Login lub e-mail Hasło   

Bóg ryzykantów

O wolności i zawierzeniu z o. Tomaszem Kwietniem, dominikaninem, rozmawia Marcin Jakubionek
Wyświetlenia: 899 Zamieszczono 10/06/2012
 
Jeżeli ktoś przychodzi do mnie z problemem, mogę jedynie mu pomóc rozeznawać, towarzyszyć w dorastaniu do pewnych decyzji. Wybór jednak pozostawiam w jego rękach.
 
Ojcze, dlaczego Bóg pozwala nam grzeszyć?
 
Niedawno jeden z moich przyjaciół zadał mi bardzo podobne pytanie. Odpowiedziałem mu wówczas, że Bóg podjął ryzyko i dał ludziom wolność. Nie odbiera nam tego daru nawet za cenę tego, że będziemy błądzić, dokonywać głupich wyborów. Widać, zależy Mu tak bardzo na wolności człowieka, że ryzykuje jego "nieposłuszeństwo
 
 
To Bóg nie stawia nam żadnych wymagań?
 
Albert Camus napisał w swych dziennikach takie zdanie: "Gdybym miał napisać książkę o moralności, miałaby ona sto stron, dziewięćdziesiąt dziewięć z nich byłoby pustych, na ostatniej wypisałbym tylko jeden obowiązek: "kochać", co do reszty mówię "nie". "Nie" ze wszystkich moich sił". Nie wiem, czy Camus znał Augustyna, ale Augustyn mówił to samo: "Kochaj i rób co chcesz". Miłość jest najważniejszym przykazaniem, pozostałe są jego dopełnieniem. Łatwiej jednak unikać błędów, żyć moralnie dobrze, aniżeli kochać.
 
Dlaczego? Przecież miłość to coś pięknego, a wypełnianie nakazów jest czymś męczącym i nudnym.
 
Miłość, chociaż jest jednym z warunków szczęścia, pociąga za sobą - o czym małżonkowie wiedzą najlepiej - wyrzeczenia, rezygnację z wielu innych rzeczy. Wymaga od nas także odwagi, bezwarunkowego zaufania drugiej osobie, otwarcia się na nią. To w pewnym stopniu naraża nas na niebezpieczeństwo. Zakochani najczęściej potrafią także najdotkliwiej się poranić. Ale to ryzyko wpisane jest w miłość, a także w naszą wiarę.
Wolelibyśmy jednak, żeby religia składała się z samych zakazów i nakazów. Jest to dla nas wygodne uproszczenie. Wypełnienie nawet najbardziej rygorystycznych wymagań daje poczucie spełnienia, pewności, że jak wypłacę Bogu, co Mu się należy, będę mógł liczyć na rewanż w postaci błogosławieństwa, życia bez trosk i niepokojów. Jak wiele szkód może wyrządzić tego typu myślenie, pokazuje chociażby historia Jeftego. Ten wojownik przed wyruszeniem na zbrojną wyprawę złożył ślub, obiecał, że jeśli pokona wroga, złoży w ofierze cokolwiek wyjdzie mu na spotkanie, kiedy wróci w rodzinne strony. Kampania okazała się zwycięska, ale pierwszą osobą, jaką zobaczył po powrocie do domu, była jego ukochana córka. Jefte był przekonany, że taka jest wola Boża i dotrzymał bezbożnej obietnicy. Abraham także myślał, że Bóg żąda od niego ofiary z syna. W ostatniej chwili Anioł powstrzymuje go przed zabiciem Izaaka. Bardzo często usprawiedliwiamy Bogiem podjęte przez siebie decyzje, maskujemy wyrokami Bożymi swoją nieporadność i niepewność. Zrzucamy na Niego odpowiedzialność za swoje życie, w tym także za błędy. My przecież tylko wykonujemy polecenia - myślimy - a kiedy zrobimy swoje, chcemy mieć święty spokój. Lepimy Boga z własnych potrzeb i wymagań, dostosowujemy Go do własnych wyobrażeń. Nawet kiedy mówimy, że kochamy Boga, nie wyrażamy nic więcej jak miłość do samych siebie.
 
Skąd mogę wiedzieć, że wierzę w Boga, a nie w swoje wyobrażenie o Nim?
 
Nie pozostaje nam nic innego, jak ciągle i wciąż na nowo szukać odpowiedzi na pytania, które są dla nas ważne: Kim jest dla mnie Bóg? Co znaczy moje powołanie? To stwarza możliwość konfrontacji i oczyszczania naszej wiary. Czasami oczyszczanie może być bolesne, przybierać postać bardzo dramatycznych i trudnych rozmów, a nawet kłótni z Bogiem. To bardzo charakterystyczne, że żydzi i chrześcijanie mogą spierać się z Bogiem, muzułmanin, o ile mi wiadomo, musi się podporządkować. Żyd i chrześcijanin ma prawo do sporu, co zostało zapisane w Piśmie Świętym. Takich miejsc jest wiele, np. żale Hioba, agnostycyzm Koheleta, pretensje Jeremiasza, a w końcu modlitwa Jezusa w Ogrójcu. Między Bogiem, a człowiekiem może toczyć się dyskusja, pełna napięć rozmowa. Kiedy rozmawiamy to znaczy, że nam na czymś zależy, że chcemy zrozumieć rozmówcę i siebie.
 
Mamy wykłócać się z Bogiem, kto ma rację, czyja wola jest ważniejsza?
 
Przerabialiśmy już problem relacji woli Bożej do woli ludzkiej. Monoteletyzm został potępiony i Kościół do dziś nie zmienił na ten temat zdania.
 
Monoteletyzm?
 
W VII w. w chrześcijaństwie rozgorzała dyskusja, czy Chrystus ma jedną wolę, tzn. Boską, czy dwie, Boską i ludzką. Kiedyś myślałem, że to kolejny akademicki spór, bez znaczenia dla nas, szeregowych chrześcijan. Jeżeli jednak Chrystus jest miarą mojego człowieczeństwa, wówczas rozwiązanie tej kwestii staje się niezwykle ważne. Gdyby w Chrystusie obecna była tylko wola Boża, jak uważali zwolennicy monoteletyzmu, oznaczałoby to, że jesteśmy biernym narzędziem w ręku Boga, a nasze chęci zupełnie się nie liczą. Jeżeli Chrystus ma także wolę ludzką, doskonale zjednoczoną z wolą Bożą, ale jednak autonomiczną, wtedy każdy z nas może wybrać Boga i w wolności za Nim podążyć.
 
Albo udać się innym kierunku i robić, co nam się żywnie podoba.
 
Paradoksalnie, dopiero kiedy uświadomiłem sobie, że nie muszę niczego robić wbrew sobie, dużo poważniej zacząłem traktować Ewangelię i przykazania. Tak działa nasza psychika, przeważnie robi wszystko na przekór. Myślę, że ta przewrotność jest niczym innym, jak umiłowaniem wolności, jedną z najbardziej istotnych cech człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boże. Gdyby Bóg nie obdarzył nas wolnością, zapewne na tym świecie nie pojawiłby się grzech, ludzie nie błądziliby w drodze do Boga, nikt nie przeżywałby trudności w wierze. Ale czy wtedy miłość Boga do człowieka mogłaby zostać odwzajemniona? Niewolnicy są posłuszni i karni, ale kochać mogą tylko ludzie wolni.
Pamiętam jeden z trudniejszych momentów mojego życia. Czułem się przygnębiony, pełen wątpliwości. Miałem już wszystkiego dość. Któregoś dnia odprawiałem w kaplicy Mszę św. Kiedy tak stałem z Eucharystią w dłoniach, nagle mnie oświeciło. Jakbym usłyszał Jezusa: "Nie ważne, co zrobisz, i tak będę cię kochał". Poczułem się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar, wreszcie byłem wolny, a im głębiej tego doświadczałem, tym bardziej chciałem odpowiedzieć na miłość Boga. Chrześcijaństwo wschodnie mówi tu o synergii, co Katechizm tłumaczy słowem "współdziałanie". Każde spotkanie Boga i człowieka jest synergią, czyli zetknięciem nieskończonej energii boskiej ze skończoną energią ludzką, ale ta skończona energia ludzka jest jak kropka nad "i" energii boskiej. Nawet gdyby wszystko zależało od Boga, cała moja przyszłość, moje zbawienie, muszę jeszcze do Niego wyciągnąć rękę, dołożyć moją energię - zawierzyć Bogu.
 
Zawierzyć, czyli...
 
Gdyby spytać ludzi na ulicy, co znaczy być chrześcijaninem, większość odpowiedziałaby: to żyć zgodnie z pewnymi wartościami. Jeśli mielibyśmy szansę podrążyć głębiej, okazałoby się, że wszystko sprowadza się do bycia dobrym człowiekiem. Chrześcijanin to taki ktoś, kto stara się wypełniać przykazania, sprzeciwia się eutanazji, aborcji, jak trzeba zaprotestuje w obronie świętości i nienaruszalności rodziny. Właściwie chrześcijaństwo w takim wydaniu jest receptą na życie, zestawem porad jak budować wspólnotę, doskonały świat, w którym czulibyśmy się bezpiecznie. Pytanie jednak brzmi: czy to jeszcze jest chrześcijaństwo?
 
Czy jest coś złego w byciu dobrym człowiekiem?
 
Nic, ale gdyby wyznacznikiem naszej wiary był ten wymóg, wtedy równie dobrze moglibyśmy przejść na islam. Wyznawcy tej religii także starają się być dobrymi ludźmi. Co więcej, religia nie byłaby w ogóle potrzebna. Znam kilku wspaniałych ludzi, którzy choć uważają się za niewierzących, bardziej rygorystycznie przestrzegają wymagań moralnych niż niejeden "zawodowy" chrześcijanin.
W oświeceniu przedstawiciele różnych prądów intelektualnych zmierzali do tego, aby wyprać chrześcijaństwo z mistyki i skierować ku moralności. Według potępionego jansenistycznego Synodu w Pistoi (1786 r.) liturgia miała być katechezą, wykładem lub szkołą moralności, sposobem na uczynienie człowieka lepszym. Tyle że gdy będziemy skupiać się na etyce, stracimy z oczu cel, prawdziwy sens chrześcijaństwa - cała para pójdzie w gwizdek, a nie w koła. To tak, jakbyśmy zatrzymali się w połowie drogi, jakby w Piśmie Świętym nigdy nie było Nowego Testamentu.
 
Jednym z warunków spowiedzi jest postanowienie poprawy. Chęć stania się lepszym człowiekiem, walka ze swoimi słabościami jest chyba czymś ważnym w naszym życiu?
 
Powiem szczerze: gdybym tak myślał, już dawno przestałbym się spowiadać. Ile to już razy postanawiałem poprawę i co z tego wynikło? Obiecujemy sobie, że będziemy lepsi, że następnym razem nie ulegniemy pokusie. Ciągle jednak myślimy o sobie, o swoich grzechach. Nie bez powodu Tomasz More nazwał grzech pierworodny "wszechpanoszącym się ja". W spowiedzi nie ja i moje postanowienie poprawy jest najważniejsze, tym bardziej nie jest ważny mój grzech. Spowiedź jest przede wszystkim świętowaniem Zmartwychwstania, wspólną celebracją spowiednika i penitenta. Nawet grzech ciężki nie stanowi przeszkody w jej celebrowaniu. Człowiek składa wówczas ofiarę z siebie, oddaje Bogu wszystko, nie tylko to, co w nim najlepsze, ale i to, co najgorsze. Grzech przestaje być mój, bierze go na siebie Ten, który mi go odpuszcza. Na krzyżu Chrystus zgładził grzechy tego świata, w tym także moje. Idąc do spowiedzi, przychodzę, aby otrzymać owoce krzyża. Skupianie się w tym momencie na sobie jest szczytem egocentryzmu.
 
Chyba jednak każdy z nas chciałby, żeby ktoś bardziej doświadczony powiedział mu, co robić, żeby się nie pogubić.
 
Nikt, nawet najlepszy ksiądz czy spowiednik, nie da nam gwarancji, że jego rady okażą się pewne i skuteczne. Jeżeli ktoś przychodzi do mnie z problemem, mogę jedynie mu pomóc rozeznawać, towarzyszyć w dorastaniu do pewnych decyzji. Wybór jednak pozostawiam w jego rękach. Nigdy nie mówię ludziom, co mają robić, chociaż wiem, że takie jest oczekiwanie.
Pamiętam jak mówiłem kiedyś kazanie o świeckiej formie klerykalizmu. O tym, że większość świeckich w Kościele zamiast podejmować samodzielne inicjatywy, woli czekać na dyspozycje, jakie wyda im ksiądz. Po Mszy św. podeszła do mnie, skądinąd sympatyczna osoba i zapytała: "Ojcze, to co mam teraz zrobić?". W powszechnym wyobrażeniu ksiądz to osoba, która z racji swego powołania zna odpowiedzi na wszystkie nasze pytania, wątpliwości. Podpowie jak żyć, jaką podjąć decyzję, z kim się ożenić, za kogo wyjść za mąż, czym obsiać pole i jaka jutro będzie pogoda. Rola świeckich może jest niewdzięczna, ale bierność ma swoje zalety: nie trzeba za nic brać odpowiedzialności. Sami sobie nie odpowiemy na wszystkie pytania. Mamy tutaj swoiste sprzężenie zwrotne: wierni nie wiedzą jak podejmować inicjatywy, a księża nie są przygotowani do ułatwiania im tego.
Wielokrotnie przypominamy młodym ludziom, czego mają się wystrzegać. Mówimy np., że nie powinni ze sobą sypiać przed ślubem. Jakie są tego efekty, wszyscy bardzo dobrze wiemy. Każemy im wyrzec się czegoś, ale nie oferujemy nic w zamian. Sam nakaz nie ma w sobie żadnej siły przekonywania. Gdyby dwoje ludzi przyszło do mnie z takim problemem, na pewno nie zaczynałbym rozmowy od wykładu z etyki seksualnej, ale od prawd wiary, od Pisma Świętego. Potem dopiero starałbym się pokazać, że prawdę ich uczuć trzeba zharmonizować z prawdą ich życia, z jego ograniczeniami. Przypomnijmy sobie historię powołania celnika Zacheusza. Był to drań jakich mało, jego sumienie obciążały łzy i niedola wielu ludzi. Pan przyszedł do niego i być może nie powiedział mu złego słowa, może nawet go nie zganił. Usiadł wraz z nim do stołu i zjedli wspólnie posiłek. Słowa nie były potrzebne, tylko obecność Pana.
Kiedy ktoś mnie pyta "jak żyć?", "co mam zrobić?", podpowiadam za autorem Listów do Hebrajczyków "Patrz na Jezusa". Etyka normatywna jeszcze nikogo nie uzdrowiła.
 
Nie rozumiem, jak "patrzenie na Jezusa" miałoby nam pomóc w codziennych zmaganiach, wyborach? Obawiam się, że to, co Ojciec mówi, to tylko figura retoryczna. 
 
Jezus przecież nie przyszedł, żeby nam pomóc uczynić ten świat lepszym, sprawić, żeby naszą codzienność bardziej znośną. Jego misja spełniła się w doświadczeniu paschalnym, w przejściu z tego świata do Ojca. To  nam pokazuje rzeczywistość z zupełnie innej perspektywy. Moje życie tu na ziemi jest okresem prenatalnym, rozwijam się w nim jak płód w łonie matki. Śmierć jest w pewnym sensie początkiem mojego porodu do wieczności, przejściem na "drugą" stronę. Jego finałem będzie zmartwychwstanie. Wtedy dopiero zobaczę, kim naprawdę jestem, co było w moim życiu wartościowe.Teraz, póki co, jeszcze się kształtuję, dorastam, rozwijam i sam sobie jestem akuszerką. Oczywiście mogę zatrzymać się wpół drogi, uprawiać "świecką soteriologię", udawać, że uda mi się stworzyć raj na ziemi, ale kiedyś ten świat umrze, a ja mam przygotować się do tego, żeby nie umrzeć wraz z nim.
 
To wiara nie ma nam ułatwiać życia?
 
Bardzo często traktujemy religię jako taki filtr, który ma nam pomóc zaczarować świat. Przykładowo niektórzy powtarzają, nieomal jak zaklęcie, taką formułkę: "Jak będę z Jezusem, to nic złego mi się nie stanie". Rozczarowanie bywa w takich przypadkach niezwykle bolesne, ludzie tracą wiarę, odchodzą od Boga, jak w słynnym wierszyku o. Badeniego: "Mistyk wystygł, wynik: cynik". Paschalne podejście do chrześcijaństwa zakłada, że nie cały umrę, ale i nie cały przetrwam, coś stracę i to jest wpisane w moją egzystencję. Klęska też jest częścią paschalnego doświadczenia. Patrząc z ludzkiej perspektywy na Krzyż widzimy obraz całkowitej przegranej. Jeżeli ta klęska mogła zostać przekuta w zwycięstwo, to nie dlatego, że Jezus zszedł z krzyża i pokazał wszystkim, kim to On nie jest. Ono się dokonało tylko dzięki temu, że Syn zawierzył Ojcu wszystko, całe swoje życie, powierzył Mu swoje cierpienie i niemoc.
Kluczem do zrozumienia chrześcijaństwa jest zawierzenie. W tym słowie nie ma jednak obietnicy łatwego i przyjemnego życia. Może zdarzyć się tak, że nigdy nasze problemy się nie rozwiążą, że będziemy targani przez wątpliwości i nikt ich nie rozwieje. Swoją drogą, nie wierzę w człowieka, który nigdy nie miał wątpliwości, nie doświadczył trudności w wierze. Jeżeli ktoś tak twierdzi, z przekonaniem mogę powiedzieć, że przed czymś ucieka. Matka Teresa z Kalkuty przez prawie pięćdziesiąt lat nie czuła bliskości Boga, nikt mądry jednak nie zakwestionuje z tego powodu jej świętości. Wielu mistyków pisało, że doświadczenie nieobecności Boga, a nawet wątpliwości w Jego istnienie, są czymś koniecznym na drodze wiary. Są częścią dojrzewania, może bolesnego, ale jednak nieodzownego.Czasami możemy przeżywać trudności ponad nasze siły, pewne problemy będą nas przerastać. Myślę, że nie pozostaje nam wtedy nic innego, jak wierność swojemu powołaniu, drodze, jaką wybraliśmy. Wiele lat temu, kiedy przechodziłem trudny okres w moim życiu, mój ówczesny spowiednik nie mówił: "Słuchaj, jesteś kapłanem, masz zobowiązania", albo "Jak wystąpisz z zakonu, to będzie zdrada". Nie. Powiedział tylko jedno: "Tomasz, ty jesteś kaznodzieją". To były właściwe słowa. Mój spowiednik odwołał się do tego, co jest najbardziej fundamentalne w moim powołaniu. Dominikanin nie może milczeć wobec Słowa Bożego, to określa jego powołanie i jego miejsce w świecie.
 
Czy to znaczy, że jesteśmy zdani na siebie?
 
Tego nie powiedziałem. Mamy Pismo Święte i w nim możemy szukać wsparcia, odpowiedzi na swoje dylematy. Jeżeli jest to hasło luterańskie, to znaczy, że katolicy mogą się czegoś od Lutra nauczyć. Trzeba jednak pamiętać, że Ewangelia nie jest kodeksem postępowania. Życie wymyka się kodeksom, nie można go zamknąć w żadnej formule. Dlatego jesteśmy potrzebni sobie nawzajem i jest to jedna z tajemnic Kościoła. Św. Paweł mówił: "Niech każdy służy innym darem takim, jaki posiada". Tu wymieniał: proroctwo, tłumaczenie języków, ale także zwykłą codzienną pomoc. Można więc mówić o polifonii znaków, które będą służyć nam za drogowskazy. To będzie Boże słowo, sakrament, wspólnota. Czwartym elementem jest doświadczenie. Myślę, że kilka zupełnie przypadkowych spotkań bardzo zaważyło na moim życiu. To była rozmowa z kimś w pociągu, gdzieś na ulicy, słowa, które wtedy usłyszałem, wystarczyły, żebym się odnalazł, podjął decyzję.
 
Myślę jednak, że Apostołom było łatwiej wierzyć. 
 
Wręcz przeciwnie. Nowy Testament jest opowieścią o ludzkich wątpliwościach, o poczuciu rozgoryczenia, doświadczeniu trudów wiary. Co ciekawe, największy kryzys, jaki przeżyli Apostołowie, nie był związany ze śmiercią Jezusa, ale z Jego zmartwychwstaniem. W Ewangelii św. Łukasza, ewangelista opisuje podróż uczniów do Emaus. Widzimy ich zniechęcenie i wątpliwości, zachowują się tak, jak członkowie sztabu partii, która przegrała wybory, i to przegrała z kretesem. Mieli mieć ponad połowę w parlamencie, a nie przekroczyli nawet progu wyborczego. Jakby tego było mało, zabili im przewodniczącego. Śmierć Jezusa była dla nich zapewne bolesnym i ciężkim przeżyciem, ale taka jest przecież kolej doczesnego życia. Dopiero wiadomość o zmartwychwstaniu wywołuje wśród nich nieprawdopodobny popłoch. Zamiast się cieszyć, odczuwają jeszcze większe zagubienie, zupełnie nie potrafią się odnaleźć. Św. Piotr podejmuje, jak mu się wydaje, jedyną słuszną decyzję i wraca do zawieszonego gospodarstwa rybackiego. I co robi wtedy Pan? Powtarza cud, który uczynił już raz powołując Piotra. Tak jak tamtej nocy, rybacy wyciągali z wody puste sieci. Kiedy już stracili nadzieję, Pan stanął nad brzegiem, kazał im spróbować raz jeszcze. Tak też zrobili. Ku swojemu zdziwieniu zobaczyli, że sieć jest pełna. Wówczas Piotr zakłada ubranie i rzuca się do wody. Nikt normalny nie pływa w ubraniu, ale Piotr jest porządnym Żydem, wie, że przed Bogiem nie staje się nago. To jest jego wyznanie wiary. Kiedy dopływa do brzegu, rozpoznaje w Nieznajomym kogoś tak bardzo mu bliskiego. Jezus przygotowuje dla nich posiłek, smaży rybę, rozmawia z nimi jak to było dawniej.
Jeśli spojrzeć na opowieść o wątpliwościach Apostołów, może się okazać, że Bóg niekoniecznie daje odpowiedź na wszystkie nasze pytania. One zresztą nie są potrzebne, bo słowa nie zawsze wystarczą. W książce C.S. Lewisa "Póki mamy twarze" główna bohaterka w ostatnich słowach, wypowiada takie bardzo piękne zdanie: "Długo Cię nienawidziłam, długo kłóciłam się z Tobą, ale teraz wiem: Ty mi nie dajesz odpowiedzi, Ty sam jesteś odpowiedzią. Przed Twoim obliczem wszystkie pytania bledną". Możemy w nieskończoność zadawać pytania, wyprowadzać do walki słowa innym przeciwko słowom, ale odpowiedzią chrześcijaństwa nie jest kolejny argument, dowód, ale Osoba. Człowiek Boży dochodzi do tego przekonania przez całe życie, ale ostatecznie pełne zrozumienie osiągnie po zmartwychwstaniu. Taka jest oczywista chrześcijańska perspektywa.
 
o. Tomasz Kwiecień, dominikanin, studiował w Papieskim Instytucie Liturgicznym Anselmianum w Rzymie, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego oo. Dominikanów w Krakowie, autor m.in.: "Głupstwo głoszenia Słowa" " ja stary poganin"

Podobne artykuły


13
komentarze: 49 | wyświetlenia: 1461
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1570
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1192
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 2036
11
komentarze: 40 | wyświetlenia: 2734
11
komentarze: 17 | wyświetlenia: 2359
10
komentarze: 123 | wyświetlenia: 964
10
komentarze: 81 | wyświetlenia: 2310
10
komentarze: 69 | wyświetlenia: 666
10
komentarze: 20 | wyświetlenia: 1132
10
komentarze: 156 | wyświetlenia: 789
10
komentarze: 3 | wyświetlenia: 523
10
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1377
 
Autor
Dodał do zasobów: swistak
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska