Login lub e-mail Hasło   

Wieśniaki z miasta

Ładni, młodzi i wykształceni spontanicznie zamieszkaliśmy na wsi. Miejskie umiejętności nie na wiele przydały się w walce z przyrodą i słabościami. Przetrwaliśmy dzięki sąsiadom.
Wyświetlenia: 6.303 Zamieszczono 28/01/2012

Pewnego dnia, Agata z Warszawy, ja ze Słupska, podjęliśmy spontaniczną decyzję, aby zamieszkać w 100-letnim domu na wsi oddalonym o 3 km od najbliższych zabudowań i 30 km od najbliższego miasta.
 
Póki świeciło słońce i wiele czasu spędzaliśmy w hamaku pomiędzy dwoma kwitnącymi jabłonkami wszystko było w porządku. Nikt nam nie powiedział, że o zimie na wsi trzeba zacząć myśleć już w marcu, kiedy to wszyscy żyjący w zgodzie z przyrodą gromadzą drewno na opał. Cała moja uwaga była wtedy skupiona na koszeniu trawnika, który rósł w takim tempie jak włosy na mojej głowie kiedy byłem dzieckiem. Było tego pół hektara. Kiedy po trzech dniach kończyłem trzeba było zacząć kosić od początku. Kiedy zepsuła mi się kosiarka podpity sąsiad przyszedł z kosą mi pomóc. Trawę ściął równiej niż ja maszyną. Klnął przy tym w sposób tak finezyjny, że aż zawołałem żonę, aby posłuchała. Nie przeklinał z nerwowów. Po prostu taki miał styl bycia.
 
Gdy poszliśmy jesienią na grzyby do „naszego” lasu, który rósł tuż za domem, nie udało nam się znaleźć ani jednego. Nie byłoby w tym nic frustrującego, gdyby nie fakt, że ze wszystkich stron wychodzili miejscowi z pełnymi wiadrami. W końcu zacząłem grzyby od nich kupować . Po którymś razie Andrzej zdjęty litością przyszedł do mnie podpity z koszem Prawdziwków w prezencie oraz aby zdradzić sekret. „Stary! Idziesz „betonówką” przez 300 m i przy brzózkach skręcasz w prawo. Tam padasz na kolana i tniesz Prawdziwe, a Podgrzybki zostawiasz w spokoju.” Tego dnia po raz pierwszy udało nam się nazbierać grzyby.
 
Na jesieni kupiłem drewno. Zadowolony z pełnej komórki pociętych dębowych polan nie wiedziałem, że nie będzie z nich pożytku, gdyż kupiłem je za późno.
 
Pewnego dnia pojawili się ludzie, którzy zaczęli ścinać gałęzie z drzew ze starej alei kasztanowej tuż przy moim domu. Bardzo zdenerwowałem się. Poszedłem kłócić się z nimi. Uświadomili mnie, że to dla dobra tych drzew i bezpieczeństwa tych co pod nimi chodzą. „Pracujecieje za drewno?”- zapytałem. „Nie. Za korę. Wysyłamy ją do Niemiec na leki. Dobrze płacą.” Zdębiałem na tę informację o kasztanowcach. Na poboczu pozostały jednak olbrzymie ramiona konarów bez kory, które szpeciły krajobraz. Niedługo potem przyjechali jacyś ludzie i je zabrali. Teraz pozostały bardzo drobne gałęzie. Położyli na nich opony, podpalili i odjechali. Gałęzie zniknęły, ale pozostało mnóstwo drutu. Kilka dni później przyjechali inni ludzie, którzy zebrali drut. „Po co wam on?” – dociekałem. „Do wiązania zbrojeń fundamentowych.” Patrzyłem na ten krąg zależności niczym zachwycony biolog na kopiec mrówek.
 
Na wsi towarem jest wszystko. Na swoim podwórku miałem ruinę, którą chciałem uprzątnąć, a potem wyrównać teren. Kosztowałoby to mnie ok. 1500 zł. Sąsiad Józek kazał mi poczekać z tą operacją. Zadzwonił do swojego znajomego, który buduje drogi. Ten przyjechał i w zamian za gruz wyrównał mi cały teren. Nic nie musiałem płacić. To było ważna lekcja lokalnej ekonomii.
 
Rozpoczęła się zimą. Mokry dąb w piecu wytwarzał wiele dymu i prawie w ogóle ognia. Byłem załamany. Andrzej powiedział „Natnę ci brzozy. Ta dobrze się pali nawet jak jest mokra.” Na brzozie przeżyłem pół zimy. Wtedy w wielki mróz pękł mi piec i zalał kotłownię. Tadeusz powiedział, że do niczego się już nie nadaje. Nowy kosztował 1500 zł, a wszystkie pieniądze, które miałem poszły już na dąb i brzozę. Sąsiad powiedział, że tuż przed zimą wymieniał pewnemu człowiekowi nowy piec na jeszcze nowszy i jest szansa, aby go odkupić. Pojechaliśmy do niego. Za prawie nowy piec zapłaciłem 150 zł. Wtedy odkryłem węgiel. Nie musiałem już chodzić do kotłowni co dwie godziny, a w domu w końcu było ciepło. Pierwszą noc przespałem bez wstawania.
 
Gdy chciałem ściąć olbrzymie uschnięte drzewo martwiłem się, aby nie uszkodzić płotu, ani budynku. W końcu poszedłem po pomoc do Wacka. Ten trzema cieciami precyzyjnie skierował drzewo w dwu metrową szczelinę pomiędzy płot a budynek.
 
Gdy pewnego razu przyjechał w nasze górzyste tereny pan z miasta i zakopał się swoim nowym terenowym Volvo, 50-letnia sąsiadka sama wyprowadziła mu ten samochód z zaspy.
 
Gdy śniegu nasypało 70 cm i nie było pracy, Karol wszedł do swojego garażu i przez kilka miesięcy zbudował przyczepę do samochodu, która wyglądała jak gdyby wypuściła ją firma Honda.
 
Zawsze kiedy psuje się samochód, kiedy zamarza woda w rurach, kiedy nie ma prądu mogę liczyć na wiedzę moich sąsiadów. Dobrze się z nimi czuję i bardzo ich szanuję. Potrafimy godzinami rozmawiać, bo tematów nigdy nam nie brakuje, a zawsze związane są one z przetrwaniem. Często czuję się przy nich jak mały chłopiec, który jeszcze niczego w życiu się nie nauczył, chociaż umie już tak wiele.
 
Maciej Strzyżewski
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Podobne artykuły


19
komentarze: 19 | wyświetlenia: 4373
52
komentarze: 21 | wyświetlenia: 16763
24
komentarze: 10 | wyświetlenia: 5599
42
komentarze: 17 | wyświetlenia: 6475
21
komentarze: 13 | wyświetlenia: 1862
37
komentarze: 60 | wyświetlenia: 12876
36
komentarze: 13 | wyświetlenia: 6740
33
komentarze: 27 | wyświetlenia: 2843
31
komentarze: 98 | wyświetlenia: 9761
24
komentarze: 10 | wyświetlenia: 1996
24
komentarze: 6 | wyświetlenia: 2271
23
komentarze: 4 | wyświetlenia: 43016
22
komentarze: 2 | wyświetlenia: 15464
 
Autor
Artykuł



Macieju, fantastycznie opisałeś realia wiejskiego życia. Siedem lat temu również przeprowadziłam się w podobne miejsce. Do miasta mam 15km, a do sklepu jakieś 3. Miałam trochę łatwiej od Ciebie, ponieważ przeprowadziłam się do domu rodzinnego mojego męża. To on mnie wszystkiego uczył i wprowadzał w wiejski tryb życia. Teść również nie pozostał biernym obserwatorem i uczył mnie np. jak rozpalić ogi ...  wyświetl więcej

Po prostu - świetne! A na wsi, u dziadków, spędzałem moje młode lata. Tak więc i kosa była w robocie, i wiązanie snopków powrósłem i wiele innych prac. W domu zresztą też tatuś gonił do roboty było 2000m kw. placu przylegającego do brukowanej ulicy, która raz w tygodniu należało zamieść. Używanie siekiery, piły, młotka, struga, naprawa rowerów, rozpalanie w piecu itd. - to była codzienność. I dzięki temu niestraszne wiejskie życie - wprost przeciwnie - tam dopiero się żyje! :)

A co do pieca to palenie w nim sprawia mi tak wielką radość, że jak nie mogę tego robić to czuję, że żyję nie pełnym życiem, a widok ognia w mróz zaspokaja wszelkie moje potrzeby emocjonalne w najwyższym stopniu.

  Layo  (www),  28/01/2012

Ha, się ubawiłam. Sama od jakiegoś czasu mieszkam 6 km od czegokolwiek (od pierwszej drogi itd) i tez wielu rzeczy nauczyłam się od miejscowych sąsiadów. Już się nie borykam z Twoimi problemami, borykam się z innymi do których też pewnie dojdziesz. W tym roku muszę ogarnąć tajemnicę dorodnej kapusty na piasku. Ale to chyba nie będzie takie trudne bo jestem pierwsza która ogarnęła tajemnicę dorodny ...  wyświetl więcej

  Bar_ka  (www),  28/01/2012

Jak zwykle u Macieja ciekawie. Ale nie odważyłabym się, cenię sobie miejskie wygody zazdroszcząc wiejskiej swobody:))
Zaczęło mnie jednak dręczyć pytanie z jakiego netu korzystacie na tym odludziu?
Mam znajomego, któremu net często odmawia posłuszeństwa. Może to wina dużego miasta, zakłóceń sygnału.

Przez sześć lat nie mieliśmy zasięgu ani dla TV, ani komór czy też netu. Po prostu nikt nas nie niepokoił :)
Teraz mamy neostradę, która co drugi dzień nie działa. Lepsze to jednak niż nic.

  Layo  (www),  28/01/2012

Telekomunikacja do mnie to nie dojdzie nawet i 10 lat. Z sygnałem GSM też bardzo ciężko, choć teraz już na górce dwie kreski są. Ale fale radiowe są wszędzie i to ratuje sytuację. Ja mam internet radiowy. Szaleństwa z prędkością nie ma, ale działa bez zarzutu 24h.

Na łonie natury człowiek jest wolny od zgiełku miasta,może odnaleźć siebie..

Super artykuł! Przeczytałam jednym tchem. A, swoją drogą, życie potrafi nas nieźle zmoderować.

Trochę wyidealizowany jako uogólnienie obraz , ale gratuluję szczerze Panu Maciejowi takich sąsiadów. Praktycznie wychowałem się na wsi - często przemieszkując u rodziny Mamy. Faktycznie małe społeczności ,szczególnie wiejskie są bardziej zwarte i (przepraszam za mój neologizm) wzajempomocne. To jest efekt długiego życia we własnym gronie , bez żadnej pomocy z zewnątrz. Ci ludzie musieli się trzym ...  wyświetl więcej

Tak, sąsiedzi na wsi są nieocenieni... odczuwam to osobiście, remontując ponad stuletni dom. Rzeczywiście, brzozą mokrą ogrzewam dom, ale jak jest mocno rozgrzany kominek, to i dąb niesezonowany pali się całkiem dobrze. A brak internetu, to w moim przypadku prawie błogosławieństwo... mam więcej czasu dla obcowania z naturą :)

Nawet nie myślałem, że ktoś może mieć takie problemy o których wspominasz, ja jednak pochodzę ze wsi i to pewnie dlatego, dla mnie to zupełnie naturalne. Tak samo jak sąsiedzka pomoc itp.

Najgorsze jest to, że już od dziesięciu lat mieszkam na wsi i wciąż jestem sierotą :) Widać, zmarnowałem pierwsze lata życia.

  radooo,  01/02/2012

Świetnie napisany tekst, czytałem z zapartym tchem

  hussair  (www),  01/02/2012

Naprawdę krzepiący tekst o ludzkiej zaradności i współpracy. Tym bardziej, że o polskich tychże cnotach. :)

Domek na wsi to moje marzenie, bo życie w mieście przytłacza trochę. Fajny tekst.

  rezal  (www),  16/11/2012

To absolutna prawda, tryb życia na wsi jest zupełnie odmienny od miejskiego. Wiem to, ponieważ poznałem to z drugiej strony. Mieszkałem wiele lat na wsi, potem przeprowadziłem się do miasta i faktycznie zupełnie inaczej wszystko wygląda.

  seta1212,  16/11/2012

Maćku, powiało sielankowym optymizmem i wiarą w człowieka co dziś w dobie ogólnopaństwowego biadolenia jest cenne. Pochwalam z żonką, takie wybory. Ja też nie jestem "złotą rączką", a już 18 lat zajmujemy starą, piękną chatę(okazało się, że w ewidencji zabytków)... i to ze stawem. Co najmniej 10 lat życia zaoszczędzone ekstra ...jak w banku:)))

  8Sun  (www),  09/01/2013

A mnie ciągnie na wieś jak chol..... Juz nie mogę sie doczekać, aż moj mąz dorośnie do tej decyzjii. Narazie szukam starego poniemieckiego domu na wsi położonej w lesie, nad jeziorem i niedalego rzeki. Jest sporo takich uroczych miejsc w Polsce. Poniewaz wychowałam sie na wsi i znam wiele zasad przetrwania zapewne część problemów Macieja pokonałabym bez wysiłku. Jednak i tak życie w takim miejscu jest wyzwaniem i lekcją życia czego sobie życzę a Tobie Macieju zazdroszczę.

Miłe podsumowanie. Relacje z sąsiadami rzeczywiście lepiej się układają na wsi.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska