Login lub e-mail Hasło   

Bardiej - część 1

Historia z odległej przeszłości, a jednak w pewien sposób ponadczasowa. Zamieszczona poniżej relacja jest autorstwa pisarza, który chyba nie należał do żarliwych chrześcijan...
Wyświetlenia: 1.080 Zamieszczono 10/11/2011

 Autor relacji był po prostu uczciwym na swój sposób mężczyzną, bystrym obserwatorem rzeczywistości, który umiał zachować dystans do wydarzeń, które miały miejsce w jego życiu (a były to wydarzenia niełatwe). Zachował dystans do własnych słabości oraz słabości innych ludzi, potrafił nawet w tak mrocznym świecie zdobyć się na poczucie humoru.

 Podczas pobytu w kolejnym z łagrów na jego drodze stanął człowiek

 

„Na czwarty dzień pobytu w obozie udałem się do naczelnika z zapytaniem, dlaczego dostaję tylko 250 gramów chleba dziennie i najmizerniejszy kocioł, tj. cienką zupkę w południe i wieczorem. Enkawudzista przyjął mnie szorstko. Nie mogłem się przyjrzeć dobrze jego twarzy, ponieważ małe szybki okienne były od zewnątrz obłożone lodem i śniegiem, co powodowało prawie piwniczny mrok w chacie. Dygnitarz siedział przy stole, nachylony nad papierem, i usiłował czytać. W otwartym piecu płonęły polana, mimo to dygnitarz był w szynelu, zapiętym pod szyję, w czapce na głowie. Zapytał mnie o nazwisko i zawołał ordynarnie:

- Bo nie pracujesz!

- Nie wezwano mnie do pracy. A poza tym jestem inwalidą drugiego stopnia i w poprzednim obozie zwolniono mnie na dziesięć dni z robót z powodu osłabienia.

- Inwalidzi muszą pracować! Kto nie pracuje, ten nie je! Na tym polega komunizm. Poproś któregoś z brygadierów, żeby cię wziął do swojej brygady!

- Komisja lekarska uznała mnie za niezdolnego do pracy w lesie. Uczę się robić łapcie.

- Rób łapcie! Jeżeli nie wyrobisz normy, będziesz dostawał 250 gramów chleba dziennie! Poproś brygadiera Bardieja, może cię przyjmie do swojej brygady.

Wyszedłem na zonę. Zapytałem jakiegoś skazańca, czy nie jest Bardiejem. Potem zatrzymałem furmana, który wiózł ścięte drzewo. Nie wiedział, gdzie jest brygadier Bardiej, ale po chwili dodał:

- To dobry człowiek. Może jest w pierwszym baraku. On tam mieszka.

W baraku go nie było.

Po prawej stronie zony pracowali drwale. (…)

Między drwalami również nie znalazłem Bardieja, ale w odpowiedzi na moje pytanie znów się o nim odezwano z niezwykłym ciepłem w głosie.

- Musi być w baraku numer drugi, bo tam pracują jego ludzie.

W baraku numer drugi powiedziano mi, że właśnie wyszedł.

Kiszki skręcały mi się z głodu, zimno przenikało mnie do szpiku kości pacierzowej. Postanowiłem wrócić do baraku i ogrzać się przy piecu. Po drodze ujrzałem człowieka w krótkiej fufajce, stojącego nad kupa drewek.

Stał wyprostowany i coś strugał. Zapytałem go:

- Czy pan jest brygadierem Bardiejem?

Nie odwracając oczu od łyżki, którą wycinał, odpowiedział:

- Ja.

Przyjrzałem mu się i powiedziałem, co mnie do niego sprowadza. Chwilę milczał. Drewno w rękach Bardieja coraz wyraźniej stawało się łyżką.

- Moja brygada jest najliczniejsza. Przepełniona. Trzy razy większa niż inne. Szczerze mówiąc, nie ma w niej miejsca.

Uczułem, że zamarzający we mnie szpik kostny przeistacza się  w moim nadnerczu w sopel lodu.

- Umie pan robić łyżki z drzewa? – zapytał Bardiej.

- Chyba nietrudno? – odpowiedziałem.

Nie tyle wygolona, ile nie uwłosiona twarz Bardieja, brzydka, o szerokich szczękach, z lekka się uśmiechnęła.

- Trudno – rzekł łagodnie; zerknął na mnie i zapytał: - A co pan umie?

- W poprzednim obozie zacząłem się uczyć plecenia łapci.

- Ale pan jeszcze nie umie?

- Nie bardzo – odpowiedziałem trochę skonfundowany.

Bardiej włożył rękawiczkę na rękę: widocznie dokuczał mu mróz, i w dalszym ciągu strugał łyżkę. Mnie było tak zimno, że ledwie mogłem ustać.

- Mój nauczyciel mnie uczył, że ludziom trzeba pomagać. Ile pan dostaje chleba?

- Dwieście pięćdziesiąt gramów.

- Mało. Jak się pan nazywa?

Powiedziałem.

- Łapcie też robota niełatwa. Umie pan zdejmować łyko z drzewa?

- To mi idzie najtrudniej.

Bardiej odwrócił łyżkę i zaostrzył jej brzegi, po czym na mnie spojrzał. Uśmiechnąłem się z zażenowaniem, ponieważ miałem poczucie swojej niezdolności do niczego.

- Co rano w szopie za trzecim barakiem zdzierają łyko z drzewa przywiezionego z lasu – powiedział Bardiej.

- Nie byłem jeszcze w tej szopie.

- Trochę tam ciasno.

Przyciął czubek łyżki.

- Bierze pan cztery listwy do plecenia czy pięć?

- Pięciu listew do plecenia nie można chyba utrzymać w ręku, zwłaszcza z samego początku?

- Pięć listew daje lepszy łapeć.

Milczałem. Bardiej westchnąwszy, ale westchnąwszy pogodnie, powiedział przy wygładzaniu łyżki:

- Mój nauczyciel mówi, że ludziom trzeba przychodzić z pomocą.

Gdy podczas dalszej rozmowy Bardiej znów się powołał na swego nauczyciela, powiedziałem:

- Ja go znam.

- Kogo?

- Pańskiego nauczyciela.

Bardiej przestał strugać łyżkę, spojrzał na mnie swoimi szaroniebieskimi oczami i zapytał:

- Kto to taki?

- Chrystus.

Znów zaczął nacinać łyżkę. Powiedział:

- Skąd pan wie?

- Jestem chrześcijaninem.

Bardiej znów mi się przyjrzał.

- Polak – dodałem.

- A ja Ukrainiec. Z sowieckiej Ukrainy. – Po chwili rzekł: - Jest pan jedynym Polakiem w obozie.

Wyjął zza cholewy cienką deseczkę wielkości zeszytu szkolnego, ale wykrojoną na podobieństwo ręcznego lustra niewieściego – powiedzmy w postaci spłaszczonej kijanki – ujął „ogon” tej kijanki, drugą ręką wyciągnął zza pazuchy kawałek ołówka i jowialnie mnie objaśnił:

- Bo to, widzi pan, myśmy przeszli Amerykę! Nie używamy papieru. My piszemy na drewnie! Pańskie nazwisko?

- Grubiński.

- Wpiszę pana na listę mojej brygady. Niech pan jutro będzie u wrót przy wydawaniu drzewa. (…)

 

Gdyby nie życzliwość Bardieja , nie otrzymywałbym 550 gramów chleba tudzież lepszego kotła. (…)”

 

 Cytat pochodzi z książki Wacława Grubińskiego Między młotem a sierpem. Wydawnictwo „Czytelnik”, Warszawa 1990. Str. 257-259.

 Wydanie pierwsze krajowe na podstawie wydania Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Londyn 1948.

 

 Wacław Grubiński (1883-1973) – polski pisarz, autor sztuk teatralnych, krytyk literacki.

 W styczniu 1940 r. został aresztowany we Lwowie przez NKWD.  Po półrocznym pobycie w lwowskim więzieniu na Zamarstynowie został przewieziony do Horodni na Ukrainie, gdzie na podstawie spreparowanego aktu oskarżenia skazano go na karę śmierci przez rozstrzelanie.

 84 dni oczekiwał w samotnej celi na wykonanie wyroku bądź jego uchylenie. Sąd Najwyższy zamienił karę śmierci na 10 lat pozbawienia wolności. Karę tę odbywał Grubiński  w łagrach północnouralskich.

 Z łagrów zwolniony został na podstawie umowy Sikorski-Majski. Wraz z armią Andersa wydostał się z ZSRR.

 Główną przyczyną oskarżenia i skazania na pobyt w łagrach było napisanie w 1921 r. sztuki zatytułowanej Lenin.

 Swoje wspomnienia z sowieckich obozów zawarł w książce Między młotem a sierpem.


c.d.n.



Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1445
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1103
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 806
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1060
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 372
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 651
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1126
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 478
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 861
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 456
12
komentarze: 144 | wyświetlenia: 1010
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 666
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 601
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 727
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  Remter,  10/11/2011

Doświadczanie życia w miłości ... wspólnego nauczyciela.. pozdrawiam :))

Piękne i przeczytałam z zainteresowaniem. Dziękuję :)

Wspaniała, budująca historia. Dziękuję.

  Gamka  (www),  13/11/2011

Kiedy cd ?



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska