Login lub e-mail Hasło   

Słowo

SŁOWO - To w końcu za co skatował pan Wiliamsa? – Sędzia Barett chciał znać wszystkie okoliczności. - Ależ ja nikogo nie skatowałem – Ramsey zrobił wielkie oczy. &...
Wyświetlenia: 1.510 Zamieszczono 17/08/2012

SŁOWO

 

- To w końcu za co skatował pan Wiliamsa? – Sędzia Barett chciał znać wszystkie okoliczności.

- Ależ ja nikogo nie skatowałem – Ramsey zrobił wielkie oczy. – Ja nie mogłem już… wytrzymać, i… uderzyłem go w gębę. Tylko raz.

- Tak? To dlaczego powód doznał wstrząsu mózgu, ma zwichniętą szczękę, wybity ząb i lewą rękę fatalnie złamaną w dwóch miejscach?

- Coż… - Ramsey nie wiedział co powiedzieć – Wiliams przewrócił się i… uderzył głową o podłogę. Rękę złamał przy upadku. Może uderzyłem go za mocno?

- To na pewno – sędzia zamyślił się na chwilę. – Za co pan go uderzył?

- Za nic panie sędzio – wykrzyknął Wiliams wstając gwałtownie i waląc zagipsowaną ręką o stolik – To bandyta i pokręcony oszołom!

- Spokój! – sędzia stuknął młotkiem w stół – Nie pana pytam. Niech pan mówi – zwrócił się do Ramseya.

- Panie sędzio - Ramsey wyraźnie opanowywał się resztkami woli – Wiliams nazwał mnie głupkiem, baranem, tępym fanatykiem i mendą kościelną. Obraził też moich świętej pamięci rodziców, zwłaszcza matkę. Nie wytrzymałem.

- Czy to prawda? – Sędzia spojrzał na Wiliamsa.

- E… może i tak – Wiliams, obleśny i cuchnący typ. patrzył na jakąś plamę na suficie. Trudno stwierdzić na którą, ponieważ było ich tam aż nadto. – Ja… nie bardzo pamiętam. Wiem tylko, że ten…, że pan Ramsey, bardzo mnie zdenerwował.

- Tak? – zjadliwie spytał sędzia – A niby czym?

- Mówił, krzyczał, wydzierał się do wszystkich, że nareszcie ma dowód.

- Dowód? – Sędzia wwiercał się w Wiliamsa wzrokiem bazyliszka – Jaki dowód?

- No… dowód na… - Wiliams zawiesił głos i spojrzał tępo na Ramseya.

- Na co? – wykrzyknął sędzia. – Mówże pan do cholery.

- Na istnienie… tego, no… Boga – wykrztusił wreszcie Wiliami z wyraźną odrazą.

            

Sędzia Barett oklapł jakby i uspokoił się nieco. Przyjechał do tej dziury, do tego podgórskiego, zapyziałego miasteczka na prośbę szeryfa Buckanana, który chciał sądownie, a jakże, rozstrzygnąć jakoś pierwszą od lat bójkę na podległym mu terenie. Konkretnie w knajpie „Pod Skorpionem”. Dla kilkuset stałych mieszkańców tej dziury, również dla szeryfa, było to wydarzenie na miarę lądowania na Księżycu. Trudno się zresztą dziwić – bójka wydarzyła się poza sezonem turystycznym. Wszyscy cieszyli się na proces.

            

- Co pan na to, panie Ramsey? – sędzia Barett postanowił być spokojnym, metodycznie dociekliwym i merytorycznym arbitrem.

- E… to prawda – stwierdził Ramsey patrząc w podłogę – Byłem trochę podniecony.

- A co z tym… dowodem? – Sędzia wyraźnie był zainteresowany – Ma go pan?

- Tak – krótko potwierdził Ramsey.

- No więc… mów pan.

- Ale… - Ramsey podrapał się w glowę – To… dluga historia.

- Mów pan. Mamy czas – sędzia popatrzył na zdaje się również zaciekawioną publiczność, zgromadzoną w komplecie w salce katechetycznej skromnego, lokalnego kościółka. Jedynego w promieniu kilkunastu mil pomieszczenia, nadającego się jako tako na ad hoc salę sądową. Pozostali chętni, dla których brakło miejsc siedzących, tłoczyli się na zewnątrz, słuchając przebiegu rozprawy z umieszczonego na budynku, skrzypiącego głośnika.

- No więc… dobrze – Ramsey wstał z krzesła. Był to wysoki, szczupły mężczyzna o olśniewająco czarnej czuprynie bez śladu siwizny, i bystrym spojrzeniu, ubrany skromnie acz nie niedbale. Szary, znośnie skrojony garnitur, kamizelka, spokojny krawat, czyste, ciemnobrązowe buty. Nie był mieszkańcem Saint Johnsbury – przyjechał kilka dni temu pociągiem i wynajął pokój w jedynym w miasteczku hoteliku. Bagaż miał niewielki – zaledwie jedną, skromną walizkę. Teraz, doprowadzony na rozprawę wprost z celi aresztu, stał w obskurnej, dusznej sali, mając przed sobą starego, nieuprzejmego i złośliwego człowieka, mającego sądzić go za chwilę nieopanowania oraz nieprzychylny, co wyraźnie wyczuwał, tłum autochtonów na sali i poza nią.

- A więc zacznę od początku – Ramsey spojrzał wymownie na sędziego – Mam pięćdziesiąt sześć lat, z wykształcenia jestem elektronikiem, utrzymuję się z kilku, popełnionych onegdaj patentów, jestem też od dzieciństwa, jak zdaje się większość tu obecnych, z wyjątkiem, rzecz jasna, pana e… Wiliamsa, wierzącym i praktykującym pilnie członkiem kościoła protestanckiego. Na stałe mieszkam w podobnym, choć mniej spokojnym miasteczku, kilkadziesiąt mil na południe stąd.

Zapewne z racji moich przekonań i wiary, zawsze intrygowało mnie… milczenie Boga. To znaczy założony, wpisany niejako w naturę tego świata, brak możliwości, naszych, ludzkich, do bezspornego znalezienia Go, potwierdzenia, naukowego i raz na zawsze udowodnienia. Poza wiarą. Rozumiem, iż miałoby to pewnie fatalny wpływ na to coś, co nazywamy wolną wolą, niemniej, nigdy nie mogłem się z tym pogodzić. I tak naprawdę byłem zawsze przekonany, że w rzeczywistości to On nie ukrywa się przed nami, że to tylko kwestia postępu, właściwych narzędzi, by Go… znaleźć.

Jakieś dwadzieścia lat temu wpadłem na pewien… pomysł… najważniejszy mój chyba pomysł, w związku z którym, przyjechałem tutaj, szukając spokoju i ciszy, dla podsumowania i ostatecznego zwieńczenia moich prac.

 

Ramsey przerwał na chwilę, by napić się wody. Gdy ze stojącej obok karafki napełniał szklankę, w ciszy sali zadźwięczało rytmicznie szkło naczyń, trzymanych w niepewnych, trzęsących się ze zdenerwowania dłoniach oskarżonego. Sędzia Barett był wyrozumiały i spokojnie czekał.

 

- A więc pomysł - kontynuował Ramsey – polegał pierwotnie na wielomiesięcznym, ciągłym nagrywaniu dźwięków, szumu, akustycznego tła…, wiatru, wiejącego… za oknami.

- Słucham? – Sędzia Barett zrobił wielkie oczy.

- Nagrywałem…, rejestrowałem wiatr. Całe dziesięć miesięcy. Dzień i noc, doba, po dobie. Nieustannie. Wiatr, wiejący w okolicy, gdzie mieszkam na stałe.

- Po co? – zdumienie sędziego było niepomierne.

- Cóż…, to wyjdzie jasno w trakcie dalszych wyjaśnień. Czy mogę?

- Proszę bardzo – sędzia nie oponował.

- No więc, po dziesięciu miesiącach, gdy na kilometrach taśmy miałem już nagrania, przerobiłem odpowiednio posiadane magnetofony i ponownie przepuściłem to wszystko przez maszynerię, jednak tym razem w trybie odtwarzania. Z tysiące razy większą prędkością niż prędkość nagrywania. I… usłyszałem Go wreszcie.

- Jak to? – wyszeptał sędzia.

- No coż… Ramsey popatrzył sędziemu prosto w oczy – usłyszałem… Boga… mówiącego.

- Z magnetofonu?

- Tak, panie sędzio – Ramsey mówił powoli, dobitnie – Nagrałem Boga, który z taśmy, po częściowym i trudnym odfiltrowaniu wolnozmiennej składowej pór dnia i nocy, wszem i wobec, poprzez zakłócenia, mówił poważnym, niskim, głosem: – „JESTEM”. Po aramejsku, czyli w języku, w jakim spisano Pismo.

- Jakie pismo? – sędzia nie rozumiał.

- Biblia, Pismo Święte.

- Ale bzdury – nie wytrzymał Wiliams uśmiechając się od ucha, do ucha, demonstrując w ten sposób znaczne ubytki w sinoburym uzębieniu. - To samo opowiadał w barze.

- Cisza! – wydarł się sędzia do Wiliamsa, waląc młotkiem w stół. – Niechże pan się wreszcie przymknie. A pan – tu zwrócił się do Ramseya – niech pan spokojnie mówi dalej. To niezmiernie interesujące. Aha – zna pan aramejski?

- Ja nie – wyjaśniał Ramsey – ale mam mnóstwo przyjaciół naukowców, w tym znawców aramejskiego, do których zwróciłem się z kopią nagrania. I oni mi to przetłumaczyli, mimo, iż jak wiadomo, jest to już język martwy. Od co najmniej dwóch tysięcy lat. Ale to dopiero początek sprawy.

- Tak? – kolejny raz zdziwił się Barett – W takim razie proszę dalej.

- Cóż – Ramsey ponownie napił się wody – Wiedziałem już, miałem pewność, czego i jak szukać. Musiałem przygotować się odpowiednio do dalszych badań. Pominę tu wszelkie specjalistyczne szczegóły techniczne – dość, że musiałem opracować metodykę, stworzyć stosowne oprogramowanie, zakupić i zaadaptować potrzebny sprzęt. Zajęło mi to dwa lata, pochłonęło majątek, ale… nareszcie byłem gotów.

 

Ruszyłem więc w teren – rejestrowałem cyfrowo wszystkie dźwięki i sygnały w miarę naturalne i nieokresowo zmienne, jak wiatr, wielomiesięczne odgłosy wielkich miast, dźwięki czynnych gejzerów i wulkanów, oceanów, leśnego życia dzikich zwierząt. Wszystko. Później, doszły zapisy video, które przecież też są przypadkowymi przebiegami, danymi, zwłaszcza, gdy filmujemy, zapisujemy obraz, na przykład coraz to innego krajobrazu za oknami pędzącego pociągu. Powstała ogromna baza danych pomiarowych, baza przeróżnych sygnałów, długotrwale, wielomiesięcznie zmiennych, czekająca na opracowanie. I ja te dane opracowałem, przetworzyłem na radykalnie spowolnione przebiegi audio. Na dźwięk. Zajęło mi to kilka następnych lat.

- I co? – sędzia Barett był w tym momencie wyrazicielem, kwintesencją, niewyobrażalnego, pełnego ciszy i napięcia zainteresowania całej sali, wszystkich słuchających tej opowieści.

- Wyniki były jednoznaczne, choć, jak się pan sędzia domyśla, nasz czas jest innym czasem niż czas… boski. Musiałem to oczywiście odpowiednio uwzględnić podczas konwersji. Jednakowoż, w każdym przypadku, każdy zapis był zapisem Jego nieustającego, wszechobecnego Przekazu o treści; „JESTEM”. Były, co prawda drobne różnice, w zależności od tego, co zapisywałem; „JESTEM”, „JAM JEST”, „PAMIĘTAJCIE – JA JESTEM”, jednak nie zmienia to istoty. To było, to jest, to cały czas trwa. To Jego nieustający szept, obecny we wszystkim, od zawsze! To SŁOWO! Dające się naukowo, bezspornie potwierdzić.

 

Ponadto, kilka miesięcy temu, spróbowałem też czegoś lepszego. Przyszło mi do głowy, że przecież liczba Pi, jako liczba niewymierna, też jest w swoim rozwinięciu po przecinkowym serią zmiennych, nieokresowych danych. Danych, które nie mają powtarzających się sekwencji. Nie są przewidywalne. Niczym tak zwany szum biały. Tak są zresztą przez wszystkich specjalistów traktowane. Ale po odpowiednim przetworzeniu na dźwięk, mogą być, być może, z powodzeniem odsłuchane.

- Nie do końca rozumiem – przyznał sędzia.

- Sprawa jest prosta – Ramsey zaczerpnął powietrza – Jeżeli podzielimy po przecinkowy ciąg cyfr liczby Pi na kolejne grupy po trzy cyfry, to najwyższa liczba w grupie jaka może wystąpić, wynosi dziewięćset, dziewięćdziesiąt dziewięć. Traktując tę wartość jako chwilowy poziom sygnału, poczynając od zera, otrzymamy miliony następujących po sobie, trzycyfrowych próbek. O przeróżnych wartościach. Czyli sygnał.

- Jasne.

- No więc, ponownie uruchomiłem moje znajomości - sam jestem przecież tylko skromnym inżynierem – i poprosiłem kolegów z Narodowego Instytutu Badań Matematycznych o przysłanie mi aktualnej wartości liczby Pi z całym, wielomilionowym rozwinięciem po przecinkowym jakim dysponują. I które cały czas, na bieżąco, jest wyliczane przez ich superkomputery.

- I co? – sędzia w dalszym ciągu chłonął słowa Ramseya jak gąbka.

- Dostałem te dane i obrobiłem odpowiednio moim oprogramowaniem – Ramsey mówił bardzo cicho, jednak wszyscy słyszeli go bez problemu. – Otrzymałem sygnał czysty, pozbawiony wszelkich niepotrzebnych modulacji i składowych jak noc, dzień, wiosna, lato, i tym podobnych. Nie losowy szum bynajmniej, lecz ostry, krystaliczny sygnał, dający się łatwo skalować czasowo. I brzmiał on, brzmi od początku świata; - „JESTEM TYM, KTÓRY JEST, WIĘC BĄDZCIE PEWNI, IŻ …”. Dalsza część przekazu ukryta jest zapewne w kolejnych, po przecinkowych sekwencjach liczby Pi, które nie są jeszcze obliczone. No przecież lepszego dowodu nie można sobie wyobrazić!

- I panie sędzio, proszę państwa – Ramsey, wyraźnie wyczerpany, przerwał na chwilę - grzebiąc chwilę po kieszeniach, wyciągnął wreszcie wielką chustę i otarł spocone czoło. – To jeszcze nie koniec rewelacji.

         

Nikt nie powiedział ani słowa. Wszyscy, łącznie z sędzią Barettem, wstrzymali oddechy, czekając cierpliwie na dalszy ciąg.

            

- W młodości straciłem w wypadku lewy kciuk – Ramsey wznowił wreszcie swą opowieść, - a z racji wieku, brakuje, brakowało mi kilku zębów. Jeszcze miesiąc temu. Teraz, po wielokrotnym wysłuchaniu Słowa, w trakcie pracy nad tym ostatnim, najbardziej perfekcyjnym sygnałem, nie mam żadnych ubytków w uzębieniu, a i pozostałe… członki są w komplecie.

            

Podniósł lewą dłoń, i rozcapierzywszy palce, demonstrował całej sali kompletność swojego wyposażenia.

            

- Wyrzuciłem też okulary, czuję się nadzwyczajnie, rozpiera mnie energia, ponownie interesują mnie… młode kobiety. Tak działa skondensowane, odczytane Słowo.

            

W sali słychać było jakąś zbłąkaną muszkę, która być może, choć nieco przedwcześnie, wyczuła zbliżającą się nieuchronnie wiosnę, i w tej absolutnej, pełnej radosnego zdumienia ciszy, błąkała się po dusznym pomieszczeniu, brzmiąc niczym manewrujący nisko śmigłowiec wojskowy. Ramsey mówił dalej.

 

- Wszystkie wyniki, nagrania jakie uzyskałem, ostatecznie potwierdziłem obliczeniami kontrolnymi przedwczoraj, w pokoiku hotelowym. A pierwszymi, którzy się o tym dowiedzieli, którzy byli najbliżej, stali się przypadkowi goście baru „Pod Skorpionem”. Łącznie z panem Wiliamsem, który jednak w sposób chamski i uwłaczający mi, nie chciał przyjąć do wiadomości tej oczywistej, sprawdzalnej przecież prawdy. Że Bóg istnieje i mówi do nas z każdego miejsca, w każdej sytuacji i czasie, od zawsze. A ja, jako pierwszy w historii, wbrew woli i zamiarom sił niekoniecznie nam przychylnych. odkryłem Jego Słowo i bezsporny, budujący, ożywczy w swej naturze, dowód istnienia. W przyszłości chcę wejść w mikroświat i na początek badać chaotyczne ruchy cieplne molekuł – ruchy Browna. A następnie ludzki kod genetyczny, DNA.

 

Skończyłem panie sędzio. Mam w hotelu wszelkie potrzebne dokumenty, dane, opisy, szkice, dowody, i w razie potrzeby chętnie nimi służę. Może też pan wysłuchać najnowszych zapisów. Pierwsze publikacje naukowe w tej sprawie ukarzą się zapewne w ciągu kilku miesięcy, o ile nie skaże mnie pan na więzienie i o ile zdołam zebrać jakieś fundusze od łaskawych sponsorów, ludzi dobrej woli. Zamierzam też uruchomić produkcję terapeutycznych, regenerujących zdrowotnie płyt audio, dostępnych w każdym sklepie, na każdym rogu. Ciągle, rzecz jasna aktualizowanych, bo wydaje się pewnym, iż po obliczeniu kolejnych wartości liczby Pi, będą one działać jeszcze lepiej, silniej.

A pana Wiliamsa… no cóż… przepraszam z tego miejsca za uderzenie, za moje nieopanowanie. Jestem też gotów natychmiast zwrócić mu wszelkie koszta… medyczne i inne straty.

- Akurat – mruknął Wiliams pod nosem, ale nic już więcej nie powiedział.

 

Ramsey wyczerpany usiadł na swoim miejscu. Wszyscy patrzyli teraz na sędziego. Pobladły na twarzy sędzia Barett wstał wreszcie, i uroczystym tonem przemówił:

 

- Panie Ramsey, panie Wiliams, szanowni państwo. Niniejszym, w obliczu tego, co przed chwilą usłyszeliśmy, jestem gotów oddalić pozew pana Wiliamsa, o ile ten wycofa go formalnie. Co pan na to?

- No… - Wiliams rozejrzał się po sali, ale wszędzie napotykał wrogie spojrzenia. – Do… brze, ale… muszę dostać… odszkodowanie.

- Ile? – zapytał krótko sędzia.

- No… trzysta dolarów? – palnął niepewnie po chwili kalkulacji.

- Dobrze – stwierdził sędzia. – Panie Ramsey… e… ma pan takie pieniądze?

- Tak panie sędzio. – Ramsey wstał, podszedł do sędziego i wyciągając portfel, podał mu żądaną kwotę.

- Panie Wiliams – proszę do mnie – sędzia był szybki i konkretny – Niniejszym wręczam panu trzysta dolarów jako rekompensatę za pańskie urazy i cierpienia, jakich doznał pan ubiegłego wieczora od pana Ramseya. Kończymy sprawę? Wycofuje pan pozew?

- Tak – mruknął Wiliams, skwapliwie odebrał pieniądze i ponownie usiadł skromnie na swoim miejscu.

- A więc – sędzia wstał. – Zamykam sprawę, oddalam powództwo i umarzam postępowanie. Pan, panie Wiliams, powinien być zadowolony, a przychodząc na rozprawę, mógłby się pan chociaż porządnie umyć i ogolić, zwłaszcza, że, jak wynika z dokumentacji dostarczonej mi przez szeryfa, był pan wielokrotnie notowany i karany. Nie powiem, iż jest pan czynnym poplecznikiem Złego, ale też i, w razie potrzeby, nie będę temu przeczył. Na przyszłość proszę powściągnąć swój tępy, wulgarny jęzor. I ograniczyć spożycie. Panu, panie Ramsey, z całego serca dziękuję i gratuluję epokowej pracy, a zwłaszcza tego, że dał nam pan wszystkim nadzieję – co ja mówię -  pewność. Czekamy z niecierpliwością na pańskie publikacje i… nagrania. Dziękuję wszystkim. Idźcie z Bogiem.

 

W tym momencie sala oszalała. Rozległy się potężne brawa i okrzyki aprobaty dla sędziego. Ramseya porwano na ręce i wyniesiono na zatłoczoną ulicę, gdzie gratulacjom nie było końca. Nowina rozchodziła się lotem błyskawicy.

--------------------------------------------------------

Dwa dni później lokalna gazeta doniosła:

 

Dziś, około południa, do biura szeryfa wpłynął urzędowy list gończy o treści: - „Poszukuje się sprytnego oszusta i naciągacza nazwiskiem Monady, vel Zucker, vel Ramsey, grasującego po miasteczkach północno wschodnich stanów, podającego się za odkrywcę Słowa Bożego i wyłudzającego znaczne nieraz kwoty pieniężne na prowadzenie fundamentalnych jakoby badań. O zatrzymaniu prosimy informować bezzwłocznie najbliższą jednostkę FBI.” 

 

Natychmiast po otrzymaniu pisma, nasz sympatyczny szeryf Buckanan udał się do hotelu, gdzie zamieszkał poszukiwany Ramsey, jednak ten wyjechał już z miasta porannym pociągiem. Śledztwo w toku.

 

I obok kolejna notatka, jeszcze krótsza: - W związku ze znanym wszystkim procesem, sędzia Barett oficjalnie złożył dymisję i z dniem dzisiejszym nieodwołalnie przeszedł w stan spoczynku.

 

Poturbowany, ale szczęśliwy, ciągle nie domyty Wiliams, był „Pod Skorpionem” fetowany przez okrągły tydzień. Jako jedyny w mieście sceptyk. A zaraz potem przyszła wiosna.

 

KONIEC.

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1220
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 920
14
komentarze: 119 | wyświetlenia: 1091
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1003
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 671
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 659
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 474
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 375
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 963
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 587
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 1281
12
komentarze: 31 | wyświetlenia: 402
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 364
12
komentarze: 23 | wyświetlenia: 914
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  greenway,  17/08/2012

Świetne. Możesz spokojnie wydać swoje opowiadania. :) Dziękuję za znakomitą rozrywkę. :)

  golesz,  17/08/2012

Dzięki za przychylną ocenę, jednak z wydaniem to nie takie proste. Trzeba mieć przynajmniej 5 - 6 tys. (nakład ok. 300 egz.). A poza tym, to bardziej mi zależy na tym, by być czytanym, niż wydanym. A w czasach www jest to stosunkowo łatwe (o ile ma się szczęście) i tanie. Na pieniądzach (hipotetycznych) mi nie zależy; - zawsze miałem tylko tyle, by nie umrzeć z głodu (chleb, margaryna, musztarda), więc się i przyzwyczaiłem.

Pozdrawiam - golesz

Skromny jesteś. :) Życzę zatem dużej liczby zachwyconych czytelników. :) Eiobo obudź się mamy zdolnego autora! :)

Mnie obudził już w nocy, Green.:)

  greenway,  17/08/2012

Niesamowity.
Od dzisiaj wsłuchuję się w wiatr. ;) Choć wiem, że aby usłyszeć Boga, trzeba wsłuchać się w serce. :)

Lejecie miód na moje skołatane serce. I choć chciałbym na okrągło czytać takie komentarze, to jestem również zażenowany, ponieważ niekoniecznie zasługuję. Klasyczna ambiwalencja. Ale dobrze - mam tego trochę (tekstów) w szufladzie i postaram się sukcesywnie wklejać.

Pozdrawiam.

  hussair  (www),  17/08/2012

Dobre i oryginalne! :)

Ramsey nie miał wyjścia. Ci ludzie tak bardzo prosili się o strzyżenie, że gdyby się zawahał, chociażby z powodów moralnych(!), zaraz ubiegłby go konkurent w interesie, zabierając kasę i śmiejąc mu się w twarz.:)

  liwa,  18/08/2012

hmm, skoro można usłyszeć głos Boga w szumie wiatru, to zapewne można również w dźwiękach spadających kropli deszczu... może warto wsłuchać się. Może... :)

Wiatr, krople deszczu, szum fal, śpiew ptaków, ale i odgłosy miast, autostrad, przelatujące samoloty. Można też rejestrować zmiany jasności dowolnego kawałka nieba, powodowane przepływającymi chmurami. ON jest we wszystkim. Mam nadzieję. Tyle tylko, że trzeba to nagrywać, badać, szukać. Takiego mam pomysła. A jeśli nie znajdziemy? Coż - zawsze można wtedy zwalić winę na złą aparaturę, metodykę. ...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska