Login lub e-mail Hasło   

Zapiski w drewnie

Było krótko przed godziną dziewiątą. Igły sypały się z czubków drzew na blat stołu zbity z kilku szerokich desek. Siedzieliśmy dookoła na malutkich krzesełkach ryb...
Wyświetlenia: 760 Zamieszczono 22/07/2012

Było krótko przed godziną dziewiątą. Igły sypały się z czubków drzew na blat stołu zbity z kilku szerokich desek. Siedzieliśmy dookoła na malutkich krzesełkach rybackich. Jedliśmy śniadanie. Wąski materiał krzesełka rozpięty jest pomiędzy dwoma prostokątami, uformowanymi z prętów spiętych zaczepem na spodzie tak, by można było na nim spocząć bez obawy, że górne „V” powstałego z tej konstrukcji iksa zakleszczy czyjeś pośladki. Czasami dla zabawy zostawialiśmy niespięte zaczepy, żeby czyjaś pupa wylądowała w potrzasku.

Poranki były bardzo ważne, o ile nawet nie najważniejsze. Chociaż nigdy nie planowaliśmy dnia, który właśnie się zaczynał, to w porze śniadania okazywało się, jakie możliwości zabaw wchodzą w grę, a jakie zostaną wykluczone. Słońce decydowało o wszystkim. Kiedy tylko budził nas skwar panujący w namiocie wyskakiwaliśmy z niego by jak najszybciej zmierzyć się ze śniadaniem i ruszyć w stronę plaży. Kiedy ze snu budził nas stukot musieliśmy wyjrzeć na zewnątrz. Nie wolno ufać stukotom kiedy w lesie zrywa się wiatr. Raz nawet zdążyliśmy się pokłócić zaraz po otwarciu oczu o to, że na pewno nie będziemy mogli bawić się w statki nad jeziorem bo znowu pada. Jeszcze przed śniadaniem. Jak się okazało, stukot do złudzenia przypominający krople deszczu upadające na tropik namiotu, był tylko małymi igiełkami i szyszkami spadającymi na nas z góry.

Koniec śniadania był początkiem zabawy. W ciągu całego dnia robiliśmy sobie tylko przerwy na obiad i kolację. Ilość towarzyszy zabaw zależała od wielu rzeczy. Istotne było to kiedy i kto przyjechał. Rodzice, którzy skutecznie potrafili nam lub innym w tym przeszkadzać. Najważniejszą jednak była obecność słońca. Jezioro stawało się wtedy morzem, pomost ogromnym okrętem, a my wszyscy dzieliliśmy się na jego załogę i atakujących przeciwników. Walczyliśmy zaciekle. Gałązki były naszą bronią, błoto rzucane do wody bombami, a czas, czas stawał się co najmniej zamierzchły.

Z jeziora przedostawaliśmy się na ląd. Skrywaliśmy w gęstych szuwarach, krzakach, pośród drzew. Wołanie na obiad traktowane było jak śmierć. Przez współtowarzyszy natomiast jako zdrada. Kiedy skrywaliśmy się ze swoją zabawą przed wzrokiem i słuchem dorosłych w lesie rzeczywistość zdawała się rozdwajać. Wszystkie słowa wypowiadane do siebie nabierały innego znaczenia. Usłyszane opowieści odkrywały zaś zupełnie inne oblicza otaczających nas miejsc. Nowe twarze, które las pokazuje wszystkim, którzy odważą się dostatecznie głęboko w niego wejść.

Nikt z nas nie lubił się bać. Jakie dziecko może pomyśleć w ogóle o strachu jako czymś, co można lubić? Dla nas strach był po prostu strachem. Albo zaczynałeś się bać, albo zwyczajnie nie było czego się bać. Im głębiej wnikaliśmy w las, tym bardziej zdawaliśmy sobie sprawę ze swojej indywidualności. Jesteśmy razem. W jednej drużynie, ale jednocześnie zdani na samych siebie. Zawsze można zakończyć zabawę, gdyby coś poważnego się stało. Co poważnego może nas jednak spotkać? Ludzi słychać z daleka, jak chodzą, w naszej zabawie chodzi tymczasem o nie zdradzenie swoich pozycji i odkrycie drużyny przeciwnej. Jeśli chodzi o zwierzęta, to prędzej one uciekną przed nami, niż my zdążymy je zobaczyć. W razie czego szybko na drzewo i po sprawie. Codziennie stawaliśmy się w tym coraz lepsi. Nawet rodzice nie mogli nas już znaleźć jeśli sami tego nie chcieliśmy. Las stawał się naszym domem na ten kilkutygodniowy okres czasu.

Zmieniał się wieczorem. Można powiedzieć, że nie do poznania. Wtedy nawet rodzice nie chodzili za nami, tylko nawoływali z obozowiska. Sami nie zapuszczaliśmy się już na tyle głęboko, by nie widzieć świateł kempingu. Nie mówiąc już o głosach, czy śmiechach dorosłych. Było nawet miejsce około pięciuset metrów od obozowiska, gdzie rozwidlały się drogi prowadzące do różnych części lasu. Kiedy tylko zbliżał się wieczór oddalaliśmy się od niego. Drogi stawały się nieprzejrzyste. Przejście nimi do wsi, na pola, w inną część jeziora, głąb lasu, czy nad kolejne jezioro nie było już spokojnym spacerem. Kiedy słońce zachodziło konary drzew unoszące się wysoko w stronę nieba oddzielały resztki światła na ich szczycie od gęstniejącej u ich korzeni ciemności. Stawaliśmy na środku drogi żegnając się. Pełni nadziei, że powróci. Szarzejące mdłą bladością niebo ciemniało w przerwie lasu. Chmury uciekały szybko w stronę słońca. Pora i na nas. U zbiegu dróg pozostawał samotny kurhan usypany z piasku porośniętego mchem. Sterczał z niego strasząc swoją trwającą kruchością drewniany krzyż zbity z małych desek.

Kiedy zapadał zmierzch, zmieniały się też nasze zabawy. Stawaliśmy się ostrożniejsi. Jak gdyby coś mogło nam grozić. Las przestawał być tak przyjazny jak za dnia. Budziły się inne zwierzęta. On sam zmieniał swój kształt. Bawił się z nami w dziwnego berka. Krzaki, za którymi znikali towarzysze zabaw wracając do swoich domków, namiotów, czy przyczep campingowych zmieniały kształty, jakby chciały pokazać, że są żywe i mogą chwycić każdego z nas gdy tylko mają na to ochotę. Kiedy poruszaliśmy się wieczorem, to tylko w grupkach. Dorośli nie musieli nas przed niczym przestrzegać. Sami wiedzieliśmy nie wiedzieć czemu, że tak będzie bezpieczniej.

Asia poprosiła mnie, żebym ją odprowadził do jej domku. Szliśmy blisko siebie. Schlebiało mi, że to ja miałem ją odeskortować. Było już całkiem ciemno. Szliśmy drogą w kierunku rozstajów. Wyszliśmy już poza pole namiotowe. Minęliśmy kilka przyczep przerobionych na domki letniskowe. Niebo było już całkiem ciemne. Było widać na nim gwiazdy. Szedłem obok czując zapach jej kasztanowych kręconych włosów. Nie patrzyłem na nią nie chcąc się zdradzić z moją sympatią. Chciałem, żeby jej hebanowe oczy spojrzały na mnie pierwsze. Zatrzymały. Błysnęły odwzajemnioną sympatią. Żeby jej malutki spiczasty nosek przytulił się do mojego.

Szliśmy ścieżką wzdłuż wąskiej polanki oddzielającej las od zagajnika. Za nim były już tylko pola, dalej szosa i wieś. Zatrzymała się gwałtownie. Powiedziała mi, że bardzo cieszy się, że z nią jestem. Nie było to dokładnie to, co chciałem usłyszeć…

Boję się tej staruszki – powiedziała. – Jakiej staruszki? – zapytałem kompletnie zaskoczony. – Tej,  którą widziałam wczoraj. Nikomu o tym nie powiedziałam, ale bardzo się boję. – Co za staruszki? – dopytywałem niecierpliwie, pora i miejsce nie były zbyt sprzyjające tego typu rozmowom.– Nie mówiłam o tym nikomu, bo śmialiby się ze mnie, ale ja dobrze wiem, co widziałam. To było bardzo dziwne. Obiecaj tylko proszę, że nie będziesz się śmiał. – Zdecydowanie nie bawiła mnie cała ta sytuacja i treść rozmowy. Do tego byliśmy w pobliżu niezbyt przyjaznego miejsca. – Nie jest mi wcale do śmiechu – odpowiedziałem. – Jakiś czas temu, kiedy kładłam się spać i zgasiłam lampkę naftową, którą miałam obok łóżka do czytania i spojrzałam w okno, zobaczyłam w nim staruszkę, która zaraz zniknęła. Wiem, że mogło mi się przywidzieć. Tak też sobie wszystko tłumaczyłam, żeby się nie bać i zasnąć spokojnie. Na drugi dzień jednak odkryłam coś bardzo dziwnego. Wstałam jako pierwsza i wyszłam na zewnątrz, sama już nie pamiętam po co. Koło płotu zobaczyłam coś czarnego. Podeszłam bliżej, żeby się temu przyjrzeć. To była martwa wrona. Obok leżały rozsypane trujące grzyby. Wiesz, muchomory, szatany, było ich sporo. Rozejrzałam się wzdłuż płotu i dopiero wtedy przestraszyłam się nie na żarty. Były rozsypane wzdłuż ogrodzenia. To chyba nie był przypadek. Zaczęłam je zbierać i wyrzucać do worka na śmieci, żeby nasze psy się nimi przypadkiem nie potruły. Obeszłam cały dom i zgadnij co… – przerwała pytająco. – Nie wiem co – odpowiedziałem konkretnie już wystraszony. – Najwięcej było ich pod moim oknem – powiedziała prawie szeptem. Chyba miała łzy w oczach, ale nie byłem w stanie tego zobaczyć. Było zbyt ciemno. Jej spiczasty nosek drżał niewidocznie. Nasze serca drżały. Ona bała się tego, co czekało ją za kilkadziesiąt metrów. Ja bałem się tego, co mówiła i drogi powrotnej. Bałem się, że będę zaraz sam. Tylko ja i otaczający mnie las. Ja i jego tajemnice. – Nie mów o tym nikomu. Proszę cię – usłyszałem, kiedy tylko była już w stanie mówić dalej. W czasie tego milczenia stałem się dorosły. Nie chciałem wierzyć w to, co słyszę. Usłyszałem słowa tajemnicy. Zrozumiałem gdzie leży granica pomiędzy tym, co jest, a tym, co może się stać. Pomiędzy światem dorosłych i światem dzieci. Granicą był las. Ten las. Dotarło do mnie, że kiedy przekroczę odpowiedni wiek zacznę wątpić w to, co opowiadają mi inni. Wtedy jeszcze wyraźnie wahałem się. – Proszę – wyszeptała drżącym głosem. Zaufałem jej. Lęk już mnie jednak nie opuścił.

Odprowadziłem ją. Resztę drogi milczeliśmy. Nie powiedziałem jej o tym, że bałem się tego miejsca już wcześniej. Kiedyś sam tam spałem. Nie nazwałem go nigdy więcej przyjaznym. Tego wieczora zawiązała się między nami dziwna nić porozumienia. Chciałem wątpić w to, co mówi, ale nie mogłem. Wiedziałem, że nie kłamie. Taka tajemnica zobowiązuje. Takiej tajemnicy nie można lekceważyć. Kiedy przez te kilka chwil ciszy podczas tamtej rozmowy byłem dorosłym sobą widziałem naszą wspólną przyszłość. Nas trzymających się za ręce. Nas powracających tu na wakacje. Nasze dzieci. Wiedziałem doskonale, że tak się nie stanie. To miejsce i ta tajemnica jest tylko dla nas i może jeszcze kogoś, kto o tym wie. Na pewno nie jest jednak nasza. Nigdy bowiem nie powrócimy tu ze swoimi dziećmi. Nigdy już razem. Ona też o tym wiedziała.

Zastanawiałem się nieraz, dlaczego mi o tym powiedziała. Później okazało się, jak bardzo chciała być ze mną. Było to długo po tym jak dowiedziałem się o staruszce rozrzucającej trujące grzyby wokół jej letniskowego domku. Na krótko przed jego sprzedażą. Nie byliśmy jeszcze całkiem dorośli, ale już dawno nie byliśmy też dziećmi. Właściwie ona wtedy spodziewała się już nawet własnego. Wspomniałem przy okazji tamtego spotkania, jedyny raz w życiu o tym, co pomyślałem i poczułem tamtego wieczora. Odpowiedziała tylko: – Nigdy więcej nie mów tego żadnej kobiecie tak późno…

Kiedy wracam w te miejsca po latach spaceruję starymi drogami. Nadal nie wiem kogo szczątki spoczywają we wciąż obecnej na rozstajach mogile. Mijam dawną polanę i pole namiotowe obsadzone nowymi drzewami. Przysiadam na pniach ściętych drzew, za którymi się niegdyś chowałem. Wiem, że było tu dawniej obozowisko. Wiem, że miejsce to nadal odwiedzają dawni rówieśnicy zabaw. Wszyscy mamy wspomnienia wspólnych kąpieli, walk na miecze i podchodów. Spaceruję w kierunku dobrze znanego mi domku letniskowego na skraju lasu. Są tam jacyś ludzie. Patrzą na mnie podejrzliwie. Ja uśmiecham się na widok leżących obok wyciętych drzew. Oni spokojnie wracają do swoich zajęć. Zostałem tylko ja. Tajemnica i jej zapiski w leżącym obok drewnie.

Podobne artykuły


11
komentarze: 22 | wyświetlenia: 596
11
komentarze: 40 | wyświetlenia: 1070
11
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1081
10
komentarze: 11 | wyświetlenia: 563
10
komentarze: 1 | wyświetlenia: 888
10
komentarze: 1 | wyświetlenia: 999
9
komentarze: 0 | wyświetlenia: 694
9
komentarze: 36 | wyświetlenia: 782
9
komentarze: 13 | wyświetlenia: 536
9
komentarze: 24 | wyświetlenia: 456
9
komentarze: 44 | wyświetlenia: 702
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1146
9
komentarze: 1 | wyświetlenia: 685
9
komentarze: 56 | wyświetlenia: 292
9
komentarze: 33 | wyświetlenia: 767
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy






Brak wiadomości


Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska