Login lub e-mail Hasło   

Buty (3 i ost.)

Ocalmy od zapomnienia. I cóż z tego, że nogi są sprawne, gdy się ma na nich podarte buty?
Wyświetlenia: 1.779 Zamieszczono 24/07/2012

        Po mokrej jesieni przyszła mroźna zima. I cóż z tego że nogi są sprawne, gdy się ma na nich podarte buty? W mróz to przecież jak kalectwo. Cały kłopot był w tym, że Bronek miał małe stopy. Stare półbuty zdarł ostatecznie na żwirze przy nasypie kolejowym IG Farben. Graber szukał nawet u sąsiadów, w końcu jednak znalazł w piwnicy stare buty syna jeszcze z czasów szkolnych wycieczek. Podeszwy trochę starte, ale z grubej skóry i sporo jeszcze wytrzymają, a poza tym ciepłe, sznurowane i w sam raz na bronkowy rozmiar. No tak, były jeszcze wysokie buty z błyszczącymi cholewami, które Graber kupił, gdy Helmut został drużynowym w Hitlerjugend, ale przecież nie mógł ich dać Polakowi teraz, kiedy wokół było pełno wojska i esesmanów z różnych formacji, a poza tym chodzić w takich  po gospodarstwie…

   Od jesieni po wschodniej stronie zaczęły się roboty ziemne przy umocnieniach. Pracowali najpierw ci z Todta i Arbeitsdienstu, a potem także jeńcy. Przejeżdżały kolumny zmęczonego Wehrmachtu, wracały kolumny sanitarne rannych i kalekich. Graberowie obserwowali ich w milczeniu, jakby nieuważnie – mimochodem i gromadzili w spiżarni wszelkie możliwe wiktuały od suchej kiełbasy uwędzonej słoniny po konfitury. Ruch na drogach nie ustawał nawet w święta i nowy rok; samoloty potrafiły huczeć nawet w nocy. Wojna nasilała się wraz z zimą. Na szczęście gospodarstwo było na zachodnim skraju miasta, więc z dala od militaryzowanej strefy.  Miny Niemców na zszarzałych twarzach mówiły więcej niż ich słowa, tylko Helmut na fotografii pozostawał uśmiechnięty nieskazitelnie – jak przed wojną.

    W lutym za horyzontem zaczęło grzmieć, na moście na Odrze stanęły posterunki, a w mieście znów zaroiło się od wojska, armat i samochodów pancernych. Graber zrobił się nerwowy i tylko jego żona  z większym skupieniem peklowała mięso i pakowała do weków. W obejściu obrządek należał do Bronka, a ten rytm nadal nie ulegał zmianie – najpierw krowy, potem oba konie, choć to była głównie domena gospodarza. Ostatnie świnie zarżnęli po incydencie z grenadierami.

    Wczesnym świtem Bronek, jak zwykle poszedł wydoić krowy. Mróz był trzaskający, a milczący jeszcze wojenny horyzont czerwienił się łuną wschodu. Gdy wszedł do obory uderzył go zapach papierosowego dymu. W półmroku odnalazł włącznik, a  w smudze światła zastał cała drużynę żołnierzy porozkładanych na pryzmie siana usypanej w rogu budynku. Z wrażenia wypuścił z ręki wiadro, które upadło z blaszanym łoskotem. Bronek chciał się wycofać do drzwi, ale jeden z żołnierzy zdążył się poderwać i chwycić automat.  Za chwilę już kilku poderwało się z siana.

 - Co tu robisz?!

- Przyszedłem wydoić krowy.  

 - Dobrze, ja i moi koledzy też się napijemy. Do roboty, pośpiesz się.

     Bronek zabrał wiadro i szybko wszedł za krowę, żeby zejść z linii lufy Schmeisera. Przykucnąwszy pośpiesznie doił krowę,  licząc jednocześnie odległość do drzwi i podglądając ruchy Niemców spod krowiego brzucha.  Podnosili się, siadając leniwie; byli brudni i zarośnięci, a obok nich walało się pełno oporządzenia, leżały taśmy z amunicją obok dwóch erkaemów na rozstawionych nóżkach, pod ścianą rury pancerfaustów Także po obłoconych buciorach i płaszczach można było się domyślić, że szli długo bez postoju. Do obory przygnał ich pewnie nocny mróz. Ten, który zatrzymał Bronka odłożył już automat i zapinał właśnie pas z kaburą, paląc papierosa. Nagle przykucnął i spojrzał pod krowę.

 - Ej, dawaj to mleko!

   Bronek wyszedł z wiadrem napełnionym może w jednej trzeciej pojemności i podał je żołnierzowi, który mleko oddał kolegom i zapytał:

- Dlaczego nie jesteś w wojsku? Zgłosiłeś się do Volksturmu?

- Nie.-  Niemiec znów zaczął patrzeć  spode łba

 - Dlaczego!?

    - Jestem polskim robotnikiem. – odparł, oceniając w pamięci odległość do drzwi. Rozmowy kompanów na chwilę ucichły i wszyscy spojrzeli na chłopca.

- Polak? Ach tak… To pewnie katolik, wszyscy Polacy lubią się modlić…  To módl się! - wyjął z kabury pistolet i skierował w stronę Bronka, ale ten, nie czekając dłużej rzucił się do drzwi. Gdy w nie wpadł usłyszał za sobą huk wystrzału i gromki rechot kamratów z Wehrmachtu. Rozpędził się tak, że w parę sekund znalazł się w pokoju Grabera, który właśnie kończył się ubierać.

   Jako gospodarz zareagował spokojnie. Dowódcą grupy okazał się feldfebel, który wystrzałem przepłoszył Polaka. Grenadierzy pancerni weszli do Greifenhagen nocą i rozeszli się po gospodarstwach do czasu przydzielenia rejonu stacjonowania i obrony. Graberowi, jako weteranowi pierwszej wojny i ojcu poległego oficera Wehrmachtu, wyjaśnił to oficer, który robił obchód swoich żołnierzy. Poprosił też o pomoc w formie wrzątku do mycia, herbaty lub kawy zbożowej. Całe zamieszanie trwało dwa dni, po czym wojsko odeszło na drugą stronę Odry. Graber jednak zdecydował się zarżnąć dwie ostatnie świnie w obawie przed niespodziewaną rekwizycją, albo zwykłą kradzieżą. Potem powiedział do chłopca:

 - Bruno, musimy przygotować spanie w piwnicy, bo oni zniszczą miasto. Nie wiadomo ile potrwają walki, ale wygrać z Ruskimi nie mogą. Zanim się to skończy spalą miasto, a my przecież musimy jakoś przetrwać, prawda?

   Trudno się było nie zgodzić, więc Bronek pomagał jak mógł. Posprzątali, poznosili sienniki, poduszki świeżo wypchane pierzem, naczynia, naftę, świece i wszystko co było niezbędne do prowizorycznego życia. Tymczasem w okolicy przybywało armat, czołgów i wojsko kręciło się wszędzie. Bronek prawie wcale nie wychodził poza zagrodę, od kiedy zatrzymała go Feldgandarmerie i ostrzegła przed łażeniem po mieście.

   Od marca za horyzontem grzmiało już codziennie i z dnia na dzień coraz głośniej i bliżej. Aż wreszcie w nocy z siódmego na ósmego zaczęło się. Gejzery wybuchów w mieście, kanonada w dzień i w nocy, naloty, świst pocisków artyleryjskich, które przeniosło aż za ostanie zabudowania i eksplodowały na oślep w polu, w lesie, w podwórzu. Główne walki toczyły się po wschodniej stronie i tam miasto dymiło w odgłosach kanonady. Po tygodniu czołgi pojawiły się między najbliższymi zabudowaniami. Wtedy wszyscy zeszli do piwnicy, bo armaty z wieżyczek oznaczonych gwiazdą strzelały w budynki, z których załogi domyślały się ataku. Strzelanina rzedła, oddalał się huk artylerii, narastała niepewność. Gdy czołgi skończyły przeczesywanie osiedli, zdecydowali się wejść do domu.

  Rosjanie wpadli wcześnie rano; łomotnęły kopnięte drzwi i za chwilę ludzie w waciakach i długich szynelach wygonili mieszkańców na podwórko - wprost pod ścianę stodoły. Dwóch pilnowało jeńców pod lufami pepesz, zaś reszta plądrowała obejście.

 - Nu germańcy, gawarit kak wasza familia!

 - Ja Polak, nie germaniec! Z Polski na robotach przymusowych.

 - Paliak? A dokumient u tiebia jest? -  Jest w domu!

 -  No parień, pasmotrim. Idi s nim Saszka damoj.

  Bronek oczywiście znalazł dokumenty i starą kurtkę z naszytym rombem z literą „P”. Żołnierze wypytali go zaraz, czy gospodarze mają broń, czy to faszyści i czy go krzywdzili. Bronek zapewniał, że nie, ale Rosjanie wcale nie wydawali się tym uradowani. Kazali mu odejść, a małżeństwo nadal trzymali pod ścianą.

  On jednak nie zwracał już na to uwagi, ważniejsze, że teraz Rosjan nie było w mieszkaniu. W pośpiechu wpadł do pokoju „starego” i gorączkowo przeszukał szafę. Potem sięgnął po nią i wysunął płaski drewniane pudło. Tętno waliło mu jak młotek. Otworzył i zobaczył to czego szukał: dwa małe damskie pistolety z rękojeściami z masy perłowej, jeden duży posrebrzany rewolwer z pozłacaną inkrustacją i magazynki z amunicją. Po kolei wszystko poukładał za koszulą, żeby się nie wysypało przy chodzeniu i ocenił wygląd w lustrze. Potem spokojnym krokiem wyszedł z domu i skierował się w stronę dołu z gnojowicą za oborą. Broń ziębiła go w brzuch, ale podtrzymywał ją ręką, bo ciężar groził wysypaniem przy każdym kroku. Szczęśliwie nie śledzony dotarł do celu i gdy bagaż chlupnął w smrodliwej mazi, Bronek odetchnął z ulgą. I pomyśleć, że Helmut przywiózł te trofea z okupacji Francji, a stary Graber niedawno pokazał je chłopcu w zaufaniu jako pamiątkę po synu.

   Dom Rosjanie przetrząsnęli na końcu, ale za to bez pośpiechu i dokładnie. Najedli się przy tym, napili, spustoszyli spiżarnię, a czego nie mogli zabrać potłukli. Saszka w zabłoconych buciorach wyspał się na łóżku Bronka, a choć niewiele starszy, jako „oswoboditiel” nie reagował na jego protesty. Wychodząc zabrał z sobą błyszczące wciąż buty z cholewami po Helmucie, które „w razie czego” pasowały na Bronka, zaś koledzy srebrne sztućce, zegar wiszący w stołowym, radio, kilka kurtek zimowych i kożuch oraz omegę z ręki Grabera.

  Graberowa na szczęście część peklowanego mięsa i szynki ukryła sprytnie w piwnicy, na wypadek zniszczenia domu. Zostało też trochę konfitur w spiżarni i kartofle pod kopcem. Wszystkiego nie można było wnosić do domu, bo tu zawsze mogli się zjawić sałdaty. Dzięki temu jakoś mogli przeżyć ten czas niepewności. W zburzonym mieście najgorszy był widok trupów w większości żołnierzy niemieckich, walające się po ruinach i rowach, zaś ich widok doprowadzał Bronka do rozpaczy. Często leżeli z bronią, która nagle stała się zupełnie nieistotna, bo nawet Rosjanie nie spieszyli się z jej pozbieraniem. Dopiero z czasem do sprzątania zagonili jeńców i część niemieckich mieszkańców.

                                       alt

  Pod koniec kwietnia rosyjski „Wojenkomat” ogłosił rozpoczęcie akcji wysiedlania Niemców w głąb terytorium Rzeszy. Wieść także niosła, że Greifenhagen ma być przyłączone do Polski. Nadszedł więc czas pożegnań.

 - Widzisz Bruno, - powiedział któregoś dnia Graber przy stole - chciałem ci dać tamte wysokie buty po Helmucie, ale już ich nie ma. Ty oczywiście możesz sobie tu wybrać co chcesz, bo sami damy ci to z chęcią, ale zastanów się naprawdę, czy nie lepiej żebyś z nami pojechał do mojego brata. Zawsze możesz zostać z nami póki się sam jakoś nie urządzisz. Tam już są Amerykanie, a przede wszystkim nie ma tych komunistów. Jeśli nie, zostań tutaj, przynajmniej gospodarstwo trafi w dobre ręce. Przemyśl to, zanim zdecydujesz. – Stary patrzył mu głęboko w oczy.

  Bronek był jednak od początku zdecydowany wracać do domu i żadna inna możliwość nie wchodziła w rachubę. Na początku maja pożegnali się i i Graberowie z tobołkami zniknęli na zawsze. Bronek też spakował parę rzeczy i załatwił sobie papiery powrotne. Spotkał kilku Polaków, którzy wyjeżdżali z Niemcami „na Zachód”. Oni też namawiali go na ucieczkę przed komuną, ale w końcu, wyśmiawszy jego upór, ubiór i dobytek, dali mu na drogę parę nowiutkich oficerek ze słowami „załóż je, bo w tych swoich daleko nie dojdziesz”.

                                   alt

  Nie wiedzieli, jak bardzo się mylili. Bronek w ich butach doszedł zaledwie do pierwszego mostu na Odrze, gdzie zatrzymał go rosyjski wartownik dla kontroli dokumentów. Papiery były dobre, ale buty nie. Grożąc pepeszką zwycięzca nakazał je zdjąć i wcale nie chciał słuchać tłumaczeń Bronka o dalekiej drodze do domu usłanej szkłem i gruzem. Z pod mostu wyłoniła się nagle siwa kobieta i spokojnie zwróciła się do chłopaka po niemiecku:

- Zdejmij synku te buty, bo ja pochowałam tu właśnie jednego, który nie chciał mu oddać zegarka.                                       

  Tak więc do domu Bronek powędrował w starych butach. Nie wiedział, że tam czeka na niego powołanie do KBW i zwykła miejska, powojenna bieda, ale to już temat na zupełnie inną opowieść. Zaś miasto... rzeczywiście nazywa się dziś po polsku.

                                                                         alt

            

Podobne artykuły


22
komentarze: 7 | wyświetlenia: 2514
35
komentarze: 15 | wyświetlenia: 2699
34
komentarze: 20 | wyświetlenia: 3235
28
komentarze: 9 | wyświetlenia: 2475
27
komentarze: 12 | wyświetlenia: 5225
71
komentarze: 22 | wyświetlenia: 17506
19
komentarze: 17 | wyświetlenia: 2902
15
komentarze: 13 | wyświetlenia: 1172
15
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1359
14
komentarze: 31 | wyświetlenia: 1973
32
komentarze: 13 | wyświetlenia: 5966
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Lepiej bez butów niż bez życia...
PS Mail poszedł.

  awers,  24/07/2012

Prawda.

Nie zawsze, ale w tym przypadku chyba tak...

Rekomenduję to opowiadanie - to niezła proza. Z przekazem czegoś osobistego. Przypomina mi jakieś moje stare, rodzinne, powojenne wątki... bronimy się różnie - czasem pamięcią , czasem satyrą...

  awers,  24/07/2012

Znów prawda Siwy.

Ej, dajcie już spokój, bo jeszcze pomyślę, że się lubicie..:P

  awers,  24/07/2012

Ale się znalazła dowcipna!

Staram się jak mogę:P

  awers,  24/07/2012

Możesz, masz chyba o co trzeba.

A co trzeba?

  awers,  24/07/2012

He, he... wielu chciałoby wiedzieć.

To inaczej... a skąd wiesz, że mam?

  awers,  24/07/2012

Pisze się z siebie albo się sciąga.

Ja wolę ściągać... a w ogóle o czym mowa?:P

  awers,  24/07/2012

Że dziękuję. Nadal piszę lewą ręką i półkulą.

Ja też, cale życie:P Pomóc?

  belfegor,  24/07/2012

Świetne - przeczytałem jednym tchem :)
PS
Uwagi w e-mailu :)

  awers,  24/07/2012

A do tego prawdziwe.)

  awers,  24/07/2012

TM i Belfegor - dzięki!

Bardzo mnie poruszyło, Awersie... Siostra mojej babci, tak właśnie pracowała u bauera, jako młoda dziewczyna, i wyjechała do Kanady, po zakończeniu wojny, nie mogąc zlokalizować rodziny przez Czerwony Krzyż... nie chciała wracać do Polski, do wsi pod Lwowem już nie mogła...

  awers,  27/07/2012

Rozumiem Cię Kwiatku, oprócz ojca, którego wspomnienia tu opisałem, moja mama też pracowała - w cegielni pod Hanowerem robiła dachówki także w czasie nalotów dywanowych. Ze strefy amerykańskiej też wróciła do Polski. Opowieści mogłoby być więcej, do czego namawiam za Bachirem, bo dają inny , przemilczany wymiar wojny.)

  seta1212,  30/07/2012

wysłałem maila



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska