Login lub e-mail Hasło   

Ja i one...

Fragmenty autobiografii
Wyświetlenia: 1.130 Zamieszczono 11/08/2012

          

       Ja i one… moje dziewczyny

      Fragmenty autobiografii

   
       Kiedy otworzyłem oczy po raz pierwszy, ujrzałem białe. Oślepiające światło. Nie, to nie był żaden tunel przecież ja się dopiero urodziłem.
A więc tak wygląda ten świat. Zobaczyłem, że jestem w nieistniejącym obecnie szpitalu im. Wolfa na ulicy Łagiewnickiej w Łodzi.
    Mama długo się męczyła zanim zdecydowałem się przyjść na ten  świat. Sam nie wiem co mnie powstrzymywało? Już wtedy zaskoczyłem  wszystkich na początek swoją wagą. Ponad pięć kilogramów to niezły wynik.
    Urodziłem się 18 października 1966  roku w Łodzi. Był to rok, w  którym  na listach przebojów panowali Beatlesi i Rolling Stones. Muzykę    kocham od kiedy pamiętam. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej nie  być. Odrabiałem lekcje przy muzyce,
i robiłem wiele innych rzeczy. Są  piosenki, które przypominają o czymś ważnym, o wyjątkowych chwilach w życiu i są takie, które wzruszają do łez. Nawet teraz gdy piszę muszę czegoś słuchać. To znaczy nie muszę, ale chcę.
    Dzieciństwo miałem fajne, beztroskie i kolorowe. Jako mały chłopiec  nie miałem w domu prawie żadnych obowiązków ponieważ było nas  pięcioro rodzeństwa. Ze względu na to, że byłem najmłodszy mogłem się w całości poświęcić zabawie
i korzystałem z tego. Czasem chodziłem po  drobne zakupy i robiłem jakieś drobne porządki. Bardzo lubiłem stać przy mamie
w kuchni kiedy przyrządzała posiłki. Zawsze pomagałem kiedy  szykowała stół na święta lub na urodziny czy imieniny kogoś
z rodziny. Bardzo lubiłem przystrajać różne dania. Wszystko było wtedy takie kolorowe i wyglądało bardzo smacznie. Do dziś lubię to robić i muszę  przyznać, że w kuchni  jestem całkiem niezły. Lubię eksperymentowac i wymyślać różne nowe potrawy.
    Mieszkaliśmy w starej, czteropiętrowej, przedwojennej  kamienicy z rodzicami i czwórką rodzeństwa. Nasze mieszkanie mieściło się na pierwszym piętrze i jako nieliczni mieliśmy balkon. Oprócz nas w naszej kamienicy balkon miała jeszcze tylko nasza sąsiadka na drugim piętrze. Mieliśmy też podwórko w kocie łby i stary, drewniany trzepak do trzepania dywanów. Na środku podwórka stała betonowa konstrukcja, w której był piasek do posypywania zimą chodników. O ten piasek były ciągłe awantury z naszą dozorczynią panią  Matusiakową. Często robiliśmy jej kawały, a ona nas ganiała z miotłą.
   W naszej kamienicy mieszkały dwie dziewczyn. Były trochę ode mnie starsze i zanim dorosłem na tyle, żebym mógł samodzielnie opuszczać teren podwórka byłem zmuszony bawić się z nimi.
    Jak to z dziewczynami - najczęściej była zabawa w dom, albo graliśmy w gumę. Na podwórku był ogród, ale był ogrodzony i zamykany przez naszą dozorczynię i żeby się do niego dostać musieliśmy wchodzić przez płot. Rosły tam kwiaty, jakieś warzywa, kilka drzew owocowych i mięta. Nas najbardziej kusiła jabłoń. Kiedy się przechodziło obok ogrodu - jabłka tak pachniały, że nie można było się powstrzymać. Najczęściej to ja wchodziłem do ogrodu, a dziewczyny stały na czatach.
   Potem poznałem kilku kolegów na mojej ulicy. Zaczęły się inne  zabawy. Graliśmy w piłkę nożną, w dwa ognie i zabawa
w wojnę. Karabiny robiliśmy z kawałka deski, albo z grubszego patyka. Na placu zabaw robiliśmy okopy. Najlepsza zabawa była kiedy naszą ulicę rozkopali i kładli rury z gazem. Okopy mieliśmy gotowe.
  Poznawałem coraz więcej kolegów. Chodziliśmy po drzewach i dachach przez co nasze mamy miały dużo pracy przy zszywaniu  naszych ubrań. W naszej rodzinie ja byłem najmłodszy i bardzo, bardzo  rozpieszczony. Miałem dwie siostry: Jadzię i Anię. Miałem też dwóch braci Ryśka i Andrzeja.
   Na początku mieszkaliśmy w dwóch pokojach z kuchnią, ale Tata był wyjątkowo zaradnym człowiekiem i przy tym bardzo uczciwym. Może dlatego nie dorobił się w życiu niczego wielkiego, bo w naszym kraju nie można  dorobić się uczciwą pracą.
   Żyliśmy skromnie, ale nigdy nie byliśmy głodni. Jedyną cenną rzeczą  jaką posiadał tata była kochająca się rodzina. Bardzo przeżyłem, kiedy tata zmarł kilka lat temu. Myślałem, że zawsze będzie z nami i będzie żył  wiecznie, ale każdy z nas musi kiedyś odejść i nic na to nie można poradzić. Szkoda tylko, że dobrzy ludzie odchodzą tak wcześnie i w chwilach kiedy są nam najbardziej potrzebni. To był jeden z najgorszych i najsmutniejszych dni w moim życiu. Kiedy mam zadzwoniła i powiedziała,
że tata nie żyje nie mogłem w to uwierzyć.
   Człowiek rodzi się, żeby kochać drugą osobę, chociaż  często bez wzajemności. Nim się obejrzymy już mamy tyle doświadczeń i przeżyć, wtedy zastanawiamy się po co to wszystko? I tak w końcu wszyscy odejdziemy i przez jakiś czas będą o nas pamiętać tylko najbliżsi. To są moje odczucia. Może ktoś ma inaczej, ale ja tak mam. Nie wierzę w żadne życie wieczne, tunele ze światłem i inne głupoty.
   Tata był najważniejszą osobą w naszej rodzinie. Wszyscy darzyliśmy go ogromnym szacunkiem i bardzo go kochaliśmy. Potrafił zadbać o całą  rodzinę. Chociaż czasami było ciężko rodzice starali się wychować nas na dobrych ludzi i myślę, że im się to udało. Mama dbała o nasz dom, gotowała smaczne obiady i piekła pyszne ciasta, które wszyscy uwielbiali.
   W miarę upływu lat nasze mieszkanie  powiększało  się o kolejne  pokoje, gdzie mieszkała po ślubie moja najstarsza siostra Jadzia z mężem i córką Anią. Z czasem nawet ja miałem własny pokój. Jako nastolatek  miałem kilka  zainteresowań. Chyba jak każdy chłopak w moim wieku  zbierałem puszki po piwie wypitym przez siebie, paczki po papierosach. Wszystko to wisiało na ścianie i denerwowało moją mamę bo zbierał się  na tym wszystkim kurz. Miałem też na ścianach plakaty różnych muzyków, zespołów i moje rysunki. Ze względu na to, że potrafiłem dobrze rysować, koledzy zlecali mi pacę na przykład wykonanie chusty kiedy wychodzili z  wojska. Zrobiłem ich w sumie pięć, chociaż sam nie byłem w wojsku przez moją chorobę. Wcale tego nie żałuję. Myślę, że wojsko to zmarnowane dwa lata. Miałem też w moim pokoju telewizor i łóżko, które było  wykorzystywane kiedy po dyskotece jakaś koleżanka miała daleko do  domu i ciężką głowę. To był  typowy pokój nastolatka. Kiedy czułem się  źle to zamykałem się w swoim pokoju i mogłem sobie spokojnie przemyśleć kilka spraw, albo sobie popłakać w samotności. Często też  słuchałem bardzo głośno muzyki heavy metal. Teraz też często tak robię  kiedy mam zły dzień, a mam takich dni coraz więcej.
   Z dzieciństwa pamiętam, że nie musiałem chodzić do przedszkola bo  mama była w domu i opiekowała się mną i moją o rok starszą siostrą Anią, z którą często się kłóciłem i biłem… to znaczy próbowałem bo kiedy  zaczynałem to ona wykręcała mi ręce
i było po walce. Ale z siostrą jestem  bardzo blisko, mówimy sobie o wszystkim. Mamy się komu wygadać w trudnych chwilach
i tak jest do dzisiejszego dnia…
    Później mama poszła d  pracy, a nami opiekowali się rodzice mamy  czyli nasi dziadkowie. Bardzo lubiłem spędzać z nimi czas. Zawsze na  śniadanie jedliśmy zupy mleczne z dużą ilością cukru i cynamonu.  Pamiętam jeszcze babci naleśniki, były bardzo grube i sycące. Codziennie o godzinie dwunastej w południe w radio grali muzykę ludową, takie tam  chamskie przytupy, przy których ja z moją siostrą tańczyliśmy i wygłupialiśmy się, bo babcia z dziadkiem bardzo to lubili. Często dziadek  zabierał mnie na spacery. Pamiętam jak chodziliśmy ulicą Franciszkańską  i na końcu ulicy była łąka, na której pasły się owce. Lubiłem leżeć na trawie i przyglądać się tym zwierzakom, albo patrzyłem w niebo i zastanawiałem się… sam nie wiem nad czym, miałem przecież siedem czy osiem lat. Może już wtedy kogo  tam szukałem? Dzieci mają różne marzenia, jedni marzą fajnych zabawkach, o tym, żeby Boże Narodzenia było co tydzień, a inni o tym, żeby na drugi dzień ojciec wrócił trzeźwy do  domu i żeby było coś do zjedzenia. Ja miałem szczęśliwe dzieciństwo i  nie musiałem się o nic martwić. Może dlatego, że jeszcze nie rozumiałem  na czym polega prawdziwe życie. Teraz niestety już wiem.
  Chodziłem z dziadkiem na wycieczki i nic więcej się nie liczyło. Teraz w miejscu tych łąk powstało osiedle bloków i po owcach zostało tylko  wspomnienie. Bardzo lubiłem z dziadkiem chodzić na takie wycieczki. Szkoda, że już nie ma takich miejsc. Latem
w weekendy jeździliśmy całą rodziną na stawy do Arturówka, kąpaliśmy się, graliśmy w piłkę z braćmi. Jeszcze dziś pamiętam ten zapach lasu i  dzikich jeżyn, które rosły przy samej drodze. Dawniej było więcej czasu na wszystko, a teraz każdy za  czymś goni. Świat coraz szybciej pędzi. Teraz dzieci większość czasu spędzają przy komputerach, albo przy telewizorach. Dawniej grało się w dwa ognie, podchody, czy kapsle, a teraz są inne zabawy. Dzieci coraz  częściej i coraz młodsze sięgają  po alkohol, papierosy i narkotyki. Gdy byłem mały w telewizji były tylko dwa programy, więc za bardzo nie było  co oglądać i więcej czasu można było spędzić z rodziną. Bajki Disney’a oglądało się tylko w święta Bożego Narodzenia tak samo jak pomarańcze. Na gwiazdkę prawie nigdy nie dostawałem tego co chciałem. Kiedy w  liście do Świętego Mikołaja pisałem, że chcę dostać gitarę to on przynosił  mi samochód. I nawet nie można go było opieprzyć bo zawsze przynosił  prezenty w nocy, kiedy spałem. Oni tam w tej Laponii chyba ciągle byli  narąbani, albo robili sobie z dzieci niezłe jaja? Tak się mylić każdego roku?
   Potem dowiedziałem się, że tym Mikołajem byli rodzice i to oni kupowali te  wszystkie prezenty za ciężko zarobione pieniądze. Chyba już wtedy  przestałem wierzyć w  jakichkolwiek świętych. Ale i tak tęsknię za  dzieciństwem, za tymi rodzinnymi świętami, za kolegami z tamtych lat i naszym placem zabaw… i oczywiście za wszystkimi koleżankami.
   Na  święta Bożego Narodzenia zawsze mieliśmy ogromną, żywą choinkę. Wieszaliśmy na niej pierniki, cukierki i łańcuchy
z kolorowego papieru  własnej produkcji. Mama piekła ogromną ilość różnych ciast. Święta czuć było w całym domu. Spędzaliśmy je w gronie rodzinnym i zawsze było fajnie. Każdego roku oprócz prezentów dostawaliśmy paczki ze słodyczami. Były w nich pachnące pierniki, pomarańcze, czekolady i dużo  cukierków. Tata z pracy przynosił bilety do kina lub do teatru. Zimą zawsze chodziliśmy na górki, żeby pojeździć na sankach. Najfajniej było wieczorami, kiedy zapalały się latarnie. Wracaliśmy do domu całkiem przemoczeni i zmarznięci, ale było fajnie. Jednak najbardziej lubię wiosnę. Kiedy wszystko kwitnie i budzi się do życia i ten zapach wiosny… z niczym nie można go porównać.
  W siedemdziesiątym trzecim roku przyszedł czas, żeby zacząć się  edukować i poszedłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej im. Marii Konopnickiej. Pierwszego dnia szkoły poszedłem z tatą i bardzo nie  chciałem, żeby tata mnie zostawił samego wśród obcych ludzi więc  odstawiłem niezłą szopkę. Tupałem i płakałem i nie chciałem puścić ręki  mojego taty.
W końcu jedna z nauczycielek dała mi kartkę papieru i kredki  i tym mnie przekupiła. Ja od dziecka bardzo lubiłem rysować.
   W domu każde wolne miejsce na kartce papieru lub w książce było wypełnione  moimi rysunkami. W szkole byłem średnim uczniem. Najlepsze oceny miałem z wychowania fizycznego, bo sport lubiłem od dziecka i oczywiście z  plastyki. Ale takim debilem do kwadratu nie byłem. Byłem zdolnym  uczniem tylko brakowało chęci i motywacji do nauki. Z resztą w było kilku większych głąbów. Był w mojej klasie kolega, który nawet jak się czegoś nauczył to przy całej klasie wstydził się odpowiadać. Prawie zawsze  dostawał pałę. Ja też miałem taki problem, ale na muzyce. Kiedy miałem  zaśpiewać przy całej klasie oblewał mnie zimny pot i nie potrafiłem  wydusić z siebie nawet jednej nutki. Pewnego razu jednak przezwyciężyłem swój wstyd i okazało się, że mam całkiem niezły słuch i głos.
   W drugiej klasie zostałem wybrany do prowadzenia kronik naszej klasy. Kronikarz to taki ktoś, kto w wielkiej księdze opisuje historię całej klasy. Zajmowałem się opisywaniem ważnych uroczystości, akademii i innych  ważnych momentów z życia naszej klasy. Wklejałem zdjęcia i własnoręcznie ozdabiałem strony. Chyba nawet byłem zastępcą  gospodarza klasy, co było dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Miałem  szczególne zdolności do rysunku.  Często na plastyce rysowałem większej  części klasy szkice rysunków, które wystarczyło pokolorować, a w zamian  dostawałem różne przedmioty takie jak chińskie gumki pachnące, długopisy i takie tam drobne przedmioty codziennego użytku. Koleżanką rysowałem za uśmiech i wszystkie bardzo mnie lubiły.
W miarę zbliżania  się do ostatniej klasy szło mi coraz trudniej, ponieważ jak każdy normalny  chłopak w moim wieku wolałem
z kolegami pograć w piłkę, niż siedzieć  nad książkami, co skutkowało potem przy wywiadówkach, na które chodził  mój tata. Kiedy tata wracał z  wywiadówki ja bardzo często udawałem, że  śpię, albo, że jestem chory. Zawsze w dzień wywiadówki dopadała mnie jakaś dziwna, jednodniowa choroba. Nie zawsze tata się na to nabierał i dostawałem po dupie, ale dzięki temu wychował mnie na dobrego  człowieka i bardzo wrażliwego. Tak mi się przynajmniej wydaje.
    Tata nie dawał mi spokoju i ciągle mnie męczył tabliczką mnożenia. I tak do tej pory zastanawiam się ile jest siedem razy osiem. Nie szło mi najlepiej, ale zawsze otrzymywałem promocję do następnej klasy. Kiedy chodziłem do szkoły nie zawsze miałem nastrój do nauki za to teraz  chłonę wszelką wiedzę.
   Moja siostra jest o rok starsza i też chodziła do tej samej szkoły. Więc  nauczycielki często prosiły ją, żeby powiadamiała rodziców gdy coś się  stało. Po prostu czasem była zmuszona na mnie donosić. Na przykład gdy nie było mnie w szkole lub kilka dni nauczycielki prosiły mnie, żeby ktoś z rodziców pojawił się w szkole. Kłóciłem się o to z siostrą, ale przecież ona  nie miała innego wyjścia. Była dobrą uczennicą, a na pewno lepszą ode  mnie i skoro ją prosiła o t  pani nauczycielka to trzeba było tak zrobić. A ja  miałem przez to tyłek jak zebra, czyli w paski i to czerwone. Byłem najmłodszy w rodzinie i na wiele moich wybryków rodzice przymykali oko, ale jak przesadziłem to było ostro.
  W podstawówce często dostawałem po dupie. Kilku moich kolegów miało ten sam problem więc nie czułem się w tej kwestii osamotniony. Ale nie mam o to żalu do taty. Myślę, że dobrze mi to zrobiło.
  Jako nastolatek sprawiałem rodzicom sporo kłopotów, ale i tak wyrosłem na normalnego i dobrego człowieka . Po prostu musiałem się  wyszaleć. Miałem w sobie dużo energii i gdzieś musiałem ją wyładować. Nigdy nie brałem narkotyków, nie piję alkoholu częściej niż to potrzebne i nie byłem nigdy karany. Teraz moją córkę staram się wychowywać bez  pomocy paska,
i często jej powtarzam mądre słowa, które słyszałem w filmie Dom: „żyj tak, żeby nikt przez Ciebie nie płakał”. Kiedy była mała  czasem dostała lekkiego klapsa, ale gdy tylko zaczynała płakać to ja płakałem razem z nią.
   Człowiek z wiekiem dojrzewa do pewnych rzeczy. Pomyślałem sobie, że takich małych dzieci nie powinno się bić, bo ono nie może nawet się  obronić. Czasem mam z córką odmienne zdania na kilka tematów, ale ja w jej wieku byłem dokładnie taki sam. Myślę, że jestem dobrym ojcem, a przynajmniej bardzo się staram nim być. Najlepszy przykładem jest to, że moja córcia często mi mówi: „kocham cię tatku”. Wtedy jestem dumny  z tego, że jestem ojcem…Bo nie jest trudno zostać ojcem, trudniej jest nim być…
   Z czasów podstawówki najbardziej utkwiła mi pamięci cukiernia, która  była obok szkoły i nazywała się „Kacperek”. Były tam przepyszne pączki i bułki z serem. Kiedy szliśmy z kolegami do szkoły zawsze czuliśmy ten  fantastyczny zapach świeżych wypieków. Często gdy cukiernia rano była  jeszcze zamknięta wchodziliśmy od zaplecza i kupowaliśmy jeszcze gorące pączki takie, że aż trudno było je utrzymać w rękach. Gdy siedzieliśmy w klasie przez okno wpadały cudowne zapachy i nikt już wtedy nie myślał o tym co się dzieje na lekcji, każdy czekał na przerwę, żeby wyskoczyć na pączka…
   Dosyć o tych słodkościach bo mi ślinka cieknie. Pamiętam też jak na murku przy szkole graliśmy w  kapsle. Organizowaliśmy zawody. Każdy przynosił kapsle powyklejane od środka plasteliną i flagami różnych państw.
   W klasie miałem kilku kolegów, z którymi się przyjaźniłem i doskonale się rozumieliśmy. Gdy byłem w starszej klasie znała mnie prawie cała  szkoła. To miłe kiedy na przerwach dochodzą kumple z innych klas i witają  się z Tobą. Już od podstawówki byłem bardzo lubiany dlatego, że byłem bardzo uczynny i miły szczególnie dla dziewczyn. Zawsze chętnie rozmawiałem i rozbawiałem całe towarzystwo. Próbowałem w ten sposób  przełamać swoją nieśmiałość. Opowiadałem różne historie
i najnowsze  dowcipy. Często też broniłem moich młodszych kolegów przed uczniami ze starszych klas.
    W szkole był sklepik uczniowski. Można było kupić tam tarcze szkolne, które często się gubiły, zeszyty, linijki, ołówki i inne przybory. Były też wypieki z Kacperka i pyszne irysy mleczne pakowane po dziesięć sztuk. Do dziś pamiętam ich smak.
    Sklepik prowadził nauczyciel polskiego pan Stanisław Lewandowski  nazywany przez wszystkich „Staśkiem”, albo „Lewy”.
To był wyjątkowy  kretyn. Wszyscy robili sobie z niego jaja. Ja nie miałem z nim lekcji, ale  wiele o nim słyszałem od kolegów
z innych klas. Kiedyś była sytuacja, że dwaj chłopcy pobili się na lekcji i Stasiek kazał im iść do dyrektorki. On szedł pierwszy,
a oni dwaj za nim. Kiedy doszli do schodów zaczęli  tupać w miejscu, a on poszedł dalej. Gdy się zorientował, że idzie sam wrócił po nich i kazał im iść przed nim. Przed pokojem pani dyrektor  mieli poczekać. Gdy wszedł oni wrócili do klasy. Nawet pani dyrektor się  śmiała. Chodząc czasem na wagary miałem strasznego pecha. Prawie zawsze musiałem natchnąć się na mojego tatę, albo akurat w tym czasie  tata musiał wybrać się do szkoły. Nie zawsze tak było. Później jeździliśmy poza Łódź żeby nas rodzice nie złapali na gorącym uczynku. Jeździliśmy do Arturówka. To takie miejsce wypoczynku ze stawami. Latem w sobotę
i w niedzielę ludzie przyjeżdżali tam całymi rodzinami, urządzali pikniki i zażywali kąpieli w upalne dni. Jechaliśmy tam na wagary połazić po lesie, albo do Konstantynowa, a jak  była deszczowa  pogoda, albo zimą gdy był duży mróz szliśmy do kumpla kilka domów dalej i tam kończyliśmy przerwany sen. Marian mieszkał sam.
   Na początku kiedy się przyprowadził na naszą ulicę opiekował się starym, chorym wujkiem. W czasach kiedy papierosy były na kartki wujek  Mariana miał ich spory zapas, więc pożyczaliśmy od niego jak nie było co palić. Oczywiście wujek nic o tym nie wiedział. Kiedy wujek zmarł była  wolna chata i było gdzie robić imprezy. Ale o wuju nie zapomnieliśmy, zawsze pierwszego listopada w święto zmarłych chodziliśmy na jego grób z Marianem, albo z jego bratem Zbyszkiem. Braliśmy ze sobą butelkę wódki i wypijaliśmy przy grobie przy blasku świec…
Marian był bardzo uczynnym kolegą. Nawet jak jechał odwiedzić rodzinę  w Grotnikach to zostawiał nam klucze do swojego mieszkania. Przydawały się jak któryś z nas po dyskotece nie miał gdzie się podziać z dziewczyną. Sam kilka razy byłem zmuszony skorzystać z jego mieszkania. Często robiliśmy imprezy, które trwały do samego rana.
    U Mańka zawsze stały dwa balony z winem własnej produkcji, które sami robiliśmy. Próbowaliśmy różnych przepisów. Robiliśmy wino z ryżu, dzikiej róży i różnych owoców. Zawsze mówiliśmy, że będzie na zimowe wieczory, ale wino nie wytrzymywało nigdy nawet do  jesieni. Maniek miał niezły bajer więc często chodził z nami na podryw. Z kimś takim łatwiej było zagadać jakieś dziewczyny. Czasami sam nie wierzył w to co mówi. Wygadywał takie głupoty, że nic nie trzymało się kupy, a my pękaliśmy ze śmiechu. Okazało się, że dobry dowcip działa na dziewczyny. Kiedy się ożenił skończyły się wspólne wypady na miasto i imprezy u niego w domu. Bez niego było jakoś smutniej, ale ktoś musiał przejąć po nim pałeczkę rozbawiacza  towarzystwa i trafiło na mnie i tak już mi zostało do dziś. Często siedzieliśmy z naszą paczką i robiliśmy sobie maratony
w opowiadaniu dowcipów. Opowiadaliśmy z kumplami kawały, kiedy jeden opowiadał, drugi już przypominał sobie następny. Mogliśmy tak godzinami zabawiać towarzystwo, aż skończyły się pomysły albo ktoś nie wytrzymał i zsikał się w spodnie. Czasami jak była kasa chodziliśmy na wagary do kina„Gdynia - Non Stop”, gdzie spotykali się wszyscy wagarowicze z łódzkich szkół. Można było kupić bilet i oglądać kilka godzin ten sam film na okrągło. Jedni chodzili tam, żeby si  wyspać, a inni żeby spotkać znajomych. A jak nie było kasy to przesiadywaliśmy u Mariana, albo jeździliśmy w plener. Pierwsze wagary, pierwsze papierosy i pierwsza dziewczyna…Pierwsza dziewczyna, z którą się spotykałem miała na imię Ewa. Jak pierwsza dziewczyna, która z Adamem… no wiadomo o co chodzi. Jeżeli  można to nazwać spotykaniem? Ewa mieszkała na sąsiedniej ulicy
i należała do naszej paczki. Była śliczną blondynką i była o rok starsza ode mnie. Bardzo mi się podobała . Chodziłem z nią krótko i nawet chyba nie zdążyłem ją pocałować , bo jeszcze nie miałem żadnych doświadczeń i nie wiedziałem co się robi na randkach. To była przecież  moja pierwsza dziewczyna, a ja miałem wtedy chyba czternaście lat. Zawsze było tylko granie w piłkę z kolegami albo w podchody.  Dziewczyny traktowałem jak kumpli do zabaw i do rozmów o różnych głupotach. Później dopiero zacząłem patrzeć na nie inaczej. Wiadomo, że dziewczęta wcześniej dojrzewają i może Ewa spodziewała się po  mnie czegoś więcej, a ja byłem bardzo nieśmiały i nie potrafiłem jej tego dać. W tych sprawach byłem po prostu pierdołą. Kiedyś nawet ktoś mi to  powiedział… Nikt mi tego wcześniej nie wyjaśnił jak się zachować w sytuacjach kiedy jestem z dziewczyną sam na sam. Wiedziałem tylko, że jak mężczyzna i kobieta to nie potrzebne światło… Dopiero później stopniowo zostawałem wtajemniczany przez starszych kolegów. Kolegów miałem różnych. Byli tacy, z którymi trzeba było żyć w zgodzie nawet jeżeli nie dało się ich lubić, ale mieszkali na naszej ulicy i kiedy ktoś obcy miał coś do któregoś z nas zawsze stawali w jego obronie. Ja  starałem się żyć
w zgodzie ze wszystkimi na naszej ulicy i wszyscy bardzo mnie lubili. Często kiedy spożywali jakieś trunki, najczęściej było to tanie wino zapraszali mnie żebym się z nimi napił. Ciężko było im odmówić, ale kiedy zachorowałem na cukrzycą miałem wymówkę, że biorę leki i nie mogę za dużo pić. Zrozumieli. Nie wszyscy byli tacy. Cieszę się, że nie poszedłem w  ich ślady bo wielu z nich już nie żyje. Starsi i bardziej doświadczeni koledzy lubili się chwalić swoimi podbojami i osiągnięciami w kontaktach z dziewczynami. Ja nigdy nie lubiłem się chwalić takimi rzeczami. Myślę, że takie intymne wspomnienia powinno się zachować tylko dla siebie. U mnie w domu był  to temat tabu. Sam musiałem się o wszystkim dowiadywać właśnie od kolegów. Miałem dwóch starszych braci, ale z nimi nigdy nie rozmawiałem na takie tematy. A chyba lepiej byłoby dowiedzieć się  niektórych rzeczy od starszego brata. Byłem dużo młodszy od moich braci więc nie mieliśmy wspólnych tematów. Dla nich zawsze byłem małym Bogusiem. Nawet nie zauważyli kiedy dorosłem. Fajnie jest, gdy ma się starszych braci. Od nich można się wiele nauczyć. Od jednego  nauczyłem się rysować, a drugi zaszczepił we mnie miłość do muzyki. Od najmłodszych lat słuchałem z nim Beatlesów i innych znanych w tamtych czasach zespołów. Brat miał zeszyt, w którym zbierał  zdjęcia różnych piosenkarzy i wiadomości o nich. Miał też różne zagraniczne pisma o muzyce, bardzo lubiłem je przeglądać. Z czasem odziedziczyłem po bracie te wszystkie dobra. Moje chodzenie z Ewą ograniczało się do pisania kartek i liścików, które jako goniec dostarczał nam mój kolega Maciek.
I tak wyglądały moje pierwsze niby randki z dziewczyną. Bardziej ode mnie nachodził się mój   kolega…
     Maciek był ode mnie młodszy. Mieszkał po drugiej stronie ulicy. Zawsze w podstawówce broniłem go kiedy zaczepiali go chłopaki ze starszych klas. Bardzo go lubiłem. Mieliśmy umówiony sygnał. jak tylko Maciek wychodził z domu gwizdał trzy razy
i ja już wiedziałem o co chodzi. Obiad często zjadałem z prędkością światła. Wszędzie chodziliśmy razem. Jeździliśmy na wycieczki rowerowe. Razem chodziliśmy na basen. Najbardziej lubiliśmy chodzić do kina. Czasem się zdarzało, że jednego dnia byliśmy na trzech seansach jeden po drugim. Na niektórych filmach byliśmy po kilka razy. Byliśmy prawdziwymi kino maniakami. Moim ulubionym aktorem jest Harrison Ford. Często  oglądam filmy z jego udziałem na przykład „Gwiezdne wojny” czy „Indiana Jones”. Maciek był prawdziwym przyjacielem i zawsze można było na niego liczyć. Dziewczyny  go raczej nie interesowały, ale nie był gejem. Po prostu był jeszcze za młody i bardziej interesowały go inne rzeczy. Na przykład muzyka heavy metalowa. Rozmawialiśmy o wszystkim. Tylko on wiedział o moich dziewczynach , kiedy się zakochałem, i kiedy przeżywałem zawód miłosny. Był fanem heavy metalowego zespołu Iron  Maiden. Ja zresztą też ich lubiłem. Często siedzieliśmy u mnie w domu słuchaliśmy naszej ulubionej muzyki pijąc przy tym piwo lub inne trunki. Był dla mnie jak młodszy brat. Byliśmy razem na jedynym  koncercie Iron Maiden w Łodzi. Byliśmy tak przejęci  tym wydarzeniem, że poszliśmy o tydzień za wcześnie. Koledzy mieli niezły ubaw kiedy im o tym powiedzieliśmy. Ale koncert był fantastyczny. To było coś niesamowitego zobaczyć ich na żywo
i tą całą oprawę i scenerię. Nigdy wcześnie nie widzieliśmy nic podobnego na żywo.
     To był  prawdziwy show. Oprócz tego koncertu chodziliśmy tez na inne. Wciągaliśmy prawie każdą muzykę. Oczywiście oprócz góralskiej i Jazzu. W latach osiemdziesiątych do Łodzi przyjeżdżało wielu artystów nie tylko polskich. Byliśmy na koncercie Classix  Neuvoaux, którzy po raz pierwszy byli w Polsce i prawie nikt ich wtedy nie znał. Dali chłopaki czadu i zaskoczyli wszystkich.
     Na naszej ulicy mieszkała też Beata. Był czas kiedy spotykaliśmy się we czworo. Ja, moja siostra Ania, mój kolega Marek
i Beatka. W soboty przychodziliśmy do nas do domu i słuchaliśmy radia przy ograniczonym  oświetleniu. Było bardzo miło. Nic
z tych rzeczy, tylko się całowaliśmy, no i może jakieś drobne pieszczoty. Z Beatą nawet chodziłem przez krótką chwilę, ale nie ma co opowiadać. Nie było to nic szczególnego. Następna moja dziewczyna to była Dorota. Kiedyś na przerwie w szkole podeszła do mnie Iwona, koleżanka z mojej klasy i powiedziała mi, że dziewczyna z młodszej klasy się we mnie kocha i chciałaby bardzo ze mną chodzić. Ja też często rozmawiałem o niej z kolegami z klasy i muszę przyznać, że była jedną z ładniejszych dziewcząt
w naszej szkole. Co miałem robić? Dziewczynom się nie odmawia, a szczególnie tym ładnym… Dorotka była bardzo ładną blondynką, miała kręcone włosy do ramion, niebieskie oczy, była bardzo zgrabna i w dodatku fajnie  całowała. Lubiła spacerować w deszczu. Po jednym z takich spacerów przeziębiłem się i dwa tygodnie przeleżałem łóżku, ale było warto… 
   Moi koledzy często wyrywali panienki tylko po to, żeby je zaliczyć. Potem chodzili i opowiadali wszystkim jakie z nich koguty. Używali przy tym dużo wulgarnych i chamskich określeń co mnie bardzo drażniło. Biedne dziewczyny, żeby wiedziały co się o nich mówi? Kiedy już panienka była zaliczona zmieniali na inną. Dla nich nie liczyła się uroda  czy inteligencja. To przypominało dzisiejszą reklamę marketu: ”Dużo, Tanio, Tesco”. Dla mnie dziewczyna musiała mieć w sobie to coś, co wyróżniałoby ja
od tłumu pustych i głupich lalek. Musiała być wyjątkowa, a takich dziewczyn jest bardzo mało. W swoim życiu poznałem kilka dziewczyn, które były sympatyczne i ładne, ale tylko  jedna była wyjątkowa … No może dwie.
     W mojej klasie też były fajne dziewczyny. Najbardziej podobała mi się  Wiola. Lubiłem jak mówiła do mnie „Bodek”. Muszę powiedzieć, że podkochiwałem się w niej, ale ona o tym nie wiedziała. Była wyjątkowo  ładna i to mnie jakoś powstrzymywało. Chociaż wiedziałem, że ja też jej się podobam. W jej obecności czułem się bardzo spięty i nie potrafiłem z siebie wydusić kilku słów. Przy niej czułem się jakoś dziwnie. Onieśmielała mnie swoją urodą. Ale poza tym była w porządku. Słyszałem, że jeżeli dziewczyna jest ładna to jest bardzo niedostępna. Ale mówi się też, że nie przekonasz się dopóki nie spróbujesz. Ja niestety nie miałem jeszcze wtedy tyle odwagi. Facet z wiekiem nabiera doświadczenia i najczęściej to kobiety uczą go życia… Z czasem dowiedziałem się dużo o dziewczynach i wiedziałem jak zainteresować je swoją osobą. Chyba najbardziej lubiły mnie za moje poczucie humoru i za to, że nie byłem wulgarny. Przy dziewczynach zawsze starałem się nie używać sprośnych słów bo uważałem, że to  nie wypada. Zawsze puszczałem dziewczyny przodem i otwierałem im drzwi. Nie wiem skąd  mi się to wzięło bo nikt mnie tego nie uczył. Odziedziczyłem to chyba w genach po moim tacie. Dzisiaj też mnie drażni jeżeli jakiś facet używa wulgarnych słów w towarzystwie kobiet. No chyba, że opowiada dowcip i bez takiego słowa byłby mało śmieszny. 
     Potem była Mirka. Z nią chodziłem na długie spacery. Miała śliczny tyłeczek i… była fajną kumpelą, a przede wszystkim miała zarąbiście zgrabny tyłeczek. Poznałem ją przez koleżankę, dziewczynę mojego kolegi. Chodziły razem do liceum. Chodziliśmy
z kumplami do nich pod  szkołę i po jakimś czasie zacząłem chodzić z Mirką. Kiedyś siedzieliśmy u mnie i rozmawialiśmy na temat naszego  wyjazdu do jej babci na wieś . Wiedziałem, że rodzice mają wrócić późno do domu więc oboje postanowiliśmy zgrzeszyć myślą, mową i przede wszystkim uczynkiem. Prawie doszło do bliskich kontaktów pierwszego stopnia, gdyby nie mój tata, który nas zaskoczył i przerwał nam w takim momencie. Gdyby  wszedł pięć minut później bylibyśmy w trakcie. Myślałem,
że nie ma nikogo w domu i siedzieliśmy w moim pokoju i właśnie wtedy musiał wejść tata. Do niczego wtedy nie doszło
i wyjazdu do jej babci też nic nie  wyszło. Kiedyś dziewczyny dostały ze szkoły bilety do teatru i Mirka zapytała czy bym z nią poszedł. Nie przepadałem  za teatrem, ale czego się nie robi dla fajnych dziewczyn? Zgodziłem się. Umówiliśmy się u niej  pod domem. Byłem jak zwykle wcześniej  bo nie lubię się spóźnia (i nie lubię spóźnialskich). Muszę powiedzieć, że wyglądała nawet nieźle. Dałem jej bukiecik fiołków i pojechaliśmy do teatru. Pogoda była wtedy straszna. Kiedy wysiadaliśmy z autobusu zaczynał padać deszcz. Weszliśmy do środka i po kilku minutach się zaczęło… Krakowiacy i Górale. Straszna nuda. Siedzieliśmy trzymając się za ręce. Nagle w połowie zgasło światło… pomyślałem, że jak jest kobieta i mężczyzna  to po co światło? Okazało się, że na zewnątrz była burza z oberwaniem chmury i uszkodziło linię wysokiego napięcia. Nie mieliśmy przyjemności obejrzeć do końca Krakowiaków, a Górali tym bardziej. Gdy wyszliśmy już nie padało, ale przed teatrem stały autobusy do połowy zanurzone w wodzie. Ludzie biegali przeskakując kałuże, a ulicami płynęły rzeki wody. Nie było możliwości, żeby pojechać komunikacją miejską wiec ruszyliśmy  pieszo. Z Teatru Wielkiego do Żabieńca gdzie mieszkała Mirka było kilka  kilometrów,
ale nie mieliśmy innego wyjścia. Odprowadziłem ja do domu i umówiliśmy się na następny dzień. Szliśmy chyba trzy godziny
i czasem musiałem ją przenosić na rękach przez kałuże. Żartowaliśmy, że w teatrze górale skakali przez ognisko, a my skaczemy przez kałuże.     Spotykaliśmy się pół roku. Miło wspominam te chwile.
     W ostatniej klasie szkoły podstawowej zachorowałem i byłem dłuższy czas na zwolnieniu lekarskim, byłem coraz słabszy
i nikt nie wiedział co mi jest. Po kolejnej wizycie u lekarza zrobiono mi badania na obecność cukru we krwi i wtedy wszystko się wyjaśniło, powodem tego osłabienia była cukrzyca. Jeszcze kilka dni i nie przeżyłbym  tylu wspaniałych chwil w moim życiu. Jasne, że były też chwile, których wolałbym nie pamiętać, ale tak już jest. 
     W moim życiu kilka razy Bóg chciał mnie zabrać do siebie, ale mu się  nie dałem. Jakoś nie spieszy mi się do tego raju. Muszą tam jeszcze trochę poczekać. Myślę, że na tym świecie jest o wiele ciekawiej, a po  za tym nie wierzę w takie pierdoły.
     W szpitalu leżałem dosyć długo. Nie mogłem wyjść dopóki nie nauczę  się robić sobie zastrzyków i ktoś z mojej  rodziny.  Padło na mojego tatę.  Początki były tragiczne. Pierwsze zastrzyki robione przez mojego tatę były strasznie bolesne. Muszę powiedzieć, że daleko mu było do poziomu pielęgniarki. Kiedy się dowiedziałem co to jest za choroba rozpłakałem się, a moi rodzice razem że mną. Ja może jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy jak cukrzyca powoli wyniszcza organizm i trzeba bardzo się pilnować.  Nikt wtedy nie mówił o powikłaniach. Może nawet i mówił, ale ja byłem taki przejęty i przerażony, że nic do mnie nie docierało. Dopiero kiedy wyjechałem na obóz z innymi chorymi na cukrzycę dowiedziałem się co to naprawdę za choroba. Kolega, który już kilka razy był na takim obozie opowiedział nam o swojej dziewczynie, która zmarła w pociągu bo nikt nie potrafił udzielić jej pomocy. Rok wcześniej jeszcze widywałem ją w szpitalu. Była wspaniałą dziewczyną i była bardzo ładna. Szkoda, że musiała tak wcześnie odejść. Miała na  imię Mariola i miała tylko siedemnaście lat. Najgorsze było to, że musiałem robić sobie zastrzyki z insuliny i codziennie sprawdzać poziom cukru. W tamtych latach ze wszystkim było ciężko. Strzykawki jednorazowe  były trudne do zdobycia, używałem więc strzykawek szklanych, które po każdym użyciu trzeba było wygotować
i w ogóle było przerąbane. Teraz są lepsze insuliny, sprzęt do wstrzykiwania i do pomiaru cukru, ale i tak czasem mnie to wszystko denerwuje i miewam lekką depresję. Dlaczego to właśnie ja mam tak spieprzone życie? Na początku nie zdawałem sobie sprawy co to za choroba bo w mojej  rodzinie nikt wcześniej nie chorował na cukrzycę. Byłem młody i nie dbałem o swoje zdrowie. Nie myślałem wtedy, że cukrzyca będzie moją partnerką na całe życie i nie opuści mnie aż do śmierci, amen. Lekarze mówili, że z tą chorobą  można żyć jak normalni, zdrowi ludzi. Ale przecież normalni ludzie nie robią sobie zastrzyków trzy razy dziennie, nie robią sobie kilka razy na dzień badania moczu i zapisują to sobie w zeszycie. Ciężko mi było przyzwyczaić się do tego wszystkiego, ale musiałem, żeby jak najszybciej wyjść ze szpitala. W czasie pobytu na oddziale poznałem fajnych ludzi.
W nocy opowiadaliśmy sobie dowcipy i tak się śmialiśmy, że kilka razy musiała nas uspokajać pielęgniarka. Były też fajne dziewczyny. Bez nich byłoby bardzo smutno. Rzucaliśmy się  poduszkami i smarowaliśmy pastą do zębów. Odwiedzali mnie tez koleżanki i koledzy z mojej klasy. Było ciepło więc wychodziliśmy sobie na powietrze, żeby zapalić papierosa. Przynosili mi dużo słodyczy, którymi później dzieliłem się z chłopakami z sali. Potem na nasz oddział przyjęli siedmioletniego chłopca chorego na białaczkę.  Leżał w pojedynczej sali na końcu oddziału. Rodzice chyba chcieli, żeby miał spokój. Był bardzo sympatyczny i często się uśmiechał. Pewnie nie wiedział co go czeka. My też na początku nie wiedzieliśmy.  Niektórzy z nas pierwszy raz słyszeli
o takiej chorobie. Myśleliśmy, że poleży trochę w szpitalu, wyleczą go i tak jak my wszyscy wróci do domu. Całymi dniami siedzieliśmy u niego i bawiliśmy się z nim, graliśmy w różne gry. Jednak  z każdym dniem było go coraz mniej. Na naszych oczach gasło w nim życie. Gorszy od śmierci może być tylko strach przed nią, ale przy nas nie miał czasu o tym myśleć. Pewnego ranka dowiedzieliśmy się, że nasz młodszy kolega zmarł. Nie mogliśmy tego zrozumieć dlaczego taki mały chłopiec, który jeszcze wczoraj z  nami rozmawiał i śmiał się musiał odejść? Miał przed sobą całe życie. Płakaliśmy wszyscy. Od pielęgniarek po kucharki. Nie potrafię sobie wyobrazić co wtedy czuła jego mama. Bardzo było mi jej żal. Do dziś pamiętam jej krzyk kiedy się dowiedziała, że jej mały synek umarł. Myślę, że dzięki nam mógł te ostatnie swoje dni przeżyć nie myśląc
o chorobie. Rok osiemdziesiąty był strasznie pechowy nie tylko dla mnie i dla tego chłopca. Kiedy leżałem w szpitalu wydarzyła się katastrofa lotnicza, w której zginęła Anna Jantar. Lubiłem jej piosenki. Zawsze całą rodziną oglądaliśmy w telewizji jej występy na festiwalu w Opolu.
     W szpitalu mieliśmy szkołę i kiedyś wybrałem się na jedną z lekcji. I właśnie wtedy miałem pierwszy spadek poziomu cukru. Zrobiło mi się  bardzo słabo i nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Pierwszy raz czułem coś takiego. Nogi miałem jak z waty,
w środku wszystko mi się trzęsło i czułem jakiś niepokój jakby zaraz miało się wydarzyć coś strasznego. To jest dziwne
i zarazem straszne uczucie. Przyprowadzili mnie na oddział. To była moja ostatnia lekcja w szpitalu.
     Kiedy w maju osiemdziesiątego roku wychodziłem ze szpitala była piękna pogoda, było bardzo ciepło. Pani doktor przed moim wyjściem  mówiła mi, że trzeba ograniczyć jedzenie słodyczy, które bardzo lubiłem i trzeba uważać z alkoholem. Moi kumple mieli inne zdanie na ten temat. Koledzy tak mnie przywitali, że do domu nie pamiętam jak dotarłem. Postawili mnie tylko pod drzwiami, zadzwonili dzwonkiem i uciekli. Wypiłem wtedy podobno trzy wina sam! I znów się nasłuchałem z samego rana. Teraz wiem, że tata miał racje, ale wtedy nie wiedziałem. Miałem dopiero czternaście lat. Uczyłem się na błędach i najczęściej na swoich własnych. Kiedy jesteśmy dziećmi wydaje się nam, że jesteśmy najmądrzejsi, a wszyscy dokoła na niczym się nie znają. Dopiero jak dorośniemy i wspominamy sobie jakie błędy popełnialiśmy, okazuje się, że to rodzice mieli racje. Teraz próbujemy tłumaczyć naszym dzieciom to  co kiedyś nam mówili nasi rodzice. Czasami wykorzystywałem moją chorobę,  żeby urywać się wcześniej z lekcji. Mówiłem nauczycielom, że źle się czuję i pozwalali mi iść do domu. Żebym nie szedł sam pozwalali mi zabrać jakiegoś kolegę lub koleżankę.
     ”Dzięki” cukrzycy poznałem wielu wspaniałych ludzi, z którymi mam kontakt do dziś. Bardzo polubiłem Jacka, którego poznałem na obozie. Z Jackiem brałem udział w obozowym festiwalu piosenki. Dostaliśmy nawet nagrodę książkową za zajęcie drugiego miejsca od popularnej w tamtych latach piosenkarki Magdy Umer, która była gościem na naszym obozie. Pierwsze miejsce jak zwykle zdobyła córka naszego komendanta. Zaśpiewała piosenkę Beatlesów i w dodatku po angielsku. Nieźle jej to wyszło, ale podczas naszego występu widownia lepiej się bawiła. Festiwal był ogromnym wydarzeniem na obozie. Brali w nim udział wszyscy, którzy potrafili śpiewać oraz ci, którzy byli wzięci z łapanki. To znaczy: wchodził oboźny Edward do namiotu
i wskazywał palcem kto zaśpiewa. I właśnie ja z Jackiem byliśmy z takiej łapanki. Festiwal był świetnie przygotowany. Było niezłe nagłośnienie. Scena była  zrobiona z kilku metalowych elementów namiotu i przykryta siatką maskującą. Dziewczyny zrobiły dekoracje z polnych kwiatów i szyszek, a jako oświetlenie był ustawiony na  przeciw  sceny  samochód  marki „żuk” z włączonymi  reflektorami. Oczywiście żeby wyjść na scenę musieliśmy się napić czegoś  mocniejszego, żeby nie mieć tremy. Zaśpiewaliśmy piosenkę „Skóra” zespołu Aya RL. Wszystkim bardzo się  podobało, ale nie spodobało się naszemu oboźnemu. Nie myśleliśmy, że połówka we dwóch może nas tak szybko pozbawić kontroli nad własnym umysłem i wpłynie na koordynację ruchu. I znów mieliśmy przerąbane bo oboźny Edward poczuł, że coś piliśmy i za karę robiliśmy całą noc przysiady. Poza tym ciężko było nie zauważyć, jak zataczaliśmy się na scenie i trzy razy bisowaliśmy. Jacka nawet po tych trzech bisach ciężko było ściągnąć ze sceny. Na widowni był szał. Na drugi dzień z trudem przychodziło nam stanie na apelu. Strasznie nas suszyło. Zasypialiśmy na stojąco, a  nogi mieliśmy tak opuchnięte, że mieliśmy problem z włożeniem butów. Te tortury zapamiętaliśmy do końca obozu i przy każdej nadarzającej  się okazji robiliśmy  mu różne kawały. Na przykład kiedy wyjechał załatwić jakieś swoje sprawy przestawiliśmy jego  namiot tak, że po rozsunięciu suwaka w przedsionku miał sporych rozmiarów mrowisko.
     Z alkoholem mieliśmy problem już na początku obozu. Kupiliśmy z chłopakami butelkę wódki, żeby się lepiej poznać
i chcieliśmy wypić z naszym drużynowym, który jak się później okazało był wrogiem alkoholu. Ale skąd mogliśmy wiedzieć? Nam się wydawało, że każdy normalny Polak lubi się napić. Dobrze, że nikomu nie powiedział bo przykro byłoby opuszczać obóz po dwóch dniach pobytu. I tak to było na tym naszym obozie. Jak coś się stało to od razu było wiadomo, że to drużyna szósta. Ze względu na nasze wyskoki często mieliśmy różne kary. Jedną z nich była musztra. Jak nam się nie chciało biegać czy maszerować to potrafiliśmy się sprężyć i musztra trwała dziesięć minut, ale kiedy mieliśmy dobre humory to robiliśmy sobie jaja i trwało to czasem ponad godzinę. Nieubłaganie zbliżał się koniec naszej laby. I znów jak to bywa na koniec obozu był płacz, pożegnania, spisywanie adresów na chustach i  powrót do domu. Potem były spotkania po obozowe. Na jedno z takich spotkań umówiliśmy się w Lunaparku. Zawsze miałem obawy przed jazdą kolejką górską, ale po kilku piwach z kolegami jeździliśmy nią siedem razy pod rząd. Kiedy w końcu nam się  znudziła jazda myślałem, że puszczę pawia. Po obozie grałem z Jackiem
w zespole, ale bez żadnego poważnego sukcesu. Jacek po jakimś czasie założył zespół i do tej pory gra ze swoją żoną na  weselach i innych uroczystościach, między innymi grali też na moim weselu. Ja nie  przepadam za taką muzyką, ale na weselach po kilku kieliszkach wszyscy się dobrze bawią. Jacek odnalazł swoje przeznaczenie, którym jest muzyka. Nie ważne jaka, ale ważne, że robi to co lubi i ma jeszcze z tego kasę. A ja jeszcze nie poprzestałem na słuchaniu muzyki. Czasem też robię własną muzę na komputerze, ale tylko dla siebie.
   W mojej muzyce jest to co czuję i to co mam w sercu. Czasem moje kawałki są wesołe, a czasem smutne jak moje życie. Słucham wielu gatunków muzyki. Najczęściej słucham muzyki, która wpada w ucho czyli  ma w melodii coś co wyróżnia ją od innych piosenek. Nie kręci mnie tylko  muzyka góralska i jazz, bo tego po prostu nie da się słuchać. Z Jackiem miałem kilka projektów takich jak na przykład granie na weselu mojej siostry. Nie wiem kto  załatwiał  orkiestrę na to wesele, ale była do kitu. Goście zaczęli się bawić dopiero wtedy kiedy orkiestra miała przerwę,a ja z Jackiem usiedliśmy do instrumentów. Ale był czad… Bawiliśmy się jak po dobrej „Maryśce” . Potem graliśmy po  różnych  domach  kultury i nawet  raz  mieliśmy  koncert , ale  nie  poszło  nam  zbyt  dobrze bo ja  się spóźniłem i w dodatku byłem po nieprzespanej nocy . Byliśmy z  kumplem i dwiema koleżankami u jednej  z nich . Impreza przeciągnęła się  do rana i tak spóźniłem się na jedyny koncert . Ale nie żałuję . Było naprawdę sympatycznie .
     Te sławne obozy zdrowotne organizowane były szpital dziecięcy na ulicy Spornej w Łodzi dla dzieci chorych na cukrzycę,
z problemami żołądkowymi i oddechowymi. Jeździłem na nie co roku przez kilka ładnych lat. Był to obóz harcerski, wiec przed wyjazdem musiałem zaopatrzyć się w plecak, mundur, menażkę i jeszcze kilka rzeczy potrzebnych na wyjazd. Byłem zadowolony, że wyjeżdżam po raz pierwszy gdzieś bez rodziców chociaż bardzo ich kocham, ale taki  wyjazd uczy samodzielności i ja wtedy chciałem się sprawdzić w takich warunkach, a z drugiej strony trochę się bałem bo przecież nikogo tam nie  znałem .
     Miałem wtedy chyba szesnaście lat i nigdy na poważnie nie myślałem o chodzeniu z dziewczyną. Pewnie, że wcześniej było kilka innych, ale ta jedna była wyjątkowa. Miała na imię Susanne i pochodziła z byłego NRD czyli z dawnych Niemiec wschodnich. Była o rok młodsza ode mnie i była inna od wszystkich dziewczyn. Można powiedzieć, że od razu wpadliśmy sobie w oko.
     Jak już mówiłem miałem około szesnastu lat i jak co roku miałem wyjechać na obóz zdrowotny nad morze do Jarosławca. Wyjazdy organizowała poradnia diabetologiczna, do której chodziłem raz w miesiącu na badania kontrolne.
Od dwóch lat chorowałem na cukrzycę. Na początku nie miałem pojęcia co to za choroba, ale z czasem przekonałem się, że nie jest taka straszna jeżeli tylko dba się o dietę i pamięta o robieniu sobie zastrzyków z insuliny. Mieszkałem w Łodzi z rodzicami
i czwórką rodzeństwa. Nie mieliśmy luksusów, ale byliśmy i jesteśmy kochającą się rodziną.
     Było wtedy piękne lato. Od samego rana była piękna, słoneczna pogoda. Na niebie nie było nawet najmniejszej chmurki. Długo czekałem na ten wyjazd i nie mogłem spać całą noc.
     Zbiórka była o ósmej rano przed szpitalem. Spakowałem się dzień wcześniej wieczorem, ale jeszcze raz sprawdziłem, czy mam wszystko? Menażka, koc, mundur harcerski, trochę ciuchów, pasta do zębów i jeszcze kilka rzeczy. Wszystko jest, więc można wychodzić z domu. Zostało tylko się pożegnać.
      Rodzice pojechali ze mną na miejsce zbiórki. Autokary już czekały. Kilka osób już wsiadło, pozostali zegnali się z rodziną, inni płakali, jakby już nigdy mieli nie wrócić. Zobaczyłem kilku kolegów i koleżanek poprzedniego obozu. Zapowiadały się ciekawe wakacje.
     Wrzuciłem bagaże do autokaru, jeszcze ostatnie uściski z rodziną i pojechaliśmy.
     Ja i kilku kolegów usiedliśmy na samym końcu i zaczęliśmy sobie opowiadać co się wydarzyło przez rok. Potem śpiewaliśmy piosenki i opowiadaliśmy dowcipy.
     Po kilku godzinach jazdy niektórzy nie wytrzymali i postanowili się zdrzemnąć, szczególnie, że mieliśmy trochę alkoholu. Jakieś wino, piwo i nawet któryś wziął pół litra wódki. W podróży mieliśmy kilka postojów na siku. Jedni szli się załatwić, inni coś zjeść, a my w krzaki zapalić papierosa.
     W końcu dojechaliśmy. Byliśmy na miejscu około dziewiętnastej. Wszyscy mimo młodego wieku byli wykończeni podróżą. Niektórzy marzyli o tym, żeby walnąć się na łóżko i obudzić się dopiero rano, ale ja i kilku kumpli zaraz po rozpakowaniu bagaży
i zakwaterowaniu poszliśmy przywitać się z morzem.
     Od naszego obozu do brzegu morza było około dwustu metrów. Trzeba było przejść przez wąski pas lasu i już staliśmy na wydmie.
     To powietrze i ten widok zapierał dech w piersiach. Postaliśmy tak chwilę w milczeniu, potem po fajce i wróciliśmy do obozu.
     Spaliśmy w kilkuosobowych namiotach wojskowych na łóżkach polowych. Była jakaś szafka na naczynia i inne drobiazgi. W namiocie obok były dziewczyny. One miały namiot z przedsionkiem, gdzie mogły się przebierać i do tego był ocieplany podpinką.
       W naszym było sześciu chłopaków mniej więcej w tym samym wieku.
Ja zostałem mianowany drużynowym. Był jeszcze Marcin z Warszawy zwany „Warszawiakiem”, Piotrek „Sołtys” Z Piotrkowa trybunalskiego, Jacek „Stawowy”, Zbyszek „Zibi”, Arek „Długi” i Darek „Cichy” z Łodzi. Tworzyliśmy zgrana paczkę.
     Marcin uczył się języka niemieckiego więc ucieszyliśmy się kiedy przyjechali Niemcy, a szczególnie Niemki bo mogliśmy sobie pogadać z jego pomocą. Chociaż musze powiedzieć, że i bez Marcina szło nam całkiem nieźle. Porozumiewaliśmy się na migi, po rosyjsku, trochę po angielsku, a przede wszystkim językiem ciała. Mieliśmy też słowniki Polsko-niemieckie, ale znajdowanie odpowiednich słów trwało zbyt długo.
     Piotrek miał ksywkę „sołtys” ponieważ pochodził ze wsi i miał fryzurę jak słoma na starej chałupie, ale lubiliśmy go bo miał ciekawe pomysły.
     Kiedy wszyscy szli na plażę, on zostawał w namiocie pod byle jakim pretekstem i wtedy realizował swoje pomysły. Na przykład wykopał ogromny dół przy wejściu do namiotu, przykrył ten dół gałęziami i gazetami. Mieliśmy wielką radochę kiedy ktoś wpadł
w zasadzkę. Po jakimś czasie po wejściu do namiotu rozglądaliśmy się czy „sołtys znów czegoś nie wymyślił.
     Jacek był zdolnym muzykiem. Grał od kilku lat na akordeonie i śpiewał różne sprośne piosenki. Nawet podczas musztry nie rozstawał się ze swoim instrumentem. Mówię o akordeonie. Gdy biegaliśmy z plecakami, on miał dodatkowe obciążenie.
     Zbyszek miał duże powodzenie u płci przeciwnej, ale był trochę wstydliwy. Był niespotykanie spokojnym człowiekiem. Trudno było wyprowadzić go z równowagi, za to on był mistrzem we wkurzaniu innych.
     Arek… obozowy amant. Podobały mu się chyba wszystkie dziewczyny przez co miał wiele kłopotów. Był wysokim blondynem
i kochało się w nim kilka dziewczyn.
     Darka nie znałem wcześniej. Jako jedyny z naszego namiotu był zdrowy. Był kolegą Zbyszka. Mieszkali na jednym podwórku, więc Zbyszek załatwił mu wyjazd kiedy zwolniło się miejsce.
     Nasz obóz był położony w lesie sześć kilometrów od miasta Jarosławiec. Właściwie to mała nadmorska miejscowość,
w której mieszkańcy utrzymywali się głównie ze sprzedaży pamiątek, rybołówstwa i hotelarstwa. W centrum znajdowały się dwie główne ulice. Mieścił się tam hotel „Zefir”, poczta, kilka sklepików z pamiątkami, lodziarnia no i oczywiście pijalnia piwa. To była prawdziwa mordownia. Schodzili się tam wszyscy z całego Jarosławca, miejscowi i przyjezdni. Czasem w kolejce po złoty nektar trzeba było odstać nawet dwie godziny. Piwa można było się napić też w pizzerii, ale tam było drożej. Można było tam dojechać trzykilometrowym pasem startowym dla samolotów. W sezonie letnim nie był wykorzystywany. Pas się kończył i dalej była betonowa droga. Najczęściej chodziliśmy pieszo wysłać pocztówkę do domu, kupić pamiątki, albo napić się piwa.
      Pogodę mieliśmy super. Rano pobudka potem każdy ogarnął się trochę i wszyscy szli do namioty sanitarnego na badanie poziomu cukru i poranną insulinę. Potem śniadanie. Po śniadaniu apel i wtedy dowiadywaliśmy się co będziemy robić przez resztę dnia. Nie można było się nudzić. Jak co roku były zawody sportowe, festiwal piosenki, ogniska, dyskoteki i wyjścia do miasta.
     W dniu kiedy przyjechali Niemcy, każdy z nas patrzył jak wysiadają z autokarów i jak gadają w języku niezrozumiałym dla wielu z nas. Chłopaki podziwiali urodę naszych zachodnich koleżanek i liczyli na to, że którejś wpadną w oko. Na początku trochę
z nieufnością podchodziliśmy do Niemców. Żartowaliśmy z nich. Nie wszystkie Niemki okazały się ładne.
     Zaczęła się rywalizacja. Najpierwszy wyrwał zachodni towar nasz amant obozowy czyli Arek. Dwa dni po przyjeździe Niemców już chodził z jedną z nich. Miała na imię Peggy. Była trochę za pulchna jak na mój gust, ale o gustach się nie dyskutuje. Arkowi się podobała.
     Mi podobała się jedna dziewczyna, ale była chyba za ładna i nie miałem odwagi do niej podejść, a poza tym byłem trochę nieśmiały w stosunku do dziewczyn i nie znałem języka więc pomyślałem, że nie będę z siebie robił idioty.
     Arek długo nie spotykał się z Peggy. Skończyło się, gdy zobaczyła go jak całuje inna dziewczynę. Wzięła wtedy menażkę, zaczerpnęła nią z mrowiska i wysypała całą zawartość do jego łóżka.
     Potem była Ines. Fajna blondynka. Nawet pasowali do siebie i nawet Arek mówił, że to coś na dłużej. Jednak po kilku dniach Ines obraziła się na Arka. Poprosił mnie, żebym mu pomógł ją przeprosić. Kupił w Jarosławcu wino gazowane i umówił się z nią na polanie niedaleko obozu. Gdy czekaliśmy na drodze przeglądaliśmy słownik polsko-niemiecki i próbowaliśmy ułożyć jakieś zdania. Pomyślałem, że z naszymi zdolnościami lingwistycznymi będzie problem, żeby przeprosić Arka dziewczynę. Nie powiedział, że Ines przyjdzie z koleżanką. Byłem zaskoczony, gdy zobaczyłem kim jest ta koleżanka. To była ona, dziewczyna, która tak bardzo mi się podobała. Nie mogłem uwierzyć.
     Dziewczyny podeszły do nas i Ines przedstawiła nam swoją koleżankę. Miała na imię Susanne.
      Szliśmy ścieżką jakiś czas. Arek próbował wszystkimi sposobami przepraszać Ines, a ja co jakiś czas spoglądałem w stronę Susanne. W końcu zatrzymaliśmy się i Arek powiedział, żebym wyjął szampana. Miałem go ukrytego w spodniach za paskiem korkiem do dołu i cały czas bałem się, żeby nie wystrzelił. Wyjąłem szampana i dwa blaszane garnuszki. Arek zaczął tłumaczyć, że to na przeprosiny. Dziewczyny tylko wzruszały ramionami, bo nic nie rozumiały. Wtedy ja wziąłem słownik i powiedziałem,
że w Polsce jest zwyczaj, że przy poznaniu się pijemy brudzia i powinniśmy się pocałować. Coś powiedziały sobie na ucho
i chyba zrozumiały o co chodzi. Susi wyjęła gumę z ust i po wypiciu szampana pocałowała mnie. Nie myślałem o takim pocałunku, ale było miło.
     Szampan i polski zwyczaj załatwiły wszystko. Ines wybaczyła Arkowi, a ja poznałem bliżej najładniejszą dziewczynę na obozie.
     Susanne była bardzo zgrabna, miała ciemne włosy i kiedy się uśmiechała pojawiały się na jej policzkach dołeczki. Była wysoka, ale niższa ode mnie.
     Spotykaliśmy się coraz częściej, aż w końcu zostaliśmy najsławniejszą parą obozu. Było nam ze sobą bardzo dobrze. Rozumieliśmy się prawie bez słów. Chodziliśmy na wydmy oglądać zachody słońca trzymając się za ręce. Nie wyobrażałem sobie wtedy, że możemy się kiedykolwiek rozstać. Susi myślała dokładnie tak samo. Wszystkie wolne chwile spędzaliśmy razem.
     Chłopaki zazdrościli mi takiej dziewczyny, a dziewczyny takiego uczucia. Wydawało się, ze jesteśmy stworzeni dla siebie.
Jak byśmy się znali od zawsze. Jednak wszystko kiedyś się kończy.
     Niemcy wyjeżdżali kilka dni wcześniej i komendant obozu zorganizował pożegnalna dyskotekę. Trudno było się pogodzić
z faktem, że to nasze ostatnie godziny razem. Mieliśmy kilka ulubionych piosenek i kiedy na dyskotece zagrali jedną z nich rozpłakaliśmy się jak bobry. Po dyskotece poszliśmy w nasze ulubione miejsce. Na wydmie była ławeczka zrobiona z kilku kawałków drewna, a obok na wysokiej sośnie zawieszona była huśtawka. Usiedliśmy na ławce i przytuliliśmy się mocno do siebie. Susi mówiła, że będzie pisała. Wymieniliśmy się adresami i prezentami. Dałem jej srebrne kolczyki, a ona dała mi chusteczkę, na której były namalowane łzy i napis „Ich Liebe Dich!”.
     Po plaży chodziło kilka par trzymając się za ręce i co jakiś czas przystawali, obejmowali się i całowali.
     Po wyjeździe Susanne długo nie mogłem dojść do siebie. Bardzo mi jej brakowało. Cały czas myślałem o niej. W drodze powrotnej do domu już nie było tak wesoło. Nie tylko ja cierpiałem. Każdy siedział i patrzył w szybę. Domyślam się o czym myśleli. Większość z nas poznała kogoś i żal było się rozstawać i czekać znów do następnego obozu. Zawsze są jeszcze spotkania po obozowe, ale nie wszyscy mogą przyjechać.
     Gdy przyjechałem do domu opowiedziałem kumplom jak było super i o Susi. Dwa dni po przyjeździe dostałem list z DDR.
To był list od Susi. Pisała jak bardzo tęskni, że bardzo mnie kocha i, że nie może się doczekać kiedy znów mnie zobaczy. Pisała łamaną polszczyzną, pewnie korzystała ze słownika? Pisała trochę po Niemiecku, po polsku, po angielsku i po rosyjsku. Jak czegoś nie potrafiła napisać, wtedy rysowała śmieszne rzeczy. Kiedy przeczytałem ten list od razu wziąłem się za odpisywanie. Było ciężko, ale dałem radę. Miałem nadzieję, że rozczyta te moje bazgroły.
     Listy od Susi przychodziły po cztery w tygodniu, a ja na każdy odpisywałem. Pisaliśmy o wszystkim. Najczęściej o tym jak bardzo za sobą tęsknimy.
      
 
     
     
    
      
     
    

 

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1415
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 794
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1096
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1048
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 360
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 849
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 640
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 473
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1104
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 682
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 446
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 573
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 654
12
komentarze: 31 | wyświetlenia: 658
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Kocham Cię Tatku !

  modeoff,  12/08/2012

Ciekawie się czyta. Młodość, alkohol, dziewczyny i przygoda. Tak życie powinno wyglądać zawsze :D.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska