Login lub e-mail Hasło   

Pielgrzymka, dzień III

Pielgrzymka, ciąg dalszy.
Wyświetlenia: 914 Zamieszczono 30/08/2011

Dzień III:

Budzę się około 4.30. Obok Michał jeszcze chrapię. Wyspałem się porządnie. Toaleta, pakowanie i idę na śniadanie. Kanapki, herbata, jakieś ciastka. Mili państwo zapraszają nas za rok.  Żegnamy się z nimi oczywiście zapraszając na Mszę. Idziemy w stronę kościoła. Jeśli mielibyśmy wchodzić przez furtkę to musielibyśmy przejść jeszcze jakieś 300 metrów. Przeskakujemy więc przez ogrodzenie. Wygląda to tak. Przeskakuję ja. Michał rzuca mi bagaże nasze i potem on przeskakuje. Cieszymy się jacy to pomysłowi J

Zdajemy bagaż i idziemy zająć miejsca w kościele. Jest jeszcze trochę czasu. Patrzę na krzyż, słyszałem, że podczas budowy zginęło tutaj dwóch robotników. Smutne… Jestem nauczony, że jeśli jestem dużo wcześniej przed Mszą to nie powinienem siedzieć bezczynnie. Odkrywam więc mądrość różańca…

Rozpoczyna się Msza Święta, a razem z nią pielgrzymka dla grupy 15a z Radzynia Podlaskiego. Eucharystia, największy dar dla nas, nie ma większego. Bóg oddaje nam siebie samego… Jakie to wspaniałe…

Po Mszy szykujemy się do wyjścia, wychodzi Słoneczko. Więc wyciągam mój piękny kapelusz. Kupiłem go rok temu na którymś postoju. Siedząc na schodach patrzę na innych pątników. Dużo z nich wygląda jak bałwanki, posmarowani kremem na całej twarzy. Nic dziwnego, spiekli się. Ja jakoś nic nie czuję J Niewiar poszedł po gitarę. Wraca i stwierdza, że nigdzie nie ma kabla. Podłączamy się do jednego kabla od mikrofonu. Oczywiście wszystko na mnie, bo wczoraj ja ostatni grałem. Kabel był u łącznika, ale co się dalej z nim działo nie wiem.

Wychodzimy, gram jedną piosenkę. „Szukam Cię Panie o wschodzie”. Dalej gra niewiar. Radzyń nas żegna. Przy drodze mimo wczesnej godziny stoi trochę ludzi. Przy wyjściu lokalna mleczarnia częstuje nas swoimi wyrobami. Biorę pyszny jogurcik. Z braku kosza wkładam puste opakowanie do kieszeni. Wychodzimy z miasta i wchodzimy na ruchliwą trasę.

Godzinki, śpiewają jakieś siostry. Chyba mama z córką. Idę obok Mateusza i Agnieszki. Dziwne spostrzeżenie, kiedy nie widzę Mateusza to zawsze z Agnieszką J Może coś z tego będzie. Dochodzimy do postoju. Paszki. Siedzimy przy drodze. Piotrek uczy się grać. Jedyne co umie to partia basowa z „Another one bites the dust” grupy Queen. Wszystkim, którzy z nim siadają na postojach chodzi to po głowie. Ale od czegoś trzeba w końcu zacząć. Zaskoczyła nas siostra fotel. Robi nam ciągle fotki. Chyba tacy ładni jesteśmy J

Idziemy dalej. Gram ja. Rozmyślania. Tak naprawdę to dopiero się budzę. Wcześniej szedłem jak nieprzytomny. Mijamy jakąś budowę. Robotnicy robią nam zdjęcia. Dziwny paradoks. Kiedy nie patrzę się na robotników to zawsze mają przerwę.

Kolejny postój jest w Borkach. Siadam z dziewczynami z dwunastki. Kojarzę je z zeszłego roku. Siostry Magda, Monika i Kasia. Fajne dziewczyny. Potem przysiada się także Asia z 10b. Przypominam sobie o jogurcie w mojej kieszeni. Opakowanie pękło, więc mam małe morze we wnętrzu mojej bluzy.

Dalej gra Niewiar. Fajny etap. Modlitwa Anioł Pański. Idąc próbuję uczyć się śpiewać falsetem, czyli wysokim głosem. Ależ to ciężkie, ale wychodzi J Kolejny postój jest w Tchórzewie. Siadam z Karoliną, Edytą, Zuzą i chyba z kimś jeszcze. Zostaję obdarzony słodkimi cukierkami. Mniam. Po załatwieniu pewnej sprawy w lesie orientuję się, że już wychodzimy. Łapię gitarę i gram „Mój Zbawiciel”. Widzę znajome siostry z trzynastki. Nela i Doma z mojej klasy w LO. Piękna wymiana uśmiechów oczywiście.

Szybko idziemy, modlitwa różańcowa. Gram pięknie. Obok idzie brat Patryk. Może trochę nam pomoże J Dzisiaj część chwalebna. Jezus zmartwychwstał. A zmartwychwstając dał również nam nadzieję na życie wieczne. „Zmartwychwstał jako pierwszy…”

Postój obiadowy. W Kocku. Dość znane miasto. Panie dają nam pyszny bigos. Uwielbiam bigos. Zjadłem chyba 3 miski. Siedzę z moją ekipą. Głupie żarciki. Przy drodze znajduje się ledwo widoczny rów. Płynie w nim oczywiście woda. Patrzymy jak kilku nieszczęśników wpada do niego mocząc sobie wszystko od kostek w dół. To musi być mało przyjemne. Wyciągam okulary przeciwsłoneczne, bo jest dla mnie trochę za jasno.

Rozglądam się za znajomymi i widzę Justynę (tą z pierwszego postoju pierwszego dnia) z koleżankami. Podchodzę do nich. Dowiaduję się, że nazywają się Paulina, Kinga (siostra Justyny), Ania i Gabrysia, która mnie olewa, bo śpi. Fajnie się z nimi rozmawiało. Kinga ma 15 lat. Byłem przekonany, że jest co najmniej w moim wieku.

Moja grupa wychodzi. Łapię gitarę, ale Patryk zgłasza chęć grania. Więc z przyjemnością mu ją oddaję. Ciężki etap. Rok temu niosłem na nim tubę… nie wiem jak to wytrzymałem. Trzeci dzień jest kryzysowy. Czuję pierwsze zmęczenie, a jednocześnie ta świadomość, że jeszcze tak daleko. Do tego jest ekstremalnie gorąco. Śpiewamy „Armia Pana”. Na słowa „daj mu ręce swe” klaszczemy. Na „daj mu stopy swe” tupiemy. Na „daj mu serce swe” bijemy się w piersi. I właśnie wtedy niszczę okulary, które znajdują się na mojej koszulce. Ale lipa…

Michał wsadził część swoich rzeczy do mojego plecaka. Nosimy go na zmianę. Miła ulga, bo już mocno bolą mnie plecy. Przyszedł do nas ksiądz niby to z konferencją. Mam wrażenie, że nie mówi o niczym konkretnym. Rozumiem tylko, że Bóg mnie kocha. Poza tym ciągle jakieś żarty, piosenki itp. Śpiewamy „jaka siła” z pokazywaniem. Idę obok siostry Ani. Ta piosenka jest wspaniała. „Jaka siła jest w splecionych mocno dłoniach” (łapiemy się za ręce). „Jaką moc ma spojrzenie w ludzkie oczy” (patrzymy sobie głęboko w oczy). „Jak dobrze gdy, ludzi łączy serce” (coś się pokazuje, ale zapomniałem co J) „każdy dzień inaczej się toczy” (przebieramy rękami). To naprawę miłe uczucie, kiedy się to śpiewa. Kolejny postój w Poizdowie. Oranżadę rozdają. Orzeźwienie. Jest bardzo gorąco. W wyniku czego pękły nam 3 struny. Wymieniam je. Idziemy dalej. Gram ja na zmianę z Patrykiem.

Koronka do miłosierdzia Bożego. Lednicka. Bardzo ładna melodia. Długi i ciężki etap. Tańczymy bangę  i takie tam różne śmieszne rzeczy. Powolutku zbliżamy się do celu. Jeziorzany, ale za tabliczką jeszcze jakieś 3 kilometry. Ludzie nam machają. To miłe.

Wreszcie jesteśmy na miejscu. Plac koło kościoła. Szukam bagażu, namiotu itd. Idę z Mateuszem na pole. Rozkładamy elegancko namiot. Szybko nam to poszło. Dlatego potem pomagamy innym. Idziemy szukać mycia. Po drodze doczepia się do nas ładna blondynka z 10b. Nazywa się Monika i ma chyba 20 lat. Jest bardzo miłą osobą.

Ludzie, którzy do nas machali teraz pospuszczali psy. To już nie jest miłe. Przygoda z jednym gospodarzem. „Szczęść Boże, czy byłaby możliwość umycia się u pana? Jesteśmy pielgrzymami”. Pan na to „A poszli wy won!!” Niezbyt kulturalna odmowa, ale cóż. Prości ludzie.

Przyjmuje nas starsza pani. Ma jakieś miski, ciepłą wodę. Radzimy sobie. Daje nam pysznej zupy ogórkowej. Jest bardzo inteligenta… miło się z nią rozmawia. Wracamy, ja biegnę z powrotem, gdyż zapomniałem żelu J

Idziemy w stronę kościoła. Po drodze wstępujemy do sklepu. Spotykam brata Marcina, przyjechał dzisiaj. Będzie porządkowym jak co roku. Wracamy na pole. Zostaję obdarzony plackami ziemniaczanymi od rodziny brata Żuczka. Potem jakieś kotlety. Ciastka. Pani proponuje mi jeszcze jabłka ale już nie mogąc nic zjeść dziękuje tylko grzecznym „ajtam”.

Gadam z kolegami i koleżankami. Brat Maro, Mateusz, Michał (on dzisiaj wraca), Kamil, siostra: Paula, Marta, i oczywiście Emilka (fotel). Dowiaduję się skąd znam jej koleżanki. One grają w kosza i były u nas w szkole na jakichś zawodach.

Idę do autobusu. Po drodze dzwonię do rodziców. Kolejka do medycznych chyba 30-osobowa. Mnie tam nic nie boli. Szukam kabla od gitary. Znajduję jeden, ale nie działa. Nadal jest wszystko na mnie. Misiek grozi, że jak się nie znajdzie, to jutro idziemy bez gitary. Lipa…

Zbliża się godzina apelu. Justyna zaprasza mnie na pyszny barszcz z uszkami, ale nie mogę jej nigdzie znaleźć. Idę do kościoła. Apel prowadzi chyba jedenastka. Można się wzruszyć. Trwa nawet krótka adoracja Najświętszego Sakramentu. Chowam twarz w dłoniach. „Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”

Po apelu kilka osób przyjmuje komunie poza Mszą Świętą. Dość ciekawy obrzęd. Po apelu jest sacro. Śpiewamy szybkie i skoczne piosenki. Ale większość już wysiada, dlatego załatwiam aniołki i idę do namiotu.

Ogarniam rzeczy. Rozkładamy się z Mateuszem. Elegancko, dużo miejsca. Układamy się, cisza nocna. Jeszcze chwilkę rozmawiamy.

Zasypiam… Oto kolejny dzień dobiegł końca. „Jaka siła jest….”

„Teraz o Panie pozwól odejść swemu słudze w pokoju…” Deo gratias!

Podobne artykuły


14
komentarze: 11 | wyświetlenia: 916
14
komentarze: 8 | wyświetlenia: 330
14
komentarze: 2 | wyświetlenia: 855
13
komentarze: 0 | wyświetlenia: 927
12
komentarze: 18 | wyświetlenia: 1523
12
komentarze: 12 | wyświetlenia: 686
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 730
12
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1753
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 380
11
komentarze: 298 | wyświetlenia: 375
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 357
11
komentarze: 0 | wyświetlenia: 458
11
komentarze: 9 | wyświetlenia: 863
11
komentarze: 0 | wyświetlenia: 952
10
komentarze: 0 | wyświetlenia: 422
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska