Login lub e-mail Hasło   

Traktat o tym co jest, co było i o tym, co być nie powinno

- Bo ludzie są do pewnego momentu. Ty również - odparł J. - Nieprawda, każdy z nas potrzebuje przeszywającego wzorku pożądania i oszalałego bicia serca przez cale życie...
Wyświetlenia: 628 Zamieszczono 21/07/2012

 

- Bo ludzie są do pewnego momentu. Ty również - odparł J.

- Nieprawda, każdy z nas potrzebuje przeszywającego wzorku pożądania i oszalałego bicia serca przez cale życie - odpowiedziała W.

- A gdyby tak związać się bez splecionych rąk i niesamowitej potrzeby bliskości - rzekł J.

- Jeśli pokażesz mi jak, to spróbuję - zadeklarowała W.

J. wziął głęboki oddech i wyszedł. W. została sama w ciemnym pokoju pozbawionym jakiegokolwiek promienia słońca. Czekała.

Po dłuższej chwili wrócił J. Z plecakiem. Gotowy do drogi.

- Spróbujmy - powiedział jednocześnie wyciągając do niej rękę. Ona przeczuwając, że czeka ich coś wielkiego i niezapomnianego bez namysłu przystała na jego propozycję. Wstała i wyszła za nim. Szli tak - on przed nią, a ona za nim. Bez słów. Tylko krok za krokiem. Oddech za oddechem.

 

On tak zawsze pięknie słuchał. Niekiedy przytakiwał, choć najczęściej milczał. Tak jakby chciał jej wykrzyczeć - Nie, nie kocham Cię za to, że jesteś niesamowicie piękna, ale wielbię Cię do szaleństwa za Twoją inteligencję i osobowość. Jego wzrok tak właśnie mówił. Była pewna, że ludzie z zasady uwielbiają żyć tak jak inni dookoła. A on taki nie był. Mówił, że obojętność to najlepsza droga do tego żeby dzisiaj przetrwać. Tak było. Ona mu wierzyła.

 

Gdy tak szli - ona za nim, a on przed nią - przypomniała sobie jego niedawne pytanie - a może lepiej być samotną wyspą? Wtedy jedyne co przyszło jej do głowy to: Rzeczywiście, nie każdy powinien być kochany. Niektórzy ludzie są zbyt naiwni. Bo miłość to czysty układ, klasyczna umowa. On spojrzał wtedy na nią z błyskiem w oku nic nie odpowiadając. Była pewna, że chciał jej wtedy powiedzieć - Bo tu wcale nie chodzi o miłość, przyjaźń, czy też odpowiedzialność. Chodzi po prostu o kompromis. Tak jej kiedyś szepnął do ucha, dlatego też uznała, że i w tym przypadku jego sugestia znalazłaby idealne zastosowanie.

 

Napisał raz na pustej, białej kartce - "K". Mogło to oznaczać wiele: "kochać", "kwiaty", kłamca", czy też "kamień". Ale on nie musiał nic mówić. Nie musiał nic tłumaczyć. W. wiedziała, że litera ta symbolizuje "książkę". Uważał, że pomimo tego, iż do naszego pokolenia idealnie pasuje stwierdzenie – 35 wysłanych maili, 135 wiadomości SMS w skrzynce odbiorczej telefonu i 15 wypowiedzianych słów był przekonany, że książkę pisze każdy z nas. Każdy, przez całe życie i na własny sposób. W. pamiętała jak mówił: Każdy z nas musi w życiu odkryć coś lub kogoś inspirującego. On pisał powieść – coś co go rozwijało i pobudzało do myślenia.

 

Jak się poznali? J. podszedł do niej na ulicy. Od tak, po prostu podszedł i zapytał: czy jesteś szczęśliwa? W. dostrzegła reakcję ludzi. Patrzyli na nich jak na dwójkę idealistów, dzieciaków nieznających życia. Słyszała ich szepty –„ Co oni mogą wiedzieć o życiu?! Zapewne nigdy nie musieli martwić się o rachunek za prąd, albo o jedzenie dla dzieci.” Rzeczywiście, to uczucie było im obce. Ale ona była przekonana, że godnym zainteresowania jest ten kto mówi mniej, a więcej słucha. J. taki był. Gdy zdradziła mu swoje pojęcie szczęścia, poczuła że bez znaczenia staje się jej odwieczna dewiza – Jeśli jesteś za dobry, zostaniesz sam. On wyglądał na głównego bohatera maksymy autorstwa A. Warholl’a, wyglądał na kogoś kto całym swoim postępowaniem potwierdza fakt, iż w życiu trzeba robić to co większość ludzi uważa za niedorzeczne. Tylko wtedy wiesz, że ta rzecz jest prawdziwa i staje sie dla Ciebie najważniejsza. A mówiąc jeszcze dosadniej, gdy patrzyła mu w oczy wiedziała, że jest to człowiek, który nigdy nikomu nie pozwoli decydować kim chce być i jak chce żyć. On po prostu zadecydował sam za siebie. W przeciwieństwie do 90% populacji ludzi poddającej się bez walki oczekiwaniom innych.

 

J. nigdy nie pytał – „czy mnie kochasz?” Uważał, że to najczęściej zadawane pytanie na świecie, nie ma w sobie nic z romantyzmu. Za to potrafił z niesamowitą wrażliwością zapytać – „czerwone czy białe?” albo „czy znasz kogokolwiek kto jest naprawdę szczęśliwy?”. Te pytania sprawiały, że brak w nich współczesnej tendencyjności były dla niej największym dowodem jego miłości. Oryginalność stawała się ich pożądaniem. Kochała w nim to jak pobudzał ludzi do myślenia. To powinno być zadanie każdego z nas – mówił – aby nie zatrzymywać się ani na chwile w swoich myślach, czy też nie dać się uwikłać w poglądy nie do zmienienia. Kwiatów też nigdy nie było. Uważał, że o miłości najlepiej świadczą krótkie słowa, nie czyny. Paradoksalnie cytował jej niekiedy zapiski z Internetu. Tak, z Internetu – ze źródła uważanego przez niektórych za przyczynę rozpadu ludzkich relacji. On sądził inaczej. Twierdził, że tylko w sieci można znaleźć tak niezliczoną liczbę ludzkich, niezwykle pasjonujących historii.

 

Kłótnie z nim zawsze dawały jej poczucie bezpieczeństwa. Nawet sprawiały jej przyjemność. Wiedziała, że są one niezbędne, bo każdy z nas ma w sobie coś z indywidualisty. To jest dobre – mówił – to jest jak proces twórczy, który za każdym razem ukazuje inny punkt widzenia. Pewnego razu punktem spornym ich dyskusji stały się pieniądze - główny temat przewijający się w większości współczesnych konwersacji. Tyle, że w tym przypadku nie chodziło o ich ilość, źródło ich pochodzenia, czy też przeznaczenie. Chodziło o jedno zdanie: „Jeśli masz ich wystarczająco dużo, możesz zacząć marzyć. Jeśli nie, nawet nie próbuj”. W. uważała przeciwnie – ich brak determinuje u ludzi potrzebę zmian, staje się źródłem mobilizacji do różnego rodzaju wyzwań. On słuchał ją wtedy z niesamowitą wrażliwością. Taką która wręcz nie przystoi w tym przypadku. Jednym z jego koronnych argumentów było stwierdzenie, iż łatwiej jest mieć wybór co do ich posiadania, tudzież ich braku, wtedy gdy masz ich wystarczająco dużo. Na końcu jednak rzekł rzecz najważniejszą: Dobrze, nie zgadzaj się ze mną – taką Cię właśnie pokochałem i świadomie wybrałem spośród tłumu nieznanych mi twarzy. Ale powiedz mi tylko jedno – dlaczego ludzie bogaci wydają się być piękniejsi? Na to, jak na wiele innych pytań, nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.

 

Owszem, nastawał i taki czas w którym J. niemiłosiernie się denerwował. Ale nawet wtedy jego umysł potrafił wykreować ciekawa i nietuzinkową myśl. Kiedyś stwierdził, że łatwiej oskarżać jest ludzi bliskich naszemu sercu, ponieważ jesteśmy przekonani, że zawsze będziemy mieć wystarczająco dużo czasu aby ich przeprosić. Nie potrafił żyć i myśleć kierując się utartymi z góry konwenansami. Zawsze widział tę „drugą stronę”. Nie potrafił przykładowo zrozumieć na jakiej podstawie ludzie tego samego człowieka – o tej samej tożsamości, tym samym imieniu i nazwisku – jednego dnia potrafią nazwać „bohaterem”, a już kilka dni później zakwalifikować go do kategorii „życiowego nieudacznika”. To sprawia, że tak często szacunek do drugiej istoty staje się dziś tylko teorią, co więcej coraz bardziej niepopularnym i wychodzącym z mody zjawiskiem – mówił.

 

Zastanawiało ją jak on mógł funkcjonować we współczesnej rzeczywistości. Jego niedzisiejsza bezkompromisowość nijak miała się do wszechobecnej ludzkiej dwulicowości. Raz nawet wyznał, że chciał odebrać sobie życie. Uznał to za osiągnięcie godne podziwu. Ale jedna rzecz powstrzymywała go przed tak radykalnym krokiem – fakt, iż nikt nie jest mu w stanie przysiądź, że będzie o nim pamiętał dzień po dniu. Wiedział, że nikt nie złoży mu takiej obietnicy, bo z natury jesteśmy egoistami. Pamiętamy o tym co jest dla nas wygodne w danej chwili nie potrafiąc zatrzymać wszystkich ludzkich wspomnień.

 

Gdy tak szli, on przed nią, a ona za nim przypomniała sobie o jeszcze jednej sytuacji. Dziecko, które razem zobaczyli na jednej z fotografii. J. właśnie tak definiował piękno. Był przekonany, że tylko uśmiech na twarzy maleńkiej istoty jest w stanie oddać krystaliczne, niczym nieskażone piękno. Wysnuł nawet teorię, że każda terapia małżeńska powinna opierać się na projekcji filmu przedstawiającego tylko i wyłącznie dziecięce twarze. Przecież dziecko jest klasyczną tabulą rasą, na której zapiski tworzą sami dorośli. To jest kwintesencja ludzkiej tragedii – pozostawiamy te małe istoty od 3 roku życia same sobie. Dlaczego uważał, że właśnie od tego momentu? Do tego wieku dziecko mało co rozumie,a jeszcze mniej świadomie analizuje. Nie potrafi odróżnić smutku od radości w oczach mamy, czy też krzyku od wyrozumiałego wzroku taty. Później dziecko zostaje samo z  kłótniami rodziców i ich zapewnieniami bez pokrycia – „ Będzie dobrze. To nie Twoja sprawa”. Zostaje samo z pogardliwym wzrokiem mamy skierowanym na tatę podczas niedzielnego obiadu. Zostaje samo z pustymi deklaracjami pt. „tatuś Cię kocha”, które kilka godzin później dobitnie tracą na znaczeniu, gdy mała istota widzi obrazek zataczającego się i wyzbytego z człowieczeństwa ojca. Zostaje samo z dwuznacznymi postawami dorosłych i ich całą, życiową niekonsekwencją.

 

Pamiętała też jak twierdził, iż większość  ludzkiej populacji nie potrafi, od tak, bez zastanowienia, odpowiedzieć na pytanie– „co ja tutaj właściwie robię?" Dlatego był całkowicie pewny, że nie każdy może iść przez życie wyprostowanym. Jesteśmy życiowymi inwalidami – mówił. Większość z nas kończy je na kolanach, albo jako istoty bez serca. Jeśli mam rację – mawiał – to tłumaczy fakt, iż musimy iść przez życie razem, wspierając się wzajemnie, opierając na czyimś ramieniu, bądź też prosząc o popychanie nas do przodu. Dlatego też nie mógł zrozumieć dlaczego ludzie tak bardzo się oszukują paradoksalnie nie mogąc bez siebie żyć.

 

Uwielbiała spędzać z nim poranki. J. mówił, że rano człowiek wygląda najpiękniej. On czuł wtedy ten niesamowity zapał do życia i głód egzystencji. Może dlatego, że za każdym razem otwierając oczy powtarzał sobie – „Uff, jak dobrze. Ciągle tutaj jestem. Żyję. Mam jeszcze tyle do zrobienia”.

 

Coś co wyjątkowo utkwiło jej w pamięci to jego niczym nieograniczony nałóg do zadawania pytań. Nieustanna potrzeba rozmowy i uzyskiwania odpowiedzi. Nie każdy z nas to potrafi. Znała przecież ludzi, którzy zadając jej pytanie, już z góry zakładali własne modelowe odpowiedzi. On taki nie był. Potrafił nieprzerwanie słuchać zatapiając swoją ciekawość w słuchaczu. Nawet swego czasu notowała ukradkiem jego pytania, po to aby móc sie nad nimi rozwodzić, szczególnie nocą. Najciekawsze były te banalne – „co jest Twoim ulubionym słowem?”, „Jak się teraz czujesz?”, „Jak sądzisz – ile jeszcze kartek zdołasz zapisać w swoim życiu?”. Te i wiele innych pytań wyrzucał z siebie z niesamowitą łatwością. Raz nawet stwierdził, że lepiej uzyskać odpowiedź na pytanie zaczynające się od frazy – „po co”, aniżeli „dlaczego”. „Po co”, odnosi się do bytu, do czegoś namacalnego i materialnego, czyli do tego co człowiek umiłował od początku świata – do rzeczy – odrzucając tym samym nieśmiertelność i duchową egzystencję.

 

Pytała go nieustannie o życie. Mawiał, że życie jest jak krótki film o śmierci. O śmierci emocjonalnej – gdy tracimy wiarę w bliskich nam ludzi; o śmierci psychicznej – gdy tracimy nadzieję i o śmierci fizycznej – gdy tracimy na końcu ciało. Wierzył też, że najlepsze co możemy z nim zrobić to go nie reżyserować powtarzając do ostatniego tchu – „ It’s still not enough”. I w nim wcale nie chodzi o nas – powtarzał – bo my zawsze będziemy się czuć jak jego niedopasowane kawałki.

 

Lubił siebie. Co ważne, jeszcze bardziej lubił ludzi. Okazywał to praktycznie na każdym kroku. Jednak nie szanował tj. nie wchodził w dyskusję z ludźmi, którzy zgadzali się z nim zbyt łatwo i zbyt często. Za to lubował się w tak zwanych „bezkompromisowych antystereotypiarzach”. Niekiedy wydawało się jej, że dla niego mogłyby istnieć tylko dwa słowa – „nie” i „nigdy”. Budował swój świat na bezgranicznej szczerości i katońskiej bezwzględności. Nie istniał dla niego kolor szary. Liczył się tylko czarny i biały. Nieraz, a i owszem odstępował od swojej emocjonalnej palety barw na rzecz zielonego, ale to tylko po niezwykle skomplikowanych, kobiecych zabiegach W.

 

A czy było coś, co mogło go po prostu przestraszyć? W. twierdziła że tak. We wszystkim co J. mówił i robił, było widać lęk przed utratą. Nawet gdy kładł się spać bał się, iż nastanie taki dzień gdy obudzi się innym człowiekiem. Sądził, że najbardziej złudnym w życiu  wrażeniem jest trwanie w przekonaniu, iż wszystko wydaje się nam istnieć bez końca. A tak naprawdę to tylko jedna krótka chwila, którą większość z nas i tak przesypia.

 

A kiedy jej najbardziej zaimponował? Gdy stanął przy niej gdy była sama. Nie złapał jej za rękę, nie przytulił, nic nie mówił – po prostu był. A tak się stało, bo J. zawsze powtarzał – niekiedy gesty tłumią to co najbardziej chcielibyśmy sobie powiedzieć. Nigdy się z nikim nie wiązał, po to aby nie czuć się do kogoś przywiązanym. Przywiązanie – mówił – to największa w życiu odpowiedzialność. To obowiązek wzięcia na siebie ciężaru czyjejś egzystencji. A większość z nas tego nie potrafi. W pewnym momencie zachowujemy się jak zdrajcy. Zapominamy, że daliśmy słowo i obiecaliśmy trwać obok bez względu na zmieniającą się rzeczywistość. A my nieraz, od tak - bo on stał się mniej czuły, a ona mniej atrakcyjna - po prostu pasujemy. Rezygnujemy z realnej cząstki siebie.

 

Zapytała go kiedyś o sukces. W tym temacie twierdził, że wie niewiele. Bo sukces to praca, a praca to ludzie, a ludzie to chora maksymalizacja zysków połączona z przesadzonym konsumpcjonizmem. Sądził, że tu receptą byłoby nie tyle co, stagnacyjne bycie najlepszym, ale ewolucyjne stawanie się coraz to lepszym. A to ewoluowanie musi iść w parze z ambicją, ze stanem który z góry zakłada kłopoty. Jeśli chcesz życie odbierać jako piękne, łatwe i przyjemne, z ambicją nawet nie zaczynaj – mawiał.

 

O czym marzył? Wiedział, że ludzi odmienia tylko tragedia. Marzył o świecie bez pokoju, bez lekarzy i miłości. O miejscu pozbawionym wszelkich pozytywnych, ludzkich uczuć i emocji. Śnił o wizji utraconego raju. Modlił się o jeden taki dzień – dzień wojen, kataklizmów i chorób w każdym miejscu na ziemi. Przeciętny człowiek uzna to za szaleństwo, a J. traktował to jako jedyny sposób na ocalenie naszej cywilizacji. Przecież właśnie tak się dzieje – codziennie jakaś tragedia odmienia ludzkie życie. Dlaczegóż więc nie pragnąć zbiorowej rewolty dla całego rodzaju ludzkiego? 

 

J. wiedział, że wypadałoby, aby w Boga nie wierzył. Bo ludzie światli i inteligentni zwyczajnie w Boga nie wierzą. A on wierzył. Uważał, że religia byłaby piękna gdy nie ludzie. Co rusz bowiem, ktoś próbuje mieszać dwie sfery, które z zasady powinny się wykluczać – wiarę i rozum. Na wiarę nie ma miarodajnego matematycznego wzoru, ani odpowiedniej tezy badawczej. Na Boga nie działają sentencję – „no to zrób coś skoro mówią, że jesteś”.

 

J. nie chciał świata zmieniać. Jest to niemożliwe, bo wiedział, że jesteśmy najgłupszym gatunkiem na ziemi. Otóż znając cały wachlarz uczuć, emocji i zachowań, od szczęścia, pożądania po złość i nienawiść i tak zawsze opowiemy się po ciemnej stronie ludzkiej natury. Takie niczym niepoparte kroczenie na przekór. Bo tu na ziemi wszystko już jest – nawet najgorsze zbrodnie niektórzy próbują tłumaczyć najpiękniejszymi słowami.

 

Gdy w końcu przystanął, ona również uznała, że należy się im odpoczynek. Ale to nie był przystanek. To było pożegnanie. J. odwrócił się do niej mówiąc – skoro życie to jeden wielki absurd nie bierzmy go na poważnie. I odszedł siać nadzieję gdzie indziej.

 

 

 

Podobne artykuły


13
komentarze: 49 | wyświetlenia: 1274
12
komentarze: 68 | wyświetlenia: 1002
12
komentarze: 93 | wyświetlenia: 783
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1411
12
komentarze: 25 | wyświetlenia: 2038
12
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1596
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 1517
11
komentarze: 72 | wyświetlenia: 783
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1011
11
komentarze: 9 | wyświetlenia: 501
11
komentarze: 17 | wyświetlenia: 663
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 446
11
komentarze: 31 | wyświetlenia: 2106
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska