Login lub e-mail Hasło   

Trzeba

Trzeba Niepotrzebnie dał się namówić Malickiej na badania w mieście. I tak przecież wiedział, że to już czas. A tam kłuli go, wpychali do gęby jakieś rury, kazali sika...
Wyświetlenia: 1.259 Zamieszczono 17/08/2012

Trzeba

          Niepotrzebnie dał się namówić Malickiej na badania w mieście. I tak przecież wiedział, że to już czas. A tam kłuli go, wpychali do gęby jakieś rury, kazali sikać do butelek, macali, truli odrażającymi świństwami, głodzili, wozili wózkami po ogromnych korytarzach i kiwali nad nim mądrymi głowami. Okropne. Poza tym przez te kilka dni Zośka tęskniła – była dojona przez młodą Malicką, ale tęskniła. Nie – to pierwszy i ostatni raz. A zresztą i tak niedługo…

           W zasadzie to nic Józka nie bolało – był tylko coraz słabszy i coraz bardziej ogarniał go dziwny smutek. Nie przygnębienie, czy depresja, ale, spokojny, jakiś taki filozoficzny smutek. I dystans do całego, Bożego świata. Nie martwił się o nic – Zośka, choć też niemłoda, zadomowi się w końcu u Malickiej, a Szary i tak był samotnikiem z natury. Wracał do domu na wieczorny spodek mleka, po czym mrucząc z zadowolenia, zwijał się cichutko w kłębek, by natychmiast zasnąć. Przyłaził czasem do obory na dojenie, ale ani razu nie próbował uszczknąć choćby kropelki. Miał pewność swojej późniejszej porcji.

           Z Zośką też nie było nigdy kłopotu. Po porannym udoju wychodziła sobie dostojnie na łąkę za domem, i monotonnie, systematycznie żarła. Gdy już miała dość, wracała do obory i czekała spokojnie. Nie dawała mleka dużo, ale i tak zostawał znaczny nadmiar, który Józek zanosił wnukom Malickiej. Nie mieli przecież żadnego bydlątka, a codziennie musieli biegać trzy kilometry do szkoły. Malicka robiła też niekiedy z tego darowanego mleka świetny, nie za mocno posolony twaróg, z masą drobno pokrojonej cebuli. Pycha.

           Tak więc zobaczył go po raz pierwszy w piątek wieczorem, tuż po zachodzie słońca. Stał  pod Józkową lipą - wyprostowany, wysoki, w długim czarnym płaszczu sięgającym do kostek, z głową zakrytą kapturem. I oczywiście trzymał w prawym ręku kosę. Józek posadził tę lipę jakieś czterdzieści lat temu i latem często pod nią przysypiał, więc to miejsce było dla niego szczególne. Dla Niego więc zapewne także. Nie widział z daleka Jego twarzy, ale skądś miał pewność, że to nie Ona, jak wszyscy od zawsze sądzili, ale właśnie On, patrzący teraz Józkowi poprzez szybę okna prosto w oczy. Zwiastun, Posłaniec. Dostojny Gość.

           Józek nie wystraszył się specjalnie, lecz wstrząsnął nim jakiś zimny dreszcz spełnienia, nieuchronności, której zresztą i pragnął. Od dawna już był przygotowany, jednak nie spodziewał się czegoś, kogoś, tak… namacalnego w pewnym sensie. Stali chwilę patrząc na siebie w szarzejącym świetle wieczora, po czym Gość skinął lekko głową, odwrócił się i odszedł powoli w kierunku lasu. Wszystko trwało może dwie minuty, ale później, po wydojeniu Zośki, Józek uspokoił się ostatecznie i uznał, iż w gruncie rzeczy była to obecność budująca. Potwierdzająca jego sąd o życiu i świecie. Tym, czy innym.

           Podczas kolejnych dni, a raczej wieczorów, Gość pojawiał się punktualnie w tym samym miejscu, by po chwili wzajemnej obserwacji, odejść spokojnie do lasu. Jednak mimo całej przytłaczającej cudowności zjawiska i jego wymowy ostatecznej, z powodu upiornej powtarzalności, stawało się irytujące. Poczuł w końcu, uznał, że Gość, z jakiejś ważnej zapewne przyczyny, czeka na jego ruch.

           Jednak Józek nie wiedział, co ma robić. Był zmęczony. Tyle lat twardego, pełnego cierpienia, upokorzeń i ciężkiej pracy, uczciwego życia, tylu ludzi, których znał, lubił, czy kochał, odeszło, tyle możliwości, szans, minęło na zawsze. Od dawna sam jak palec – żona utopiła się pod załamanym lodem, a teraz, ciężko chory, umierający, pogodzony z całym tym zakłamanym, nieprzyjaznym światem, spełniony, cichy i spokojny, nie chce, nie umie i nie ma sił znosić kolejnej zagadki, podejmować następnego, wiążącego postanowienia. Niemniej musi przecież zdobyć się na ten ostatni raz, musi się ruszyć.

           W niedzielę, po zachodzie, stał przed oknem i czekał. Gość spóźniał się z jakiegoś powodu, i w końcu zrobiło się prawie ciemno. Z nagromadzonych w ciągu dnia ciężkich chmur zaczął siąpić drobny deszczyk, i pewnie z tego powodu Szary pojawił się w domu nieco wcześniej. Ocierał się teraz o Józkowe nogi i cicho mruczał. Zniecierpliwiona już nieco Zośka zaryczała z obory, nie mogąc doczekać się na udój. I wtedy zobaczył Go. Wyłonił się z lasu, stanął pod lipą i jak zwykle patrzył. Józek nie zastanawiał się dłużej. Wylazł na dwór i powoli zaczął iść w Jego kierunku. Początkowo wydało mu się, że mimo, iż zrobił już kilkanaście kroków, to odległość między nimi nie zmniejszała się – jakby Gość i lipa odsuwali się, proporcjonalnie do przebytej przez Józka drogi. W końcu jednak zbliżył się na około dwa metry.

           Gość był wysokim, starszym mężczyzną o bladej, uduchowionej twarzy i jasnych, uważnych oczach. Patrzył na Józka spod okalającego głowę kaptura smutnym spojrzeniem, jednak z wyraźną, czytelną sympatią.

           - Trzeba? – zapytał Józek dla porządku. I zabrzmiało to jak stwierdzenie raczej niż pytanie.

          - Przykro mi – głębokim barytonem potwierdził Gość. – Masz może jakąś ostatnią prośbę na… teraz, Józefie?

 

          Józek zastanowił się. Wszystko już było poukładane, załatwione, przygotowane. Jednak…

 

          -Tak. Chciałbym jeszcze wydoić Zośkę. I… przebrać się – dodał.

          - Nie śpiesz się – zgodził się Gość. – Ja poczekam.

 

          Józek jednak nie odchodził. Postanowił zaryzykować. Ten ostatni raz.

 

          - Czy… ta kosa…?

          - Tak – uśmiechnął się łagodnie Gość. – To tylko symbol.

          - A więc… nie… boli? – Józek chciał mieć pewność.

          - Ciebie nie zaboli. Ani trochę.

          - Dziękuję – ucieszył się Józek, i odszedł do obory. Po pół godzinie, ubrany w świąteczne ubranie, powrócił spokojnie pod lipę.

----------------------------------------------------------

          W poniedziałek, bladym, deszczowym świtem, rodzinę Malickiej obudziła Zośka, która jakimś cudem pokonała żywopłot i stała teraz pod ich oknami rycząc zawzięcie. Obok siedział Szary miaucząc jak potępiony. Przeczuwając coś okropnego, wybiegli wszyscy, przedostali się na Józkowe podwórko, by po chwili odkryć powód alarmu. Pod lipą leżał na trawie martwy Józek, trzymający w zesztywniałej dłoni zaklejoną, wypchaną dokumentami kopertę z koślawym napisem; - „Dla Pani Malickiej”, owinięta przeciwdeszczowo nieprzemakalną folią. Miał zamknięte oczy i uśmiechał się melancholijnie w zachmurzone, mokre niebo. Obok, nie wiedzieć po co, stała oparta o drzewo stara Józkowa kosa. Widok był przygnębiający w swej symbolice, więc wszyscy, jak jeden, pochylili się nad nim i zmówili modlitwę za dusze umarłych.

 

          Z drugiej strony lasu wychodził na lokalną drogę wysoki mężczyzna, w długim, czarnym, przemokniętym do cna płaszczu z kapturem. Lewą rękę schował w przepastnej kieszeni ponurego okrycia, a prawą trzymał jakoś dziwnie wyprostowaną. Niczym prowadzący za rączkę małe, idące obok dziecko.

 

KONIEC.

 

 

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1212
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1001
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 917
14
komentarze: 119 | wyświetlenia: 1090
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 668
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 463
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 961
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 649
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 372
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 1274
12
komentarze: 23 | wyświetlenia: 912
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 356
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 587
12
komentarze: 31 | wyświetlenia: 381
12
komentarze: 144 | wyświetlenia: 769
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  grazaa,  16/01/2013

Potrafisz tak wyraziście opisywać odczucia i otoczenie, że chwilami... miałam wrażenie, że tam jestem, widzę tą sytuację i słyszę myśli tego człowieka :)

@grazaa: Dzięki, dzięki, dzięki. Ale ja kiepsko o tym sądzę. Może przerośnięty idealizm?

Pozdrawiam.

@grazaa: A poza tym świadczy to znakomicie o Twojej wyobraźni, która z niczego, lub tylko rozmazanego i niedopracowanego, potrafi wytworzyć ostry obraz. Gratuluję.

  grazaa,  16/01/2013

@golesz: Oj, Ty to jesteś ;) Ale Twój sposób pisania naprawdę jest... wyrazisty, to chyba właściwe słowo... I to Ty miałes dostać pochwałę, a nie ja :))) I jeszcze jedno... dobrze się czyta to co piszesz. A co do mojej wyobraźni, to na pewno ją mam, wiem o tym... Ale musi istniec coś co ją pobudzi, a ten tekst taki jest :-)

@grazaa: Polecam w takim razie "Procedurę Ostateczną". Bardzo wyraziste, ale dość długie. I/lub "Noc Titanica". Romantyczny (też długie) horror pisany na zamówienie, z myślą o kobietach. O których przecie zawsze warto myśleć.

@golesz: Dzięki, na pewno przeczytam, a potem napiszę co nieco :)

@grazaa: Ok. Dzięki.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska