Login lub e-mail Hasło   

Lwy Nemejskie 2

Ująć dumną kobietę nie jest łatwo. Ale czy łatwiej jest ująć jej ojca? A czasem trzeba...
Wyświetlenia: 2.333 Zamieszczono 01/08/2012
Ojcowie córek, po które, moi panowie, przyszliśmy lub przyjdziemy w ich progi, są różni. Czasem niewymagający, polubowni, czasem wręcz niecharakterni i niezainteresowani wyborami (i losami) swych córek. To łatwa sprawa.
Bywają też ojcowie stojący nad córkami i ich dobrem z toporem u nogi. Mniej lub bardziej widzialnym.
Tak, oni wymagają czegoś więcej od mężczyzn, którzy przybywają obwieścić swoje uczucie. Oczy takich ojców prześwietlają i mrożą, nawet antarktyzują... a na żelaznych bicepsach drgają żyły pogrubione troską o szczęście i bezpieczeństwo ich małych księżniczek...
I tacy ojcowie bywają.
I co wtedy?
 

Lwy Nemejskie 2

Stałem zadumany przy oknie zalewanym deszczem. Miałem już tylko chwilę, by w pełni wejść w rolę odpowiedzialnego ojca. Za trzy minuty – jeśli jest punktualny i zdeterminowany – kandydat do ręki córki tego ojca zadzwoni do drzwi.
   Właściwie byłem już tym, kim być należało. Ojcem wyważonym, badawczym, przenikliwym, a także – bo uważałem to za słuszne – nieco szorstkim i emanującym niechęcią raczej niż życzliwością.
   Ktokolwiek ma zdobyć serce i ciało mojej jedynej córki – musi być odporny i zdecydowany. Moja surowość i odrobina arogancji nie były wszak aż tak wielkim wyzwaniem, by zniechęcić i zawrócić porządnego, sumiennego człowieka. Ktokolwiek ma ożenić się z moją córką, musi liczyć się ze znacznie cięższymi wyzwaniami życia. Moja córka może zachorować, stracić pierś, poronić albo na pół roku stać się seksualną niewolnicą demona. Mąż mojej córki musi przejść próbę wszelką. Nie może jej zostawić. Nigdy. Ani na chwilę.
   Bo kiedy nadejdą wyzwania, nie będzie przy niej jej ojca.
   Dlatego koniecznym było przekonać się, że kandydat jest charakterny. Że ciało ma krzepkie, a duch niezłomny.
   Szczerze mówiąc, byłem sceptyczny.
   Poprzednich dwunastu odpadło.
   Szkoda mi było córki. Była samotna. Piękna, przenikliwa, spragniona mężczyzny i gotowa na szlachetne oddanie.
   Ale nie mogłem oddać jej żadnemu z mężczyzn, których wystraszyła moja twarz złowrogiego drapieżnika, ostrość wzroku i skłuwające niczym dzidy słowne prowokacje. Jeśli uszli przy takiej próbie, tym bardziej zostawiliby ją wobec prób najcięższych.
   Znam moją córkę najlepiej jak tylko można. I to, czego ona najbardziej pragnie uniknąć, to porzucenie i samotność.
   Kandydat pojawił się na drodze. Przyszedł pieszo, co obrałem za plus. Skoro szedł, to rozważał, medytował, być może szukał zrównoważenia. Być może delektował tę chwilę, która mogła na resztę życia stanowić wspomnienie nieocenionego triumfu.
   Albo piętno sromoty.
   Wziąłem głęboki oddech i całkowicie wszedłem w rolę.
   A potem poszedłem otworzyć drzwi.
  

*


   Kandydat zwycięsko przeszedł pierwszy etap – wrażenie wzrokowe. Tak jak opisał się córce przez Internet i telefon, był postawny, umięśniony i sprężysty. Zwróciłem też natychmiastową uwagę na jego zadbane dłonie, prostą postawę i spokój w oczach. Na schludny ubiór, gustowne i czyste buty – nie mniejszą.
   To jednak nie musiało oznaczać niczego. Siedmiu poprzedników nie ustępowało mu w niczym pod tymi względami.
   - Dzień dobry – wyciągnął rękę. - Tobiasz Ameleon.
   - Proszę do salonu – wyrzekłem chrapliwie, wskazując mu drogę.
   Nie było żadnej pożyteczności w zwlekaniu ze sprawą. Podałem mu kubek z herbatą Twinnings – co było jedynym gestem życzliwości, na jaki kandydat mógł kiedykolwiek liczyć – i kiedy rozsiadł się w fotelu, wyrzekłem sucho:
   - Jest pan zainteresowany ożenkiem z moją córką.
   - Ożenkiem – skrzywił się. - Nie za miło pobrzmiewa to określenie, pan wybaczy... Ja Magdę kocham i jestem przede wszystkim zainteresowany życiem z nią. Rozumie pan, dzieleniem trosk i radości. Miłość nas łączy, no a papier... Hmm...
   Przybrałem jeszcze bardziej suchy ton. Nie zamierzałem się ceregielić.
   - Panie Ameleon. Pan sobie zdaje sprawę, że Magda NIE WYJDZIE za pana, jeśli powiem jej – a w tym momencie stoimy w tym punkcie – że jest pan żałosnym, małostkowym, skrzypiącym puppetem ze sznurkami plączącymi się u drewnianych stóp?
   Zapadła cisza. Kandydat został zaskoczony. Każdy z jego poprzedników zawsze był zaskoczony w tym miejscu.
   Dwóch zresztą w tym miejscu wyszło i nigdy nie wróciło.
   Wszystkim rujnował się całkowicie plan, jakikolwiek sobie na tę rozmowę przygotowali.
   Tobiasz Ameleon patrzył na mnie ze zmarszczonym czołem i nieco wytrzeszczonymi oczami. Wiedziałem, co zaprząta jego umysł. Powtarzał sobie w myślach słowa, których użyłem, i zastanawiał, czy odnieść się do nich za pomocą żartu, żachnięcia – czy też udać, że nie padły.
   Postawił na to ostatnie, co uczynił jako pierwszy z wszystkich, których przyjąłem do tej pory.
   Ale było zbyt wcześnie, by robić sobie jakieś nadzieje z tego powodu. Zdecydowanie zbyt wcześnie.
   - Myślę – rzekł z imponującym opanowaniem – że obaj zgodzimy się, proszę pana, iż świstek nie jest najmniejszym gwarantem ani jakości, ani trwałości związku dwojga ludzi... - Zrobił pauzę, ciekaw, czy będę miał chęć odnieść się do tej sondy rozpoznawczej.
   Miałem chęć i odniosłem się.
   Sonda rozpoznawcza jest niczym konna szpica rozpoznająca przedpole bitwy i kondycję przeciwnika. Może wieść do prędkiego i przynoszącego zwycięstwo uderzenia frontalnego. Może – ale nie musi.
   Kandydat popełnił błąd w swoim rozpoznaniu.
   - Użycie słowa „świstek” uprzedza mnie do pana już po minucie kontaktu – wyznałem chłodno. - Jak bardzo jest to obiecujące, proszę sobie samemu odpowiedzieć. Jeśli niesie nadzieję, proszę podskoczyć do góry pajacykowo, a po wylądowaniu zawołać „Omijajcie wyspę Hula!”.
   Jeśli wcześniej postarał się natychmiast zneutralizować wytrzeszcz oczu i ukryć oszołomienie, to teraz już tak bardzo z tym nie galopował. Właściwie patrzył na mnie trochę bezrozumnie.
   Jak taki puppet ze sznurkami splątanymi u drewnianych stóp.
   Więc kontynuowałem:
   - Poważam ludzi Przedwojnia. To był czas wykwitu fali niezwykle taktownych, promiennych i uduchowionych Polaków. Wytłuczono ich, bo jakiejś klice planetarnych manipulantów silna Polska psuła szyki. Dziś mamy społeczeństwo zbudowane z popłuczyn. Z popłuczyn co jakiś czas wytapiają się kandydaci do ręki mojej córki. Przychodzą tu, by pozyskać moje uznanie. Gdyby obejrzeli kilka filmów przedwojennych, może zwróciliby uwagę na dziwne zjawisko obyczajowe. Takt i maniery. Szacunek i wyważenie. Może wtedy, rozprawiając o ślubie – najświętszej ceremonii życia ludzkiego – okazywaliby owe maniery, zamiast stosować popłuczynowe zwroty w rodzaju „świstek” czy choćby „papier”. - Nadal patrzył na mnie rozszerzonymi oczami. - Ślub potwierdzony dokumentem jest aktem nie tylko oficjalnym, lecz także duchowym. Wnoszącym energię. Tak w czakramy każdego z małżonków osobno, jak w czakram ich związku. Ktokolwiek poważnie i z radością myśli o obietnicy miłosnej i jej pielęgnowaniu – taki dokument podpisze nie tylko ochoczo. Nie tylko z szacunkiem i nabożeństwem całego serca. - Sięgnąłem po japońską filiżankę i łyknąłem zielonej herbaty. - On to zrobi, panie Ameleon, pożądliwie. I wdzięcznie.
   Teraz zamilkłem na chwilę, delektując napój i dając czas kandydatowi na dojście do siebie. Został storpedowany, ale jeszcze nie był przekreślony. Właściwie dopiero teraz wystawiłem go na pierwszą z prób. Z ciekawością oczekiwałem jego słów.
   Zbierał się niecałe pół minuty.
   - Przepraszam bardzo – chrząknął. - Nie miałem absolutnie nic złego na myśli. Szanuję akt ślubny... Zresztą spieszno mi do niego i dlatego tu jestem. Żeby uzyskać pańską zgodę. A mówiąc o papierze... no, o tym ceremoniale... chciałem tylko zaznaczyć, że moja miłość jest silna i wychodzi ponad to wszystko.
   Był inteligentny i szczery. I całkiem opanowany. Ale zaczynał już kiepsko znosić moje – w istocie nieprzyjazne i natrętnie na nim uwieszone – spojrzenie. Podniósł kubek do góry i schował za nim tyle swej twarzy, ile tylko zdołał.
   - Gdy pan trzyma kubek w ten sposób – wymierzyłem weń palcem – nos panu wystaje dość hebrajsko. A poza tym, jak mam traktować kandydata z powagą, jeśli pije herbatę z tak zdobionego infantylnie kubka.
   Zagryzł wargi i obniżył wzrok na swoje wciąż wzniesione naczynie. Zdobione barwnym, wyjątkowo komicznym krasnoludkiem.
   - Sam mi pan taki podał... - bąknął zakłopotany.
   - Ależ pan go przyjął niczym relikwię. Może pan chociaż podejdzie do sprawy z humorem – przecież jest pan witalnym młodzieńcem, a nie kirasjerem napoleońskim stłuczonym pod Borodino – i wypowie jakiś żart o tym kubku?
   - Żart?... - wciąż patrzył na kubek, co było oczywistym sposobem na uniknięcie patrzenia na mnie.
   - Jest pan sztywny, spięty, ograniczony nie tylko manierami, ale i wyobraźnią. Poczucie humoru niewątpliwie pan ma, tylko gdyby je sproszkować na plankton, wykarmiłbym gupiki w moim akwarium przez dzień, może dwa. Potem bieda.
   Odstawił kubek i objął dłonią brodę. Był w tym widoczny wysiłek, ale zdołał podnieść na mnie oczy.
   - Czy pan... mnie nie lubi? - spytał nerwowo. - Czy Magda coś mówiła, co się panu nie spodobało? Bo przecież tak mnie z góry nie lubić, to trochę uprzedzenie...
   - Pan myli pojęcia, Ameleonie. Ja nie darzę pana żadną wyjściową antypatią. Mój certyfikat pańskiej osoby jest neutralnie pusty. To pan go ma wypełnić. Natomiast ja pana wyjściowo nie darzę: sympatią, miłością, ufnością, szacunkiem i podziwem. To pan ma to sobie wywalczyć. Po to pan przyszedł. A czas upływa. Na razie punkty stracone.
   - Punkty stracone? - powtórzył już trochę nerwowo. - Ale przecież ja mam do pana szacunek, a Magdę kocham z całego serca... Naprawdę!... I poczucie humoru mam – dodał bezradnie.
   - Tak? - spytałem tonem mieszającym oblodzenie z niechęcią. - To proszę mnie o tym przekonać, bo nie wydam córki za ponuraka. Moja córka ma mieć życie promienne i wesołe, a nie butwieć galerniczo w związku z humorystycznie zabiedzonym pierrotem. Proszę podskoczyć jak przystało na pajacyka i zawołać „Omijajcie wyspę Hula!” albo ubawić mnie żartem na temat kubka.
   Zapadło milczenie, co, niestety, nie zaskoczyło mnie zupełnie. Niespecjalnie już wierzyłem w kandydata Tobiasza Ameleona. Właściwie uznałem już za fakt wszczęcie jego rozpadu. A przecież najgorsza próba wciąż była przed nim. Próba, której nie przeszedł nikt.
   - Wie pan – wydusił – jestem trochę zdenerwowany... Trema... Jest pan jednak ojcem mojej ukochanej, proszę wybaczyć. Ale jeszcze pana zaskoczę, obiecuję.
   - Nie podejrzewałem pana o żart na temat kubka wymyślony na poczekaniu. Natomiast podskok lub fikołek i wesołe puppetowate okrzyki były w pańskim zasięgu. Uważam, że silny charakter i umysł nie baczą na ograniczenia i konwenanse popłuczynowego społeczeństwa. Gdyby pan oglądał filmy przedwojenne, widziałby, jak swobodnie i wariacko wygłupiali się tamci ludzie. Żart o kubku ja powiem w takim razie – chwyciłem kubek i uniosłem go w górę. - Proszę słuchać, ceramiczna czaszko z podłużnym otworem na gwinee:

Dwa krasnoludki drewniane butki
Noszą! Jeden jest duży, drugi malutki
Duży pije z kubka, lecz nie podskoczy
Mały kubek zdobi, bo jest uroczy.


   Odstawiłem kubek i spojrzałem z zadumą na oniemiałego Ameleona.
   - Nic specjalnego, powie pan – rzekłem. - Ale to na poczekaniu. No i historia oparta na faktach, nie jakieś baśnie spod Gorców. Dopije pan? - zaprosiłem dłonią do podjęcia kubka.
   Chwycił go z tępą miną. Wyglądał na znużonego i nieszczęśliwego. I nawet żal mi go było. Ale nie oddam córki z powodu żalu. A i wyjść z domu mojego każdy musi sam, o własnych siłach. Moje nie były aż tak spore, by wchodzić w rolę niedźwiedzia i wyrzucać zdewastowanych kandydatów niczym odpady.
   Którymi zawsze się stawali.
   Ku rozczarowaniu mojej córki.
   - No tak – westchnąłem głośno, jakbym frapował się kierunkiem obranym przez cywilizację – niech mi pan powie, za co pan kocha moją córkę.
   Odetchnął. Pomyślał zapewne, że skończył się etap dziwacznych pytań i zaczepek, i że zmierzamy na zwyczajowe tory wyszukiwania wspólnych zasad i interesów.
   Jak to można pochopnie odetchnąć.
   - Kocham Magdę za wszystko – odrzekł bez namysłu. - Jest jedyna, niepowtarzalna, magnetyczna, inspirująca... cudowna. Ma czar, inteligencję i jasno określone wartości.
   - To wszystko prawda – skinąłem głową. - Pytanie brzmi: skąd pana o tym przekonanie.
   Zamrugał oczami.
   - Noo, wie pan, znamy się już pół roku. Może to niezbyt długi czasu, ale...
   - Nie jestem sztywny w tych sprawach – przerwałem. - Pięcioletni okres rozpoznawania też niczego nie zagwarantuje. A pokrewne dusze mogą się rozpoznać w ciągu jednej godziny. Sęk w tym, że pan nie zna mojej córki.
   - Znam...
   - Wirtualnie. W ten sposób to ja znam Che Guevarę. Bardzo się lubimy.
   - Ale... No przecież pisaliśmy do siebie – żachnął się. - Dzwoniliśmy... Ja już za sam jej głos kocham ją dożywotnio. Dźwięczy jak dzwon anielski.
   Mój głos był chrapliwy, nieco zduszony i na pewno nie dźwięczał.
   - Proszę mi się tu nie roztkliwiać – upomniałem surowo. - Od kandydata do ręki mojej córki oczekuję racjonalnego chłodu i postawy zdyscyplinowanego legionisty rzymskiego, a nie popiskiwania i omdleń podlotka z Wyspy Księcia Edwarda. A moja córka nie jest jakąś niebiańską podfruwajką, tylko charyzmatyczną, uduchowioną kobietą.
   - Nie przeczę... - wymamrotał.
   Nie wyglądał na kogoś, kto czerpie przyjemność z rozmowy ze mną.
   Jednak mimo zniechęcenia, wytrącenia z równowagi i psychicznego znużenia, wciąż trzymał się fotela i nawet za okno nie spojrzał. Zależało mu na Magdzie.
   Miałem powody twierdzić, że Magdzie na nim już trochę mniej.
   - Pan sobie zdaje sprawę, jak można fałszować obraz swój i status poprzez kontakt internetowy – powiedziałem. - Czy moja córka ma wierzyć we wszystko, co pan jej powiedział i napisał?
   - Musi... To znaczy może. I ona mi wierzy, mówiła...
   - To ja zdecyduję, czy jej wiara będzie podtrzymana – odparłem, co było bardziej uczciwe niż Ameleon mógłby przypuszczać. - Pan, zdaje się, utrzymuje, że przodek pański walczył jako husarz pod Kłuszynem?
   - To prawda – podniósł na mnie oczy. - Możemy to zweryfikować.
   - Możemy i zrobimy to. Żeby się nie okazało, że przodek był żołdakiem od Rakoczego, co polskie dwory palił.
   Przełknął ślinę.
   - Czy pan jest przeciwko mnie? - spytał ponuro. - Pan myśli, że chcę wykorzystać pańską córkę?
   - Oczywiście, że tak myślę. Każdy ojciec tak myśli. Bo każdy ojciec jest mężczyzną, który wcześniej skupiał wysiłki na wykorzystaniu maksymalnej liczby dziewcząt. Proszę mnie przekonać, że się mylę.
   - Ale jak??
   - Proszę podskoczyć pajacykowo i zawołać „Omijajcie wyspę Hula!”.
   - Jezu, pan chyba żartuje? - potrząsnął głową.
   Spojrzałem na niego jak esesman na jeńca spod ściany straceń, który pyta, czy wieczorem mógłby pójść do fotoplastykonu.
   - Oczywiście, że żartuję, panie puppecie. Przenikliwość pańskiego rozumu jest wprost proporcjonalna do charyzmy i poczucia humoru. Razem to wszystko tworzy tak potężną wartość, że zastąpiłaby moskaliki w słoiku, który znajdzie pan w mojej lodówce.
   Nie wyrzekł ani słowa. Może był już bardzo zrezygnowany i czekał bez większej nadziei na szansę przełamania ofensywy, która spychała go tak, jak lodołamacz spychałby canoe Irokezów.
   Próżne było to czekanie. Cios miał dopiero paść.
   - Jak już powiedziałem, Internet baśnie i gawędy tworzy – wstałem, by z założonymi rękami zacząć spacer wzdłuż dywanu. - Pytam natomiast jako ojciec: jak pan widzi taką ochronę mojej córki?
   Zmarszczył czoło groteskowo.
   - Ochronę?
   - Pan zakłada, że Magdalena ma się sama bronić przed arogancją i molestowaniem popłuczynowego społeczeństwa? I może bronić też pana zarazem?
   - Nie – obruszył się. Był w rozpadzie; zaczynał już reagować jak urażony trzynastolatek. - Jestem sprawny i dumny. Trenowałem karate shotokan.
   - Shotokan? Proszę je sobie wykorzystać do ozdobienia parady armii Andory. Jakie są pańskie realne zdolności bojowe i siła mobilizacji przy, powiedzmy, ataku mniejszości quebeckiej na dom?
   - Mniejszości quebeckiej? - wybełkotał.
   - Czy pan koniecznie stawia na kolejny najazd mongolski? Czy pan potrafi jako ten oświecony prorok Izajasz przewidzieć, kto i kiedy na dom pański napadnie? A może zaprzeczy pan prawdopodobieństwu zderzenia się z przemocą? Wyznaje pan przekonanie, że żyjemy w jakimś lukrowanym świecie elfów roztańczonych na łące umajonej?
   - Oczywiście, że nie! - prawie krzyknął ze złością. - Przepraszam... Nie jestem naiwny. Może jakiś rzezimieszek przyjdzie pewnego dnia i...
   - Określenie „rzezimieszek” raczej zostawiłbym pasjonatom spisującym zamieszki średniowieczne, bo nas otaczają po prostu bandyci i psychopaci. Mniejsza z tym jednakże. Ja pytam: jaki pan ma obmyślony sposób samoobrony?
   - Wezwę policję.
   - Ten sposób proszę polecić weteranom Insurekcji Kościuszkowskiej, którzy są dziś zbyt starzy i chromi, by nasadzić bagnet na trzonek miotły. Nim policja przyjedzie, minie pięć, dziesięć, może więcej minut. W tym czasie współczesny rzezimieszek spłodzi pacholę z pańską żoną, opróżni sejf i wytnie panu w grdyce coś równie dekoracyjnego, co wycina się w arbuzach zdobiących stoły weselne. Ja pytam, czy pan ma broń palną i serce wojownika. Jeśli nie, to nawet na obrońcę mszycy sterroryzowanej przez żuka nie mogę pana rekomendować.
   Starł dłonią pot z czoła.
   - Broń palną mogę załatwić... jeśli twierdzi pan, że to nieodzowne...
   - Samoobrona jest nieodzowna.
   - ...a serce wojownika mam. W każdym, kto kocha kobietę, obudzi się wojownik.
   - Czy aby w krasnoludku, co drewniane buciki nosi? - uniosłem brwi.
   Sapnął niczym odyniec zagoniony w narożnik.
   - Pan się zapędza z tym upokarzaniem. A ja bym nieba uchylił Madzi.
   - Niech pan jej uchyli odwagi i troski, a nieboskłon zostawi astronomom z Fromborka. No cóż, w kwestii samoobrony stracił pan kolejne punkty. Teraz aż strach pytać o strategię kontrataku.
   Znowu zmarszczył czoło, ale nie odważył się odezwać.
   - No, przecież samoobrona odpiera najeźdźcę. A odparty najeźdźca to najeźdźca upokorzony i wściekły. Pan sądzi, planktonie, że nie wróci sposiłkowany?
   - Dlaczego miałby...
   - A dlaczego bandyci napadają? To nie są ludzie skłonni do refleksji i przewartościowania. Klaps w tyłek nie uczyni ich świętymi Aleksymi. Wrócą z jeszcze silniejszą żądzą rzezi. Dlatego z punktu samoobrony przechodzimy płynnie do punktu kontrataku. I?...
   - I? - powtórzył tępo.
   - Ścigamy uchodzącego wroga i wycinamy go.
   - Wycinamy...? Czy pan...? Przecież to nie Dziki Zachód – szarpnął się tak, jak szarpnąłby się człowiek ocucony w więzach. Może i tak się poczuł.
   - Skoro woli pan określenie Dziki Wschód... Mówiąc szczerze od męża mojej córki oczekuję przestrzegania trzech punktów regulaminu ochrony. Pierwszy: samoobrona. Drugi: kontruderzenie. Trzeci... no, jak pan myśli?
   - Ewakuacja? - spytał niepewnie.
   - Ewakuują się frukty naniesione deszczówką. Wojownicy zakochani w kobietach i piastujący swoje dzieci nie porzucają własnych gniazd. Jedynie je zabezpieczają i chronią z ogniem w sercu. Temu wszystkiemu świetnie służy punkt trzeci. Ba! przy sumiennym stosowaniu zasad punktu trzeciego nie ma wręcz żadnej potrzeby sięgania po punkt pierwszy i drugi!
   Czekałem, aż jego zaintrygowanie wzrośnie i przemoże bezwład. Co w końcu nastąpiło.
   - Co zaleca punkt trzeci?
   Spojrzałem mu prosto w oczy. Ponieważ było to niczym skrzyżowanie spojrzenia energetycznego wilka ze spojrzeniem zabiedzonej ucieczką sarny, zamrugał i zwiotczał.
   - Terror bliskozewnętrzny – rzekłem surowo.
   Rozszerzył oczy w groteskowym przestrachu.
   - Terror bliskozewnętrzny?? Ale co by to miało być?!
   - Widzi pan, frukcie – przybrałem ciepły, nieomal życzliwy ton – kiedy ograniczyć działania do odpowiedzi, do responsu, to nie ma gwarancji na pełne zabezpieczenie domu przed atakiem. Co lepsze: zostać wyrwanym ze snu przez łomot wyważanych drzwi czy ucapić wroga jeszcze przed płotem? Musimy być terrorystami. Obszar wokół domu, obszar bliskozewnętrzny, należy traktować jak barbakan chroniący zamek, w którym śpi ukochana królewna. Obszar wokół zamku musimy terroryzować tak samo, jak Lew Nemejski terroryzował obszar wokół miasta Nemei. Pan zna mity? Dwanaście prac Herkulesa?
   Nie zareagował. Patrzył na mnie tępo, bezrozumnie, jak to frukt.
   - Lew Nemejski osaczał i eliminował. I my też musimy być Lwami Nemejskimi dla naszych córek i żon. Musimy terroryzować w ramach prewencji. To szlachetny rodzaj terroru.
   - Ale jak mam rozumieć terroryzowanie – wycharczał z wysiłkiem.
   - Nieoficjalne łowy na osobników nieopatrznie wstępujących w pobliże domu. Po pierwsze: wyeliminuje się potencjalnych napastników. Po drugie: prędzej czy później fama o znikaniu ludzi się rozejdzie i pod dom pański ani poltergeist nie odważy się zawitać. To najlepsza metoda na zabezpieczenie domu. I żony – dodałem z naciskiem.
   - Ale terror... - powtarzał tępo. - Jak mam to rozumieć? To całe „znikanie”?
   - Najlepiej dosłownie. Namierzonego intruza należy zneutralizować. Nie znam lepszej na to metody niż rozbicie czaszki kamieniem, porżnięcie ciała, usunięcie twarzy i won w jezioro jakimś nocnym kursem.
  Znowu zapadła cisza. Tobiasz Ameleon wyglądał na umęczonego. Ale i ja byłem już trochę znużony. Człowiek, który nie potrafił uporać się z porównaniem do krasnoludka i puppeta, nie będzie mógł uporać się z zagrożeniem prawdziwej miary.
   Nie może zostać mężem mojej córki.
   Nadeszła pora, by to zakończyć. Przy czym wciąż jeszcze nie padł cios definitywnego rozbicia.
   Stanąłem nad kandydatem.
   - Udowodniłem panu, że jest kukłą papierową odgryzioną z cyrkowego obwieszczenia przez bezpańskie ratlery. Że stoi pan na poziomie skąposzczeta ze swoim poziomem dystansu, humoru, przenikliwości, charyzmy i dumy osobistej. Że jako obrońca mojej córki byłby pan w istocie nikim innym jak kamerdynerem gwałciciela. Podsumowując: jest pan kolejnym fruktem popłuczyn powojennych, który to frukt struga deszczówki niefortunnym trafem spłukała w progi mojego domu. Pytanie brzmi: co sprawia, że frukt nadal tkwi w tych progach?
   Patrzył na mnie zszokowany i zrozpaczony.
   - Pan jest... nienormalny! - wyrwało mu się.
   - A pan jest fruktem. Który już się rozkłada i fermentuje. Czy nadal upiera się pan, że miłość do mojej córki jest szczera?
   - Jest szczera – wydusił z determinacją.
   - I pan ją kocha za to wszystko, co wymienił?
   - Tak.
   - Na pewno? - przeszywałem go wzrokiem; nieomal słychać było jak rozpruwa go jak bagnet.
   - Tak!
   - Za urodę nie?
   Zawahał się.
   - No, nie... To znaczy też... No sam pan wie, że jesteśmy wzrokowcami i to się liczy. Przecież nie jest pan hipokrytą i przyzna.
   Niczego nie zamierzałem przyznawać.
   - Ujęły pana jej zdjęcia?
   - Tak... Ale nie tak bardzo jak jej poglądy, marzenia... Te plany z delfinarium, to...
   - A gdyby nie była zgrabna i śliczna? - uciąłem.
   - To niczego by nie zmieniło – rzekł stanowczo. - To miłość, która zdarza się raz na kilka inkarnacji. Ja kocham duszę Magdy. Ciało zamierzam chronić i pielęgnować jak kwiat.
   - Zdjęcia były fałszywe.
   Nie od razu dotarł do niego sens słów, które wypowiedziałem, Tak to już jest przy silnym wzburzeniu. Ale przecież w końcu musiało to do niego dojść. Zamilkł, otworzył usta jak ten gupik z akwarium i wbił we mnie też taki rybi wzrok.
   - Z... Co??
   - Magda nie pokazała panu swoich prawdziwych zdjęć. Bała się odrzucenia. - Ponieważ nadal się nie odzywał, dodałem: - Proszę zrozumieć, zależało jej na panu. Ale przecież niepotrzebnie się bała, prawda? Pan kocha jej duszę magnetyczną, czy tak?
   - Fałszywe... Ale dlaczego, na miłość boską? - wykrztusił, przełamawszy osłupienie.
   - Widzi pan – nabrałem głośno powietrza. - Magda jest poważnie chora.
   Na jego twarzy wykwitł lęk.
   - Na co? - spytał cicho.
   - Na martwicę toksyczno-rozpływną naskórka. - Przeszedł go dreszcz tak silny, że nie robił z siebie durnia i nie próbował nawet go stłumić. W istocie rozkołysał się niczym lampa sztormowa na kutrze. - To skutek nadużywania piroksykamu. Ten z kolei Magdalena brała przeciw chorobie zwyrodnieniowej stawów oraz reumatoidalnemu zapaleniu stawów. Trochę nadużyła. Poniosło ją, jak to człowieka pragnącego ozdrowieć i wystawić twarz na słońce.
   Siedział ogłuszony, znokautowany, ze spuszczoną głową. Skurczony i podobny brunatnicy przyklejonej do nadburcia.
   - Wystawić twarz – powtórzyłem głucho. - To jej największe marzenie. Bo od czterech lat siedzi w piwnicy, wciśnięta między marynaty, a powidła. Jej cały świat to ja, kiedy schodzę - a bywają tygodnie, że tego nie robię - i komputer. No i pan, on ile nie czmychnie teraz jak spłoszony szelestem piżmowiec.
   Tobiasz Ameleon wciąż był brunatnicą wyssaną z witalności. Rodziło się pytanie, czy ta witalność miała jeszcze wrócić.
   - W rzeczy samej – podniosłem nieco głos – moja córka wygląda jak potwór ze studni wyłowiony. Fakt, że ma przy tym ginekomastię i urodziła się z połową twarzy, nie razi już przy tym aż tak bardzo. Ale jest potworem. Dlatego nie schodzę częściej niż raz na dwa-trzy tygodnie. Bo po każdej wizycie trzeba kilku seansów u terapeuty, by wróciła równowaga i sens życia. I bym mógł zejść znowu do piwnicy. Choćby po powidła.
   Powoli podniósł na mnie oczy. Były przekrwione i zalane łzami niczym zbiorniki retencyjne.
   - Ale jak można było... - wybełkotał z trzęsącą się brodą. Przyjrzałem się tej brodzie z fascynacją, bo zdawała się kwapić do odpadnięcia.
   - Oto jej zdjęcie – wyciągnąłem fotografię z kieszeni i rzuciłem na stolik. - Musi pan się w nie dobrze wpatrzyć, bo nie chcę, by tam, na dole, krzyczał pan i omdlewał. To jej nie pomoże. A tylko w tym roku próbowała odebrać sobie życie dwadzieścia trzy razy. - Stanąłem przy oknie. - Więc sam pan rozumie sytuację. Musiałem przetestować pański system nerwowy i charakter. Bo Magda nie jest tym rodzajem żony, którą może opiekować się motyl pokłonnik podrzucany wiatrem. Ona potrzebuje miłości dożywotniej, tak, ale i ochrony wojownika twardego jak granit. Jest pan taki?
   Najwyraźniej nie był. Nie po tym, jak rzucił okiem na zdjęcie.
   W zamyśleniu przyglądałem się wymiocinom zdobiącym stół zamiast obrusu.
   - Nie mam pretensji o tę reakcję – zaznaczyłem łagodnie. - Właśnie tu mogła nastąpić. A teraz zejdziemy na dół i obaj będziemy mieli twarze wodzów Apaczów Mescalero. Dumne i niewzruszone. I powiem panu: cieszę się, że pan obiecał tę miłość mojej córce. Wierzę panu. I nie byłem z góry uprzedzony. Przeciwnie. Przygotowałem pick-upa. Stoi na podwórzu. Razem wniesiemy pod plandekę skrzynię, w której rozkłada się, przepraszam – spoczywa, moja córka, a pańska narzeczona. Potem odjedziecie zacząć wspólne szczęśliwe życie, a ja posprzątam w końcu piwnicę. Kiedyś was odwiedzę. Jest pan gotowy?
   Tobiasz Ameleon, trzynasty kandydat do ręki mojej córki, był zdecydowanie gotowy.
   Tyle - że do ucieczki. Poderwał się chwiejnie, wywracając stolik, po czym krokiem istoty raczej bezkręgowej, ruszył ku wyjściu.
   Patrzyłem na nim ze zmarszczonymi brwiami.
   - A co z ta miłością, co zdarza się raz na kilka inkarnacji? - zawołałem za nim.
   Trzasnęły drzwi. Po chwili ujrzałem przez okno, jak koślawo biegnie po deszczowych kałużach.
   Zaraz też zniknął. Mimo to jeszcze przez chwilę patrzyłem na deszczowy świat. Aż wreszcie uznałem, że przedłużanie odgrywania roli odpowiedzialnego, wymagającego i gnomio złośliwego ojca mija się już z celem.
   Zwłaszcza, że było to wyczerpujące. Przede wszystkim dla ducha.
   Westchnąłem więc i zacząłem z tej roli wychodzić. Nie było to łatwe – wielu aktorów popadło w obłęd, gdy zgubili drogę powrotną do szlabanu, który w swym natchnieniu wyłamali.
   Ale w końcu się udało. Tak jak w poprzednich dwunastu przypadkach.
   A kiedy się udało, odkleiłam tę drażniącą maskę silikonową i wąsy, zdjęłam dwie bluzy, którymi uprzednio wypchałam sweter, nabrałam powietrza głęboko do płuc i odetchnęłam.
   Z ulgą, ale i ze smutkiem.
   Widzicie, mój ojciec zmarł sześć lat temu. Matka dużo wcześniej. Ojciec był moim światłem i wojownikiem. Wspierał mnie i chronił do ostatniej chwili swego życia. A kiedy umierał, rzekł z czułością, która zgniotła mi serce:
   - Madziu moja, Madziu. Nieszczęściem jest moim, że cię zostawiam. Lecz szczęściem, że cię miałem. Chcę, byś przeżyła swój czas w miłości i spokoju. By twój pierwszy mężczyzna pozostał ostatnim. Lecz żeby tak się stało, sprawdź go, przetestuj tak – jak ja bym to uczynił. Bądź Lwem Nemejskim; ostrym, zniechęcającym, przerażającym. Sztuka męskiej ironii i cynizmu jest trudna, ale ją przyswoisz. Dla tych, którzy przyjdą z wyznaniem miłości, nie miej litości. Atakuj, uderzaj jak kobra. Nie daj chwili wytchnienia. Ci, których to odpędzi od miłości wcześniej zaklinanej, będą oszustami, papierowymi kukłami, które odfrunęłyby w chwili twego niepowodzenia, fruktami przeznaczonymi na rozpad i użyźnienie ziemi. Ten, który przetrwa próbę, będzie przeznaczonym ci mężem. Tylko Lew Nemejski przetrwa szykany Lwa Nemejskiego. Życzę ci szczęścia.
   Schowałam do szuflady komody zdjęcie, które nie przedstawiało mnie – lecz upiora z chińskiego horroru. Potem ruszyłam do pokoju, by włączyć komputer.
   Czułam ulgę, ale i żal. Tobiasz Amaleon raczej nie skłamał podczas tych wszystkich naszych rozmów. Był przystojny, gustownie ubrany, i pewnie jego przodek naprawdę walczył pod Kłuszynem.
   Podobał mi się.
   Ale nie kochał mnie wystarczająco silnie. Nie okazał determinacji i wiary. W chwili ciężkiej próby byłby równie słaby. Byłby puppetem ze sznurkami splątanymi u drewnianych stóp.
   Nie byłby Lwem Nemejskim.
   Jestem Magdalena, córka wojownika. Jestem samotna. Jestem piękna, przenikliwa, spragniona mężczyzny i gotowa na szlachetne oddanie.
   Wciąż czekam na swojego Lwa.

Podobne artykuły


21
komentarze: 19 | wyświetlenia: 7121
50
komentarze: 17 | wyświetlenia: 54999
19
komentarze: 12 | wyświetlenia: 1614
19
komentarze: 13 | wyświetlenia: 1413
19
komentarze: 10 | wyświetlenia: 21272
16
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1631
15
komentarze: 72 | wyświetlenia: 1774
32
komentarze: 34 | wyświetlenia: 3894
26
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1934
23
komentarze: 15 | wyświetlenia: 2189
32
komentarze: 64 | wyświetlenia: 3824
32
komentarze: 44 | wyświetlenia: 2460
 
Autor
Artykuł



  liwa,  02/08/2012

miło Cię znowu powitać. Tęskniłam ;)

  hussair  (www),  02/08/2012

No to masz plusik. :) Miło zaznać czyjejś tęsknoty, nawet "kurtuazyjnej". :)
Urlop się skończył, synek wyjechał. I dalej do przodu.

  liwa,  02/08/2012

ale ja nie tęsknie za plusik, tylko tak z serca... myślałam dziś o Tobie i zastanawiałam się, kogo by tu spytac o Ciebie ;))

  hussair  (www),  02/08/2012

Wychodzi na to, że mnie przyciągnęłaś. ;)
To bardzo miłe, Liwo, dziękuję.

  liwa,  02/08/2012

:)

Hmm... czyli już po wakacjach... To dobrze, będzie zmiana warty:P
A tekst hmmm.... zdecydowanie inaczej powinna mieć na imię bohaterka...:))

  liwa,  02/08/2012

uciekasz The Meaning na wypoczynek ? ;)

Jeszcze nie i wypoczynkiem tego bym nie nazwała... ileż można na plaży leżeć i się smażyć;P

  liwa,  02/08/2012

nie, taka forma odpoczynku męczy. Zgadzam się z Tobą. :)
a musisz tak?

  awers,  02/08/2012

Smażyć się trzeba do wytopienia nadmiarów lub grzechów TM.

Myślę, że znajdą się też inne rozrywki:P (You know what I mean:P)
No właśnie Awers, a co jeśli brak nadmiarów?:P Pozostają grzechy, ale za te się posmażę później... teraz za niewinność chyba:P

  awers,  02/08/2012

To zostaniez żywą reklamą frytek.

  liwa,  02/08/2012

nie ma tak dużego kartofla...;))

Frytek? bleeee.... w życiu:P

  grazaa,  02/08/2012

To może podpiekane ziemniaczki w łupinkach?

  awers,  02/08/2012

To na co masz zamiar się wysmażyć?

  grazaa,  02/08/2012

Ja to lubię na pełnym morzu w piance. Wtedy najlepiej opalają się skarpetki... Ale innym proponuję stopniowe w łupinkach...

Awers: Nie mam zamiaru...
Grazaa: Zdecydowanie wolę nie wiedzieć co jest głęboko pode mną gdy pływam:P

  awers,  02/08/2012

A tam, w głębinach skrywa się popularny miś i czyha na...

???

  awers,  02/08/2012

Oklaski, które w czasie pływania uczynią z Ciebie topielicę z modelu Świtezianka!

Eee tam, złego diabli...:P

  awers,  02/08/2012

Ale miś może.

Może i może, ale niech się lepiej dobrze zastanowi...

  awers,  02/08/2012

Ech, miś popularny... Ja nie umiem o misiach tak szczegółowo.

Ja nie umiem ogólnie... to się dogadali..:P

  liwa,  02/08/2012

jest taka bajka, współczesna o misiu: pokaż mi sie, rozbierz mi sie, połóż mi sie, oddaj mi sie... pakuj mi sie, wynoś mi sie. :))

Aaaa... to już przerabiałam:P

  liwa,  02/08/2012

prawda... znamy tego typu bajeczki... :)
tylko morały zostają...

  grazaa,  02/08/2012

głębinowy miś? ciekawe... to coś nowego, poszukam...

Wreszcie się tu pokazałeś! Widzę, że wybyczenie się nie popsuło pisarskiej weny.
A ta Magda to przegina. Chyba zostanie singielką.
Naszła mnie pewna refleksja. Czy sami przeszlibyśmy próby, jakim poddajemy nieraz innych?

  hussair  (www),  02/08/2012

Czy przeszlibyśmy próby, którym poddajemy innych? Pewnie nie. Ponoć krytykujemy innych za te wady, które sami posiadamy. Niech to będzie wymowne.
Dzięki za pochwałę odnośnie weny, ale to nie najświeższy już batonik, chyba z dwa latka ma. :)

  grazaa,  02/08/2012

Cały czas poddawani jesteśmy próbom, nawet tego nie wiemy... Przychodzą ze wszystkich stron. To powoduje, że zaczynamy wymagać od innych, niekoniecznie egzekwując od siebie. To takie uczucie stałego oblężenia...

  Martyna Smal  (www),  02/08/2012

Dosyć ciekawe:)

  hussair  (www),  02/08/2012

I o to chodziło! :)

  Noemi*,  02/08/2012

Jestem daleka od potępienia bohaterki opowiadania. Strategia tzw. niezdobytych twierdz w relacjach damsko-męskich, nie jest jakimś patologicznym zachowaniem, zwłaszcza na początku relacji, (jeśli, do owej w ogóle dojdzie). Czasami, warto sprawdzić zaangażowanie "zakochanego delikwenta", poddając go mniej lub bardziej wyszukanym testom, nie po to by go dręczyć, a po to by go lepiej poznać. Każdy ma ...  wyświetl więcej

  hussair  (www),  02/08/2012

Kobiety-twierdze to jest coś, co zmienia mężczyzn w kirasjerów. :) I nie tylko daje satysfakcję szturmu (udanego), ale też obietnicę obwarowania przy zakusach innych. ;)
Aczkolwiek dodać trzeba, że przy unikalnym zderzeniu dwóch chemii sobie przeznaczonych, przy takim łup-cup-bam! od pierwszego wejrzenia, nikt nie będzie sobie głowy zawracał jakimś szczególnym fortyfikowaniem... :)

  Noemi*,  02/08/2012

Ano...Piorun sycylijski, mistyczny związek dwojga bratnich dusz, dwie połówki pomarańczy…. Pierwsze westchnienie miłości, to ostatnie westchnienie rozumu:-)

  hussair  (www),  02/08/2012

A potem, jeśli nie u wszystkich, to u wielu, wiedzie to do lipy, rozpadu, klęski... Ale mimo to - KTO BY SOBIE ODMÓWIŁ? :)

  greenway,  02/08/2012

Pułapka Noemi, prawdziwa pułapka. :)

"Ale mimo to - KTO BY SOBIE ODMÓWIŁ? :)" Ja:))

  hussair  (www),  02/08/2012

Ja nie. Ja już taki jestem. Taki typ. "Klifowy". ;)

  greenway,  02/08/2012

Mój typ. ;)

  Noemi*,  02/08/2012

Naszej ludzkiej naturze najbliższy jest monogamizm seryjny, czyli zmiana obiektu miłości średnio co 5-7 lat.:-)

  hussair  (www),  02/08/2012

Co 5-7 lat? No, to jest całkiem potwierdzane przez życie, a przynajmniej przez pogląd, jakoby kryzys dopadał każdy związek po 5 lub 7 latach. Skoro to reguła biologiczno-chemiczna, może byłoby warto ją po prostu zaakceptować?... Ale jakoś ciężko. :)
Green, Twój typ? Klifowy? :)
Aha, TM: jakoś Ci nie dowierzam. :)

  greenway,  02/08/2012

Hussair, mój typ, bo Ty byś sobie nie odmówił.

  hussair  (www),  02/08/2012

No, to jest osobowość Huna chyba. :) Dziś i teraz liczy się poryw, euforia, dynamizm czerpania. A jutro i jego łzy? E tam. ;)

  greenway,  02/08/2012

Hussair. "E tam"- ale zawsze człowieka ciekawi co jest za tą górą?

  hussair  (www),  03/08/2012

Ciekawi, ale ten sektor ciekawości jest słaby, migotliwy. Jak mi chemia przywali - oczywiście w połączeniu z urodą w moim typie, to nie będę zezował przez lunetę, co tam za górami i lasami, tylko działał. :)
Można rzec: będę się pogrążał. :))

  greenway,  03/08/2012

Właśnie, dlatego mój typ. :)))

  hussair  (www),  03/08/2012

OK. :-)

  greenway,  02/08/2012

Droga Noemi, sztuką jest wytyczenie granic, bo otworzyć się w jakimś stopniu trzeba.

  Noemi*,  02/08/2012

No, jeśli, związek rozwija się z czasem, to strategia trudnej do zdobycia twierdzy (w odróżnieniu od twierdzy nie do zdobycia) stosowana z umiarem jest czymś naturalnym i zdrowym.:-)

  hussair  (www),  02/08/2012

:-)

  Hans Kloc  (www),  02/08/2012

Dokładnie. Trzeba znaleźć jakąś równowagę we wszystkim. Skrajności rzadko kiedy są dobre..

Tekst świetnie napisany, ale bohaterka zabrnęła za daleko. Tak naprawdę przejście tych prób nie oznacza, że to dobry kandydat na męża ani odwrotnie. To zweryfikuje samo życie. Poza tym mieć poważne zamiary po 6 miesiącach znajomości internetowej? Dziecinada. Ja też mogę napisać, co mi się podoba, przedstawić się w takim a nie innym świetle i większość użytkowników internetu nie będzie w stanie stw ...  wyświetl więcej

  wiesio,  09/08/2012

Dobre.Masz talent pisarski.

  hussair  (www),  09/08/2012

Dzięki serdeczne! Na pewno mam poczucie humoru, a może jakąś niezłą szajbę. ;)

  golesz,  10/12/2012

Serwer Eioby zbeształ mnie za zbyt dużą częstotliwość na Cię głosowania i odesłał do dnia jutrzejszego. Zapamietam mu to. A w takim razie niech będzie Ci dziś pociechą głos wirtualny, lecz nie słabszy przez to wcale. I podziw za pomysły niezmienny.

Polecam całą książkę Hussaira o tym tytule:))) Mam i Oh,Boy... jest czym postraszyć:)

  hussair  (www),  10/12/2012

Co za draństwo. Ja też mu to zapamiętam. ;)
No, jeśli Czarownicę udało mi się wystraszyć, to jest już satysfakcja. :)

Kwiatuszku jestem pod wrażeniem Twego refleksu. 4 m-ce 10 dni, no no, czy orientujesz się jakie odsetki Cię czekają za opóznienie ;))
Hussaair, mówi się trudno,musisz się nieco ograniczać teraz i tylko dwa wspaniałe arty dziennie masz limit. No ale za to jak wzrośnie jakość. Mam teraz dylemat. Skoro szczęka mi opadała dotychczas z wrażenia, to za co ją będę teraz sklejał, gdy z łomotem będzie tłukła o glebę. Przyjdzie mi ją wstępnie podwiązywać. :)

Jotko, zagłosowałam już daaaaaaaaaaaawno, teraz tylko Goleszowi odpowiedziałam:) A książkę zakupiłam jak tylko się w Radwanie ukazała:)

10.22 10/12/2012...? Musiałech się upewnić :)) Czyżbym nie dowidział? OK- martwisz sie o odsetki,to zrozumiałe ;)))
drseth Elba
Mirka_ B befal Skalny Kwiat ;)

  jotko49,  10/12/2012

:)
;)))

Oj, nie bądź taki drobiazgowy...;)

  jotko49,  10/12/2012

Czyżbym Ci uciekł? :)))

  hussair  (www),  12/12/2012

Spiskują za plecami! Albo flirtują. ;)

Zaskakujesz jak zawsze unikalnym poczuciem humoru. Poleciłem wnuczce (na wydaniu) jako obowiązkową lekturę.)

  hussair  (www),  12/12/2012

Hej, dzięki! :)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska