Login lub e-mail Hasło   

Z cyklu: Felietony Siwego - Humoreska ekonomiczna: INSURANCE STORY

Onegdaj, w początkach naszej ustrojowej transformacji „skrobnąłem” parę humoresek. Żona twierdzi, że tematycznie są ciągle aktualne,więc jedną z nich umieszczam tu dla potomności
Wyświetlenia: 1.298 Zamieszczono 31/03/2012

O godzinie 10 00 potencjalny klient Kowalski stracił pracę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, jako że od dłuższego czasu był jedynie dopisywany do listy płac.

Fakt ten dawał pewną wygodę, ale nie przynosił pożądanych splendorów jemu i rodzinie, dalekiej zresztą, której nie znał za dobrze. Zainteresowania rodzinne od dawna nie były cechą, która go wyróżniała, podobnie zresztą jak zainteresowanie produkcją rodzimej firmy - „fabryki kurzu na podwórzu”.

Można powiedzieć, że jego obecność w firmie od lat była czystym, acz permanentnym przypadkiem niedopatrzenia kolejnych szefów, którzy przesuwali się przez zakład jak spadające na firmamencie gwiazdy.

Hasło „prywatyzacja”, o dziwo, nie zdemaskowało Kowalskiego, który znakomicie wtapiał się w tło, przez co był praktycznie niezauważalny.

Nowy szef, wąsaty Niemiec, tym razem WŁAŚCICIEL, stał się jednak nieodwołalnym faktem.

Na dobrą sprawę jego decyzja kupna fabryki, o tak zmiennych losach i różnorodnej produkcji w ostatnich latach, firmy, powiedzmy otwarcie, skrzętnie omijanej przez innych ewentualnych nabywców, natomiast będącej od dawna w centrum zainteresowania wydziału skarbowego i wszystkich komorników w mieście - była dla resztek załogi totalnym zaskoczeniem.

Kiedy herr Gruberowi pokazywano resztki linii produkcyjnych, kiedyś obuwia a obecnie marmolady i makaronu, potakiwał ze zrozumieniem -ja ja naturlisch  i ostatecznie fabrykę kupił, a z nią Kowalskiego.

W jego, tj. herr Grubera imieniu, już po kilku dniach pojawił się nowy młody, rzutki dyrektor, widać pewny siebie i apodyktyczny. O 945 spotkał się z załogą, przedstawił
i oświadczył, że będą zmiany „Pan - tu wskazał palcem - pan, pani, pan, pan” - w tej wyliczance doszedł do 20 osób.

Wtedy nagle Kowalskiego coś podkręciło. Poczuł swoją życiową szansę, w przypływie desperackiej odwagi wynurzył się ze swego tła i zgłosił gotowość, podnosząc obie ręce -
i ja, dyrektorze, i ja!!!

Dyrektor dostrzegł to kątem oka i zgodził bez sprzeciwu – „OK, pan też, już tu nie pracujecie, wyp...!”.

Kowalskiego zatkało. Na replikę i wyjaśnienia było jednak za późno.

Firmę opuścił dyskretnie, mając w perspektywie niepewną trzymiesięczną odprawę, zasiłek z urzędu, działkę, na której trzymał osiemnaście królików i dwadzieścia gołębi     cztery pocztowe (dwa chempiony) a na podwórku swojej kamienicy12-letniego fiacika, który od roku nie przejecha wprawdzieł ani kilometra, a którego od czasu jak zgubił prawo jazdy trzymał trochę jak psa z przywiązania, a trochę z braku okazji wymiany na jakąkolwiek gotówkę. Dodając do tego wędki i lato przed sobą, oraz pewną sumkę zakamuflowaną w tapczanie – (wynik finezyjnej obstawki w czwartej gonitwie o puchar Prezesa. Obstawiał intuicyjnie Almę wysoko!, mimo jej zeszłorocznej kontuzji. Stawka była hitem sezonu - same pewniaki. Faworytem był Kuczer po Ramonie, Alma przebiła całą stawkę a Kuczera nawet o dwie długości)

- to wszystko pozwoliło mu patrzeć w najbliższą przyszłość optymistycznie
i utrata pracy nie była tak wielkim dramatem, jak również nie stwarzała zagrożenia dla jego skromnej egzystencji.

Ten dzień jednak do końca był feralny.

Wchodząc do swojej kamienicy nosem poczuł niepokój. Przed drzwiami stały dwie zaprzyjaźnione z działką, rozhisteryzowane emerytki i wystraszony dozorca.

Włamanie, panie Kowalski, u pana - wyszeptał.

Zamek był elegancko otworzony „na pasówkę”, liczne przedmioty powywracane, wędki zniknęły. Rzucił się do kanapy. Rozpruta na wylot nie pozostawiała złudzeń. Finansowa rezerwa z finezyjnej obstawki rozwiała się jak dym. W mieszkaniu wiało grozą i demolką.

Rozsypany zapas cukru, soli i mąki, przemieszany z pierzem wskazywał, że włamywacz był skrupulatnym poszukiwaczem, choć zastanawiał wybór jego skromnej kawalerki, jako miejsca zdobycia łupu. To wyglądało raczej na ponury żart lub zemstę złośliwego chińczyka.

Zamykając naderwaną okiennicę z rozbitą szybą Kowalski zatrzymał wzrok na „maluchu”. Stał wprawdzie, ale dziwnie przekrzywiony. Koła z prawej strony były tylko mglistym wspomnieniem.

Kowalskiego zatkało po raz kolejny.

Przepełnił się kielich goryczy, który zgotował mu los. Ze zjeżonym włosem i pomrukiem rozpaczy wybiegł z domu i ruszył przed siebie, zataczając się, jak niegdyś profesor Wilczur po utracie żony. Działkę miał nieopodal przy torach. Zawsze stanowiła enklawę spokoju, gdy nawiedzały go stresy i niepokoje. Tu snuł bezkarnie swoje erotyczne plany, tu analizował możliwości obstawek, czyli strategię końskich wyścigów. Kłódka była urwana. Nie zauważył tego, póki nie potknął się martwego królika. Połamane klatki ziały żałosną pustką. Na domku gruchał samotny chempion z powyrywanym ogonem. Reszta rozpłynęła się w przestworzach czy może w kosmosie.

Nadmiar nieszczęść zwalił go na ławeczkę. W głowie huczała mu pustka, echem zwielokrotniając jego materialny upadek. Nie zostało mu nic. Po nasypie zadudnił przejeżdżający pociąg...

.... Tory....

Oblał go zimny pot. Fizycznie poczuł szynę pod szyją, oczami wyobraźni zobaczył swoją głowę staczającą się po nasypie. Wizja ta była tak wredna i realna, że poderwało go
w górę jak kota po walerianie i cisnęło o ścianę altanki ...

Gwałtownie otworzył oczy. Był zupełnie mokry. Wstawał piękny majowy poranek. Rozsunął firanki i powlókł się do łazienki. Pod wpływem zimnego strumienia wody, koszmary prysnęły. Zaczęła wkradać się realna rzeczywistość.

Po sprawdzeniu zawartości kanapy uspokoił się na tyle, by móc pozbierać się do następnego dnia pracy, wtopić w swoje ulubione szare tło. Dzwonek był jednak długi
i natarczywy. Za drzwiami stał elegancki, wygolony osobnik, pachnący pastą do butów Kiwi i wodą po goleniu Brutal.

Pan Kowalski? Nie wiem czy pan pamięta, umówiliśmy się na godzinkę dwa miesiące temu i jestem zgodnie z umową. Moje nazwisko Malina, jestem agentem ubezpieczeniowym i w trosce o pana komfort psychiczny proponuję panu kompleksową ofertę.

Był cichy, sugestywny i całkowicie przekonujący. Po godzinie podsumował: ubezpieczenie na życie, mieszkanie, działka, samochód - razem będzie.... tu wymienił sumę. To panu da całkowite poczucie bezpieczeństwa. Skończył wypełniać dokumenty, całą rezerwę
z kanapy umieścił w portfelu, wystawił pokwitowanie.

Żegnając Kowalskiego z uśmiechem spojrzał mu ciepło w oczy. Podjął pan mądrą decyzję, przychodzi taki moment, kiedy musimy zadbać o swoje jutro.

Słońce rozświetliło ściany. Gdzieś daleko zadudnił przejeżdżający pociąg. Zbliżał się wieczór. Jadąc tramwajem do pracy na nocną zmianę Kowalski zauważył znajomą reklamę. Zwykle coś w niej brakowało. Tym razem świeciła tylko końcówka - . Z U.. ....IEBIE. TWOJE MIENIE.

Przykuwała wzrok. Skonstatował, że dalsze literki również migały niepokojąco, jakby za chwilę miały zgasnąć

Wydarzenia są prawdziwe ale wszelkie podobieństwo do miejsc i osób zupełnie przypadkowe..

Cdn...

Podobne artykuły


24
komentarze: 13 | wyświetlenia: 1548
16
komentarze: 14 | wyświetlenia: 1052
15
komentarze: 9 | wyświetlenia: 871
15
komentarze: 17 | wyświetlenia: 1773
15
komentarze: 10 | wyświetlenia: 1270
14
komentarze: 1 | wyświetlenia: 907
14
komentarze: 4 | wyświetlenia: 1386
14
komentarze: 15 | wyświetlenia: 968
13
komentarze: 8 | wyświetlenia: 2473
13
komentarze: 10 | wyświetlenia: 1202
13
komentarze: 8 | wyświetlenia: 903
13
komentarze: 23 | wyświetlenia: 1041
13
komentarze: 11 | wyświetlenia: 1075
13
komentarze: 14 | wyświetlenia: 969
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 708
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  hussair  (www),  23/11/2013

:)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2017 grupa EIOBA. Wrocław, Polska