Login lub e-mail Hasło   

Alter ego

niezwykła historia, która przydarzyła się zwykłemu facetowi.
Wyświetlenia: 1.282 Zamieszczono 07/09/2011

-Nie lubię tego. Nienawidzę tego okrutnego, ciągle się powtarzającego uczucia zagubienia. Tego zewnętrznego i tego zupełnie od środka. Zżerającego trzewia, skubiącego złośliwie neurony. Coś jest nie tak. Coś jest nie tak, jak być powinno. Rozglądam się dookoła i nie rozpoznaję żadnego z budynków. Nie powinienem tu być. Powinienem raczej leżeć teraz w swoim ciepłym łóżku i słuchać szumu zza okna. Coś tu jest nie tak. –I było. Konrad w pozycji embrionalnej leżał zupełnie zbity z tropu gdzieś między kontenerami na śmieci a spływem kanalizacyjnym. W ustach czuł gorzki smak wczorajszego wieczoru, ale zupełnie go nie pamiętał. Nieświeży odór alkoholu i najtańszych papierosów unosił się nad nim niczym aura. Powieki się skleiły i długo musiał się namęczyć, by uchylić choć jedno. Czoło zmarszczyło się przy tym, jak nigdy i stało się jeszcze bardziej chropowate. W głowie dudniło echo wczorajszej nocy i niczym złośliwy chochlik grało na kościach czaszki. Nie mógł pozbyć się uczucia skrobania w przysadkę, co zupełnie uniemożliwiało zebranie myśli. Żeby uciszyć owe uczucie chrząknął kilka razy. Splunął zebraną w ustach flegmą.

Słyszał puls miasta, drganie ulic i chodników. Dookoła słupy telegraficzne i osnute jeszcze półcieniem drzewa uginały się w rytm. Po asfalcie leniwie przewijały się papiery i puszki, które nie trafiły do kosza, gdzie nie gdzie tworzyły wir trącony porannym wiatrem. Świat żył w zwolnionym tempie, poruszał się mozolnie i ospale. Granice i kontury się zacierały, mgła przysłoniła napisy na murach, budynki, przejścia uliczne. Światła i drogowskazy rytmicznie drżały. Świtało. Konrad dosłownie słyszał dźwięk wynurzającego się zza horyzontu słońca. Świstało, chrobotało, jak żuk biegnący po leśnym runie. Zza rogu wylała się pastelowa fala światła. Rozpływała się po każdej ze ścian ulicy, po uchylonych oknach i skośnych dachach. W sklepowych witrynach horyzont jakby zatrzymał się na moment, szkło odbijało każdy z kolorów. Postrzępione chmury miały odcień bladoróżowy, kremowy, niczym karmelowa pianka. Były tak plastyczne, że można było wyczuć pod opuszkami palców ich delikatną teksturę. Rozrywały się na porannym niebie i tworzyły zmieniające się mleczne bohomazy. Co jakiś czas ulicą przemknął zagubiony samochód. Ktoś śpieszył się do pracy, może wiózł rodzącą żonę do szpitala, albo był spóźniony na samolot. Przetaczały się w takim tempie, że można było ich nie zauważyć. Zostawiały po sobie tylko unoszącą się niespiesznie łunę szarości. Kilka liści, papierków po gumie i kłęby kurzu. Uliczne światła zmieniały się raz po raz tworząc migający kolaż.

W głowie Konrada wciąż utrzymywało się nieprzyjemne skrobanie w potylicę. Przysiadł. Krawężnik był wyjątkowo zimny i twardy. Pewnie dlatego, że mężczyzna miał na sobie tylko płócienne, przewiewne spodnie i starą koszulę. Siedząc tak kilka minut stwierdził, że musi wziąć się w garść.

-Gdzie iść, kiedy nie wiem nawet w którą stronę ruszyć? –Dłuższą chwilę siedział na tym przybrudzonym skrawku chodnika i obserwował budzący się dzień. Ptaki, o istnieniu których to miasto już dawno zapomniało, dały o sobie znać. Gaworzyły ze sobą po cichu, by nie budzić mieszkańców kamienic. Na twarzy Konrada osiadły pierwsze promienie słońca. Zaróżowiły policzki i zaszkliły nieco oczy. Nagle poczuł, że coś w środku jego ciała pragnie jak najszybciej wyjść na powierzchnię. Coś, jak niewypowiedziany zachwyt nad tym, co widzi, coś, jak krzyk wyrwany z piersi. Cisnął mu się przez usta i parł do przodu.

Wymiociny wylądowały na asfalcie, tuż obok studzienki kanalizacyjnej. Było to tylko niestrawione jedzenie, żaden niezwykły zryw namiętności, czy podziwu. Nawet symetrycznie wkomponowały się w uliczny pejzaż. Dopełniły całości. Mężczyźnie było nieco lżej, ciśnienie trochę mniej gniotło kości czaszki. To była pora, by ruszyć, byle gdzie. Musiał skończyć wewnętrzny monolog. Trzeba było iść do domu i zostawić to poczucie zagubienia.

Wracał do domu przez kręte, szare uliczki miasta. Niewiadomo skąd szedł w dobrym kierunku. Na chodniku robiło się coraz tłoczniej, zza rogu wyłaniało się coraz więcej aut powoli tworzących kolejkę przed światłami. Świat zbudził się do życia, a Konrad wciąż był zawieszony gdzieś między dniem dzisiejszym, a wczorajszą niewiadomą. Straganiarze rozstawiali swoje stoliki, drzwi sklepów i kiosków otwierały się raz po raz. Z mieszkań i kamienic wysypywały się tumany dzieci z tornistrami i ich zatroskanych rodziców z aktówkami. Mężczyzna odnosił wrażenie, że wszyscy spoglądają na niego, jak gdyby był poszukiwanym przestępcą, albo co najmniej miał coś dziwnego na twarzy.

-Pewnie to ten zapach rasowego bezdomnego i przybrudzona koszula tak na nich działa. Rzeczywiście nieco odstaję od przykładnego męża, który powinien teraz wychodzić do pracy. –Taki już był, od zawsze. Inny, może dziwny, ale zawsze nieprzeciętny. Poczucie obserwowania nie mijało jednak, jak każde kolejne skrzyżowanie, przejście uliczne, które Konrad mijał.

-Coś tu, do cholery, jest nie tak! Ktoś idzie za mną. Widzę to wyraźnie. Co ja wczoraj nabroiłem? –Nerwowo obracał się za siebie i obserwował mężczyznę w ciemnym kapeluszu i płaszczu. Może i wyglądał, jak wszyscy pędzący teraz w korkach do biura panowie, jednak wyróżniała go jedna podstawowa cecha- ewidentnie już od ponad pół godziny szedł za Konradem i dokładnie analizował jego poczynania. Puls nagle stał się szybszy, oddech intensywniejszy. Organizm najwidoczniej przygotowywał się do ucieczki przed nieznajomym. Krew napłynęła do mięśni, a ból głowy momentalnie zniknął. Świat zastygł na chwilę, a mężczyzna ruszył przed siebie. Wybierał kręte uliczki, najciemniejsze zakamarki, byle szybciej. Biegł kilkanaście minut, kilka dzielnic. Mijał szkolne wycieczki, kilka straganów, wpadł na kobietę z koszem jabłek. Nie zatrzymał się nawet, nie miał czasu. Sam nie wiedział skąd znalazł w sobie tyle siły, skoro przed chwilą niemal zszedł z tego świata przez łupanie w skroń. Dyszał, nie mógł uspokoić oddechu. Serce dudniło, jak wściekłe, oszalały puls wyskakiwał z tętnic.

-Nie ma go… Musiałem go zgubić. –Minęło jeszcze dobre kilka minut zanim Konrad doszedł do siebie i zdecydował, że wraca do domu.

W mieszkaniu czekał na niego prysznic i gorąca herbata. Dość miał niewyjaśnionych zdarzeń w swoim życiu, potrzebował odpoczynku. Zasnął na kilka godzin, gdy tylko położył się na łóżku. Po przebudzeniu zdarzenia z rana wydawały się zupełnie nierealne, jak dziwny sen albo słaby film, który obejrzał przed laty. Jednak coś z tyłu głowy przypominało mu o niesmacznym przebudzeniu i mężczyźnie w ciemnym płaszczu na ulicy. Ciężko było uwierzyć, iż to miało rzeczywiście miejsce. Noc nadal była niejasnością. Miał przecież wyjść tylko na parę godzin. Postanowił zostawić tę sprawę, nie zaprzątać sobie nią głowy. Wtem zadzwonił telefon.

-Halo? –Wycedził zmęczonym głosem.

-Witaj młody! Jak się czujesz? Stwierdziłam, że skoro nie odzywasz się pół dnia to noc była udana. Opowiadaj! –Kochana, nadopiekuńcza siostra zdecydowanie wiedziała coś, co umknęło najbardziej zainteresowanemu.

-Yym, noc? Noc... no... udana.

-A co Ty taki niemrawy? Coś się stało?

-Nic się nie stało, co się miało stać? –Konrad próbował wybrnąć z tej sytuacji bezkolizyjnie. Nie chciał martwić Alicji.

-No nie wiem, może dziewczyna dała Ci kosza, ha ha! – Mężczyzna począł analizować wczorajszy dzień, ale film urywa się w pobliskim barze, gdzie był… właśnie z siostrą! Zdecydował delikatnie wybadać sprawę. Być może dowie się ciekawych szczegółów.

-Dziewczyna powiadasz… A od kiedy wtykasz nos w nie swoje sprawy, hmm?

-Od kiedy Ty sobie ze swoimi nie radzisz, kochany braciszku. –Zaśmiała się. –A poza tym o ile dobrze pamiętam sam opowiadałeś mi, że jesteś umówiony z szalenie seksowną brunetką. I jak było?

-Umówiony?! O cholera… -Myśli poruszały się w tempie rozkręconej wirówki, a nic nie przychodziło do głowy. –Ach, tak… W porządku. Było w porządku.

-Tylko tyle? To chyba wieczór nie był udany. Widzisz, nie warto było zostawiać mnie dla jakiejś czarnuli! –Roześmiała się jeszcze głośniej. Subtelność nigdy nie była jej wtórującą cechą. –Tak, czy siak wpadaj dziś na kolację. Rodzice Krzysztofa zabrali dzieciaki do siebie, więc robimy imprezę dla znajomych.

-Ale ja… -Nie wiedział, jak się wykręcić. Alicja była kobietą, której się nie odmawia. Nieustępliwa i zatwardziała w postanowieniach.

-Bez żadnych ale, Konrad. Musisz wychodzić do ludzi. Gdybyś czegoś potrzebował, gdyby coś się działo, to wiesz…

-Zadzwonię.

-Ok. Trzymaj się. –Odłożyła słuchawkę. Od czasu śmierci rodziców pilnowała go, jak gdyby cały czas był jej młodszym, małym braciszkiem.

-Zjedz śniadanie, bierz regularnie tabletki, nie pij, nie pal, sprzątaj, wychodź z domu. Szlag by to trafił! Mam już przecież 28 lat do cholery i potrafię zadbać o siebie! –Opadł na łóżko i nerwowo odpalił ostatniego papierosa, którego znalazł w kieszeni lnianych spodni. -Już byłbym martwy, gdyby dowiedziała się, jak wyglądał mój dzisiejszy poranek… Byłem z nią w barze i… -Strząsnął popiół do pustej butelki po piwie, która stała przy kancie łóżka. –Nie pamiętam… Nie pamiętam żadnej brunetki, z którą podobno byłem umówiony. Co ja robiłem tej nocy? Dlaczego wylądowałem na ulicy? –Nie chciał o tym myśleć, ale dzisiejsze przebudzenie za bardzo przywarło do ścian mózgoczaszki. Uchylił okno i oparty o jego framugę dopalał fajkę. Na środku chodnika stała młoda kobieta, w ręku trzymała kosz jabłek i obsesyjnie wpatrywała się w jego stronę. Konrad potrząsnął głową i spojrzał jeszcze raz. Wlepił wzrok w szybę, przewiercał ją spojrzeniem. Mieszkał na piątym piętrze, a jednak kobieta patrzyła dokładnie w jego stronę. Ludzie tak po prostu nie wpatrują się w czyjeś okna. –To ta kobieta. Była rano tam, na tej ulicy. –Przed oczami stanęła wizja ucieczki. Szara ulica i blask porannego słońca. Kobieta z wiklinowym koszem jabłek, którą potrącił. Widział tę sytuację, jak na fotografii, jak stopklatkę w filmie akcji. W pośpiechu trącił ją ramieniem, miała czerwoną sukienkę, na przedramię opadło jej ramiączko. Jej skóra była napięta, zarumieniona i obsiana gęsią skórką. Spoglądała za nim, a w jej ciemnych oczach odbił się promień pastelowego słońca. Kosz wypadł jej z rąk, owoce rozsypały się po ulicy, ale ona patrzyła. Miała lekko rozchylone usta, jakby chciała zawołać, ale na jej twarzy ani trochę nie rysowało się zmartwienie, czy zdenerwowanie. –Skąd… Jak ona mnie znalazła? Dlaczego patrzy na mnie? Po co tu stoi? Jakaś wariatka, czy co? –W jednej chwili wizerunek z jego głowy prysnął, by na jego miejsce wszedł obraz szalonej mścicielki. –Pewnie mam jej zapłacić za te jabłka. Chce mnie nastraszyć. Żarty jakieś… -Konrad zawsze był realistą. Realistą, który zazwyczaj przejawiał cechy stokroć bardziej pesymistyczne niż reszta populacji tego miasta. W każdej sytuacji szukał pejoratywnych aspektów, nawet w najradośniejszych chwilach. Jego życie było puste, jałowe, ale nie przejmował się tym. Irytowało go, gdy ktoś próbował zmieniać coś w jego ułożonej, harmonijnej przestrzeni. Tak, dla niego puste butelki, zapach tytoniu, pomięte łóżko i niestarte kurze były najprawdziwszą harmonią. Dlatego nie lubił, gdy Alicja przychodziła. Nie lubił, gdy ktokolwiek przychodził. Może specjalnie zmyślił tę historię o tajemniczej brunetce, by dała mu spokój i mógł po prostu wrócić do domu? Ale co się stało po drodze? Ktoś go napadł? Taa, napadł i przymusowo napoił alkoholem.

Wypadł z frontowych drzwi budynku, jak opatrzony. Kobieta, gdy tylko go zobaczyła ruszyła w drugą stronę, jakby uciekała. Konrad podążył za nią żwawym krokiem, szedł szybciej i szybciej, w końcu biegł w szaleńczym pościgu. Przedzierał się za nieznajomą przez tłumy ludzi, które były o tej godzinie na rynku. Na jego twarzy wylądowała ciepła kropla deszczu. Niebo złośliwie pociemniało i zachmurzyło się nieco, co nie było przeszkodą dla dalszej pogoni. Gdy rozpadało się już na dobre mężczyzna poczuł przeszywający chłód. Tak bezmyślnie i impulsywnie wybiegł z mieszkania, że kompletnie zapomniał o butach i stał teraz boso na środku chodnika w strugach deszczu.

 -Nie no, bez żartów! –Zdenerwował się irracjonalnością całej sytuacji. –Co to ma być?! Zatrzymaj się! –Wykrzykiwał. Kobieta momentalnie stanęła w miejscu. Konrad uniósł wzrok i przymrużonymi oczami obserwował, jak ta powoli obraca się w jego stronę. Nie był w stanie szerzej otworzyć oczu, krople były zbyt ciężkie i przygniatały usilnie jego rzęsy. Kobieta miała tę samą czerwoną sukienkę co rano, teraz tylko mokrą i bardziej przylegającą do ciała. Długie, ciemne włosy przykleiły się do ramion i oplatały teraz obojczyki. Jej piersi były jędrne, pokryte gęsią skórką, sutki były widoczne nawet przez warstwy ubrania. Wyglądała zjawiskowo, ponętnie. W ręku trzymała wiklinowy kosz z jabłkami, ani jedno nie wypadło na ulicę w tej szalonej ucieczce. Krople deszczu jakby momentalnie zawisły w powietrzu, po czym rytmicznie opadły na jej policzki, czoło i dekolt. Utworzyła się nad nią niezwykła aura. Z każdą chwilą mężczyzna wyraźniej słyszał odbijający się od jej ciała deszcz. Nie wiedział już, czy to dźwięk wody, skóry, czy bicia jej serca. Zakręciło mu się w głowie, stał jak wryty przed nieznajomą kobietą, którą zaledwie minął rano na ulicy. –Przepraszam za ten poranny incydent. –Wycedził przez zęby. –Jeśli mogę, chciałbym zapłacić za szkody… -Kobieta w czerwonej sukience nie odpowiadała. –Przepraszam, ale… jak Pani mnie znalazła? Dlaczego Pani uciekała? –Nic. Odwróciła się tylko i ruszyła przed siebie, jakby nie słyszała pytań Konrada. Ludzie obserwowali całą sytuację, każdy ruch mężczyzny, wodzili za nim wzrokiem i ukradkiem się z niego naśmiewali. Dał za wygraną. Nie mógł dłużej znieść uczucia cierpnących i obolałych stóp. Zniechęcony i trochę zdezorientowany wrócił do mieszkania.

Samochody przesuwały się z prędkością błyskawic, autobusy trąbiły i miarowo otwierały drzwi. Wszystkie twory tego miasta żyły w swoistej symbiozie, korelowały ze sobą, współpracowały, jak w największej orkiestrze. Ludzie przypominali pracowite mrówki, nie było w nich nuty człowieczeństwa. Przesuwali się po płytach chodników, jak nakręcane zabawki. Melodia deszczu była coraz wyraźniejsza i rytmiczna. Tętniła i pulsowała w uszach. Konrad nucił w jej takt. Po chwili zapomniał już o nieprzyjemnym chłodzie ciągnącym się od stóp po klatkę piersiową, o zawstydzeniu i zażenowaniu, które otuliły go niczym nieprzyjemna pierzynka, skupił się na melodii miasta, która w rytmie popołudniowej ulewy była trwalsza i głębsza. Zawieszała się w powietrzu i z każdą kroplą opadała na bruk ze zdwojoną siłą. Odbijała się i wracała, osiadała na uszach Konrada i rozpływała się w zawiesinie zmierzchania. A ludzie przechodzili obok siebie, nie zdając sobie sprawy, iż dudnieniem swoich kroków dopełniają cały utwór. Droga była o wiele za krótka, by wysłuchać całej symfonii.

Noc była długa, do wnętrza mieszkania wlewały się tylko łuny świateł zza okna. To były pierwsze tak puste godziny w życiu Konrada. Przesiąknięte myślami o tajemniczej kobiecie, wspomnieniami o jej urodzie i sukience w kroplach deszczu. Nie potrafił przepłoszyć jej portretu nieustannie krążącego po pokoju, błysku jej oczu odbijającego się od szyb. Pierwszy raz w swoim monochromatycznym życiu tak bardzo pragnął czyjejś obecności, zupełnie nie wiedząc dlaczego. To było dla niego nowe, świeże doświadczenie, z którym nigdy wcześniej nie miał styczności. Zupełnie irracjonalne, niepojęte, zwyczajnie głupie. Nie mógł sobie tego wytłumaczyć, a może po prostu nie chciał.

Konrad siedział w ciemności przy stole obracając z palcach pustą paczkę po papierosach i obserwował owady krążące nad latarniami ulicznymi. W mieszkaniu było cicho, dało się dosłyszeć tylko syk działającej lodówki. Falę przemyśleń przerwał odgłos telefonu. Rozdarł płachtę ciszy niczym niespodziewane ostrze.

-Dlaczego nie przyszedłeś? –Bez niepotrzebnych wstępów zaczęła zirytowana Alicja. –Czy naprawdę ciągle muszę Cię traktować, jak dziecko?

-Właśnie nie musisz. –Pomyślał. Nigdy by się nie odważył powiedzieć tego na głos, nie chciał urazić siostry, ale też konfrontacja z nią skończyłaby się dla Konrada totalną, sromotną klęską. Co, jak co, ale Alicja była mu potrzebna i choć tego nie okazywał, była dla niego najważniejszą osobą w życiu. –Nie denerwuj się tak, bo się jeszcze szybciej zestarzejesz. –Wycedził z zadziorem.

-Oj, doigrasz się kiedyś! Możesz tylko żałować, Krzysztof zrobił pieczeń, a Ty zapewne jadłeś dziś tylko puszki konserwowe. –Zaśmiała się, ale niestety miała rację. Przez to całe zamieszanie Konrad zapomniał o tak podstawowym pragnieniu, jakim jest głód. Rano wessał tylko ostatnią puszkę mielonki z czerstwą bułką i do tej pory nawet nie pomyślał, by coś przegryźć. Może dlatego, że myśli zaprzątało zupełnie co innego, a dokładniej ktoś inny. –Skórka była taka chrupiąca, mm… I ten sos!

-Dobra, dobra! Oszczędź mi! –Gdy opowieści Alicji stały się bardziej plastyczne mężczyzna poczuł straszliwy ścisk w żołądku. Przez słuchawkę nadal niósł się zapach soczystej pieczeni. –Miałem pilne sprawy do załatwienia. Obiecuję, że niebawem Was odwiedzę, ok?

-Ciekawe, jakie Ty możesz mieć pilne sprawy, hm? Konrad… Bądź ze mną szczery. Czy wszystko jest w porządku? Może przyjadę do Ciebie? Może zadzwonię do doktora Nowickiego?

-Nie, proszę Cię. Przestań się martwić, nic się nie dzieje. Kocham Cię, zadzwonię jutro. –Odłożył słuchawkę. Ciężko było zwieść Alicję, zawsze wyczuwała w powietrzu, jeśli coś działo się z jej młodszym bratem, miała to we krwi. Była niezwykłą kobietą, czasem tylko za bardzo się przejmowała. Chciała, by Konrad był samodzielny, ale z drugiej strony nie mogła przeżyć, że nie zawsze może mu pomóc. Niestety nierealnym jest istnienie osoby wszechmocnej, choć miała dobre chęci.

 Słowa długo jeszcze brzęczały w uszach mężczyzny, powoli odbijały się od bladych ścian zimnego pokoju. Nie wiedząc czemu Konrad nie mógł dojść do siebie, był nieswój, jakby poza ciałem. Wiedział, że tylko sen będzie wybawieniem od tego niecodziennego uczucia.

Obudził się dopiero w południe z okropnym bólem głowy. Czuł, że ktoś złośliwie przewierca mu skronie i gdy tylko usiadł na łóżku dosłyszał nawet podobny dźwięk. Ktoś zza ściany zdecydował się na remont, dźwięk był na tyle drażniący, że mężczyzna musiał upchać w uszy stopery. Nerwowo zaczął wodzić wzrokiem po pokoju i oczyma wyobraźni wymierzał uderzenie w skroń nadgorliwego sąsiada. Stanął w oknie i przetarł rękawem swetra przydymioną szybę. Dzień był pochmurny, szary horyzont wtapiał się w kolorystykę miasta, zlewał się z chodnikami i murami budynków. Nawet ludzie mieli siwe, trupio sine twarze, patrzyli w ziemię i z milczeniem mijali siebie nawzajem. Wiatr unosił klapy płaszczy, sprawiał, że wełniane szale zataczały koła i tworzyły różne geometryczne figury wokół ich głów. Czas leniwie przelewał się przez palce, minuty upływały zupełnie niespiesznie spływając po nieboskłonie, jak gęsty kefir.

Mężczyzna, tym razem zaopatrzony w obuwie, wyszedł do pobliskiego sklepu. Nie wiedząc czemu w dzielnicowym spożywczaku tłoczyło się dziś mnóstwo osób. Starsze panie dzierżące w swoich pomarszczonych dłoniach wielkie plastikowe kosze na zakupy, młode mamy ze swymi rozwydrzonymi dziećmi w nosidełkach i wózkach, młodzież na wagarach i osiedlowi bezrobotni przebierający w palcach ostatnie pieniądze, które i tak wydadzą na tani alkohol. Półki uginały się od zupełnie nikomu niepotrzebnych, ale tak obleganych produktów. Substytutów, którymi stare panny zajadają samotne wieczory i które niewyjaśnionym sposobem poprawiają im choć na chwilę parszywy humor. Może przez ten jeden moment ich życie wydaje się mniej bezsensowe, a one mniej beznadziejne i bezużyteczne. Konrad jednak nie potrzebował tego typu uciech. Jemu dobrze było z własną beznadzieją, dobrze mu było ze swoją samotnością, alienacją. Nie potrzebował aprobaty innych, a tym bardziej produktów zmieniających na pół minuty rzeczywistość. Wolał gnić w tym zapyziałym świecie i nie łudzić się lepszą jego wizją. Tak było mu dobrze.

Sprzedawczyni była w średnim wieku, miała biały fartuch, burzę loków na głowie i zmęczone oczy. Wyglądała na przykładną panią domu, żonę, matkę, która w najmniejszym stopniu nie jest doceniana przez rodzinę. Mąż to pewnie zapijaczony murarz, który całą tygodniówkę wydaje w jeden weekend z kumplami pod blokiem, a dzieci idą w jego ślady. Córka kupuje tanie kosmetyki i puszcza się za drinka na imprezach w mieście, a syn, jak na razie, dokonuje tylko drobnych kradzieży i włamań do samochodów.

Kiedy Konrad już wychodził, gdzieś między ludźmi przemknęła mu plama czerwieni. To było jak swoisty znak, lampka zaświecona tuż nad jego głową. Źrenice mu zabłyszczały, a puls rozedrgał się w żyłach, jak gdyby chciał rozerwać skórę. Mężczyzna z obłędem w oczach przedzierał się przez ludzi, szukał wzrokiem swojej nieznajomej, lecz jej nigdzie nie było. Krążył po sklepie w zupełnie niewyjaśnionym amoku, kilkanaście minut łudził się, iż gdzieś w głębi przy ladzie znajdzie ową kobietę w czerwieni.

-Kolejny raz zniknęła. Co Ty sobie ubzdurałeś, po co wymyśliłeś taką pseudo romantyczną historyjkę? Daj już spokój… -Powtarzał w duchu i bił się w pierś. Nie rozumiał swojego zachowania i przedziwnych reakcji organizmu. Był dorosłym mężczyzną, jednak cały czas przerażała go fascynacja i podniecenie na myśl obcej kobiety. Przed oczyma nadal miał fragment jej czerwonej sukienki, wirował mu po głowie, niczym rozkręcona karuzela.

Wrócił do mieszkania jeszcze nieco zamroczony. Wypakował zakupy, wreszcie zjadł porządne śniadanie. Nasyciwszy swój głód usiadł przy książce, którą dostał niegdyś od Alicji i wertował. Przekładał w zniecierpliwieniu kartka po kartce, często nie potrafił skupić się na prostych czynnościach, a co dopiero na czytaniu. Otworzył więc nową paczkę papierosów i odpalił jednego. Długo tak siedział i rozglądał się po mieszkaniu, coś mu w nim nie pasowało. Jakiś głos z tyłu głowy przepowiadał, że zdarzy się coś dziwnego, w powietrzu wisiała niewiadoma. W tym zamyśleniu Konrad zapomniał nawet strząsnąć popiołu z fajki, który w końcu spadł na podłogę.

Zabierało się na burzę. Chmury za oknem tworzyły granatowe kręgi, wiatr był coraz silniejszy i porywisty. Ludzie chowając twarze za kołnierzami, szybkim krokiem wracali do domów,  straganiarze chowali swoje stoliki do środka budynków. Liście i śmieci wywiane z koszy były miotane po całej ulicy, unosiły się ku górze, to opadały przy krawężnikach. Na chodnikach osiadły pierwsze krople deszczu. Wkrótce rozpadało się już z całych sił i dało się usłyszeć z daleka grzmoty. Już po kilku minutach wysiadły światła na ulicy i zrobiło się znacznie ciemniej. Ledwo można było  dojrzeć kilka osób uciekających przed wichurą, choć był środek dnia. W mieszkaniu Konrada także zabrakło prądu. Nigdy nie przeszkadzał mu półmrok, ale dziś w pośpiechu zaczął przetrząsać szafki w poszukiwaniu świeczek. Wyłożył kilka na stolik przy oknie, poczym usłyszał pukanie do drzwi.

Zaskoczony odpalił kilka knotów i ostrożnie przysunął się do wyjścia. Bardziej od akwizytora, świadka Jehowy, czy nawet seryjnego mordercy obawiał się Alicji, która zapomniała, że młodszy braciszek już nie boi się ciemności. Na palcach przywarł do drzwi i nasłuchiwał. Z korytarza nie dochodziły żadne, nawet najcichsze dźwięki. Ktoś zastukał ponownie. Odgłos ten był znacząco podobny do bicia serca Konrada, które teraz dawało o sobie znać głośnym łomotem w żebra. Przez chwilę myślał nawet, że to właśnie jego połamana klatka piersiowa trzaska raz po raz, jednak wreszcie uchylił lekko frontowe drzwi. By cokolwiek dostrzec musiał znacznie wytężyć wzrok, korytarz był osnuty cieniem, a ciemne posadzki tworzyły obraz niczym z filmu grozy. Po chwili z ciemności wyłoniła się czerwień zmokniętej sukienki i wielkie, błyszczące oczy dziewczyny. Konrad stanął, jak wryty. Palce jeszcze mocniej zacisnęły się na krawędzi framugi, a kolana zesztywniały. Nie wiedział, co ma powiedzieć, był zszokowany, puls wyrywał się z nadgarstków, a w głowie tętniły emocje. Przez dłuższy moment starał się wycedzić coś w amoku, ale słowa nie mogły przedrzeć się przez gardło. Zakleszczyły się gdzieś między przełykiem a przeponą, nie mogły wydostać się z sideł zaskoczenia.

Patrzyli na siebie, praktycznie się nie poruszając. Wzrok kobiety zawiesił się na jego twarzy, miała rozmazane od deszczu oczy, zapadnięte policzki. Ciemne włosy w nieładzie opadały na ramiona przyklejając się przy tym do uszu, szyi i dołka. Konrad przewiercał dokładnie całą jej postać, napawał się tym obrazem, ale nie był wstanie wykrztusić ani słowa. Otworzył tylko szerzej drzwi gestem zapraszającym do środka. Dziewczyna powoli weszła do mieszkania zostawiając za sobą mokre ślady drobnych stóp. Była zziębnięta, sukienka przemoknięta, a dłonie sine. Całą jej skórę opiewał delikatny meszek postawionych włosów, miała dreszcze. Mężczyzna nadal bez słowa pobiegł po koc, który leżał zwinięty na fotelu obok łóżka i okrył nim nieznajomą. Zrobił cytrynową herbatę i usiadł obok niej przy stole przebierając w oczekiwaniu palcami. Wyglądała zjawiskowo. Jej pociągłe policzki nieco się już zaróżowiły, a kąciki ust uniosły. Granatowa tęczówka iskrzyła się przy blasku świec, rzęsy trzepotały, niczym skrzydła ważki, a skóra wydawała się być zupełnie gładka, aksamitna.

-Jak się tu znalazłaś? –Wyszeptał wreszcie. Nie doczekał się odpowiedzi, dziewczyna uniosła tylko wzrok lekko marszcząc przy tym brwi i rozchyliła usta, jak gdyby chciała coś powiedzieć, ale nie była w stanie. –Skąd jesteś? Jak się nazywasz? Dlaczego tu przyszłaś? –Przełknął ślinę. –Jesteś niema? –Nadal w pokoju panowała cisza, od ścian odbijał się tylko dźwięk pytań Konrada. –Może mam do kogoś zadzwonić? Może czegoś potrzebujesz? –Twarz dziewczyny nie wyrażała żadnych emocji, była blada, ale w pewien sposób przyjemna. Sytuacja także w brew pozorom wcale nie była niezręczna, mężczyzna czuł się wręcz błogo i radośnie. Sukienka nieznajomej znacząco się podwinęła odsłaniając przy tym, jej krągłe udo, a koc, którym się owinęła zsunął ramiączko ukazując delikatne, zmysłowe ramię i wystające obojczyki. Chwyciła go za rękę. Dłoń nieznajomej była jeszcze zimna, ale łagodna. Jej dotyk przypominał podmuch świeżego powietrza, skrzydła jedwabnego motyla osiadającego na kwitnące pąki. Ścisnęła palce mężczyzny, pieściła każdy po kolei z niezwykłą precyzją. Od nasady, aż po koniuszki, opuszkami drażniła ich wewnętrzną stronę. Przyglądała się, jak gdyby nigdy wcześniej nie spotkała się z męskimi dłońmi, jakby była nie z tego świata. Uniosła jedną do swojego policzka i zamknęła oczy. Konrad czuł na skórze ciepły oddech z jej nozdrzy, przechodziły go dreszcze, z każdą sekundą coraz silniejsze. Spływały, jak wrzące potoki po przedramionach, klatce piersiowej i kroczu. Kobieta ucałowała każdą z kostek, nadgarstek i przeguby. Darzyła go fascynującym uczuciem, jakby znali się od dawna. W końcu otworzyła swoje ogromne, pełne tajemnicy oczy i przyglądała się. Chwila ta ciągnęła się długo, nasączona swoją słodyczą i niecodziennością. Dziewczyna była tak blisko, zupełnie, jakby przemierzyła cały Wszechświat w poszukiwaniu właśnie Konrada. Drobną dłonią badała jego policzki, zatrzymała się na ustach. Opuszkami muskała suche wargi, sprawdzała ich kształt i miękkość. Przysunęła się bliżej i jednym ruchem zamknęła mu oczy. Czuła, że pierś jest rozedrgana i unosi się niemiarowo, więc ułożyła na niej swoją rękę i przysunęła się jeszcze, tak, że mężczyzna odkładnie czuł na całym ciele jej bliskość i spokojny oddech. Na szyi osiadały po kolei każde z westchnień, słyszał, jak trzepocą jej rzęsy, jak oblizuje usta. Na ramionach mężczyzny ułożyły się jej pachnące rumiankiem włosy, każdy falisty kosmyk. Nieznajoma ucałowała jego powieki, każdą z osobna. Pocałunek rozlał się po całej twarzy, był jak mgiełka, poranna rosa.

Byli tak blisko siebie, że nie potrzeba było słów. Atmosfera stała się gęsta, powietrze rzęsiste, ale z każdym oddechem niezwykle łatwo przepływało przez płuca. Ściany powoli się zmniejszały, świat skurczył się do rozmiarów tego pokoju, który pachniał teraz cynamonem i limonką. Po kątach rozeszła się emocja, drganie powiek i dłoni. Głębokie oddechy wchłaniały każdą sekundę trwania, dookoła była nicość. Konrad wtopił się w usta kobiety. Były wrzące, jak i ten namiętny, pełen żądzy pocałunek, na który czekał od dawna. Jestestwo zniknęło na chwilę, przez jeden moment istniał tylko ten pokój i oni. Wargi kobiety były miękkie i pełne, rozpływały się, niczym balsam. Palce nadal wędrowały po ciele Konrada, tuliły ramiona i plecy. Paznokcie przebierały delikatnie po krzyżu, muskały go i szczypały. Zaciskała je mocniej i mocniej oddając tym gestem stan podniecenia drzemiącego pod skórą. Smagała klatkę piersiową mężczyzny doprowadzając do ciarek i dreszczy. Miała w sobie coś zupełnie magicznego, obcego, a zarazem tak fascynującego. Wprowadzała w stan totalnego odrętwienia i rozkoszy, zarówno cielesnej, jak i tej intelektualnej. Choć nie odezwała się ani słowem Konrad chciał chłonąć ją od koniuszków stóp po ostatni pukiel włosów. Pragnął, jak nigdy otulić ją całym sobą, dotykać i pieścić każdy jej kawałek. Całował usta, aksamitnie gładką szyję, każde załamanie, dołek, obojczyki i ścięgna. Jednym ruchem zsunął fragment  sukienki odsłaniając przy tym dekolt i muskał powoli jej jędrne, napięte piersi usłane teraz gęsią skórą, ssał naprężone sutki, językiem badał każdy milimetr jej doskonałego ciała.

Czas się zatrzymał, choć w tle nadal było słychać tykanie zegarka w kuchni. Wystukiwał minuty, sekundy pełne westchnień, jak bicie serca, puls kochanków. Mężczyzna delikatnie objął w pół dziewczynę i tuląc ją do piersi ułożył na niezasłanym łóżku. Nie zastanawiał się nad tym co robi, wszystkie wątpliwości i dręczące myśli zniknęły w chwili, gdy w drzwiach pojawiła się nieznajoma. Pragnął tylko jednego: być z nią, jak najbliżej i dotykać jej skóry. Czerwień sukienki, teraz już w połowie suchej i podwiniętej za udo, przebijała się raz po raz przez ciemność wieczoru oświetlana pobłyskiwaniem grzmotów zza okna. Dziewczyna podgięła szczupłe nogi i owinęła je, jak macki ośmiornicy na swej ofierze, wokół pasa mężczyzny zsuwając przy tym jego cienkie spodnie. Poruszała się, jak bogini, z gracją, powoli, ale konsekwentnie i nieco zuchwale. Kusiła go, prowokowała, a jednocześnie było w niej coś tak niewinnego, że wydawała się być krucha, jak kawałek lodu. Jakby miała za chwilę zniknąć, rozpłynąć się w pościeli. Jej bielizna była wilgotna, skąpa i zmysłowa, Konrad gładził ją nie mogąc nasycić się jej delikatną teksturą. Wieczór był przesiąknięty namiętnością, erotyzmem, kroplami potu, pocałunkami i piorunami płynącymi z nieba, niczym strumienie porywistej rzeki.

Długo pozostawali w zawieszeniu gdzieś między ziemią a przestrzenią zza powiek. Ich ciała ocierały się o siebie i wzajemnie pieściły, każdy z ich członków był rozgrzany i wrażliwy na dotyk. Unosili się tuż nad łóżkiem i opadali raz po raz w natężeniu westchnień. Bez słów odgadywali każde ze swoich pragnień, swoją chęć konwersacji Konrad nasycał przez jedno spojrzenie w głębokie, bezdenne źrenice dziewczyny. Były, jak nieograniczona niczym przestrzeń kosmiczna, jak oceaniczny rów.

Trwali tak do rana, w pocałunkach i przyspieszonych oddechach. Gdy świtało leżeli nadzy i wsłuchiwali się w bicie swoich serc.

-Jesteś wspaniała. Jak to możliwe, że jesteś tak absolutnie dokonała, idealna? Jak nie z tego świata… Coś tak perfekcyjnego jest wręcz nierealne, nie mogłaś powstać z ręki Boga, którego znam. Jesteś… jesteś kimś więcej niż człowiekiem, czymś więcej niż ziemskim bytem. Jesteś… jesteś… -Kobieta zamknęła mu usta pocałunkiem tak soczystym, że Konrad przez chwilę mógł go porównać do moreli zerwanej prosto z greckiego drzewa. Świeżej, wygrzanej w południowym słońcu. Dla niego cała sytuacja była zbyt fantazyjna, był zbyt… szczęśliwy. Jednak jeden całus od dziewczyny, która była jego prywatnym i jedynym absolutem sprawił, że znowu zapomniał o tym, co czaiło się na zewnątrz tego bezpiecznego światka. Nie liczyło się nic, nic oprócz jej różanych, pełnych warg. Mógł trwać w nich, a one w nim do końca, do końca wszystkiego. To niezwykłe uczucie, którego nigdy wcześniej nie doświadczył, zawładnęło nim całkowicie, było jak orzeźwiający deszcz, jak wyrwanie z tego marazmu, w którym tkwił już od bardzo dawna. Było, jak nowe życie dane mu od tego Boga, w którego powątpiewał, swoiste wybawienie.

Kobieta leżała naga na boku, okryta tylko w połowie wygniecionym prześcieradłem. Jej kształt przypominał idealnie wyprofilowaną klepsydrę. Biust, talia przypominająca łuk strzelniczy i biodro, jak wzgórze, które Konrad mógłby zdobywać co rano. Słońce nieśmiało skradało się przez szyby, nie chcąc budzić kochanków osiadało najpierw na parapetach, stole i szafkach. Jasne łuny opiewały ciało dziewczyny, przelewały się przez owe kształty tworząc półcienie i jasności. Wyglądała zjawiskowo, jak nimfa, gdzieś na brzegu oceanu, mężczyzna nie mógł się napatrzeć. Błądził dłonią po jej krągłościach, łaskotał opuszkami wewnętrzną stronę stóp, kostki, łydki. Pieścił uda, z pasją ściskał je od środka i całował pachwiny. Czuł, jak kobietę przechodzą dreszcze, jak wije się w miarowym rytmie i mię pościel. Wchodził w nią raz po raz, pod dłońmi mając jej napinające się pośladki. Włosy ukochanej drażniły jego ramiona i łopatki, oplatały szyję, nadal unosił się nad nimi zapach rumianku.

Kochali się tak jeszcze kilka razy, aż nadeszło popołudnie. Mężczyzna siedział teraz na podłodze oparty o kant łóżka, na którym nadal leżała dziewczyna. W ciągał głęboko do płuc papierosowy dym i wypuszczał go tuż nad głową czując bliskość kobiety. Ta objęła go od tyłu lekko przyciskając przedramieniem krtań i ucałowała płatek ucha. Konrad roześmiał się w głos gasząc fajkę w popielniczce, dosłyszał dźwięk telefonu. Odwrócił automatycznie głowę, lecz dziewczyna chwyciła ją i przysunęła do siebie. W szaleńczym pocałunku mężczyzna zapomniał o drażniącym dźwięku roznoszącym się po pokoju przez kolejne kilka minut.

Miasto za oknem przesuwało się, jak nakręcone, a kochankowie zupełnie tego nie zauważając trwali w sobie całą noc, aż do kolejnego poranka. Świece, które dwa dni wcześniej Konrad w pośpiechu odpalał na stole, dawno już się wypaliły i rozlały woskiem po blacie. Gdyby nie one i dzwoniący raz po raz telefon mężczyzna zupełnie nie zauważyłby mijającego czasu. Wreszcie wzięli wspólną kąpiel i w milczeniu usiedli przy stole. Konrad, jak to zawsze miał w zwyczaju stanął przy oknie, ale ty razem nie obserwował przejeżdżających samochodów, mijających się ludzi i zapędzonego świata, wlepił swój wzrok w nagą, absolutnie piękną kobietę siedzącą teraz przy jego starym stole i czeszącą sobie włosy. Opadały jej na piersi, układały się w fale i zawinięte pukle.

-Przy Tobie zapominam o świecie, wiesz?  Może to niemoralne, może nie powinienem mówić Ci o moich uczuciach, ale czuję, że jesteś… moja. Nie wiem dlaczego, możesz mnie za to zbesztać, wyjść, ale… jestem przy Tobie szczęśliwy. –Nie uciekła w popłochu, nie posmutniała, siedziała tylko w bezruchu trzymając w dłoni grzebień. Jej oczy wydawały się jeszcze większe i głębsze niż wcześniej. Były tak mądre, wyrozumiałe i ciepłe. Długie rzęsy zamykały się i otwierały, jak w zwolnionym tempie. Po chwili konsternacji, wstrzymanego oddechu, wstała i przytuliła Konrada do swej nagiej piersi, jakby chciała powiedzieć: jestem tu. Mężczyzna czuł się bezpiecznie, jak nigdy, wtulił się w pierś kobiety, jak dziecko w matkę i zamknął oczy. Nie zwrócił nawet uwagi na usilne pukanie do drzwi, które rozległo się nagle. Nie chciał psuć tej chwili, chciał trwać w niej, jak najdłużej.

Pukanie wreszcie ucichło i w mieszkaniu Konrada znowu zapanował spokój. Ciemnowłosa nadal przy nim trwała i uśmiechała się chodząc frywolnie po pokoju, jakby tańcząc. Wyglądała cudownie, jak z kolorowych magazynów, którymi mężczyzna niegdyś gardził. Muzyka unosiła się tuż nad jej głową, Konrad także ją słyszał. Słyszał ją w ruchu dłoni, włosów i podrygiwaniu stóp ukochanej. Oplatała każdy z mebli i ściany, owładnęła każdą częścią ich ciała. Wszystko było muzyką, przejeżdżające samochody, syk lodówki, dźwięk telefonu i trzaskających drzwi na klatce schodowej.

Dni mijały niepostrzeżenie, poranki skąpane w pocałunkach i namiętne wieczory. Z jednej strony czas zatrzymał się w oczach kobiety, nieustannie wirował gdzieś między kochankami, a z drugiej przelewał się przez ich ciała z prędkością światła. Konrad budził się co dzień z uśmiechem na twarzy, co dla niego było zjawiskiem niespotykanym. Gdy tylko spojrzał na leżącą obok długowłosą kobietę świat milknął, a on kilkakrotnie w niedowierzaniu musiał przetrzeć oczy. Wszystko było nierealne, niemożliwe a zarazem tak cudownie fantastyczne, że nie chciało się wstawać z łóżka. Czas dawał o sobie znać tylko przez promienie słoneczne, które każdego ranka niespiesznie wkradały się do pokoju i padając na zielone szkło butelki po piwie tworzyły szkarłatne miraże na bladej ścianie.

Pewnego poranka mężczyznę obudził głośny łomot dochodzący z korytarza. Ktoś usilnie próbował dostać się do jego mieszkania, ciągnął za klamkę i dobijał się. Konrad wyskoczył z łóżka, jak oparzony. Stanął na równe nogi w pozycji bojowej i niepewnie przybliżał się do niebezpiecznie skowyczących drzwi. Serce stanęło mu w przełyku i łomotało z taką siłą, iż myślał, że zwymiotuje drgającą masą mięśni. W jedynym momencie stał się gotowy na każdą niespotykaną sytuację, czuł się na tyle silny, by obronić siebie i swoją ukochaną. Dopiero teraz wrócił do rzeczywistości sprzed pojawienia się kobiety, zaczął się zastanawiać i analizować każdy dzień.

-Może to ktoś komu zalazłem za skórę tej nocy, której do dziś nie pamiętam? Może ten mężczyzna, który mnie śledził? Może… Może to jej mąż, kochanek, brat, ojciec? Cholera… jest źle. –Czuł, że niebezpieczeństwo jest bliżej i za chwilę rozniesie stary zamek w pył. Nogi Konrada zaczęły lekko drżeć, ale ten nie tracił zimnej krwi. Zacisnął pięści i zmrużył brew. Do omiotanego światłem zakurzonego pokoju wtargnęło dwóch umundurowanych, uzbrojonych policjantów i starszy, pomarszczony mężczyzna w jasnobeżowej, deszczowej kurtce. –Co… Co Wy tu do cholery robicie?! –Wykrzykiwał Konrad. –Proszę stąd wyjść i to w tej chwili!

–Czy Pan Bilski? –Zapytał rzeczowo funkcjonariusz.

 –No tak do cholery!

–Konrad! –Do mężczyzny podbiegł nieznajomy w jasnej deszczówce. –Coś Ty narobił?! Dzwoniłem do Ciebie codziennie, szukałem Cię! Gdzieś Ty się podziewał?! Musiałem Cię znaleźć, musiałem zawiadomić policję! –Potok podnieconych i zirytowanych słów zalał pokój. Konrad stanął w bezruchu. Znał owego staruszka tylko nie mógł sobie przypomnieć skąd.

-Ale… Dlaczego Pan… Czego Pan ode mnie chce?

-Dlaczego odizolowałeś się na tygodnie?! Zobacz, jak Ty wyglądasz! Wychudzony, zdezorientowany. Wychodziłeś z tego pokoju w ogóle? Jedziemy do szpitala! –Chwycił Konrada pod pachę i ciągnął ku drzwi, lecz ten się wyrwał.

-Precz ode mnie człowieku! Czego Ty chcesz?!

-Uspokój się. –Chwycił go za ramię niezwykle opanowany. –Jestem doktor Nowicki, jestem Twoim lekarzem od lat, widujemy się co miesiąc, pamiętasz? –Twarz Konrada zbladła, a oczodoły posiniały. –Kiedyś obiecałem Twoim rodzicom, że się Tobą zaopiekuję, a Ty znikasz na kilka tygodni! –Do głowy mężczyzny zaczęły dochodzić pewne obrazy z przeszłości, rzeczywiście znał tego człowieka.

-Przysłała Cię Alicja? –Zapytał zdezorientowany.

-Konradzie, porozmawiamy w moim gabinecie, dobrze? Pojedziesz ze mną?

-Nie, nie pojadę. Ja nie byłem tu sam, byłem… -Odwrócił się, lecz łóżko było puste. Jego ukochana długowłosa zniknęła. –Byłem tu! Byłem z nią, przecież wiem! Musiała gdzieś wyjść, ale była tu! Przecież tutaj była, doktorze! –Wpadł w nieokiełznany szał, zaczął miotać się po pokoju w szaleńczym pobudzeniu. Nie potrafił zrozumieć, co stało się z jego ukochaną. Policjanci starali się go utrzymać i uspokoić, lecz ten wyrywał się w amoku. –Była tu! Przysięgam, że była!

-Konrad, jesteś chory. Musisz brać regularnie leki, a nie robiłeś tego i zamknąłeś się na kilka tygodni samotnie w mieszkaniu.

-Nie, nie zamknąłem się! Przecież byłem tutaj z nią! Przecież rozmawiałem z Alicją, ona wie! Mówiłem jej, że mam pilne sprawy, pewnie się denerwowała, ale wie! Wie, że nic mi nie jest! Przecież wie! –Jego mowa była niespójna, mężczyzna jąkał się i niezdarnie dobierał słowa. Z bezsilności do oczu napłynęły mu łzy, a dłonie drżały.

-Konradzie… Twoja siostra, Alicja, zginęła w wypadku samochodowym sześć lat temu razem z Twoimi rodzicami, pamiętasz? Masz schizofrenię zdezorganizowaną, od dwunastego roku życia leczysz się u mnie. Wyobraziłeś sobie pewien schemat, ale to tylko halucynacja, urojenie, dobrze? Ważny jest teraz spokój. –Konrad ponownie znieruchomiał  i zawiesił wzrok na pustym łóżku. Tak więc te wszystkie dni spędził sam? Uśmiechał się to swojej chorej wizji? To ją całował i tulił do siebie? Rzeczywistość, która zazwyczaj przejawiała odcienie szarości zamieniła się w niespodziewanym zwrocie akcji w sielankową pseudoroamntyczną historię z pseudokochankami pod wpływem choroby. Pseudopościgi i pseudoucieczki, wszystko to było irracjonalnym snem istoty niespełna rozumu. Życie zmieniło się w fałszywą wizję chorego człowieka, urojenie sięgające najgłębszej warstwy jego wnętrza. Manię o wspaniałej nierealnej sytuacji poruszającej serce zatwardziałego mężczyzny. Historię a może raczej życiową tragedię człowieka, który prawdziwego szczęścia mógł zaznać jedynie w swoich urojeniach.

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1503
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1139
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 849
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1109
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 709
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 403
13
komentarze: 62 | wyświetlenia: 550
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1173
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 517
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 933
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 674
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 688
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 1532
12
komentarze: 31 | wyświetlenia: 735
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Interesujące. :)

  Noemi*,  07/09/2011

Niezwykły wręcz opis wewnętrznego świata schizofrenika. Nic dziwnego, że w średniowieczu uważano takich ludzi za opętanych przez moce tajemne. Pierwsze medyczne próby określenia i zdiagnozowania tego stanu podjęto dopiero w połowie XIX wieku. Schizofrenia bywa uznawana za chorobę społeczną, gdyż statystycznie, co setny człowiek może na nią zapaść. Jest to zagadkowe, tajemnicze zaburzenie, które od ...  wyświetl więcej

  gnostyk,  07/09/2011

Chemiczny zalew płatów skroniowych,Noemi..?

  Noemi*,  07/09/2011

Człowiek jest istotą zbyt skomplikowaną, by osądzić go kategorycznie jednym słowem. Tak naprawdę nigdy nie zgłębimy swojej psychiki. Niektóre prawdy o nas samych uwidaczniają się dopiero w sytuacjach patologicznych. Życie weryfikuje nasze sądy, wyobrażenia i przekonania o nas samych, o mechanizmach naszej psychiki...

  gnostyk,  07/09/2011

Angielski pisarz Antony Peake zbrał w pewnej książce sporą,udokumentowaną wiedzę
medyczną na ten temat,według niektórych opcji współczesnych psychiatrów nadczynność
przysadki mózgowej powoduje właśnie zalew płatów skroniowych,a to z kolei ma inne
odbicia w psychice,dlatego spytałem Noemi:)Pozdrawiam:)

Wydaje się, że za powstanie tej choroby odpowiedzialny nie jest jeden neuroprzekaźnik, ale raczej zaburzenia równowagi pomiędzy nimi. Pierwotna przyczyna jest jednak wciąż nieznana.:-)

  gnostyk,  07/09/2011

Peake Noemi rozpatrywał to również na innych płaszczyznach,dlatego i według mnie
trudno to jednoznacznie zdeterminować pochopnym wnioskiem,zgadzam się:)

Cieszę się, że opowiadanie wzbudziło taką wymianę myśli. Na szczęście w dzisiejszych czasach schizofrenicy mogą żyć zupełnie normalnie w społeczeństwie, jeśli tylko odpowiednio się leczą. Nie muszą być społecznymi wyrzutkami, 'szaleńcami' zamykanymi w odosobnieniu, jak to działo się od zarania dziejów.
Jednak wewnętrzny świat osoby chorej, ich urojenia i postrzeganie rzeczywistości są po dz ...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska