nim puścił go z płuc na swobodę.

– Chyba słusznie mówią, Mironie, że jesteście najdziwniejszym narodem, jaki udało się Bogu wymyślić. Na powszechne strapienie.

– Bóg też miewa chwile słabości, Peter. Wydaje mi się, że nie można zwalać winy na Boga, byłoby to zbyt łatwe.

Obaj wykazywali podobną cierpliwość, by nie dokuczyć rozmówcy nieostrożnym słowem. Miron doceniał szczere wysiłki Petera, współczuł mu, ponieważ rozumiał, że z zasłyszanych informacji niczego sensownego nie jest w stanie ułożyć – tym  bardziej, że w połowę kompletnie nie wierzył. Miron o samym sobie nie do końca wiedział, czy kpi, czy o drogę pyta.

Takie kpiny w niepolskiej głowie raczej się nie mieszczą, natomiast o drogę nie ma kogo zapytać, bo tu i dróg takich nie znają.

– Jak żyją zwykli ludzie? Czy to prawda, że dobrobyt tak szybko teraz rośnie u was, że ludzie są coraz bogatsi?

Miron Kruk znów stał się ostrożny. Narastało w nim poczucie przykrego upokorzenia, którym nie mógł się podzielić, nie było sposobu. Peter nie znał się na ekonomice ani na prowadzeniu biznesu w jeszcze większym stopniu, niżby wynikało z pytań. Potrafił zapewne liczyć chmury, fale i horyzonty znikające. Takie horyzonty bywają też w ekonomice.

– Większość Polaków zarabia poniżej tysiąca złotych, trzydzieści procent do dwóch tysięcy, jakieś dziesięć procent zarabia po dwadzieścia albo trzydzieści tysięcy, kilka procent od stu tysięcy do pół miliona. Miesięcznie.

– Takie proporcje − Peter powoli tracił flegmę, z flegmą wiarę. − Mironie, takie proporcje są w Indiach, damn, w Wenezueli! Ale w Europie?

– Różne są odmiany kapitalizmu, Peter, także demokracji.

− Więc jakież są u was odmiany?

− Drapieżne, Peter. Po prostu drapieżne.

Mina Petera wyrażała poważny wysiłek, niepewnie mrugał oczami. Wstrząsnął głową, w tym potrząśnięciu była rezygnacja i – sporo podziwu.

– Namieszałeś mi w głowie – poskarżył się. – Bardzo. Jestem zgnębiony po twoich żartach, ponieważ domyślam się, że są tylko w części żartami. Może więc pójdziemy na jakiś kompromis, napijmy się whisky.

– O! – ucieszył się Miron. – Masz w sobie coś z Polaka.


Mimo podobnych rozmów, może dzięki nim, w domku panowała odświętna wakacyjna atmosfera. Nikt nie wspominał o upływie czasu, jakby stało się to czymś mało ważnym. Zajmowali się wyłącznie bieżącym dniem − wczoraj przepadło, jutro się zobaczy. Ważne, że jutro z pewnością nastąpi.

– Niki, czy zamieszkamy w Polsce, czy w Grecji? Myślałaś o tym? O swojej rodzinie, której sam czart przed sądem ostatecznym nie policzy do końca? O tej wsi, której nie znam, którą mi tyle razy opisywałaś. Czy chciałabyś tam wrócić, zamieszkać gdzieś blisko?

Uśmiechała się, wolniutko kręciła głową.

– Gdy przyjedziemy z należnymi prezentami, jak nakazuje zwyczaj, przyjmą nas miło, ugoszczą winem i rybą. Ale nikt nie zaproponuje nam gościny, nie zapyta o nasze zdrowie. Kiedy będzie święto w naszej wsi, na przykład wesele, nikt nas nie zaprosi, choć nie zaprotestuje, kiedy nas zobaczy.

Powiedziała to zwyczajnie, przecież sprawa też była zwyczajna. Wiele ją łączyło z rodziną, zawsze będzie ją coś łączyć z bielonym domkiem na wsi, ale tak naprawdę ma tylko jego jednego na świecie. Był tym, czym był, dokładnie i dosłownie: jej życiem. Więcej nie musiała mówić.

Któregoś dnia zastał ją w wielkich łzach.

Siedziała na podłodze, trzymała w ręce kolorową kopertę, zabazgraną kartkę papieru i płakała, pociągała nosem. Na widok Mirona zaśmiała się, za chwilę podwijała nogi na jego kolanach.

– Och, Miron, Miron, dlaczego nie powiedziałeś?

– Cóż miałem powiedzieć?

– Wcale bym się nie musiała martwić!

– To list od ojca, tak?

Poznał po znaczkach.

– Od taty – chlipnęła. – Tak się martwiłam, że jak mnie nie będzie, nie poradzi sobie z naszymi długami. Tata pisze do mnie, że hotel jest już wykupiony, to teraz nasza własność. Żadnych długów nie mamy. Tata pisze, że wszystko zapłacone i pyta kto zapłacił. Miron, Miron! Dlaczego nie mówiłeś?

– Zapomniałem, kochanie. Czy ty musisz płakać?

– Jak mam nie płakać? – spytała i znów się zaśmiała, ocierając iskrzące oczy o rękaw jego koszuli.

Włożył głowę w kopę schełstanych włosów, jak koń w pachnące siano. Dłonią pochwycił uciekające stopy.

– Znowu masz chłodne nogi. Nie biegaj boso, proszę.

– Jakiś ty śmieszny, Miron!

Oczy zatrzepotały, dwa czarne koty po deszczu. Spojrzała chytrze, westchnęła. W tych oczach nawet skry były czarne.

– Do Petera i Bee przyjechali dziś goście. Z Anglii, ich przyjaciele. Pozwoliłam im zająć tamte pokoje przy tarasie. To dobrze, tak?

– Dobrze, Niki.

– Wieczorem robimy wielkie przyjęcie, Bee i ja. Każda chce przygotować coś specjalnego. Wy, mężczyźni, będziecie dziś naszymi gośćmi. Jedna lady przyjechała. Niesłychanie dostojna lady. Podała mi dwa palce.

– Jak to, dwa palce?

– O tak – Niki pokazała wyciągniętą dłoń, zaśmiała się. – Czy można w ogóle tak się z kimś witać? Minę miała o, taką. Anglicy – dodała półszeptem – oni są bardzo esquire.

– Cóż to za przyjęcie?

– Bee prosiła mnie, żebym przygotowała coś greckiego, koniecznie. Muszę iść zaraz do kuchni, zakupy już zrobiłyśmy, czeka nas dużo pracy. Czy ty musisz tyle chodzić po mieście beze mnie?

– Nie po mieście i nie chodzę – odpowiedział poważnie. – Nawet siedzę rzadko. Najwięcej klęczę, czołgam się po zakamarkach. Ten duży jacht czasami jest duży, czasami bardzo mały.

– Peter mówił, że wygodny.

– Myślę, że się przyzwyczaimy, kochanie. To będzie ogromnie miła przygoda. Polubimy ten jacht, już wiem.

– Polubię wszystko, co polubisz ty. Specjalnie opowiadam Bee, co wiem o Krecie i Rodos. Ona stale pyta.

– Jak sądzisz, zgodzą się?

– Oczywiście, że się zgodzą. Ona go namówi do tego, zobaczysz. Dałam sto franków żebrakowi – oznajmiła z triumfem, lecz zaraz się skrzywiła. – Ten żebrak śmiał się ze mnie.

– Pewnie się cieszył, głuptasie. Sto franków mu dałaś?

– Acha! Taki staruszek, żołnierz w dziwnej czapce. Oczy miał jakieś dziwne. Patrzył na mnie i śmiał się.

Miron pomyślał, że sto franków to okropnie dużo bułek.


(…)

Łoskot wielkiego dźwigu ogłuszał. Na długim wysięgniku, oplątany kokonem miękkich roślinnych lin, wisiał potężny pień długiego masztu, właśnie uniesionego z naczepy. Ten pień należało ułożyć bardzo uważnie obok drugiego pnia, równie potężnego, który spoczywał już na nabrzeżu.

Takie pnie rosną jedynie w hutach, nie w lasach.

Operacja przebiegała w miarę bezpiecznie, nawet sprawnie, choć obelżywie powoli, co było nieprawdopodobnym skutkiem bałaganu, jakiego Miron nigdy w swym życiu nie widział. Opętańcze wrzaski, bezsensowna bieganina takiego mnóstwa ludzi, że ilość ich starczyłaby na siedem trudniejszych operacji − tworzyły bezsens rozumem nie do objęcia. Miron Kruk, inżynier, specjalista od transportu, załadunku, rozładunku – odczuł gorączkę w żyłach i słabnącą wolę. Nagłą wilgoć pod pachami.

– Wystrzelać – pomyślał. – Wszystkich. Do diabła!

Groziło mu, że wpadnie w taki sam amok.

Ale się nie ruszał.

Wiedział, że oba maszty przez kilka dni będą leżały na podporach przy jachcie, w tym czasie pracownicy stoczni dokonają uzbrojenia, czyli wyposażą je w konieczne urządzenia i różne akcesoria, także w inne rzeczy, zgodnie z wolą właściciela oraz potrzebami. Zaczęto nawet wymieniać, o co dokładnie chodzi: fały, sztagi, izolatory antenowe, anteny radiowe i radarowe, salingi, jakieś reflektory, niektóre do świecenia, niektóre nie… Zamachał rękami, żeby dali spokój z tym chińskim kazaniem, położył solidny banknot na czapce robotnika i polazł w kierunku nabrzeża. Właśnie nadjechał samochód właściciela, szczawiowej barwy „żaba”, starodawna jak jego mercedes. Różnica polegała na tym, że Miron Kruk jeździł limuzyną, monsieur Dupin natomiast sparringowym workiem, obtłuczonym przez całe zastępy bokserów.

Za chwilę nadjechał też samobieżny dźwig mniej więcej podobnego rocznika, robotnicy zaczęli wrzeszczeć jak wariaci na widok różowej gęsi, bez powodu biegać, wywijać rękami, dźwig zabuksował i zapyrkał czarnym dymem.

Miron Kruk obserwował bezsilnie.

Poinformowano go wcześniej, że cała ta sprawa, z ustawieniem masztów na jachcie oraz próbami sprawności wszelakiego sprzętu, potrwa ze dwa tygodnie. Muszą przyjść fachowcy od radia i radaru, od dewiacji, od abominacji i od czegoś innego. Miron Kruk myślał nieufnie, że może robią z niego durnia. Z Petera nie mogliby robić.

Bogactwo konstrukcyjnych szczegółów, widoczne na obu masztach, zdumiało go niepomiernie. Dwa proste słupy, na których rozpina się żagle, czyż warte są tylu wynalazków?

Z niedowierzaniem przyglądał się także właścicielowi.

Włosy miał zjeżone, gdyż krótkie, cały pozostawał w stanie zjeżenia. Usiłował krzyczeć najgłośniej z wszystkich zainteresowanych i nie było wiadome, czy krzyczenie uważa za konieczność, czy też za rozrywkę.

Gdyby rozrywkę, kombinował Miron, byłoby całkiem nieźle. Szanse na to nie przedstawiały się ani pół na pół. Kto normalny jest w stanie tak zdemolować ciszę?

Maszt chybnął się nad głowami, cieniutko zatrzeszczały liny. Robotnicy rzucili się w różne strony, spazmatycznie krzycząc, kilku położyło się na piasku, jeden wpadł do wody. Miron Kruk wsparł dłoń na czole. Czoło było wilgotne.

Postanowił, że nie da się sprowokować.

Próbował zaprosić właściciela, monsieur Dupin, do swego samochodu, poza granicę głuchliwego hałasu, od którego pękały mu klepki we łbie.

– Och, nie, nie. Możemy rozmawiać tutaj.

– Wolę rozmawiać bez emocji, monsieur Dupin. Źle jest, kiedy w poważnej rozmowie człowiek ma uwagę podzieloną.

– Pan rozumie… te maszty!

– Rozumiem, że pan tylko patrzy, monsieur, tylko biega i krzyczy. Wszystko przecież robią fachowcy. Po cóż im przeszkadzać.

– To moje maszty, mój jacht, moi ludzie!

– W takim razie umówmy się nieco później. Albo w innym dniu.

– Powiedział pan, że mu zależy.

– Nie powiedziałem. Nigdy nie mówię, że mi na czymś zależy. Może więc jutro, albo za tydzień?

– Boże, jaki pan nerwowy – zawołał podniecony monsieur Dupin do spokojnego Mirona Kruka. – Oni zaraz skończą, niech pan poczeka. Te maszty kosztowały mnie majątek.

Miron Kruk zastanowił się, czy ten majątek przypadkiem nie należy jeszcze to kogoś innego. Do Mirona Kruka na przykład.


Gdy wreszcie usiedli przy kawie w pobliskim bistro, monsieur Dupin wydawał się odprężonym. Być może dlatego, że maszty spoczywały bez ruchu na podporach. Odprężenie Miron przyjął z uznaniem, przedtem zakładał, że rozmowa w ogóle nie dojdzie do skutku.

Monsieur Dupin był Francuzem, lecz przypominał Włocha, usadzonego tyłkiem na ogniu. Szczęściem, ogień wygaszono.

– Kto panu powiedział, że chcę sprzedać jacht?

– Nie chce pan?

Jego wygląd kłócił się z zachowaniem. Wysoki, wysportowany, opalony. Twarz młoda jeszcze, acz z pewnością należała do człowieka mającego najlepsze lata za sobą. Starszy od Mirona, sprawiał wrażenie smutnego intelektualisty, któremu złośliwie rozdeptano okulary. Patrzył wzrokiem istoty skrzywdzonej.

– Za dobrą cenę, mój panie, można sprzedać nawet matkę.

Stawia się, lekceważąco pomyślał Miron, stawia się niby austriacki rekrut do przymusowego poboru. Chce zatuszować podejrzenie, że nie ma innego wyjścia.

– Słowo moralité nie jest chyba francuskie.

– Angielskie tym bardziej!

– Nie jestem Anglikiem, monsieur Dupin, chybiony strzał. Je suis Polonais. U was oznacza to wódkę, taniec i kogoś niepojętego jak lampa Aladyna, która bez prądu świeci. Powiedziano mi jednak, że jest pan człowiekiem interesu, to by mogło cokolwiek ułatwić.

– Polak, u diaska! Polak! Po cóż panu jacht? Taki jacht!

– Zamierzam wyprawę dookoła świata… Może do bieguna. Może dam go w prezencie. Oczywiście, mogę wydać pieniądze na inny cel.

– Pan ma pieniądze?

– Monsieur Dupin – powoli rzekł Miron. – Za te dwie kawy, które zamówiłem dla nas, jestem w stanie zapłacić nie licząc na pana hojność, jak się zdaje, wątpliwą.

Policzki rozmówcy zachodziły cieniem. Wyjął wielką chustkę, otarł twarz i kark. Rzeczywiście, było ciepło.

– Przepraszam, zagalopowałem się. Zdołał mnie pan zaskoczyć ofertą, nawet jej nie przemyślałem. Oprócz tego… No, przepraszam!

– Znam swój wygląd, monsieur Dupin, codziennie patrzę w lustro. Już się przyzwyczaiłem, przestałem się bać.

– Bać się? Do diaska, co z pana za człowiek!

Stanowczo, najbogatszy był w wykrzykniki. Tutaj, na południu, wykrzyknikami niemal płacić było można.

Miron Kruk zajął się cygarem. Była w tym ostentacja, palił drogie cygara, tu zaś znano się na tym. Z bardzo konkretnych powodów. Nawet czyścibut bezbłędnie podał mu markę i cenę.

Nie stanowi żadnej tajemnicy, szczególnie dla cudzoziemca, że co dziewiąty Francuz z południa namiętnie kiedyś przemycał „monopole”, zaś obecnie, przypuśćmy, dziewięćdziesiąty. Co przemyca dziewięćsetny, lepiej w ogóle nie wiedzieć.

W znanej piosence Wróbelka nie bez kozery wymieniano „accordeonier” na bardziej swojskie „contrebandier”. Piosenka na tym zyskiwała.

Miron czuł się dobrze, znakomicie. Lubił, gdy sprawdzały się jego założenia.  Także informacje. Najczęściej się sprawdzały.

– Nigdy nie zetknąłem się z Polakiem, w interesach wcale. Czy wszyscy Polacy są podobnie trudni w rozmowach?

– Odpowiadam jedynie za siebie, monsieur Dupin.

Założenia Mirona Kruka sprawdzały się nie dlatego, że był jakimś jasnowidzem. Raczej polegał na konkretach.

– Czy to prawda, że u was trojki jeżdżą po ulicach?

– Słabo znam francuski, monsieur Dupin, excuses−moi. Słówko trinité nie kojarzy mi się jednak z końmi, raczej z kościołem. U nas jest dużo kościołów, znacznie więcej niż bibliotek i sal koncertowych. Sądzę, że konna trojka tak samo nazywa się w ruskim, jak w innych językach.

Pochylił się nieco i pyknął niebiesko.

– Te konne trojki, monsieur Dupin, takie jak na obrazkach, to propaganda, legenda. Niech pan nie wierzy w legendy. Konne trojki nawet w Rosji nie jeżdżą po ulicach, bo w Rosji nie ma ulic, zaś w Polsce nie ma stepów. Zresztą konie są u nas już tylko dla kawalerii, żebyśmy mogli zwalczać czołgi.

Monsieur Dupin był oszołomiony. Miron Kruk poratował go cygarem. Wziął, zapalił bez obcięcia, zatchnął się dymem. Nagle popatrzył zdumiony, wściekle cisnął cygaro za barierkę w piach.

– Ja przecież nie palę! – wrzasnął.

Miron Kruk nie uśmiechnął się nawet w duchu.

– Może wrócimy do jachtu.

Uspokoił się natychmiast. Wypięta pierś jakby do Legii pozowała.

– Ten jacht jest dla mnie jak kochanka – wyrecytował z emfazą, zwyczajną u Francuza mówiącego o kochance. – Mam go siedem lat i bardzo lubimy się wzajem. To wielka miłość, mój panie.

– Siedem lat to pierwszy przedział czasu, po którym nawet w małżeństwie należy przechylić się w jedną lub drugą stronę.

Monsieur Dupin nie wyglądał na przechylonego. Spoglądał raczej spode łba. Niespodziewanie uśmiechnął się.

– Ile jest pan skłonny dać za mój jacht? To cacko! Arcydzieło!

– Może zaczniemy od pana – zaproponował Miron Kruk.

– Jak ja nie lubię mówić o pieniądzach! Po prostu lubię je mieć.

Miron Kruk wzruszył ramionami, gdzieś to już słyszał.

– Prawdziwa przyjemność polega nie na posiadaniu pieniędzy, lecz na ich wydawaniu. Rozsądnym, oczywiście. Czy dokonywał pan wyceny?

– Naturalnie! Naturalnie, że dokonywałem. Mój jacht wyceniono na ponad milion franków, moim zdaniem zbyt nisko. Tegoroczny remont wyniesie około trzystu tysięcy!

– Rozumiem przez to, że nie zdołał pan jeszcze zapłacić.

Zapalczywe oczka jarzyły się na podobieństwo tlenowych palników i Miron Kruk zapragnął nagle je zgasić. Lecz byłby to wielki błąd.

Pomyślał, że monsieur Dupin przegrał tę sprawę na długo przed rozmową. Żal mu się go zrobiło. Gdyby miał do czynienia z innym kupcem… ale innego nie było. Miron wiedział, że nie należy niszczyć pokonanych, to świadczy o krótkowzroczności, wcale nie świadczy o sile.

– Sześćset tysięcy franków, monsieur Dupin. Niech już będzie sto dwadzieścia tysięcy dolarów. Proszę zważyć, że jestem w stanie zapłacić gotówką.

Monsieur Dupin przybrał wygląd umierającego ze śmiechu staruszka, tak był pomarszczony i purpurowy. Miron liczył się z tym, że niebawem nastąpi rozerwanie flegmy. Nie przejmował się, to oczywisty scenariusz.

Położył na stole wizytówkę, odsunął od siebie.

– Zapisałem tu mój adres w Nicei i telefon. Ponieważ rozpocząłem także inne rozmowy, chciałbym mieć decyzję w ciągu trzech dni.

– Za takie pieniądze? – monsieur Dupin stopniował efekty, od niemal szeptu po wrzask. – Nigdy! Przenigdy! Za mój jacht takie nędzne grosze? Za taki wspaniały jacht? Na rachunek w stoczni! Na długi mojej Yvette! A dla mnie nic? Prawie nic?

Miron nieomal się uśmiechnął, monsieur Dupin wzbudził jego sympatię. Nagłą szczerością wzbudził. Szkoda, że sympatia nie jest walutą. Szczerość wcale. Nawet w słodkiej Francji.

– Wybór należy do pana. Jeśli o mnie chodzi, będzie mi trochę przykro, ale pogodzę się z tym. To bardzo ładny jacht, przyznaję. Niezwykle efektowny. Bardzo też wiekowy i niesłychanie kosztowny w utrzymaniu. Aby w ogóle go sprzedać, pan sam dać musi za niego połowę wartości.

– Pan go nawet nie obejrzał dokładnie!

– Po cóż, jeżeli wolno spytać? Nie znam się na jachtach, nie ma więc sensu, bym go oglądał, nie rozumiejąc niczego.

– To jakże, u diaska… Można fachowca nająć, zasięgnąć opinii! Pan nic nie zrobił. Skąd pan wie, czy go warto kupić?

Miron Kruk nie zamierzał wyjawiać, że wie o tym jachcie znacznie więcej niż jego krewki właściciel.

– Proszę się nie przejmować cudzymi błędami, monsieur Dupin. Zwykle działają na naszą korzyść. Więc czekam na telefon. Trzy dni.

– Sto czterdzieści – nagle spokojnie rzekł monsieur Dupin. – Sto czterdzieści tysięcy dolarów.

Miron Kruk powoli pokręcił głową.

– Sto dwadzieścia, entre nous soit dit. I pięć na ugaszenie żalu po kochance. C`est tout, monsieur Dupin. Innej oferty nie będzie.

 

(…)

– Ta mała pszczółka nic się mnie nie boi – Miron wskazał paluchem roześmianą Bee. – Nic a nic. Nawet jej do głowy nie przyjdzie, że mogłaby dostać w skórę. Zaraz by się spłakała.

– Acha! – śmiała się. – Dałbyś mi w skórę, akurat! Sam byś potem płakał, tylko pomyśl trochę.

– Ja bym płakał?

– Jak byś mnie palnął, to bym nie żyła. No to kto by płakał?

– Peter!

– On nie umie płakać, jeszcze nie widziałam. Nie płakał nawet wtedy, gdy włosy obcięłam!

Skupiona siadała na krześle, kazała kołysać się w powietrzu. Widocznie prócz żeglowania lubiła też fruwanie, jak zwyczajna pszczółka. Niki bardzo się tego bała, niezadowolona marszczyła się.

– Krzywdę jej zrobisz – mówiła – gdy spadnie.

Lecz jakoś nie spadała, z zachwytem brzęczała. Stając za nim, bombardowała pięściami jego szerokie goryle plecy, potem chuchała na te pięści. I ciekawie patrzyła na Niki.

– Nigdy nie będziesz mogła go zbić – rzekła współczująco, lecz Niki bardzo się śmiała z tego współczucia.

– Ja wcale nie chcę go bić.

– Bo jeszcze ci nie dokuczył, poczekaj tylko. Jeśli go nie zbijesz, stanie się niemożliwy. W jaki sposób, Mironie, osiągnąłeś w życiu aż tyle?

– Ile – tyle? – zapytał poważnie.

– No… Nie wiem, jak powiedzieć – zabawnie skupiła czoło. – Dużo!

Uśmiał się co nieco, gulgocząc.

– Zdobyłem Niki, to naprawdę dużo. Niczego więcej nie chcę już zdobywać. Losu nie wolno rozdrażniać, pszczółko.

– Co będzie, jeśli Niki każe ci zdobyć coś jeszcze?

– Niki? – Miron popatrzył w wesołe skrzące oczy, w których cała odpowiedź była. – Gdyby mi kazała, nawet biegun bym zdobył.

Powiedział tak, że nie mogli wątpić.

– Mam wrażenie – odezwał się Peter – i ma je bodaj każdy, kto się zetknie z Mironem, że jest człowiekiem zawsze osiągającym założony cel. Nie warto mu się sprzeciwiać, to daremne.

– Więc jestem bezwzględny, osiągam cel nie zważając na koszta?

– Nie, nie – zaprzeczył. – Wyraźnie dajesz odczuć, że nie żądasz zapłaty jak zdzierca. Sam płacisz jak najmniej, lecz także od innych nie wymagasz, by płacili zbyt wiele. To jedno jest w tobie łatwo czytelne.

Miron spojrzał zdziwiony.

– Nigdy nie oszukujesz samego siebie, prawda? Sądzę, że to dowód odwagi. Być może, oszukujesz innych – Peter uśmiechnął się. – Ale siebie nie. Tak naprawdę, nie polegasz na nikim. Właśnie tym się wyróżniasz, że polegasz wyłącznie na sobie.

Teraz Miron się uśmiechnął, z lekka pokręcił głową. Jego zdaniem Peter źle odpowiadał, kiepsko, choć nie był to egzamin. Czyż egzaminy nie wyglądają podobnie kiepsko?


 

(…)

Tego dnia umęczyli się trochę. Byli w Monaco, w pierwszej kolejności obejrzeli oba porty jachtowe, to zabrało im najwięcej czasu. Widzieli wspaniałe jachty, ale Peter powiedział, że na niewielu z nich zdecydowałby się żeglować gdzieś dalej. Chyba przesadzał, było tam przecież wiele pięknych łodzi, jednej omalże nie zechcieli kupić, choć nie była na sprzedaż. Bee wpadła w zawistny trans wobec świetności wnętrza „Ocean Princess”.

– Boże, „Księżniczka Oceanów”! Ja chcę ją mieć!

Brodaty niby dno w ustronnej zatoce właściciel o wyglądzie Wikinga rozłożył ręce, chcąc pochwycić Bee. Zadudnił, zazgrzytał śmiechem, jakby łańcuch wyciągał z kotwicznej komory.

– Mógłbym ją zamienić jedynie na ciebie, moja śliczna. Ale wtedy nie miałabyś „Princessy”, miałabyś mnie!

Z Port de Fontvieille poszli zgodnie do Muzeum Oceanograficznego, stromymi schodami, przez plac Pałacowy do ulicy Saint Martin – cały czas pod górę, pod–górę, pod–gó–rę…

– Jejku – wysapała umęczona Bee. – Nigdy nie dopchałabym tu Petera. Od połowy schodów czołgalibyśmy się oboje.

Muzeum nie było przystosowane do wózków, lecz zainstalowano tam windę. Potem schodzili jeszcze bardziej stromą ulicą Remparts znów do Bulwaru Alberta. Ulice i bulwary przypominały tarasy ryżowe, każda wyżej i wyżej, z każdej można było przypatrywać się niższej jak z balkonu. Niki bardziej podobało się w Mentonie.

Na schodach Miron nie popychał wózka z Peterem, zwyczajnie go niósł, niby koszyk z kogutem. Schodów w Monaco było okropnie wiele.

– Powiedz, Mironie, czy zawsze byłeś takim siłaczem?

To było już wieczorem, gdy zamyślony siedział przy butelce i bawił się cygarem, które zapomniał zapalić. Wałkował je w palcach, aż rozsypało się, rozkruszyło.

– Nauczyłem się polegać na sobie, bo kiepsko pasowałem do stada. Rozdział funkcji dotyczył mnie tylko w dziedzinie obowiązków, pomijał natomiast w prawach.

– Bano się ciebie, Mironie, co? Twego wyglądu i twojej siły.

Bano się nawet mówić tak do niego. Nie patrzył na nikogo, jego grubą twarz zakryła chmura. Była jasna, podświetlona ciepłem. Chmura stabilnej pogody.

– Gdybyś przejmował się durniami, wpadł w kompleksy, nie byłbyś tym, kim jesteś. Masz znacznie więcej innej, o wiele ważniejszej siły.

–  Razem z wózkiem cię nosi!

Miron Kruk uśmiechnął się, ponieważ to rozumieli. Nie musiał się pilnować, niczego tłumaczyć. Nie chciał zapeszyć losu, próbując określać wnioski, tak oczywiste w prostocie.

– Rzadko używałem siły, była zbyt wielka. Znosiłem rzeczy, których bym nie zniósł, gdybym był słabszy. Tak, bano się mnie. Ja też bałem się samego siebie.

Jakoś nie miał ochoty na cygaro, ani na whisky.

– Jako chłopak byłem jeszcze brzydszy, o ile to możliwe. Brakowało wszelkich proporcji, niby u potworka. Długie nogi, ogromna głowa, wyłupiaste oczy. Nie można było mnie lubić i ja to wiedziałem. Stale mnie wyśmiewali.

– Nie reagowałeś?

– Nawet wtedy, gdy rzucali kamieniami, zepsutymi owocami, gdy wołali za mną „najduch”, „najduch”.

– Co to znaczy?

– Podrzutek, dusza znaleziona. Że niby goryl podrzucił mnie pod próg i uciekł z powrotem do lasu.

– Mama i tak cię kochała!

– Mama?

– Mama! Kochała cię, kochała!

Tylko Bee mogła tak krzyczeć, tupać i mokro błyskać oczami. Zaraz potem zrobiło się cicho, muchy zastygły w powietrzu.

– Nie zdążyła – powiedział Miron Kruk. – Umarła przy porodzie. Byłem za duży, ważyłem więcej od grzechu. Może przeraziła się, że urodziła goryla. Podobno byłem obrośnięty jak prawdziwa mała małpa, było się czego bać. Ojciec pozostał nieznany. Jestem skutkiem zbiorowego gwałtu na mojej matce. Była taka drobna i piękna jak ty, pszczółko.

Za chwilę nosił obie po pokoju.

– Czego ryczycie, głuptasy? Życie bywa znacznie gorsze, mi się nieźle udało. Nie utopiono mnie jak kota, zlitowali się ludzie. Zabrała mnie babcia, mieszkałem z nią i dwiema ciotkami, które naprawdę mnie kochały. Chyba z tego powodu, że same były nienormalne, zwariowane stare panny. Jadały dla zdrowia surową kapustę, mnie też nauczyły. Surową kapustę jeść, kalafiory. Zapewniły mi wszystko, żyłem niby pączek w maśle, okrągło i tłusto. Czy ty jesteś zazdrosny, Peter, że ona mnie tak całuje?

Wiedział, Bee zeskoczy natychmiast, pofrunie do niego. Nie chciał współczucia w pocałunkach Bee, chciał zwyczajnej miłości. Miłość – to była Niki. Niczego innego w sobie nie miała.

– Pomyliłem się – cicho rzekł Peter – mówiąc, że nie oszukujesz siebie. Chodzi o to, że ty nie masz dla siebie żadnej litości. Żadnej.

– Czym właściwie jest litość? – zapytał Miron Kruk.

Powrócił do szklanki, nalał. Teraz Niki siedziała mu na kolanach, przytulona z rozpaczliwą determinacją, znów się poczęła mazać, moczyć mu szyję. Nie wiedział, dlaczego. No bo, zrównali się. Tego nie trzeba, nie wolno mówić. Jej dług wobec niego jest taki sam, jak jego wobec niej. Nie mają już długów.

Jak to możliwe, że po raz pierwszy w życiu powiedział prawdę o sobie? Jeszcze nie całą, całej nigdy powiedzieć nie można. Lecz nawet o tym skrawku nikt na świecie nie miał pojęcia – ci, co mieli, dawno umarli. Tak miało pozostać. Lecz oto powiedział. Po co, z jakiego powodu?

Mówić także należy do końca. Do końca nie znaczy, że wszystko.

– Kiedyś odpowiedziałem siłą. Do dziś nie wiem, z jakiego powodu ogarnął mnie szał. Tego dnia moja klasa, wszystkie głowy w oknach, gwizdy, wrzaski „najduch, najduch!”. Na oczach, w uszach nauczycieli. Zdemolowałem klasę, rozbiłem ławki, katedrę, gablotki w drobny mak. Uciekali oknami, bo wszedłem przez drzwi. Nikogo nie tknąłem. Skakali oknem na głowy, nogi, na tyłki. To był parter, ale nie obyło się bez pogotowia. Nic mi nie zrobili, choć wszystko w klasie musieli kupić nowe. Odtąd naprawdę budziłem wielki strach.

– Nauczyciele też się bali?

– Powiedziałem im, że są winni najbardziej, bo milczeli. Milczeli i sami wołali za mną, że jestem najduch. Milczeli, ale wołali.

– Co było potem, Mironie?

– Niki, głuptasie, już dobrze, proszę. Kochanie. To wszystko nieprawda, co mówię. Ja zmyślam, Niki, rozumiesz?

Patrzyła, usta wąskie, jak wtedy kiwała głową: źle!

– Wiedziałem, że siła niczego nie załatwia do końca. Siłą można pokonać ludzi, wielu ludzi, ale nie można pokonać problemu. Żeby pokonać problem, potrzebna jest mądrość. Postanowiłem być mądrym.

Czy kiedykolwiek słuchał go ktoś tak uważnie, w takim napięciu, jak Peter i Bee? Jak Niki? Poznawał z przekonaniem, że coś im się układa, coś wyjaśnia – zdawało mu się, że wie, o co chodzi.

– Znacznie później pojąłem, że to również błąd, gdyż mądrość użyta jako broń bywa skrajnie niebezpieczna. Każdą bronią należy posługiwać się umiejętnie, we właściwej chwili. Czyniłem błąd, zadawalały mnie proste wnioski. Bo skoro są logiczne, muszą być słuszne i wiodące do celu. Ale życie nie jest ani logiczne, ani słuszne. Życie polega na tym, że niczego nie można odwołać. Nie istnieje cena odwołania.

Whisky, cygaro. Niki nie poruszała się, ucichła, jak gdyby sam rytm spokojnych słów działał na nią kojąco.

– Być mądrym to tak samo źle, jak być potworem. Czasem jedno, czasem drugie jest gorsze, ale dobre nie bywa ani jedno, ani drugie. Nigdy. Zaś połączenie obu – to największy błąd. Pierwsze jest wyższością, drugie innością. Są to dwie rzeczy znienawidzone przez ludzi najbardziej. Zresztą nic dziwnego. Gdy spojrzeć na historię, najwięcej cierpienia i zgrozy poczynili ludzie mądrzy i ludzie potwory. Strach przed nimi, nienawiść do nich tkwią w genach jako odruch bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo oznacza, że człowiek nie musi dokonywać wyboru, nie musi stawać po żadnej stronie. Że jest po prostu sobą.

Mówił głosem równym, bez emocji. Czuł w sobie tę miarowość, obojętność. Bo gdy już zaczął, skończy.

Słuchali. Czy pomyśleli, że każde słowo znaczyło więcej, niżeli znaczyło? Że było blizną w pamięci, niestarannie leczoną, że miało koszt uzyskania? Szczegóły nie musiały wiele znaczyć, ponieważ nie zamierzał nikogo przekonywać, kompletnie do niczego. Zresztą był pewien zupełnie, że nie istnieje człowiek, który by umiał to, co słyszy, przełożyć dokładnie – na życie.

– Jak zrównoważyć wyższość i inność? Zneutralizować nienawiść? Najprościej można tego dokonać władzą. Władzą można dokonać wszystkiego. Ale nie każdym rodzajem władzy, nie każdym jej użyciem.

Znów odczekał, przechylił kolejną szklankę. Udawał rozluźnionego. Bawiły go przestraszone, wielkie jak chełbie oczy Bee.

Peter patrzył surowo, jakoś bardzo groźnie.

− Pojęcia władzy nie należy mylić z autorytetem. Wprawdzie często się mówi o autorytecie władzy, o władzy autorytetu, lecz są to rzeczy absolutnie różne, wręcz nie mające z sobą niczego wspólnego.

− Czym jest władza, Mironie?

− Każdy określa to inaczej, więc nikt nie wie na pewno. Być może, jest iluzją i złudą, zdumiewająco jednak przekładalną na realia. Władzę poznaje się po cenie, którą jej się płaci.

Peter tak jakby się nie zgadzał. Niki i Bee milczały.

– Może być władza ustanowiona, wynikająca z hierarchii, na przykład generał w wojsku, biskup w kościele. Władza niejako przyrodzona: król, dziedzic, kacyk. Także z pozycji społecznej: burmistrz, premier, prezydent, choć to przemijające. Władzę wynikłą z terroru, z różnych odmian przymusu i strachu pomijam, ponieważ wszystkie rodzaje władzy, które wymieniłem, w znacznej mierze opierają się na przymusie lub strachu. Najczęściej na połączeniu jednego i drugiego. Jednakże jest jeszcze inny rodzaj władzy, różniący się zasadniczo od rozumianej dosłownie, od rządzenia. Ta inna władza, stosowana rozsądnie, unika przymusu i strachu, jest najmniej eksponowana, zarazem najbardziej skuteczna. Wynika z wiedzy. Wiedzieć – to mieć władzę. Wiedzieć – to znacznie więcej, niż tylko być mądrym.

Peter westchnął, może on także doszedł do tego wniosku. Nie było wykluczone, że doszedł bez przemowy Mirona, już dawno. Zapewne nie potrzebował dodatkowych wyjaśnień, zbyt jasny i prosty stał się jego uśmiech. Miron Kruk chyba to rozumiał.

– Jest to rodzaj władzy nie każdemu dostępny – powiedział. – Pozbawiony splendoru, nieatrakcyjny dla głupców. Głupcy są przekonani, że splendor władzy może zastąpić rozum.

Odstawił butelkę, dość miał picia.

– Skuteczność mądrej władzy polega na tym, by nie zdawano sobie sprawy z jej użycia albo zdawano jak najmniej. Na tym polega, by w nikim nie budzić poniżającego poczucia przegranej.

– Żadna władza nie jest dla głupców – wtrąciła Bee. – Ale oni najbardziej się do niej pchają. I to im się udaje.

Miron Kruk popatrzył ze zdziwieniem.

– Nie czynisz zarzutu głupcom, pszczółko. Próbujesz usprawiedliwić nasze dla nich przyzwolenie.

 

(…)

Trochę się jakby zapomnieli. Dni powoli mijały, niezauważane po prawdzie, więc może szybko mijały. Jeździli tu i tam, zwiedzali niby, choć bodaj bez zapału. Wybrali się nawet na Korsykę, Niki nalegała. Miała to być jednodniowa wycieczka, przy czym bardziej chodziło o podróż morską, niżeli o zwiedzanie. Spędzili na wyspie cztery dni. W Starym Porcie, w Bastii, znów obejrzeli jachty, nad dwoma Peter zastanawiał się niezwykle poważnie. Oba były do kupienia, tak powiedziano im w marinie, oba miały przystępną cenę.

– Do licha, to wcale nie są wraki – oznajmił Peter podniecony. – Myślę, że warto im się bliżej przyjrzeć. Mironie, przypadek jest czasem bardziej skuteczny od zamiaru.

Szczególnie spodobał mu się nieduży pękaty jednomasztowiec, trochę co prawda zaniedbany, może tylko sponiewierany przez fale. Miron nie umiał odróżnić, gdzie ma on przód, gdzie tył.

– To szpicgat – wyjaśnił Peter. – Bardzo solidny, stalowy jacht. Konstrukcja raczej skandynawska, co tutaj powinno dziwić. Szpicgaty są już raczej rzadkością, ale właśnie one szczególnie się nadają do trudnej żeglugi. Moim zdaniem, niewiele przy nim roboty.

– Ja bym go dał bez namysłu do stoczni, żeby dokładnie wszystko sprawdzili, zabezpieczyli, pomalowali na jakiś ładny kolor. Wygląda na brudasa, właściciel jest chyba skończonym leniem.

– To nic poważnego, Mironie. Z pewnością wymaga konserwacji, wymiany wielu części takielunku, uważnego przeglądu. Masz rację, należy go dać do stoczni, po miesiącu będzie jak nowy.

Bee patrzyła niesłychanie poważnie, z zafrasowaną miną. Wstrzymywała się od uwag. Przyczyna była jasna, jacht nie wyglądał imponująco.

Miron udawał, że bardzo jest zaciekawiony. Począł jednak marudzić, wytykać mnóstwo rzeczy, które nazywał wadami. Wybrzydzał na brud, rozkład wnętrza, brak osobnych kabin, wydzielonego przedziału dla nieszczelnego, śmierdzącego spalinami silnika. Oceniał tak, jak gdyby to on miał kupować. W końcu Peter przyjrzał mu się podejrzliwie.

– Czy ty coś knujesz, Mironie?

Miron głośno i hałaśliwie się roześmiał.

– Nie zadałbyś tego pytania, gdybyś niczego się nie domyślał. Pozwól mi doknuć tę sprawę do końca, nie kupuj tego jachtu.

Starał się, aby Bee nie dosłyszała.

Poszli na długie Smocze Molo, pod czerwoną latarnię morską, skąd widać było panoramę portu oraz całej zatoki. Miron zauważył, że rybackie łodzie miały tu podobnie jak w Grecji malowane na niebiesko i biało klepkowe burty, zacięte twarze rybaków też były międzynarodowe.

Następnego dnia wybrali się wynajętym autem na Cap Corse, do Pietracorbara. Urządzili sobie piknik na piaszczystej i nieco zmulonej plaży, w zakolu pomarszczonej zatoczki, pod nawisem skalistego rogala. Było ciepło, nawet gorąco. Słońce jak rudy łeb z rozwianymi włosami wyglądało zza rozczochranej góry.

Miron próbował „puszczać kaczki”, co mu nie wychodziło. Nie mógł znaleźć dostatecznie płaskich kamyków.

Znudził się tym, wdrapał na wysoką urwistą grań, ciągnącą się wzdłuż jednego z haków rogala, popatrzył w dół. Peter i Bee machali mu rękami uniesionym w górę, Niki nie było. Za chwilę pojawiła się na przeciwległym haku, tak samo machała rękami. Wiatr bawił się jej włosami niby kot mysim ogonem, zwijał je i rozwijał. Łopotały, zanikały, pojawiały się znowu. Niki krzyczała coś, czego oczywiście nie słyszał.

Uniosła zwiniętą dłoń, zapewne pokazywała figę. Miron roześmiał się, też zamachał rękami. I nagle pomyślał tak:

– Czy to naprawdę ja prowadziłem firmę „Miron Kruk i Spółka”? Do diabła, naprawdę robiłem coś takiego?

Przerażony pojął, jak ślepym bywa człowiek, patrzący z uporem tylko na jedną stronę medalu. Medal to błyskotka, tak czy owak zaślepia. Przyszło mu do głowy, że gdyby tu przyjechał dziesięć… może osiem lat temu… kiedy jeszcze miał syna… Z synem…

Czy nadal nie wie, nie wie, co było na tej drugiej szali?

Natłok myśli był tak nieoczekiwany, nagły, tak niepohamowany, że głowa jakby eksplodowała. Syn! Przecież wyrzekł się syna.

Czy mógł postąpić inaczej?

Stojąc na tej skałce, patrząc w dół na wąski jęzorek zatoki miał ochotę tam skoczyć, zginąć, byle tylko zapomnieć, o niczym nie myśleć. Zapomnieć, że jednym słowem „tak” mógł uratować syna. Jednym jedynym słowem!

Usiadł, bo zachwiał się, mało nie spadł wbrew woli.

Raczej by się nie zabił, tak wysoko nie było. Strzaskałby kilka gnatów, może by łeb rozkwasił. Zamętu by narobił, strachu napędził ludziom. Po co? Po jaką cholerę?

Siedział, tępo spoglądając ku białokamiennej wiosce.

Mógł przyjąć propozycję, Eryk byłby wolny. Tyle, że o włos bardziej nie byłby jego synem, niż teraz jest, wykreślony i nieistniejący. Jego, Mirona, myśli i sumienie o ten sam włos nie byłyby lżejsze.

Być może, odpowiada za to, że ma syna łajdaka. Czyż winien był płacić za jego bezkarność innym, lub większym, łajdakom? Czy nie jest tępą, ślepą przewrotnością nazywać bezkarność ratunkiem?

Nie tylko o zgodę chodziło. Nieważne nawet to, co zgoda mogła oznaczać. Na przykład setki ludzkich krzywd, takich jak krzywda Marioli. Przede wszystkim jednak chodziło o to, by nie utwierdzać łajdaków w łajdactwie.

Właśnie tej ceny nie godził się zapłacić.

Nagle przypomniał sobie, jakby maczugą po łbie. „Co jej szkodziło żyć!” Co jej szkodziło wydać na świat bękarta−składaka, najducha, kolejnego Mirona Kruka? Co jej szkodziło?

Jakiż to straszny, samobójczy wynalazek natury − ludzie.

 

(…)

Wieczory cenili sobie teraz najbardziej, siadywali od nowa nad dziennikiem zatopionego jachtu, uratowanym z oceanicznej katastrofy, czytali opowiadanka Petera, oglądali malunki Bee.

Oboje komentowali, odpowiadali na pytania, których Miron i Niki zadawali może za dużo. Wiele przeróżnych zdjęć oglądali. Zdjęcia były starannie ułożone, według miejsc i czasu, o co Bee bardzo dbała.

Urzekła ich uroda Wielkiej Rafy Koralowej, wspaniałość nad wspaniałościami, na której temat oboje, Niki i Miron, wiedzieli żenująco mało. Nazwę znali i tyle. Co prawda w siedmiu językach. Obliczyli.

– Och, Bee, to niesamowite! Taką lagunę to bym całą na szyję włożyła. Tyle korali, Boże!

Rozśmieszona Bee chichotała.

– Przecież te jubilerskie korale pochodzą raczej stąd, z Morza Śródziemnego. Naprawdę nie wiesz o tym? Wielka Rafa to przeważnie korale wapienne i korkowe, madrepory. Szlachetne też tam są, naturalnie, ale nie jest ich wiele. Żyją w małych koloniach, przeważnie głęboko pod wodą. Mądre są, specjalnie się chowają. Korale to zwierzęta, Niki, czy wiesz? Daję słowo!

Zachłystując się i zacinając, robiąc wielkie oczy z przejęcia jeszcze większego, mówiła o bajecznych cudach oceanów, niesłychanych, jedynych na całym świecie. O najmilszych delfinach, które wszystko pojmują, jak kobiety i dzieci, nie jak mężczyźni brutale. O wielorybach ogromnych, co mają własne fontanny i sapią jak parowozy, sapiąc gadają sobie. O różnych rzeczach mówiła, tylko o górach lodowych nie, jakoś zapomniała. Góry nie były cudowne.

Peter uśmiechał się po swojemu, potakiwał. Doskonale wiedział, że Bee albo jest zachwycona, albo bardzo się boi. Kiedy się boi – milczy, w ogóle nic nie mówi.

Nauczył Mirona posługiwania się odbiornikiem GPS. Miron nie mógł się dość nadziwić, że to takie proste. Śmiał się bardzo, gdy Niki nauczyła się także. Wprawdzie potrzebowała najpierw krótkiej lekcji nie tyle nawigacji, ile geografii, ale Peter był pełen zapału. Zresztą to był początek, dalej samo się potoczyło. Spędzali wiele czasu nad arkuszami map morskich, nad różnymi księgami. Peter wyjaśniał konstrukcję map, sposoby ich odczytywania, tłumaczył, do czego służą grube tomiska locji, spisy świateł i sygnałów.

Niki szeptała na uboczu:

– Miron, po co nam uczyć się tego? Kiedy popłyniemy na Kretę czy Rodos, chyba nie będziemy musieli tak dużo wiedzieć.

– Żadna wiedza nie jest zbędna, kochanie.

Zafascynowany uczył się pierwszych prostych zasad zliczenia nawigacyjnego. Zresztą dowiedział się też, co znaczy konosament i fracht, dlaczego na Tamizie tona waży inaczej.

Coraz częściej jeździł samotnie do Mentony. Miał nadzieję, że mu się uda chociaż jedną sprawę doknuć do samego końca. Nie okazywał jednak nerwowego pośpiechu.

– Pod koniec maja, milordzie – terkotał żwawy padrone, przecinając dłonią powietrze. – Wszystko będzie gotowe najdalej do dwudziestego. Rzekłem. Nie muszę wcale przysięgać, bo to jest święta prawda. Prawda nie potrzebuje żadnych przysiąg, święta prawda dopiero.

Padrone, czyli właściciel stoczni, budowniczy jachtów i łodzi, których reputacja znana była i ugruntowana szeroko, należał do nieznośnego, pewnego siebie gatunku południowców, działających na Mirona Kruka jak ból trzonowego zęba. Jednakże nie było nikogo, kto by zaprzeczył, że padrone jest człowiekiem godnym całkowitego zaufania.

Miron Kruk wyznawał zasadę, że całkowite zaufanie to objaw zdecydowanej nieudolności umysłowej.

Stał obok bezczelnie radosnego, wymachującego wściekle rękami padrone na stoczniowym nabrzeżu – wyglądało, jakby mucha w napadzie epilepsji atakowała porośniętą mchem skałę.

Przed ich oczyma, na rozbebeszonym pokładzie, w rozbebeszonym wnętrzu wspaniałego jachtu "Corvus", czyli „Kruk”, ospale krzątał się zgrajowaty tłum robotników. Ten straszny widok odbierał Mironowi ochotę do życia, sprawiał, że czuł się chorym i miewał dziwne widzenia. Zdawało mu się, że patrzy na pęk robali łażących po wygniłym ścierwie.

– Gdybym nie wiedział, że remont dla monsieur Dupin był robiony tutaj, w tej stoczni, rozgoniłbym całą bandę albo pozabijał.

Padrone śmiał się bezczelnie i żywiołowo, gdaczącym obraźliwie głosem. Nie bez racji wszystkich cudzoziemców traktował jak przeznaczonych osobiście przez Boga do oskubania i uważał, że czyni to wielce wprawnie.

Podawał się za Francuza, którym w żaden sposób być nie mógł. Wiewiórka może z biedą udawać słabo wyrośniętego lisa, ale za konia, nawet gniadego, uchodzić nie może. W coś takiego nikt nie uwierzy.

Czemu Mirona Kruka nazywał milordem, pozostawało zagadką.

– Jak pan sobie życzył, pozostawiłem dwie kabiny dwuosobowe z łazienkami i jeszcze jedną taką samą na dziobie, miejsca wystarczyło. Kambuz i mesa trochę zostały powiększone, tak samo przejścia, milordzie. Zadbałem też, by mógł pan wszędzie wcisnąć się sam, jeżeli nie całkiem swobodnie, to zdecydowanie. Luki, razem z zejściowym, są szersze.

Podśmiewał się cały czas. Albo mu zęby postukiwały, albo po prostu klepki. Miron Kruk odczuwał przyjemność jak baran, którego strzygą.

– Pod kokpitem, z mesy na rufę, też pan przejdzie, chociaż nie tak łatwo. Za wysoki pan, milordzie. Jak by to rzec, za szeroki.

– Czyli przejdę na czworakach?

– Powiedzmy, mocno pochylony – padrone cieszył się, że może mu dokuczyć.– Nie będzie to dużym problemem, milordzie. Daję słowo, na morzu robi się wiele rzeczy nawet niemożliwych, bez żadnego kłopotu. Tam wszystko mierzy się inną miarą. Starczy się przyzwyczaić.

– Powiedz to niedźwiedziowi – burknął Miron Kruk – nim blachę pod nim podgrzejesz.

– Jacht będzie na miarę dla pana, milordzie, jak najlepsze ubranie. Diabeł siedzi w szczegółach. Wszystkie szczegóły będą dopracowane. We wnętrzu, także na pokładzie. Ten capitano, którego pan przysłał, on pilnuje urządzeń. Znamy go tu, on jest uparty, nieużyty człowiek. Musiał wyciągnąć od pana niezły kawał grosza.

– Jeżeli pan coś sknoci, padrone, zrobi źle lub niedokładnie, zostanie pan wykopany na środek Atlantyku i specjalnie dam znać ludojadom.

Padrone natychmiast wpadł w trans, jak oszalały wiatrak na widok Don Kichota. Miron obserwował go z nietajonym zainteresowaniem i przyjemnością. Stanowczo, niepospolite aktorskie talenty marnowały się na tym południu. Zresztą nie – pomyślał – one się nie marnują. Oceniając rzecz bez uprzedzeń, one się świetnie rozwijają.

– Zapraszam do mnie, milordzie, do mojego biura. Każę podać dobrą kawę alla grecale i szklaneczkę absyntu.

– Absyntu? Jeszcze nie zwariowałem – zemścił się Miron, ponieważ wiedział, że milord, kawa i absynt to też są pieniądze.

Złośliwie srebrzystym frankiem puścił kaczkę po brudnej wodzie stoczniowego basenu. Poświstując z zadowoleniem, wracał do Nicei. Sprawy układały się należycie, jak zaplanował. Jedyną niepewność budziła myśl, że Peter powinien obejrzeć wpierw jacht, wypowiedzieć swoją opinię o zmianach, póki jeszcze można coś poprawić. Wmawiał sobie, że to będzie bez znaczenia. Zmiany na jachcie nie były, rzecz jasna, wyłącznie jego pomysłem. Narodziły się w biurze konstrukcyjnym stoczni, jako wynik narad i trudnych dyskusji. Inżynierska jednak dusza Mirona nie zezwalała na wybryki wyobraźni.

Porozmawiać z Peterem jakoś nie było okazji.

Lecz tego właśnie wieczoru, gdy znów siedzieli przy stole nad wyłożonymi mapami, Peter zaś kończył wyjaśniać coś kolejnie ciekawego, Miron odsunął się z krzesłem, ogarnął zamyślonym wzrokiem wszystko i wszystkich. Po kolei ogarnął, raz, drugi i trzeci.

– To przecież zdumiewające – odezwał się powoli, jakby rozciągał czarny słodki marcepan. – W ogóle niezwykłe. Dziwne.

– Ale co, Mironie?

Patrzyły na niego trzy pary zaskoczonych oczu.

– Dziwne, że ja to wszystko doskonale, bez trudu rozumiem.

– Jakżebyś mógł nie rozumieć?

Potrząsnął głową z tym samym sennym niedowierzaniem.

– Traktowałem to kiedyś jak wiedzę tajemną, przeznaczoną dla wybranych, szczególnych ludzi – mówił z odrobiną rozczarowania. – Zawsze zdawało mi się, że marynarze i żeglarze z tych wspaniałych, cudownych żaglowców muszą rodzić się gdzieś na oceanie, na czarodziejskich wodach Sindbada, które znają prócz nich samych tylko ptaki i holendry latające. Gdzieś tak daleko, że tego sobie wyobrazić nie można.

– Jak pięknie mówisz, Mironie – Bee uśmiechała się.

I nieoczekiwanie, licho wie czym wiedziona, położyła jedną dłoń na węźlastej łapie Mirona, drugą na łokciu Niki.

– A czy byście nie mogli popłynąć z nami na ocean?

Zrobiło się cicho. Patrzyli po sobie kolejno, jak gdyby nic podobnego dotąd nie przyszło im do głowy.

Miron zachowywał powagę, lecz Bee nie była zmieszana. 

– Noo! Nie moglibyście?

– Na ocean? – z przestrachem spytała Niki. – Daleko od wszystkich brzegów?

– Na ocean! Tam, gdzie się rodzą żeglarze. Nie moglibyście?



 

Fotografie: przeważnie -

http://www.yachtforums.com/forums/general-sailing-discussion/1791-big-sail-boats.html

Podobne artykuły


17
komentarze: 71 | wyświetlenia: 2044
17
komentarze: 50 | wyświetlenia: 1766
16
komentarze: 15 | wyświetlenia: 1173
14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1084
14
komentarze: 15 | wyświetlenia: 1027
13
komentarze: 16 | wyświetlenia: 1004
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 354
12
komentarze: 8 | wyświetlenia: 935
12
komentarze: 53 | wyświetlenia: 748
12
komentarze: 0 | wyświetlenia: 1078
11
komentarze: 92 | wyświetlenia: 604
11
komentarze: 34 | wyświetlenia: 922
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Zbysławie,
Po raz kolejny chylę czoła przed Twoim kunsztem pisarskim. I te żywe postacie!
Pozdrowionka
Alicja

Zbysławie, nie będę kadzić... dość, że żywo reagowałam na ten tekst. Cholernie polubiłam Mirona... szczególnie jeden akapit przyciągnął moją uwagę...jak dla mnie - nic dodać nic ująć. :)

"– Być mądrym to tak samo źle, jak być potworem. Czasem jedno, czasem drugie jest gorsze, ale dobre nie bywa ani jedno, ani drugie. Nigdy. Zaś połączenie obu – to największy błąd. Pierwsze jest wyższością,

...  wyświetl więcej

  Gamka  (www),  23/08/2011

Ahoj Zbysławie ….!
[..]”Sny na oceanach są jak głębia pod nimi, pełne przedziwnych snów. Jaka szkoda, że nikt nie opisał jeszcze snów na oceanach…[..]
Zbysławie opisałeś może swoje sny z oceanów ?...byłoby to hmmm… dość ciekawe ;D
A czy widziałeś najpiękniejsze miejsce na ziemi ?;))) i czy opuściłeś pokład aby zniknąć na moment w głębinach oceanu?
Też chcę do RAJU …. ! ...  wyświetl więcej

  swistak  (www),  27/08/2011

Na szczęście dla ciebie Zbysławie nie przeczytałem, ale doceniam pot zawarty w tych wypocinach

Jak widzisz, nie tylko dostrzegam ciebie, ale nawet czasami czytuję. Zdarza się, że i rację ci przyznam, bo nie ma takiej głupoty, która by racji mieć nie mogła - jak nie ma takiej mądrości, która by głupstwa nie palnęła. A więc głowa do góry, Świstak!

No i - rzecz jasna - doceniam twoje wysiłki, każdy bowiem orze, jak może. Ponieważ orzesz płytko, masz tę przewagę, że nie ugrzęźniesz. Bylebyś zbytnio nie poganiał wołów.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska