Login lub e-mail Hasło   

Jeśli chcesz przeżyć przygodę życia, jedź ze mną...

Niestety, za sprawą zmiany trasy pierwotnej, wychodziło mi na to, że licząc koszty paliwa i autostrad, dojedziemy do celu na styk. Albo... Albo nie dojedziemy...
Wyświetlenia: 2.524 Zamieszczono 09/08/2012

W życiu to już jest jakoś tak, że nic nie jest tak jak  być miało albo i powinno. No, w moim też nie...  Plany pierwotne bywają, za sprawą wibracji kosmicznych chyba, zmieniane w, że tak powiem, zastępcze. A i te ulegają licznym modyfikacjom. Czy wiecie jaka to sztuka wielka jest tak zmieniać i modyfikować na okrągło? Ha! Tyle, że czasem męcząca. Nie. Nie dla mnie. Ale dla otoczenia familijnego to i owszem.

Ale od początku.

Tegoroczne wakacje to miało być Camino. Camino i koniec. A wyszła Droga Krzyżowa... Albo zemsta Sithów. Tak. Zemsta Sithów, jak najbardziej. Ale, tak czy inaczej, była to próba charakterów. „Szczęście” towarzyszyło nam od poczatku do... Do końca.

Jak być może niektórzy z Was pamiętają, jakiś czas temu jacyś dobrzy ludzie mnie okradli. Dokładnie. W ich łupach znajdowało się także moje prawo jazdy. No takie ładne, plastikowe... A w skutek postępu cywilizacji nie jest istotne czy ktoś zdał stosowny egzamin i ma kurna 33 lata doświadczenia za kółkiem. Bez wypadku. I, że był już na Księżycu i z powrotem, jeśli idzie o ilość przejechanych kilosów... Istotne jest „manie” albo „niemanie” owego kawałka plastiku. Masz- jedziesz. Nie masz, też jedziesz ale niekoniecznie długo...

 

Proses odzyskiwania zajumanego dokumentu zawiera, sam w sobie, elementy suspens'u i tragifarsy...  Ale o tym nie dzisiaj. Koniec końców prawka nie odzyskałem. A jechać trzeba było. No, „jak trza to mus”! A przed nami Wyspa, Francja i Hiszpania. 1800 mil. W jedną stronę... Mniej więcej.

A ponieważ  Sithowie włożyli swe brudne łapska także w nasze cieniutkie finanse to i jechaliśmy na zasadzie styku. Na styk, licząc kiedy to i ile zasilać powinno nasze konta. No konteczka chyba. Tak. Konteczka. Zdecydowanie.

Wjazd nastąpił 13. lipca. Bilety na prom kupione. Lokum w Hiszpanii opłacone. Benzyny w baku do... Do Londynu. Następne miały wpłynąć... Z naciskiem na miały. Ale między Londynem a Dover już wiedzieliśmy, że nie wpłynęły. Jednak dzięki telefonii komórkowej, chętnemu i bankowości internetowej, się pożyczyło.

Dopiero na promie odetchnąłem z ulgą. Nikt nie zapytał mnie o prawo jazdy. Ani Angole, ani Żabojady. Uff!

Postawiwszy nogi na Kontynencie poczułem się wreszcie jak u siebie. Stwierdzenie, że „Anglia zawsze była wyspą”, które we francuskich ustach jest obelgą wobec Wyspiarzy, jednak ma coś w sobie. Nie umiem tego wyjaśnić ale odczułem i radość i ulgę. Na krótko...

Żabojady dostały jakiegoś małpiego rozumu w temacie zautomatyzowania normalnych, ludzkich „ce-pe-e-nów”. W rejonie Calais nie znalazłem normalnej stacji. Normalnej to znaczy z człowieczą obsługą. Owszem stacje są, ale „nieludzkie”. Dystrybutory wydają paliwo po włożeniu weń karty bankowej. Kurna. Te przyciski, cyferki, pytania... Na szczęście są i po angielsku.  Wreszcie zatankowałem i szczęśliwy udawałem się w kierunku parkingu przy autostradzie coby zaznać zasłużonego odpoczynku. Kuba i Ola mieli spać w samochodzie, po stosownym przepakowaniu bagażu, a ja z koleżanką-małżonką w naszym „parkingowym” namiocie. „Parkingowym” bo spaliśmy w nim na wielu parkingach w Europie. No swoje to on już przeżył... A franuskie ( I austriacke! ) parkingi nadają się do celów noclegowych znakomicie ale... Ale nie tym razem.

Owóż urządzenie nawigacyjne przepięknej urody i zaawansowania technologocznego, takie co to „tańczy, spiewa, deklamuje, daje d... i gotuje” się spsuło. Na tyle się spsuło, że i funkcji swych podstawowych nie wykonywało. Nic tylko czarnym jak węgiel ekranem, o XXL rozmiarze, doprowadzało mnie do czarnej rozpaczy. Owszem, mniej więcej wiedziałem gdzie jestem i gdzie mam jechać. Ale z naciskiem na „mniej” niż  „więcej”. Na „naszym” parkingu znaleźliśmy się około północy. A z domu wyjechałem o czwartej. Rano...

Wreszcie, po ablucjach w zimnej wodzie i lichutkiej kolacyjce, wbiłem się w śpiworek. Grubo po pierwszej w nocy. Jak dobrze! I cicho. I ciepło.

Rozpętało się pandemonium. Grzmoty, że ja cię kręcę! Błyskawice i... I ulewa jakby wszystkie anioły przyszły za potrzebą w jedno miejsce, o jednym czasie. W ciągu kwadransa nasz namiot zmienił się zatopioną tratwę. O-żesz ty! Wszystko, wszyściutko kompletnie przemoczone. Namiot i wkład, który małżonka i ja stanowiliśmy. Była 3.30 rano. No to pospałem...

Po ogarnięciu bajzlu, kawuni, nabyciu atlasu samochodowego Francji, superświetnego i cudownej urody, o szóstej ruszyliśmy w drogę. Po chwili, mimo wszystko, rozćwierkaliśmy się jak ptaszyny a uroki krajobrazu humory wszystkim przywróciły w mig.

Niestety przyszła pora na kolejne tankowanie. Tym razem stacja była ludzka. Podjechałem na parking, wyładowaliśmy kuchenkę, gary, żarełko. Małżonka z Olą, jak na niewiasty przystało, jęły wyżerkę i napitki gotować a Kuba i ja podjechaliśmy do dystrybutorów coby dać żryć autku. Zatankowałem. Po korek. Za 111.34 euro. No, tę kwotę to ja zapamiętam... I poszliśmy zapłacić.

Wkładam kartę i... I nic. Jeszcze raz i... I nic. Przesympatyczny Żabojad, który zauważył był widać oczu moich wytrzeszcz, uśmiechnął się przyjaźnie i coś żabojadził. Mój francuski jest dokładnie taki, jak jego angielski, pomyślałem. Ale przy pomocy rąk, nóg, min i dźwięków nieartykułowanych śmy się dogadali. On się po prostu pytał czy mam inną kartę. No mam, rzecz jasna, tyle, że do poniedziałku karta ta jest pusta. Ergo jest dokładnie tyle samo warta co, jak widać, ta pierwsza.

Uśmiechnąwszy się, jak mniemam, czarująco, dałem temu miłemu panu swój paszport i wytłumaczyłem mu ( chyba ), że muszę skontaktować się z bankiem.

Wróciłem na parking w celu użycia mojej superświetnej komórki hi-fi definition, takiej z gatunku „tańczy, śpiewa, deklamuje...”. Ona ma w sobie takie coś co mnie z moim bankiem komunikuje bez zbędnych pytań. Podobno nawet z Mongolii. No i ma w sobie neta. No jak nie, jak tak? Tyle, że... Tyle, że komórki nie było. W skutek uruchomienia procesów mózgowych całej rodziny, wyszło, że została na stacji, w pobliżu której żeśmy nocowali. Jakieś 750 kilosów na północ.  Jest więc pięknie. Jak pięknie!

 

Muszę mieć dojście do neta, inaczej dupa blada, pomyślałem. Po jakimś czasie przesympatyczny Żabojad zakumał. Zaprowadził nas na zaplecze, odpalił komputer. Wlazłem na swoje konteczko. Kasa jest. No jest. By się choć troszeczkę uwiarygodnić, pokazałem Francuzowi, że kasa jest. No jest do cholery! Ten zajefajny facet skumał i to, że muszę do banku zadzwonić. Ale nie mam z czego. Pozwolił użyć stacyjnego telefonu. Kocham go na zabój!

 

Koniec końców okazało się, że karta nie działa dla mojego dobra! Tak, kurna! Dla mojego dobra! A niech ich sraczka złapie!     Owóż takie się regulacje porobiły, że miałem obowiązek zgłośić bankowi, że opuszczam Wyspy. A także w jakim kraju i jak długo będę przebywał! A niech was dunder świśnie! Ale i tym razem trafiłem na człowieka, który złamał procedury. Teoretycznie, po weryfikacji telefonicznej, nie miał prawa uruchomić środków. Ale to zrobił, za co pieśń pochwalną na jego cześć ułożę niezawodnie! Na pytanie dlaczego ta sama karta pozwoliła na swoje użycie na pierwszej, tej nieludzkiej stacji, odpowiedzi nie ma. Cuda, panie, cuda!

Kolejna noc, na kolejnym zajefajnym parkingu, była za to wspaniała. Kilka kamperów, super ludzie, rozgwieżdżone niebo. Tylko z umyciem się był niejaki problem a wszyscy już cokolwiek... No dobra. Capiliśmy przeokrutnie. I nasze śpiwory nie miały szansy by wyschnąć... Ale nic nie było w stanie zmącić mojego szczęścia i po wspólnej deklaracji rodziny, że limit „przygód” został definitywnie wyczerpany, odetchnąłem. I nawet fakt, że byliśmy nie tam gdzie być powinniśmy a więc ostatni etap podróży będzie o wiele dłuższy niż być miał, nie miał wpływu na mój szampański humor.

Przy porannej kawce, takiej z gatunku przepysznych, podsumowałem sobie bezgłośnie to, co dotychczas. Prawka nie mam, tom-tom nie działa, komórki nie mam, jestem nie tam gdzie być powinienem, a więc nia dojadę wtedy kiedy dojechać miałem i... I zwyczajnie śmierdzę. No ale przecież, na to ostatnie jednak mam wpływ! Poszły w ruch butelki, Kuba ganiał po wodę i summa summarum, wszyscy ablucji butelkowo-parkingowej zażyliśmy, że ho,ho! Wykąpani, wypachnieni i pełni dobrych myśli ruszyliśmy w dalszą drogę. Cztery godziny i „już” byliśmy w Hiszpanii!

Na pierwszej hiszpańskiej stacji benzynowej nabyliśmy atlas samochodowy, nieco mniejszej urody niż ten pierwszy i zatankowaliśmy... Nie będę Was katował kolejną historią „kartową”. Powiem tylko, że karta znów nie działała. Jak się później okazało przesympatyczny pan, łamiąc procedury, uruchomił mi ją tylko na Francję... Ale za sprawą prześpiegłości mojej okrutnej, jeszcze po francuskiej stronie będąc, wypłaciłem wszystkie dostępne eurosy... Ha! Jestem wielki... Niestety, za sprawą zmiany trasy pierwotnej, wychodziło mi na to, że licząc koszty paliwa i autostrad, dojedziemy do celu na styk. Albo... Albo nie dojedziemy... Była niedziela. A następna, spodziewana kasa ma być w poniedziałek. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy, że zaoszczędzimy na autostradach i ile się da pojedziemy z ich pominięciem. I tak w Barcelonie zamiast być po godzinie byliśmy po czterech... Jest cudnie. Do celu jeszcze osiemset kilosów a jest godzina czternasta...

Przejazd przez Bacelonę mnie wykończył. Już poprzednio przejeżdżając przez katalońskie kurorty można było doznać uwiądu wszystkiego. Zapadła decyzja. Wbijamy na autostradę. Koszt do Alicante, 34 eorosy. I jeszcze jeden wydatek. Ładowarka samochodowa do telefonu. Oprócz mojego, którego już nie było, mieliśmy jeszcze dwa złomy. Ale wystarczały by gdziekolwiek zadzwonić a nawet miały włączony roaming. Damy radę... No i trzeba zadzwonić na kwaterę, że przyjedziemy później. Znacznie później...

 

By radość nasza była pełna papiery z adresem, telefonami i potwierdzeniem rezerwacji noclegu Kubuś zostawił na stacji benzynowej w Barcelonie, na której pytaliśmy o najszybszy wjazd na autostradę...

 

Z samochodu Kuba z Olą kontaktowali się z Magdą, która została z Kaiem w Szkocji. Ta, za pośrednictwem neta ustaliła telefon do brytyjskiego właściciela chałupy. Ten poinformował miejscowego zarządcę, że jedziemy i podał Magdzie jego nr telefonu. Magda podała go nam. A my. A my mieliśmy już naprawdę dość wszystkiego. Nawet jaja mają swoje granice. Chyba...

A za Alicante, już widząc niewiele, źle zjechałem. I wbiłem się na złą autostradę. A nasz zarządca, po północy, przestał odbierać telefony...

Czwarta rano. Jesteśmy na miejscu. Nie znamy adresu. Mamy tylko nr milczącego telefonu zarządcy. Już nie bardzo kojarzymy, już nie bardzo rozumiemy. Od lekko podgniłych śpiworów smród w samochodzie jest nie do opisania...

Kuba i Basia śpią w aucie nieczuli na nic. Bez zmysłów. Ola i ja siedzimy sobie na ławeczce w miejscowej "Marina Inernacjonale" cokolwiek miałoby ty znaczyć jak, nie przymierzając, dwa żule. Sączymy wodę mineralną z butelki a nad nami i wokół nas latają muchy...

Telefon milczał do dziwiątej. Widać musiał się chłopina wyspać.

I już po godzinie, mniej więcej, jesteśmy w naszym lokum przecudnej urody. Zarządca i jego małżonka okazali się przemiłymi ludźmi tyle, że o śródziemnomorskim poczuciu i czasu, i obowiązku...

Jeszcze siedziąc na ławce w marinie chciałem go zabić. A teraz to bym się z nim napił...

Po niedługiej chwili i kąpieli w ciepłej wodzie z radością odkryłem jak wspaniale jest kiedy ludzie pachną...

Wyduldałem "z gwinta" pół butelki powitalnego wina o smaku przenadzwyczjanym (którego nie czułem ), kolorze głębokiej purpury, zachwycającym aromacie i...

I padłem.

Rodzina padła wcześniej:-)

Ale to jeszcze nie koniec...

Podobne artykuły


14
komentarze: 10 | wyświetlenia: 1330
12
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1135
12
komentarze: 24 | wyświetlenia: 1251
10
komentarze: 2 | wyświetlenia: 895
10
komentarze: 1 | wyświetlenia: 844
10
komentarze: 14 | wyświetlenia: 978
10
komentarze: 21 | wyświetlenia: 756
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 460
9
komentarze: 4 | wyświetlenia: 725
9
komentarze: 24 | wyświetlenia: 856
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 824
8
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1251
8
komentarze: 3 | wyświetlenia: 157
8
komentarze: 21 | wyświetlenia: 913
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  Noemi*,  09/08/2012

@GM: Może, nieładnie śmiać się z cudzego nieszczęścia, ale opisujesz to w tak zabawny sposób, że trudno zachować powagę.:-):)

No teraz to i ja się z tego śmieję... Ale nie ma sytuacji bez wyjścia! Byleby nie stracić głowy i humoru:-)

i ja takie samo odczucie mam jak Noemi, naśmiałem się aż mi głupio i też jak Hussair skojażyłem z griswoldem ;D

Czekam na dalszy ciąg wspomnień z wakacji

ahoy

  hussair  (www),  09/08/2012

Greg, daj pyska!
Po pierwsze: czarny humor co się zowie i sarkazm z najwyższej półki, takiej, co to ciągle w kurzu, bo nikt ze ścierką nie sięga.
Po drugie: Twój styl - chciałem przytoczyć radośnie kilka perełek, ale w sumie wypadałoby wyciąć coś z każdego akapitu.
Po trzecie: co do zemsty Sithów. Może spraw sobie wookiego w ramach obrony mienia?
Po czwarte: czy nazwisko GRISWALD coś Tobie mówi?
:)))))

Griswald nie... Ale Griswold to i owszem. To znany psychiatra...
PS
Powiem tyle: Bajzel posprzątany:-) Howgh!

  hussair  (www),  09/08/2012

Griswald...
...  wyświetl więcej

Za nic nie przepraszaj! Nie powiem nic więcej... Nic więcej prócz tego, że to jeszcze nie koniec... Ale jak już napiszę resztę a Ty doczytasz to zgodzisz się ze mną. Owóż po powrocie( i z nim włącznie) stwierdzam bez pychy, że mam jeszcze kochones...
:-)

  hussair  (www),  09/08/2012

Grzesiu, to ja Cię utulam-lulam i czekam na cd. :)

  belfegor,  11/08/2012

@ Grzegorz Mniejszy:
"mam jeszcze kochones"
Nie tylko Ty: http://kwejk.pl/obrazek/991098(...)es.html
PS
To efekt upewniania się co do znaczenia słowa "kochones" - taki obrazek się wygooglował :)

Ale jaja...
:-)
Zbrechtałem się okrutnie! Dzięki!

  hussair  (www),  11/08/2012

:))

  liwa,  09/08/2012

Grzegorzu, pprzeczytałam i przyznaję, że czułam się tak, jakbym sama brała w tym udzial. Zmęczyłam się razem z Wami i...padłam :)))
relacja super ;)

A jeśli padłas choć troszeczkę uśmiechnięta to super,super...:-)

  Amicus,  09/08/2012

Liwo, polecam też ciekawą relację Grzesia z krainy króla Artura:
http://eiba.pl/11
;)

  hussair  (www),  09/08/2012

Amicusie, a sok aby pijesz? Z sukulentów? ;)

  liwa,  09/08/2012

Amicus - dzięki za linka. Poczytam, oczywiście. :))

Witaj Grześ. No to fajnie, miałeś wspaniałe wakacje! :D Twoje przygody to pewnie kara zesłana przez „pana z siwą brodą”, za Twoje odstępstwo od planów pierwotnych.:D Głosiłeś wszem i wobec, że odbędziesz pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostella, i co? Zmieniłeś plany! Wybrałeś wyjazd samochodowy! Zamiast solidnych butów - zużyłeś opony swojego auta. :P To dlatego, zostałeś „skazany” na dodatkowe atrakcje. :D Ale wycieczki i przygód i tak ci troszeczkę zazdroszczę. Pozdrawiam. :)

  hussair  (www),  09/08/2012

Ależ on głosił zlot eiobowy w jego progach na wyspie Skye! Kara nie jest dostatecznie wielka!

;))

@Robert
Witaj! Tak, coś w tym być musi. Musiałem być cholernie niegrzeczny... Trzymaj się!
@Hussair
A co ja mogę jak chetnych zabrakło? Tyle, że psia krew, po tym i takich artach liczba moich znajomych może się jeszcze znacznie zmniejszyć. No cóż, już teraz wielu wysyła mnie do psychiatry... A wiesz jak to jest. Jeśli kilka osób twierdzi, że jesteś pijany to chyba jednak jesteś...
:-)

  greenway,  09/08/2012

Grzesiu dziękuję Ci za uśmiech - bezcenny. :)))) Tym niemniej jestem Twoją dłużniczką. Tak czuję. :)))

  hussair  (www),  10/08/2012

:))

Green! Ty, moją dłużniczką? Nie wprawiaj-żesz mnie w konfuzję. Zwłaszcza o poranku...
:-)

  hussair  (www),  10/08/2012

Grzesiu, może - hm, na pewno? - wszyscy tkwimy w jakichś chwilowych turbulencjach... Zlot jest tylko kwestią czasu. Howgh.

To wspaniałe wariactwo! A pytanie po co to wszystko? Zawsze w tych "okolicznosciach przyrody" przypomina mi sie facet, który siedzi na krawężniku i wali młotem miedzy nogi a na pytanie kiedy ma w tym przyjemność odpowiada, ze wtedy kiedy nie trafi. Grzesiu jestes "cudownym młodzieniaszkieem duszy niesfornej" a rodzina? Chyba kocha niespozytą tą moc, z nie nudzenia się.Najgorsze co w zyciu to oklapnąć i stabilizacja

Staram się usilnie nie stetryczeć. Ale moja szajba może, czasami, doprowadzać innych do szału. Wiem. Ale cóż ja na to poradzić mogę. Już za późno na zmiany...
Pozdro Marcinie Drogi!

  ulmed,  10/08/2012

Jacyś znawcy mówią, że w Ameryce to prądu nie będzie przez rok, bo moje ukochane słoneczko... jakieś bombardowanie magnetyczne czyni http://www.wprost.pl/ar/337799(...)razeni/
Pomyśl Grzegorzu jakie to będzie piękne! Żadnych kontaktów, żadnych kont, żadnych rachunków...i telefonów!
Mimo to, duuużo słoneczka :)

Od dawna pozostaję w przekonaniu, że tak zwana cywilizacja techniczna, koniec końców nas wykończy albo... Albo my ją!
Pozdrawiam najcieplej:-)

  hussair  (www),  10/08/2012

Cywilizacja Techniczna równie dobrze może mieć na imię "Wilhelm Gustloff". ;)

  Gamka  (www),  10/08/2012

Witaj Grzegorzu, ;-) no to faktycznie prawdziwa droga krzyżowa do Camino .... ach to Camino.....
Przyznaje się, i kajam ...:( bom się naśmiała ;-) ale i przez łzy ...przepraszam !
i pozdrawiam serdecznie i czekam na ciąg dalszy ;-)
Dobrze, że już wróciłeś .....

Witaj. Właśnie wklejam opis kolejnej "przygody"... Ale to jeszcze nie koniec...
Ściskam.

  belfegor,  10/08/2012

Podziwiam za odwagę stawiania wszystkiego na jedną kartę.
Ja nie ruszam się nawet po Polsce bez papierowych map, mimo posiadania nawigacji GPS. I przed wyjazdem muszę mieć plan B, a najlepiej jeszcze plan C.
Może dlatego nie byłem jeszcze w Hiszpanii :(
Pozdrawiam

Ależ w "temacie" planów A,B,C,D... Jestem wcale niezły...
:-)

  hussair  (www),  11/08/2012

Belfegor, przy klątwie GRISWALD katalog planów A, B, C, D, E,. F, G... to tylko katalog dochodzących turbulencji A, B, C, D, E, F, G... ;)

  ulmed,  11/08/2012

Ameryki to Ty nie odkryjesz. :)

  belfegor,  11/08/2012

Podobno jakiś Kolumb mnie ubiegł.
Ale nie wszyscy w to wierzą ;)

  hussair  (www),  11/08/2012

To chyba jednak jakiś Eryk Cośtamgrzmocący czy inny berserk... ;)

Nie łgaj! Nałuka gównonurtowa twierdzi, że Kolumb i wlaśnie tego w szkołach do dziś młódź uczą. Jak i innych bredni...
:-)

  belfegor,  11/08/2012

Kolumb miał lepszy PR :)

Jako żywo!

  hussair  (www),  11/08/2012

No nie sposób zaprzeczyć. :)
Wikingowie zwyczajnie chromolili... W każdym możliwym znaczeniu tego słowa. ;)

  ulmed,  11/08/2012

:))

  ulmed,  23/08/2012

Stary, ale aktualny filmik o kreatywności. Czy nasz dzieci będą w stanie przeżyć przygodę bez...
http://wyborcza.pl/56,75476,12(...)at.html



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska