Login lub e-mail Hasło   

Widmo

WIDMO - Nie, jeszcze ich nie ma proszę pana - dwudziestokilkuletnia, apetyczna blondynka w białym fartuszku i kusej sukieneczce, była wyraźnie zniecierpliwiona telefoniczny...
Wyświetlenia: 1.099 Zamieszczono 17/08/2012

WIDMO

 

             - Nie, jeszcze ich nie ma proszę pana - dwudziestokilkuletnia, apetyczna blondynka w białym fartuszku i kusej sukieneczce, była wyraźnie zniecierpliwiona telefonicznym natrętem i prowadziła rozmowę bardzo służbowym, nieprzyjemnym tonem. - Nie wiem proszę pana. ...Tak ... Na pewno.

 

             Odłożyła wreszcie z obrzydzeniem słuchawkę telefonu, po czym wróciła do odkurzania wiszących w gabinecie fotografii, oprawnych w pretensjonalne ramy dyplomów, znaczących wycinków prasowych oraz wszelkiego typu dokumentów i wykresów firmowych mających podnieść prestiż Firmy i Właściciela Zakładu w oczach rodziny czy ewentualnych gości. Przeginała się przy tym wdzięcznie i pochylała, choć nikt jej nie obserwował. Pewnie dla wprawy.

 

             Było wczesne popołudnie. Jako pomoc domowa, przygotowywała teraz całe wielopokojowe mieszkanie chlebodawców na powrót rodziny ze szpitala. Jej szef, Antonio Giannini, wieloletni właściciel jedynej w mieście, dobrze prosperującej masarni wytwarzającej znakomite wędliny, doznał miesiąc temu w swoim biurze zawału serca i właśnie wraca do domu po krótkiej rekonwalescencji. Kucharka Marta pitrasi w kuchni jakieś lekkostrawne przekąski powitalne i nie wyściubia stamtąd nosa już od rana. To i dobrze zresztą, gdyż obie nienawidzą się serdecznie, bez wyraźnego wydaje się powodu. Chociaż nie - gdzieś trzy lata temu Marta była nieopatrznym świadkiem jak pan Antonio gładził z upodobaniem Dianę po pulchnym, kształtnym tyłku. Odtąd prawie się nie odzywają, a pięćdziesięcioletnia Marta patrzy na nią jak na chodzący wyrzut sumienia kobiecego. Czegoś, co prawdopodobnie w ogóle nie istnieje. Dobrze chociaż, że nie powiedziała niczego pani.

 

             W drzwiach wejściowych cicho szczęka patentowy zamek i do domu wchodzi elegancka jak zwykle pani Laura w asyście dwóch barczystych sanitariuszy, popychających z wysiłkiem chromowany, szpitalny wózek. Na wózku leży na wznak Antonio Giannini, prawie sześćdziesięcioletni, potężny grubas, patrzący ponuro na otoczenie spod łysiejącego łba. Pochód zamyka trzydziestoletni jedynak państwa, przygarbiony, drobny nieudacznik w złoconych okularach oraz pogniecionej marynarce. On też, delikatnie, nadzwyczaj uważnie, zamyka drzwi za wszystkimi. Z kuchni wypada zaczerwieniona Marta i załamując ręce spogląda wymownie w sufit.

 

             - O Boże, o Boże! - wyrzeka głośno, kręcąc głową we wszystkie strony.

             - Cicho stara - mówi pan domu bez przekonania. Popychany wolno przez dwóch dryblasów, wjeżdża dostojnie do stołowego. Sanitariusze pomagają mu się zwlec z tego szczególnego pojazdu i usiąść w miękkim fotelu pod oknem. Składają przemyślną konstrukcję wózka i wynoszą się bez jednego słowa. Żona z synem siadają naprzeciw a Diana i Marta stają skromnie w drzwiach, patrząc intensywnie na chlebodawcę rekonwalescenta.

             - No i co się tak gapicie? - krzywi się Giannini - Jeszcze żyję.

 

             Pani Laura wstaje ze swojego fotela, otwiera szafkę i nalewa kieliszek ulubionego likieru miętowego. Odwraca się, następnie demonstracyjnie wypija powoli całą jego zawartość. Giannini patrzy na żonę w milczeniu, po czym nieoczekiwanie wydziera się na cały pokój:

 

             - Robisz mi cholera na złość?

             - Ależ skąd Antonio - tłumaczy żona cicho, jednak bez widocznego poczucia winy - Nie mogłam się opanować. A tobie nie wolno.

             - No, no - ostrzega Giannini, chwilowy, przymusowy abstynent, i przenosi ciężki wzrok na syna. - Co słychać w biurze darmozjadzie?

 

             Podczas fatalnej nieobecności ojca, bezdyskusyjnego szefa tętniącego życiem i zamówieniami zakładu, formalne kierownictwo firmy sprawował Pietro. Normalnie, na co dzień, mieszka, pracuje w pobliskim Santa Fe, w lokalnej placówce badawczej, gdzie zajmuje się wertowaniem i oceną przeróżnych dokumentów historycznych jako świeżo upieczony doktor. Po alarmującym telefonie matki, wziął natychmiast bezterminowy urlop, by w pięć godzin znaleźć się w domu. Prawdę mówiąc nie bardzo wiedział, co ma w ciągu tego miesiąca robić, zwłaszcza w firmie i zwłaszcza na oczach całej, zżytej z sobą od lat załogi. Nic się jednak szczególnego nie wydarzyło. Głównie dlatego, iż całość spraw prowadzi wieloletni księgowy ojca Ricco, obleśny, mały człowieczek, ale znakomity administrator. Rozmawiał zresztą codziennie z ojcem telefonicznie i zdawał mu relacje ze wszystkiego. Przypuszczalnie także bezczelnie donosił na Pietra, swojego nowego, chwilowego szefa.

 

             - Nic takiego papo - Nie wiedzieć czemu, Pietro zaczerwienił się jak panienka - Pan Ricco wspaniale zarządza firmą.

             - Ja myślę. Płacę mu przecież krocie - Giannini poprawił się w fotelu. Lewą ręką złapał za obandażowaną głowę - widocznie ten niewielki wysiłek sprawił mu ból pod pękniętą czaszką. Antonio bowiem, w momencie pamiętnego, potwornego skurczu w piersiach, stracił na moment przytomność i z pozycji wertykalnej rymnął potężnym czerepem w kant własnego biurka. Odłupał kawał solidnego blatu, ale i kość pękła w kilku miejscach. Lekarz, który go kwalifikował do dalszego postępowania miał problem, czym się zająć w pierwszej kolejności - ewidentnym zawałem czy zgruchotaną głową.

             - Panie Giannini - spod drzwi odezwała się cicho Diana - Pan Karbone dzwonił przed chwilą tutaj.   

             - No i?

             - Pytał o pana.

             - Dobrze - Giannini machnął ręką - Nie stójcie jak te kołki i weźcie się do roboty.

 

             Kucharka i pokojówka spojrzały po sobie nienawistnie, po czym znikły błyskawicznie za dębowymi drzwiami. Rodzina została sama a Giannini patrzył teraz w milczeniu na nabzdyczoną, jeszcze przez to przystojniejszą żonę oraz skromnie wciśniętego w swój fotel syna. Nie wiedział co ma robić dalej. Cały ten zawał, konieczny pobyt w szpitalu i przymusowa miesięczna, a kto wie, może i koniecznie znacznie dłuższa bezczynność, zaskoczyły go zupełnie, wytrąciły z codziennego rytmu. W całym swoim pokręconym życiu nigdy nie zaznał uczucia nudy czy chwilowego choćby rozdarcia związanego z dylematem - co robić. Zawsze musiał walczyć o zwykłe przetrwanie, zawsze miał mnóstwo pilnych spraw do załatwienia, zawsze brakowało mu czasu.

 

             - Co dalej? - mruknął pod nosem patrząc kątem oka na żonę.

             - Nie martw się Antonio. Zaraz będą skromne przekąski a później położymy cię do łóżka.

             - Tak, do łóżka. A co z firmą, co z zamówieniami, z klientami?

             - No... Karbone na razie...

             - Ricco jest w porządku - przerwał jej - ale czy w takiej sytuacji...

             - Dlaczego ty nikomu nigdy nie wierzysz? Doktor Finn też narzekał na ciebie.

             - Ten wymuskany konował to przecież idiota - zdziwił się Giannini - W dodatku pracuje w naszym szpitalu dopiero od dwóch miesięcy.

             - Ależ to wielki... specjalista i miły człowiek - Pani Laura przymknęła lekko powieki - On cię uratował!

             - Przed czym?

             - No... Antonio, przecież wiesz.

             - Nie.

             - Jak to? Przed... śmiercią Antonio.

             - Bzdura! - skrzywił się. - Takie prymitywne masaże może wykonać byle dupek.

             - Lecz wykonał je on. On ci też poskładał twój tępy łeb, mimo, mimo...

             - Mimo czego?

             - Mimo twojego charakteru! - pani Laura zdenerwowała się cokolwiek, jednak już nie zaryzykowała ponownej dawki smakowitego środka uspokajającego.

 

             Giannini zamilkł na chwilę. Rzeczywiście. Ten pachnący jak perfumeria, obleśnie ułożony medyk, wyraźnie dwoił się i troił, zwłaszcza w ciągu kilku ostatnich dni. Wpadał do separatki co godzinę, zlecał całe mnóstwo badań, prześwietleń i analiz, konferował godzinami z Laurą. Najwyraźniej starał się jak mógł. Cóż, może żona ma rację.

 

             - Co ty na to Pietro? - zagadnął nieobecnego jakby syna.

             - Papo, wszystko będzie dobrze - to były jedyne, banalne słowa, jakie przyszły mu do głowy.

             - No pewnie, będzie dobrze. Ale jak?

             - No... dobrze - Pietro zupełnie stracił rezon. Zawsze bał się ojca, zwłaszcza w rzadkich momentach wymiany zdań, bezpośredniej indagacji.

             - Niech to szlag! - Giannini odwrócił się z niesmakiem od syna i machnął ręką. Mimo, że kochał jedynaka, mimo, iż przewidując taki właśnie wypadek, zapisał mu firmę i cały majątek pod oczywistym wszakże warunkiem, że rzuci wtedy swoje idiotyczne zajęcie, to jednak był z niego ostatnio coraz mniej zadowolony. Lub mówiąc ściślej, coraz bardziej niezadowolony. Pietro, pomimo trzydziestki na karku, pozostaje w stanie kawalerskim i nie zanosi się wcale, by znalazł sobie w końcu jakąś miłą, stałą partnerkę, żonkę. Przewijały się, co prawda przez dom jakieś podejrzane, rozwydrzone flądry, głównie koleżanki Pietra z uczelni, ale były to znajomości przelotne, niezwykle krótkotrwałe. Cóż, tak naprawdę to chyba nie ma się czemu dziwić. Syn nie był wzorem męskiej urody, a wychowywany głównie przez niepracującą, opiekującą się domem matkę, wykształcił w sobie niezwykle nieprzydatne w tych męsko - damskich zmaganiach, fatalne cechy. W dodatku był zdeklarowanym wegetarianinem, czego Giannini ani w ząb nie mógł zrozumieć. Zważywszy rodzinne, od pokoleń, zainteresowania wędliniarskie.

 

             Weszła pokojówka Diana, niosąc w jednym ręku tacę z jakimiś lekkostrawnymi chrupkami dla rekonwalescentów, w drugim zaś dzbanek gorącej, niesłodzonej, a jakże, herbaty. Postawiła to wszystko na stoliku obok i odeszła kręcąc umiejętnie zgrabnym kuperkiem. Giannini trzymał ją głównie z tego właśnie powodu, bo jako siła fachowa była kompletnie do niczego. Westchnął ciężko, zdając sobie nagle sprawę z zasadności lekarskich zaleceń tyczących koniecznej ostrożności i powściągliwości w dawkowaniu tego typu estetycznych wzruszeń. Przynajmniej na jakiś czas.

 

             Żona i syn zerwali się równocześnie ze swoich miejsc by obsłużyć męża oraz ojca, lecz Gianini spojrzał na nich krzywo i sam sobie napełnił filiżankę. Stękając cicho stwierdził, że chyba rzeczywiście nie jest z nim najlepiej - podnosząc litrowy dzbanek poczuł w przedramieniu jego solidny ciężar. Cóż, zwykłe szpitalne osłabienie. Włożył do ust jeden z tych brudnoszarych kwadracików i natychmiast wypluł go na podłogę.

 

             - Co to za świństwo? - wrzasnął na żonę.

             - Dieta Antonio, dieta - uśmiechnęła się złośliwie pani Laura, a dla przykładu sama zjadła mydlane ciasteczko.

             - Niech to wszyscy diabli - mruknął Giannini - Idę spać.

 

             Wstał ciężko z fotela i szurając po dywanie kapciami, znikł za drzwiami sypialni. Była trzecia po południu.

 

             W nocy, gdy wokół panowała głęboka ciemność, prawie się obudził, gdyż wydało mu się, że ktoś jest w sypialni i delikatnie chrząka. W półśnie, nie całkiem świadomie, zdał sobie sprawę z tego, iż niewątpliwie dobrze wychowany intruz, daje mu w ten subtelny sposób znak swojej obecności, że chce by Giannini się ocknął. Otworzył oczy i całkowicie już rozbudzony popatrzył wokół po wielkiej, czarnej przestrzeni.

 

             - Laura? - spytał cicho.

 

             Z prawej strony sypialni, z okolicy starej stylowej szafy, ponownie dało się słyszeć delikatne, pełne zażenowania chrząknięcie. Spojrzał w tamtą stronę i zdębiał. W miejscu gdzie była niewielka luka między szafą a zamykanym regałem z bielizną pościelową, gdzie wisiała wielka, wyblakła już nieco kolorowa fotografia ślubna jego i żony, stała jakaś niewyraźna postać. Niewyraźna, choć w jakiś dziwaczny sposób... podświetlona, czy też... jaśniejąca. Postać jarzyła się zimną, sino błękitną poświatą, zwłaszcza włosy i... twarz. Nie było to silne światło, ba, było nawet całkiem słabe i mdłe, jednak w tych ciemnościach doskonale widoczne. Gianniniemu resztki włosów na głowie stanęły dęba.

 

             - Co..., co... - zdołał tylko wybełkotać, po czym gwałtownie usiadł na łóżku.

 

             Nieoczekiwanie postać poruszyła się zwiewnie i przerażony masarz usłyszał miły, spokojny głos:

 

             - Przepraszam pana bardzo, proszę się nie bać.

 

             Słowa te były wypowiedziane wyraźnie, w sugestywnie uspokajającym tonie. Mówiący je był niewątpliwie obytym w towarzystwie mężczyzną. W dodatku Włochem, z nienagannym, kalabryjskim akcentem.

 

             - Co..., kto..., kim pan... jest? - wyszeptał Giannini.

             - Proszę się nie niepokoić. Jestem tu służbowo z pewną... hm... misją.

             - Kim pan jest u diabła i czego chce? - Giannini był już sobą i teraz delikatnie, precyzyjnie, szukał po omacku pistoletu, który zawsze znajdował się na stoliku obok.

             - Nazywam się Silvestro Ponti, urodziłem się podobnie jak pan na Sycylii i jestem.... no, jestem krótko mówiąc... duchem.

 

             Giannini słuchał jednym uchem, gdyż był zajęty szukaniem broni, która jakoś nie dawała się znaleźć. Może Laura lub Diana podczas jego tygodniowej nieobecności lub powitalnych porządków schowały ją gdzie indziej? Do jego skołowanej jeszcze trochę świadomości dotarła jedynie końcówka zdania, wypowiedzianego tym miłym, cichym głosem.

 

             - Du... duchem? Brednie. Nie wierzę w żadne duchy - Antonio całkowicie oprzytomniał i był już całkowicie gotów do walki z tym... kimś, kimkolwiek by on nie był.

             - A jednak… - postać przemawiała jakby wyraźniej. - Cóż, mimo, że tego nie znoszę, proszę zapalić światło.

 

             Masarz odruchowo wyciągnął błyskawicznie lewą rękę do stolika i ... strącił porcelanową lampkę na podłogę. Usłyszał straszliwy trzask tłuczonej, delikatnej ceramiki, po czym zapadła głucha cisza. W sypialni obok dało się słyszeć szybkie szuranie, ktoś pisnął z bólu i do pokoju, na paluszkach, weszła żona.

 

             - Antonio? - zawołała szeptem.

             - Zapal światło! - ryknął Giannini.

 

             Sypialnię zalało białe, jaskrawe światło sufitowe, a cały pokój skurczył się do zwykłych rozmiarów. Szybko zlustrował małe pomieszczenie i nie spostrzegł niczego, a tym bardziej nikogo podejrzanego. Z wyjątkiem żony rzecz jasna, która stała w drzwiach w nocnej koszuli i trzymała się za kolano. Również dlatego nie przypominała w niczym zjawy.

 

             - Co się stało?

             - Nic - stwierdził po dłuższej chwili - Zwaliłem tę cholerną lampkę.

             - Nic ci nie jest?

             - Nie. Idź spać. Aha, gdzie mój pistolet?

             - Po co ci pistolet Antonio?

             - Po nic. Gdzie on jest?

             - Schowałam do biurka.

 

             Giannini wstał z łóżka i nie zakładając kapci, przeszedł do pokoju gdzie stało biurko. Wyjął z szuflady pistolet, sprawdził, następnie schował do kieszeni pidżamy, która natychmiast wydłużyła się z tej strony pod wpływem ciężkiego, groźnego narzędzia. Spojrzał na zegar. Było dziesięć minut po północy, godzina duchów. Skrzywił się ironicznie i wrócił do łóżka. Żona w dalszym ciągu stała w drzwiach sypialni rozcierając sobie nogę.

 

             - Uderzyłaś się?

             - Tak.

             - Idź spać. Do rana się zagoi.

 

             W sypialni ponownie zgasło światło a wędliniarz znów został sam. Poprawił sobie poduszkę tak, że prawie siedział w łóżku wpatrując się w przeciwległą ścianę. Odbezpieczył broń i trzymał ją teraz w prawej ręce, spoczywającej swobodnie na kołdrze. Obawiał się trochę, że może usnąć i pistolet przypadkowo wystrzeli, ale przecież spał już tyle godzin, więc nie czuł się zmęczony. Po głowie pętało mu się mnóstwo różnych wyjaśnień tego, co przed chwilą widział. Brał także pod uwagę wyjaśnienie, iż był to po prostu zwykły koszmar nocny chorego człowieka, zestresowanego ostatnimi przeżyciami oraz tym szczególnym powrotem do domu po tak długiej nieobecności. Jednak znał się dobrze i mimo zasłyszanych tu i ówdzie dziwnych historyjek, uważał za kogoś, komu nie przytrafiają się tak realistyczne, samorzutne wizje.

 

             W tej absolutnie cichej, niezgłębionej ciemności, stracił rachubę czasu i poczuł, że ponownie ogarnia go senność. Zabezpieczył broń i już miał ją odłożyć pod poduszkę, gdy w tym samym miejscu co poprzednio, pojawiła się ta sama, fosforyzująca postać.

 

             - Panie Giannini, proszę mnie spokojnie wysłuchać.

 

             Głos był ten sam, cichy, spokojny i wyrazisty. Giannini pomyślał, że w końcu niczym nie ryzykuje, więc równie spokojnie odbezpieczył pistolet, wycelował go w zjawę i powiedział:

 

             - Mów.

             - Dziękuję. Myślę, iż powoli dojdziemy do porozumienia. Myślę też, że dociera w tej chwili do pana ta oczywista przecież prawda, że naprawdę jestem duchem.

             - Ale przecież duchów nie ma - sprzeciwił się spokojnie i rzeczowo, choć trzeba to przyznać, z mniejszym niż poprzednio przekonaniem.

             - Jak pan widzi są. Jednak na razie mniejsza o to. Jestem tutaj by panu pomóc, a nie mamy zbyt wiele czasu.

             - Pomóc? W czym?

             - To jest dłuższa opowieść, więc proszę się uzbroić w cierpliwość. Teraz jednak widzę, że w dalszym ciągu nie wyzbył się pan resztek wątpliwości. Cóż, proszę się nie krępować, proszę sobie ulżyć z tą armatą.

 

             Gianniniemu zrobiło się głupio, gdyż rzeczywiście jego palec spoczywający na spuście pistoletu, prawie bezwiednie zaciskał się coraz bardziej. Musiał to zrobić, więc częściowo odruchowo, częściowo zachęcony, ścisnął go do końca. Broń wypaliła. Nastąpił potworny w tej ciszy wybuch, po czym stalowa zabawka, gwałtownie cofnięta siłą odrzutu, uderzyła go mocno w nos.

 

             W domu rozpętało się istne piekło. Wszyscy naturalnie zostali obudzeni tym strzałem i biegali po pokojach jak opętani. Do sypialni Gianniniego najpierw oczywiście wpadła żona i zapaliwszy światło załamała ręce.

 

             - Mój Boże, Antonio. Co to było?

 

             Wędliniarz siedział w łóżku i wytrzeszczał oczy na przestrzeloną fotografię ślubną. Z nosa lała mu się ciurkiem krew na białą pościel. Cały był umazany na czerwono i nic nie mówił, tylko kiwał głową na lewo i prawo. Pokój wypełniała chmura cuchnącego dymu, a łuska, która została wyrzucona podczas wystrzału, strzaskała małą figurkę Madonny, stojącą na półce. Istne pobojowisko. Po chwili do pokoju wbiegli również syn oraz Diana w prześwitującej fikuśnie mini koszulce nocnej. Marta, jak jakaś Joanna d’Arc, stanęła w drzwiach z potężnym kijem w ręku. Wszyscy wybałuszali oczy na otumanionego gospodarza.

 

             Pietro podszedł do przestrzelonej fotografii, pokręcił z dezaprobatą głową, po czym zbliżył się do ojca, który już nieco ochłonął.

 

             - Papo, dlaczego przebiłeś mamie głowę?

 

             Giannini spojrzał ponuro przed siebie i... splunął siarczyście w bok, ale nic nie powiedział.

 

             - Wiedziałam, wiedziałam! - wykrzyknęła pani Laura, zaszlochała trochę teatralnie, następnie wybiegła z zadymionego pokoju. Marta, dzierżąca cały czas swoją maczugę, pozbierała szczątki potłuczonej figurki oraz lampki nocnej i otworzyła połówkę okna. W sypialni natychmiast zrobiło się chłodno.

             - Czemu pluje pan na podłogę? - zganiła łagodnie niesfornego chlebodawcę. - Tak nie można. A ty bezwstydna flądro ubierz się! - Marta nie mogła powstrzymać się i straszliwym spojrzeniem przegoniła kuso odzianą Dianę sprzed oblicza zdezorientowanego tym wszystkim gospodarza. Dbała w ten sposób także o Pietra, który również był zagrożony takim... widokiem.

             - Idźcie już sobie w cholerę - wymamrotał cicho zdezorientowany kompletnie Giannini, wstał z łóżka i poszedł do łazienki obmyć krew oraz przebrać się w świeżą pidżamę. Gdy po jakichś piętnastu minutach, uspokojony już jako tako wrócił do sypialni, stwierdził z zadowoleniem, że wszystko było posprzątane; zakrwawiona pościel zmieniona, potłuczone szkło wyzbierane, pokój przewietrzony. Jednak dobrze wychował służbę, choć tak naprawdę wiedział, że to wyłącznie sprawa zatroskanej o niego Marty. Nie chciało mu się spać - w końcu przespał tyle godzin - więc oglądał teraz nieszczęsną fotografię z wielką dziurą w środku czoła młodej i pięknej wówczas żony.

             - Niech to wszyscy diabli! - zaklął pod nosem i spojrzał na stojący na stoliku zegarek, przyniesiony tu zapewne przez kucharkę. Była pierwsza piętnaście, a więc do świtu zostało jeszcze kilka ładnych godzin. Co tu robić? Nie może przecież ciągle niepokoić po nocy domowników. W końcu nie jest prymitywnym chamem.

 

             Na chybił trafił wybrał z półki jakąś książkę, zgasił światło sufitowe i poprawiając nową lampkę na stoliku, położył się ponownie. Książka okazała się podręcznikiem robótek szydełkowych, więc znowu szczerze zaklął, jednak nie chciało mu się już wstawać. Zaczął ją przeglądać od niechcenia. Proszę, proszę, jakie to skomplikowane.

 

             Przy rozdziale poświęconym ściegom szwedzkim ogarnęło go znużenie, a może raczej zniecierpliwienie - z głębokim, nieoczekiwanie silnym podtekstem oczekiwania. Oczekiwania na kolejną wizję, kolejną uporczywą wizytę tego... kogoś. Trudno to tak nagle przyznać, ale chyba jednak prawdziwego... ducha. Postanowił być już spokojny - odłożył tę bzdurną literaturę i zgasił lampkę. Podciągnął kołdrę po samą szyję i ułożywszy wygodnie potężne cielsko, zaczął się wpatrywać w tężejącą ciemność przed sobą. Czekał, pogodzony zupełnie z niesamowitymi wydarzeniami. Całkiem zapomniał, iż wypadałoby się w takiej sytuacji choć trochę bać.

 

             Nie zawiódł się. Po jakichś piętnastu minutach, kolejny raz pojawiła się znajoma już, niewyraźnie fosforyzująca postać.

 

             - No i po co to całe zamieszanie? - głos pełen był wyrzutu i delikatnej nagany.

             - Dobrze. Niech to piorun strzeli. Jestem już spokojny i gotów do rozmowy - Giannini rzeczywiście tak się poczuł.

             - No, no. Cieszę się. Przypominam, że nazywam się Silvestro Ponti i jestem duchem.

             - Pamiętam, a jakże.

             - W takim razie mamy przed sobą kilka godzin rozmowy, co pan na to?

             - Trudno.

             - Pięknie. A więc szybciutko, na wstępie wyjaśnię, w czym rzecz. Widzisz Antonio - proszę wybaczyć tę poufałość, ale tak będzie prościej - musisz poznać całą prawdę, a nie będą to niestety rzeczy przyjemne. Stąd zresztą moja tutaj obecność.

             - Trudno - Giannini jakby zapomniał o istnieniu innych słów.

             - Pamiętasz zapewne jak ci robiono przeróżne badania i analizy w związku z twoim wypadkiem? Pamiętasz ową głupią nadgorliwość tego rzeźnika Finne’a i cierpliwe zatroskanie Laury?

             - Ba.

             - Krótko mówiąc Antonio, przykro mi to mówić, lecz... jesteś bardziej chory niż myślisz.

             - Tak? Jak bardzo?

             - Bardzo, niestety.

             - Może mam he, he, raka?

             - Masz.

             - Co? - Zaskoczony Giannini nie bardzo rozumiał, o co zjawie chodzi.

             - Masz... raka mózgu. Pokaźny guz na prawym płacie skroniowym, wykryty przypadkowo przez doktora Finne’a.

             - Czyżby?

             - Tak Antonio. I jest to sprawa beznadziejnie nieodwracalna.

             - Dlaczego mi nie powiedzieli? - Giannini doznał czegoś w rodzaju rozdwojenia jaźni - jednocześnie prowadził ze zjawą normalną, logiczną rozmowę, a gdzieś w środku, zaczął narastać gwałtownie żal, coś jakby rosnące z sekundy na sekundę, przybierające na sile zawodzenie skrzywdzonego niesprawiedliwie dziecka.

             - Nie chcieli cię martwić. Są też inne okoliczności.

             - Jakie u licha?

             - O tym później. Teraz jednak muszę cię poinformować, że... opuścisz ten... uroczy glob, że tak powiem, dwudziestego trzeciego stycznia, w dniu imienin świętego Klemensa, o godzinie drugiej w nocy. - zjawa była bezwzględna w swej szczerości.

             - To..., to... zaledwie kilka dni - szepnął wstrząśnięty nareszcie w pełni Giannini i zebrało mu się na płacz. Jakimś cudem uwierzył tej zjawie, temu sugestywnemu głosowi. Poza tym rzeczywiście, dopiero teraz uprzytomnił sobie sens niedawnych wydarzeń, tej całej bieganiny szpitalnej, tych współczujących spojrzeń obsługi, pielęgniarek. Cholera jasna, wszyscy wkoło wiedzą, tylko nie on, najbardziej zainteresowany.

             - To... już koniec? - rzucił żałosne pytanie w ciemność pokoju.

             - Tak Antonio.

             - I... co dalej?

             - No właśnie. Po to tu jestem.

             - Jak to? Po co?

             - Muszę cię do tego odpowiednio przygotować. Muszę też urządzić i pozałatwiać różne rzeczy... po tamtej stronie.

             - Nie mów! - Giannini cały się sprężył. Całe życie był ateistą, a w najlepszym razie i niezwykle rzadko, przy okazji krótkich momentów nieokreślonej melancholii, niepoprawnym agnostykiem. Mimo typowo włoskiego, sycylijskiego wychowania w kulcie Maryjnym.

             - Tak Antonio - zjawa jakby uśmiechnęła się z dobrotliwą wyrozumiałością wobec infantylnych, niezbyt rozsądnych pytań mało rozgarniętego chłopca. - Druga strona istnieje, funkcjonuje w najlepsze. Trzecia zresztą także. I czwarta, i piąta. Tak, że prawdę mówiąc, nie masz absolutnie żadnego powodu do rozpaczy.

 

             Giannini zapomniał na chwilę o swojej tragicznej sytuacji i dosłownie rodził się na nowo. To jest przecież właśnie to, na co jak się okazuje, czekał przez całe życie. Na co czekają chyba wszyscy przytomni ludzie, niezależnie od rasy, wieku, wykształcenia, zasobności i poglądów religijnych, czy wyznawanych teorii. Na wiarygodne, kompetentne potwierdzenie istnienia możliwości pośmiertnych. Na wiarygodne, zwięzłe, rzeczowe wyjaśnienie tego odwiecznego dylematu, tego tak intrygującego zagadnienia, w gruncie rzeczy najważniejszej przecież sprawy.

 

             Ale moment. Czy to, co usłyszał, jest rzeczywiście godne wiary i czy owo niesamowite źródło tych krzepiących wieści jest naprawdę kompetentne? O ile dość szybko pogodził się z niewątpliwym faktem istnienia duchów, tak spektakularnie, tak hałaśliwie potwierdzonym, zaakceptowanym w końcu z pewną smutną rezygnacją, o tyle teraz zaczęły w nim kiełkować wątpliwości innej już natury. Bardziej subtelne, godne raczej umysłu analitycznego, dociekliwego, umysłu sędziego śledczego. Mimo doznanego przed chwilą wzruszenia.

 

             - No dobrze - zgodził się spokojnie. - załóżmy, że masz tę wredną rację. W takim razie pozwól, że zapytam o parę szczegółów. Również tych nikomu, jak sądzę, nieznanych, dotyczących wyłącznie mojego życia. Kurcze, sprawdzę cię.

             - Ależ proszę bardzo. Chciałbym tylko najpierw wyjaśnić możliwie zwięźle cel mojej tu obecności i sens naszych rozmów. Wszak będziemy się spotykać odtąd codziennie, aż do… ostatniej chwili twojej tu drogi. Mamy zatem trochę czasu.

             - Tak? W takim razie mów. - Giannini ułożył się wygodnie i jeszcze szczelniej przykrył kołdrą, gdyż chyba zrobiło się chłodniej. Zjawa jakby rozświetliła się bardziej lub też jego wzrok przywykł do tych głębokich ciemności, w każdym razie mógł teraz rozpoznać niektóre szczegóły całej upiornej postaci.

 

             Był to niewątpliwie mężczyzna, średniego wzrostu o szczupłej sylwetce, ubrany w ciemny, może nawet czarny, dobrze skrojony garnitur. Śnieżnobiała koszula i gustowna muszka, nadawały całej sylwetce dystyngowany, szacowny wygląd. Pociągła, blada twarz z małym wąsikiem emanowała powagą, uprzejmością i tym czymś nieuchwytnym, czy raczej niemożliwym do opisania, charakterystycznym dla wysoko urodzonych, obytych w świecie i doświadczonych losem dżentelmenów. Spotkał kiedyś kilku takich facetów w Anglii, gdzie rzuciły go wojenne losy, a raczej nieskładna pomoc francuskiego Resistance. Jednym słowem uosobienie kulturalnej, spokojnej solidności. Mimo tej dziwnej, upiornej emanacji.

 

             - A więc musisz wiedzieć, Antonio, że zawsze w podobnych razach, to znaczy, gdy mamy do dyspozycji rozsądną ilość czasu, komunikujemy się z bezpośrednio zainteresowanymi i przygotowujemy ich możliwie łagodnie do przejścia na... naszą stronę.

             - Kaperstwo? - zgryźliwie zapytał masarz.

             - Cóż ci przychodzi do głowy Antonio - zaperzył się Ponti, a raczej jego sinawy duch. - Chodzi o przyjacielską, łagodną i skuteczną pomoc w tym niełatwym przecież okresie przejściowym.

             - A wypadki, wojny? - Giannini zapomniał już o swojej nieuprzejmości.

             - Tutaj rzeczywiście procedura jest nieco inna, a polega na stopniowej zmianie otoczenia już po drugiej stronie. Raz jest to szpital miejski, z którego się wychodzi po krótkim, inscenizowanym rzecz jasna okresie rekonwalescencji, drugim razem szpital polowy, działający na podobnych zasadach, innym razem statek ratowniczy w razie katastrofy morskiej na pełnym oceanie. Sam rozumiesz, chodzi o uniknięcie szoku. Mamy pewne istotne problemy w przypadkach śmierci tak nagłej, że aż nieuświadamialnej. Zdarza się to czasami, na przykład podczas wybuchów, szczególnie atomowych.

             - Czy... to się tyczy wszystkich ludzi?

             - Absolutnie.

             - Nawet bandziorów, ewidentnych śmieci i ... tych najgorszych - wszawych, francowatych polityków?

             - Także.

             - No, to mi się nie bardzo w takim razie...

             - Spokojnie. Jeszcze przecież nie wiesz wszystkiego.

 

             Zaległa chwila ciszy. Wędliniarz rozważał problem sprawiedliwości niebieskiej.

 

             - No a... piekło? - Gianniniemu zaświtały w głowie podstawowe kanony dogmatu katolickiego, wpojone jeszcze w młodości.

             - Cóż, to już inna, późniejsza sprawa. Lecz na razie dajmy spokój tym pytaniom. Przyjdzie na nie czas. Teraz muszę ci powiedzieć, że głównym zadaniem jakie nas obu czeka, to przygotowanie twojego prywatnego, niepowtarzalnego... nieba.

             - Chryste!

             - Mówiłeś coś?

             - No..., nie.

             - Tak więc wyobraź sobie, że nie istnieje coś takiego jak jedno, obiektywne niebo. W przeciwieństwie do tego, konkretnego i jakże… materialnego świata. Jednym z celów naszego funkcjonowania na tym padole jest możliwie jasne, precyzyjne, wyrobienie w sobie jakiejś konkretnej, indywidualnej wizji świata idealnego, oczekiwanego, świata, w którym będziemy działać jakiś czas po tej stronie rzeczywistości. Nieba właśnie. Problem z tobą polega na tym, że ty, jako powiedzmy ateista, a przy tym człowiek łatwo i na bieżąco przystosowujący się do przeróżnych okoliczności, nie zastanawiałeś się nigdy zbyt wiele nad takimi sprawami.

             - Faktycznie - przyznał Giannini po chwili.

             - No więc musimy teraz możliwie szczegółowo, bezbłędnie, ustalić wspólnie twoje oczekiwania, twoje ideały, twoje wizje. Innymi słowy musimy zbudować dla ciebie niebo. I to jest nasze zadanie na najbliższe dni. A raczej noce.

 

             Prawdę mówiąc Giannini już był w niebie. O czymś takim słyszał pierwszy raz i wydało mu się to z miejsca nadzwyczaj fascynującą, atrakcyjną, w gruncie rzeczy jedynie sprawiedliwą, pożądaną możliwością. Własne, wymarzone niebo. Cudo.

 

             - Czy..., czy istnieją jakieś ograniczenia... hm... budowlane?

             - W zasadzie nie, chociaż jak to mówią; jak sobie pościelisz tak się wyśpisz. I właśnie moim obowiązkiem, jako pomocnika, przewodnika, jest uchronić cię od poważniejszych błędów... konstruktorskich. No, ale teraz już będziemy kończyć. Przemyśl sobie wszystko wstępnie, a jutro spotkamy się ponownie. Do północy wyśpij się porządnie, gdyż ostrzegam, czeka nas ciężka praca, Antonio. Do jutra.

             - Jeszcze moment - Giannini aż podskoczył na łóżku. - Powiedz mi na koniec czy..., czy... istnieje... On?

             - Kto?

             - No wiesz przecież do cholery. On, Stwórca.

 

             Zjawa rozbłysła jakby na moment, po czym zafalowała w wielkim wzburzeniu.

 

             - Proszę cię ostatni raz, nie wyrażaj się przy mnie. Musisz się co rychlej pozbyć tego wstrętnego przyzwyczajenia. A sprawa Jego istnienia to bardzo skomplikowany problem. Mówiąc prawdę,... nie wiem... na pewno.

             - Prze... praszam - wykrztusił Antonio, zdziwiony nieco tym słowem we własnych ustach. - Jak to, ty nie wiesz?

             - Ano tak. Zostawimy jednak tę kwestię na później. Teraz na mnie czas.

 

             Silvestro Ponti, jego bezcielesna istność, zszarzał łagodnie, po czym zgasł zupełnie i zniknął. W pokoju zapanowała kompletna ciemność. Giannini, całkowicie otumaniony, przekręcił się po chwili na lewy bok i zmęczony wrażeniami, prawie natychmiast usnął. Była piąta rano a w sypialni władcy tego domu dominowało teraz równomierne, spokojne chrapanie.

--------------------------------------------------------

             Od południa, w domu masarza, trwał istny remont. Do sypialni Gianiniego przeniesiono biurko z wszystkimi papierami oraz przyrządami do pisania. Marta i Pietro mozolili się z ciężkim łóżkiem, ustawiając je pod ostrą komendą rekonwalescenta, który najwyraźniej zamierzał pracować w sypialni. Dostawiono też dodatkowy stolik na lekkie przekąski, jak też kilka dzbanków herbaty, mleka i przeróżnych soków. Wezwany fachowiec wyłączył z podręcznego telefonu dzwonek, a zainstalował w zamian maleńką, migocącą lampkę. Podobno by nie niepokoić w nocy śpiących domowników.

 

             Wszyscy byli zdziwieni tymi zmianami, jednak nie śmieli ich dyskutować, zwłaszcza w obecności Gianniniego. On sam konferował telefonicznie kilka godzin z Karbone, oraz z dostawcami. Dzwonił po całej okolicy, dając wszem i wobec świadectwo energii i niezmiennie dobrej kondycji firmy. Produkcja wybornego mięsiwa toczyła się pełną parą.

 

             Po szesnastej, nie wzywany, przyszedł doktor Finn na rutynowe sprawdzenie pacjenta. Giannini dał się zbadać, lecz nie zapytał o nic, poddając się w ponurym milczeniu zimnym, fachowym oględzinom. Zapowiedział tylko stanowczo, że nie zamierza łykać żadnych cholernych pigułek, gdyż jest całkowicie zdrowy. Skołowany, obrażony doktorek, skończył oględziny i zamknął się z panią Laurą w jej pokoju. Najpewniej miał do przekazania niewesołe wieści.

 

             W tej sytuacji, w tych okolicznościach, Pietro, pętający się bezczynnie po domu, postanowił wrócić na swoją uczelnię, gdzie czekała cicha, spokojna praca. Spakował się szybko i po krótkim, oszczędnym w słowa i gesty pożegnaniu z mrukliwym ojcem, odprowadzony przez Martę, odjechał swoim samochodem. Oczywiście gotów w każdej chwili, w razie czego, wrócić. Giannini znowu, tak jak chciał, jak się już dawno do tego przyzwyczaił, został w domu ze swoimi kobietami. Mimo, że wypoczęty, wyspany, położył się do łóżka, przykazując by go nie budzono nawet na kolację. I o dziwo, usnął.

 

             O północy, przygotowany w pełni, wykąpany, ogolony i świeżutki jak skowronek, czekał na zapowiedziany, oczekiwany seans. Wszystkie panie spały już od dawna, uspokojone jego zapewnieniami o końskim zdrowiu niedawnego kandydata do grobu. Tak przynajmniej sądził.

 

             Zgodnie z wczorajszym ustaleniem, niesamowita sesja rozpoczęła się punktualnie. W cichym, całkowicie ciemnym pokoju, zrobiło się nagle chłodno, po czym w tym samym miejscu, pojawił się blady, fosforyzujący sino Ponti.

 

             - Witaj Antonio - pozdrowił dostojnie swojego podopiecznego.

             - Dzień d..., tfu, dobry wieczór. Witaj - Giannini był nieco zdenerwowany.

             - Jesteś widzę wypoczęty i całkowicie przygotowany - pochwaliła go zjawa.

             - Tak.

             - A cóż to za kartkę miętosisz w ręku?

             - To..., to są moje pytania do ciebie.

             - Antonio - w głosie ducha zabrzmiał bezmierny wyrzut. - wiesz przecież, że nie znoszę światła. Jak zamierzasz je odczytać?

             - To..., no..., część pamiętam.

             - Bardzo dobrze. Spokojnie, a wszystkiego się dowiesz. Co chcesz wiedzieć w pierwszej kolejności?

 

             Giannini przemyślał sobie w ciągu dnia parę rzeczy. Do kwestii najważniejszych, podstawowych, zamierzał zbliżać się stopniowo, systematycznie. Teraz, nie całkiem przekonany, chciał na wstępie ustalić wiarygodność i kompetencje swego upiornego rozmówcy, jego wiedzę, koneksje, a zwłaszcza rodowód... zaświatowy. Nie wykluczał bowiem podstępu ze strony sił, powiedzmy mniej jasnych niż te, z którymi wolałby się w takiej sytuacji kontaktować. Przygotował też pewne rekwizyty, mające pomóc mu ten cel osiągnąć. Jednym słowem miał nadzieję na sterowanie przebiegiem rozmów, licząc się jednak poważnie z doświadczeniem, obyciem swojego interlokutora, które wprost emanowały z całej jego postaci, z każdego słowa. Giannini nie był lwem salonowym, nie ćwiczył się też w sztuce konwersacji. Miał w tym względzie spore zaległości, czego na szczęście był całkowicie świadom.

 

             - Wybacz mi obcesowość, ale chciałbym utwierdzić się w swojej ufności do...  do ciebie - rzucił ostrożnie na początek.

             - Rozumiem to. Pytaj. - Ponti wydawał się zupełnie nie zrażony.

             - W takim razie, e... jak poznałem moją żonę, Laurę? - strzelił podstępnie Giannini.

             - Nietypowo Antonio, na ulicy, broniąc jej przed dwoma czarnymi. Przy okazji - nie musiałeś tak katować tego mniejszego. Wybiłeś mu trzy zęby i złamałeś rękę.

             - Byłem wściekły.

             - To cię zupełnie nie tłumaczy. Powinniśmy wszak panować nad sobą. Coś jeszcze?

             - Tak. Powiedz mi jak zmarła moja nieodżałowana matka?

             - Na zawał, w wannie, pełnej zbyt gorącej wody. Jeszcze?

             - Nie, nie. Dziękuję - Giannini był oszołomiony przebiegiem tego testu. W gruncie rzeczy zawierzył zjawie w pełni już wczoraj, jednak maleńkie potwierdzenie nikomu przecież jeszcze nie zaszkodziło. Mimo kilku dodatkowych, przeszłych faktów, które powinien w podobny sposób sprawdzić, zrezygnował z tego. Już teraz był przekonany bez reszty, co do wiedzy gościa. Pozostawał problem jego pochodzenia.

             - A więc? - Silvestro Ponti był najwyraźniej osobą cierpliwą.

             - Wybacz mi ponownie, zwłaszcza prymitywizm tego co chcę zrobić, lecz muszę sprawdzić ważną rzecz - Giannini błyskawicznie wyciągnął spod kołdry lewą rękę, w której trzymał przez cały czas drewniany, misternie rzeźbiony krucyfiks z lakierowaną na brąz postacią Chrystusa, zwieszającego przekonywująco ucierniężoną głowę, i wycelował precyzyjnie ten przyrząd w zjawę. Jednocześnie prawą ręką uchwycił stojącą obok kropielnicę, zanurzoną w naczyniu z wodą święconą, po czym machnął nią dwukrotnie w kierunku fosforyzującego rozmówcy.

             - Co to niby miało być? - Ponti owszem, był zaskoczony, jednak takie traktowanie nie wywarło na nim innego, bardziej fizycznego, widocznego skutku.

             - Wy... bacz - Giannini naprawdę poczuł się jak ostatni idiota. - Musiałem się przekonać jakie siły reprezentujesz.

             - No i?

             - To..., to było głupie.

             - Zgadzam się całkowicie. Sądzisz, że z twojego, z ludzkiego poziomu, można przekonująco rozwiać tego typu rozterki, stwierdzić coś na pewno?

             - Nie?

             - Oczywiście, że nie. A poza tym, zasadniczo wszystko jest względne, nawet dobro i zło, piekło i niebo. Punkt widzenia zależy od..., no dokończ Antonio.

             - Daj spokój. Przecież to banał - Giannini nie chciał być traktowany jak mały chłopaczek, jednak czuł, że po tym co zrobił przed chwilą, Ponti ma pewne prawo by go choć troszeczkę ośmieszyć.

             - Owszem, lecz ty o nim zapomniałeś . Ale do rzeczy. Czas mija, a my ciągle jesteśmy na etapie wstępnym. Zdecyduj Antonio czy możemy przejść do meritum, czy też jeszcze coś cię trapi w związku z moją osobą?

             - Tak.

             - Co, tak?

             - Zacznijmy wreszcie.

             - Nie będziesz już eksperymentował?

             - Nie.

 

             Świetlana postać Pontiego rozjarzyła się nieco i przybrała bardziej ciepły kolor. Wędliniarz odłożył kropielnicę i krucyfiks, nalał sobie po ciemku odrobinę zimnego mleka do szklanki i rozsiadł wygodnie w łóżku. Sesja mogła się rozpocząć bez przeszkód.

 

             - Tak więc widzisz Antonio - Ponti mówił jasnym, sugestywnym głosem - wszechświat jest nieskończony w czasie, przestrzeni oraz w swoich możliwościach. Nie mówię tu o Kosmosie, tym rzeczywiście ograniczonym zbiorowisku gwiazd i planet, które obserwujemy z uzasadnionym podziwem co noc. Mówię o wszystkim co istnieje lub będzie istnieć. Również o miliardach takich niezależnych, samodzielnych Kosmosów. I jak się nad tym w ciszy i samotności zastanowisz, to dojdziesz do wniosku, że właśnie tak powinno być. A jeśli powinno, to właśnie jest.

             - Czy ktoś to wszystko... stworzył?

             - Nie sądzę.

             - W takim razie...

             - W takim razie, kto miałby stworzyć owego kogoś?

             - Tak, to jest problem.

             - Jednak nie to jest najważniejsze. Najistotniejsze w tym wszystkim to to, że wszędzie wszystko rozwija się, zmienia, ma się rozumieć na bazie doświadczeń, przeszłości. Przyczyna i skutek. A każde najmarniejsze istnienie, każdy okruch życia, w miarę możności buduje wokół siebie swój maleńki światek, swój ogródek, który zagospodarowuje na swój własny, niepowtarzalny sposób, według własnego uznania. Nie bez wpływów zewnętrznych, rzecz jasna. W końcu musi mieć jakieś wzorce, jakieś odniesienia. No i ta cała gama ograniczeń.

             - To oczywiste.

             - Jednak gdyby owa konstrukcja, realizowana z takim wysiłkiem, z takim nakładem kosztów, miała być zmarnowana wraz ze śmiercią maleńkiego choćby autora, jej konstruktora, to wszystko to rzeczywiście nie miałoby żadnego sensu. Co chwila ów rozwój byłby unieważniany, co chwila trzeba by zaczynać wszystko od początku.

             - A więc?

             - A więc wszystkie te maleńkie i większe światy, łącznie z ich właścicielami, istnieją wiecznie, oczywiście zmieniając się systematycznie, ewoluując, dostosowując do sąsiednich, do otaczającej rzeczywistości. Nieraz tak intensywnie, że po stosunkowo krótkim czasie są zupełnie czymś innym niż przed chwilą. Nie tracą jednak ciągłości, nie nikną bezpowrotnie. Rzecz jasna im bardziej taki mikroświat skomplikowany, im większy, powiedzmy w stosunku do jego jedynego właściciela, tym trudniej tę ciągłość zachować. Jednak są to wyłącznie problemy techniczne, do przezwyciężenia. Czemu zresztą sprzyja sama natura... wszystkiego. Rodzaj wszechogarniającego instynktu samozachowawczego i nieogarnionej pamięci zdarzeń.

             - Coś mi zaczyna świtać - Giannini rzeczywiście zaczynał inaczej patrzeć na świat. Ten Ponti to naprawdę ktoś.

             - Są oczywiście problemy. Jeśli dajmy na to samobójca, dojdzie do wniosku, że obecna rzeczywistość nie odpowiada mu totalnie, to po własnoręcznej śmierci, znajdzie się w czystej potencjalności, gdzie zagubiony, niezorientowany, będzie próbował budować swoje nowe otoczenie, bazując jedynie na własnych, w gruncie rzeczy mglistych i ciągle słabnących wzorcach, wyobrażeniach. W efekcie do niczego konkretnego nie dojdzie, zmarnuje swoją energię i czas, i prędzej czy później będzie zdany na pomoc jakiegoś przypadkowego bytu, który albo zbuduje mu znowu nie akceptowalny świat, albo usadowi go we własnym otoczeniu, nie bezinteresownie jak się pewnie domyślasz. Całość, na wszystkich poziomach, funkcjonuje na zasadzie konkurencji, walki i ekonomii działania.

             - Dzięki temu odbywa się rozwój?

             - Naturalnie.

 

             Giannini coraz wyraźniej konstatował, że poglądy, wizje, roztaczane przez jego przewodnika, są zupełnie zbieżne z tym, co tak naprawdę sądził o rzeczywistości. Nieważne, że głównie podświadomie, że dopiero teraz, po tak jasnej ich werbalizacji, identyfikuje się z nimi w zasadzie całkowicie. Nigdy nie miał okazji rozmawiać z nikim na podobne tematy i w podobny sposób. Co prawda trudno na razie mówić o prawdziwej rozmowie - na razie jest tylko aktywnym słuchaczem, ale i na to pewnie przyjdzie czas. W każdym razie wydaje się, że tak naprawdę to nie zmarnował życia, jak również podświadomie, w cichości ducha, podejrzewał.

 

W gruncie rzeczy, głęboko w środku, nie oceniał się zbyt wysoko - wręcz przeciwnie. Brakowało mu wykształcenia, oczytania, a co za tym idzie, stosownych gustów i pragnień. Ciężką pracą dorobił się niezłego majątku, lecz, że nie był jakimś tam ekstrawagantem, nieobliczalnym utopistą czy rąbniętym snobem, folgującym swoim wydumanym kaprysom - nie miał ich po prostu - pozostał zwykłym, prostolinijnym, konkretnym przedsiębiorcą. Ciężkiego charakteru co prawda, zwykle nieokrzesanym gburem, jednak tak naprawdę to nikogo nie skrzywdził niezasłużenie. Tak mniemał i nie było to wcale dalekie od prawdy.

            

- Tyle może tytułem wprowadzenia, dobrze? - Ponti najwidoczniej miał dość jasno sprecyzowany plan rozmowy. - Jeśli będzie cię coś gnębić, to mów. Wyjaśnimy to od ręki. A teraz przejdźmy do zarysów konstrukcyjnych twojego nowego, lepszego naturalnie, świata. Nie jesteś chyba Antonio zmęczony?

             - Ależ skąd - zaperzył się Giannini nie chcąc tracić ani chwili - Wyspałem się przecież w dzień, mam tutaj zapasy picia i przekąski.

             - W takim razie zaczynamy. Budowa, czy choćby drobna modyfikacja całego świata to nie byle co. Musisz mieć możliwie szczegółowe wyobrażenie o... wszystkim. W twojej sytuacji, gdy odpowiednio wcześniej dysponujesz własnym przewodnikiem, życzliwym doradcą, jest to trochę łatwiejsze, jednak ciągle dość trudne. Zaczniemy od Przestrzeni, to znaczy jej wymiarów, rozmieszczeniu materii, gwiazd i tak dalej. Masz tu jakieś sugestie?

             - Ależ ja się na tym kompletnie nie znam.

             - Może jednak próbowałeś kiedyś skonstruować w myśli jakiś swój układ, czy choćby ustosunkować się do tego, co jest tutaj?

             - Nie. Chociaż... chwileczkę - Giannini zaczął dobierać się do dawno nieużywanych zakamarków pamięci - Kiedyś, jeszcze na froncie, pomyślałem sobie, że te wszystkie gwiazdy, te miliony nocnych, migocących punkcików na czarnym niebie, powinny być przecież bardziej kolorowe. Głupie, prawda?

             - Skądże. Tyle tylko, że tak naprawdę to one właśnie takie są. Niesamowite, przytłaczające zatrzęsienie barw. To atmosfera ziemska tłamsi wszystko i niweluje. A poza tym Antonio, czy nie nuży cię ta wszechobecna pstrokacizna na każdym kroku, te jarmarczne, jaskrawe reklamy, napisy, samochody, pisma, telewizja? Nie masz tego dość?

             - Rzeczywiście, masz rację - przyznał Giannini po namyśle - Czasami jest to nie do wytrzymania.

             - A może inne zmiany?

             - Nie, chyba jednak nie.

             - A rozmiary, ten przytłaczający ogrom?    

             - No, tutaj nie mam zdania. Chyba jednak dobrze, że jest aż tyle do poznania, do zbadania. Poza tym człowiek czuje, że na pewno nie jest Bogiem, że musi się z kimś..., z czymś, liczyć.

             - Świetnie Antonio. Wyjąłeś mi to z ust - Ponti był wyraźnie zadowolony - A co z prędkością światła, z gęstością Kosmosu, ze stałą grawitacyjną, z właściwościami materii?

             - Ha, prawdę mówiąc nie wiem niestety o czym mówisz.

             - Mówię o tych wszystkich, tak istotnych szczegółach fizycznych, na skutek których świat wokół nas wygląda jak wygląda, i działa jak działa. Każda najdrobniejsza zmiana w tych sprawach, mogłaby skutkować licho wie jak poważnymi zmianami. Zwolennicy tak zwanej zasady antropicznej twierdzą, że życie jako takie, w ogóle, może zaistnieć tylko przy tej niepowtarzalnej kombinacji, szczegółowo i precyzyjnie wyważonych stałych kosmologicznych, fizycznych. Nie mają racji do końca, lecz to już inna rzecz. Gdybyśmy chcieli coś tu zmieniać, musiałbym sięgnąć do zestawu alternatywnych wzorców i kolejno je z tobą analizować. A jest tego trochę.

             - Czy warto? - stropił się masarz.

             - Cóż, myślę, że chyba jednak nie. Sądzę, że jeżeli oczekujesz jakichś innowacji, to raczej tylko w zakresie stosunków międzyludzkich. Zgadzam się, że nienajlepszych. Mam rację?

             - W zupełności.

             - W takim razie zostawiamy?

             - Zostawiamy - zgodził się ostatecznie konstruktor generalny Giannini.

            

Nastąpiła chwila milczenia. Antonio analizował zgrubnie niesamowite władze jakimi niby to dysponował. Nie miał na razie zamiaru tego sprawdzać, a już na pewno praktycznie. Wystarczał mu sam pomysł, samo czyste wyobrażenie możliwości, iż może w zasadzie swobodnie przemyśliwać o konstrukcji, zasadach funkcjonowania i tych wszystkich najdrobniejszych szczegółach przyszłego, własnego świata. To nic, że nie dysponuje choćby bilionową częścią owej potwornej wiedzy, koniecznej do rzeczywiście samodzielnego budowania. Jak się okazuje, może do woli korzystać z gotowych szablonów, zalegających pewnie nieogarnione półki jakiegoś na oścież teraz otwartego magazynu… niebieskiego.

            

- Przejdźmy zatem do twojej planety. Jeśli oczywiście chcesz być w dalszym ciągu człowiekiem. Lub przynajmniej kimś podobnym?

             - A... kim innym mógłbym być?

             - Och, Antonio. Kim tylko zapragniesz. Lub czym zapragniesz. Możesz być dajmy na to... gwiazdą, planetą, kometą. Możesz być całą galaktyką, lub nawet całym kosmosem. Możesz być maleńkim atomem, kamieniem, żabą, myślącym oceanem, wiatrem, bułką, zmęczoną stopą, drzewem, długopisem, czymkolwiek, co tylko potrafisz sobie wyobrazić. Również wszystkim tym naraz. W zależności od tego, czego chcesz się nauczyć.

             - Matko Boża - Giannini był zafascynowany - Jak to możliwe?

             - Na naszym poziomie możemy bardzo, bardzo wiele. Tak wiele, że nawet najwięksi ludzcy wizjonerzy, artyści czy mistycy, nie byli i nigdy nie będą sobie tego w stanie wyobrazić. Z kolei następny poziom, może odpowiednio więcej.

             - Ile tego jest?

             - Czego?

             - Tych... poziomów?

             - Któż to wie? - zamyślił się na chwilę Ponti - Na to pytanie nie jestem ci w stanie odpowiedzieć.

            

Wędliniarz poczuł się nagle jak najmarniejszy robaczek, jak jakaś maleńka, nic nie znacząca, zapomniana cząsteczka pyłu, pod czyjąś starą szafą wyrzuconą na zapuszczony strych. Zdał sobie sprawę, lub przynajmniej zaczął to przeczuwać, z nieogarnionego ogromu istnienia, z nieskończonego skomplikowania choćby tej najbliższej, tak wydawałoby się znajomej i opatrzonej rzeczywistości. Nigdy, pomimo nieraz kłopotów i zwłaszcza ludzkich przeszkód, nie miał większych problemów z wpasowaniem się, z adaptacją. Jednak to, co się teraz przed nim zaczęło zaledwie leciutko otwierać, to czego drobny refleks ujrzał poprzez mikroskopijną szparkę uchylanych właśnie drzwi, przerastało go niepomiernie, niewyobrażalnie.

            

- Dobrze się czujesz? - dotarło do niego pełne szczerego zaniepokojenia pytanie Pontiego.

             - Chryste Panie. Boję się - przyznał otwarcie.

             - Nie dziwię się. Sam to kiedyś przeżywałem.

             - To wszystko jest jakieś... takie... ogromne.

             - Cóż. To właśnie nieskończoność. Przestrzeni, czasu, potencji, dobroci, miłości, zła, głupoty, i wszystkiego, czego tylko chcesz.

             - Czy to właśnie... On?

             - Niewykluczone.

            

Giannini miał chwilowo dość. Stwierdził, że jest straszliwie zmęczony i senny. Jednak musiał jeszcze sprawdzić pewną rzecz, jedną z tych, które sobie zaplanował. Orzeźwił się łykiem soku, po czym odezwał do Pontiego.

            

- Wybacz mi Silvestro, ale gnębią mnie resztki nieufności. Czy mógłbyś mocą swojego... szczególnego istnienia, tego wyższego niż mój poziomu, sprawić coś, co mnie już do końca uspokoi?

             - Co masz na myśli?

            

Giannini zdębiał. Cały czas sądził, że duchy, czy też mówiąc eufemistycznie, byty pozacielesne, dysponują czymś co czasem nazywa się zdolnością kontaktów telepatycznych. Słyszał o tym przy jakiejś okazji, czy może przeczytał w jakimś popularnym piśmie. I był o tym całkowicie przekonany. Mimo rzecz jasna swojego ateistycznego sceptycyzmu w stosunku do całości. Ten jego sąd tkwił w nim tak mocno, że w ogóle się nad tym nie zastanawiał i nie analizował przebiegu nocnych rozmów pod tym kątem. A tu nagle słyszy tak absurdalne w tym kontekście pytanie.

            

- Jakżeż? Czy... nie znasz na bieżąco zawartości... no..., mojej głowy? Czy musisz mnie pytać o to co myślę?

             - Owszem, ciebie tak.

             - A innych?

             - A innych nie. Inni są dla mnie jak otwarta książka.

             - Dlaczego? - zdumiał się Giannini.

             - Ogólnie biorąc dlatego, że my obaj jesteśmy już... partnerami i przynajmniej mentalnie, nie powinniśmy mieć różnych, że tak powiem, wzajemnych szans.

             - I nawet gdybyś chciał, nie możesz wiedzieć, o czym myślę?

             - Nie.

             Cóż - to było w porządku. Giannini kolejny raz uznał, że nocne kontakty są nad wyraz owocne i tak naprawdę całkiem optymistyczne. Gdzieś tam, wszystko jest najwyraźniej urządzone znacznie rozsądniej niż... tutaj. Nie zapomniał jednak o swoim, być może ostatnim teście.

            

- Pozwolisz w takim razie, że dokończymy zaczęty wątek?

             - Proszę bardzo.

             - A więc, jak mówiłem, czy mógłbyś wykonać coś..., no coś ekstra?

             - Jak to? Co?

             - Nie wiem. Coś, co pozwoli mi wyzbyć się resztek wątpliwości.

             - Jakiś maleńki... cudzik? - Ponti był najwyraźniej zdolny do zgryźliwości.

             - Choćby.

            

Zaległa chwila ciszy. Niematerialny Ponti pewnie rozważał celowość jakiejś demonstracji lub też jej rodzaj. Zbladł lekko, zafalował delikatnie, jednak po kilku sekundach odezwał się ponownie.

            

- Pal cię licho Antonio. Nie wolno mi tego robić, ale niech tam. Jesteś dość trudnym przypadkiem, więc pewnie będzie mi to wybaczone. A więc uważaj. Za chwilę wejdzie tutaj twoja żona, by sprawdzić czy wszystko z tobą w porządku. To się jej oczywiście chwali, ty niewdzięczny, samolubny małżonku. Jednak z uwagi na moją wrażliwość e... optyczną, nie pozwól jej zapalać światła i... reszta zależy od ciebie. Pozwolisz, że troszkę poobserwuję?

            

- Zgoda - potwierdził Giannini i ułożył się wygodnie.

            

Silvestro Ponti w dalszym ciągu jaśniał upiornym, sinym blaskiem, który jednak w żaden sposób nie rozświetlał mroku sypialni. Po chwili Giannini usłyszał delikatne stąpnięcia bosych stóp i drzwi sypialni otworzyły się powolutku.

            

- Antonio - rozpoznał ledwie słyszalny szept żony, która sprawdzała w ten sposób czy jej mąż śpi.

             - Tak? - również szeptem zareagował Giannini.

             - Nie śpisz? Wydawało mi się, że słyszę u ciebie jakąś rozmowę.

             - To nic. Tak sobie mruczę.

             - Nie możesz spać? - Pani Laura wydawała się bardzo zatroskaną - Co tu tak zimno?

             - Zimno? - Giannini przyznał w duchu, że istotnie, w pokoju jest zimniej niżby wynikało to z właściwości klimatu i zewnętrznej temperatury.

             - Zapalę światło i sprawdzę, dobrze?

             - Nie! - prawie krzyknął - Wszystko w porządku. Chodź no tutaj.

             Pani Laura zbliżyła się po omacku do łóżka i natrafiła na wyciągniętą rękę męża. Ten pociągnął ją ku sobie tak, że usiadła obok na kołdrze.

             - Powiedz mi Lauro, martwisz się o mnie?

             - Antonio - w głosie żony brzmiało całe morze łagodnego, kobiecego wyrzutu - Jak możesz o to pytać?

             - No dobrze. Powiedz mi jeszcze czy widzisz coś tam na ścianie?

             - Gdzie Antonio?

             - No tam, gdzie wisi nasza fotografia ślubna.

             - Przecież jest ciemno - Pani Laura niczego nie mogła dostrzec - Może jednak zapalę światło?

             - Nie, do cholery! - syknął ponownie Giannini - Przecież mogę sobie sam zapalić. Pytam cię jeszcze raz, czy widzisz tam cokolwiek. Popatrz uważnie.

            

Zdziwiona kobieta zaczęła wpatrywać się intensywnie w gęstniejącą przed nią ciemność, jednak niczego nie udało się jej zobaczyć.

            

- Niczego nie widzę Antonio. A co tam ma być?

             - Nieważne. Idź już do siebie.

             - Podać ci coś? - jeszcze raz zatroskała się pani Laura - I dlaczego tak tu przeraźliwie zimno?

             - Wszystko w porządku. Idź już.

             - Nie przeziębisz się?

             - Na Boga, idź już!

             - Dobranoc Antonio.

             - Dobranoc.

            

Pani Laura wstała wreszcie ostrożnie z łóżka i równie delikatnie zamknęła za sobą drzwi. Giannini odczekał chwilę aż zamilkły głuche stąpnięcia żony, po czym przeniósł wzrok na fosforyzującego nieprzerwanie w tym samym miejscu Pontiego.

             - No i co? - spytał sino blady przewodnik.

             - Rzeczywiście, ona cię nie widzi.

             - A może ja jestem tylko wytworem twojej skołowanej wyobraźni, co Antonio? - zjawa ponownie dała wyraz swojej łagodnej zgryźliwości.

             - Nie sądzę - Giannini był zupełnie szczery - Słyszała przecież naszą rozmowę i czuła twój chłód. Musimy ciszej mówić. I powiedz mi dlaczego tak wychładzasz pokój?

             - Nareszcie mówisz rozsądnie. A chłód to energetyczne koszta mojej tutaj manifestacji. Zwykłe prawo fizyki.

            

Wędliniarz kolejny raz przekonał się o realności i prawdomówności Pontiego. Porozmawia tylko jeszcze jutro z żoną i potwierdzi jej nocne spostrzeżenia. A raczej ich brak. Musi też uzasadnić jakoś tę dziwną z nią rozmowę, wyglądającą pewnie na coś w rodzaju majaków wycieńczonego chorobą organizmu. Na dzisiaj miał już dość. Odwrócił się od zjawy i spojrzał na podświetlany blado zegarek stojący na stoliku. Była czwarta trzydzieści.

            

- Kończymy na dzisiaj? - Ponti był kimś nadzwyczaj domyślnym.

             - Tak. Muszę to wszystko przetrawić w samotności.

             - A zatem... do jutra Antonio? O zwykłej porze?

             - Tak. Do jutra.

            

Silvestro Ponti w znajomy już sposób zszarzał łagodnie i znikł zupełnie. Giannini opadł bezwładnie na poduszkę i leżąc z otwartymi oczami patrzył w czarny sufit. Może spodziewał się tam ujrzeć te niezrozumiałe tryliony gwiazd tego, lub też swojego, przyszłego świata? Może próbował wyobrazić sobie swą nową naturę, swoje w nowym świecie miejsce, pozycję? W każdym razie po niecałych trzech minutach usnął, w dalszym ciągu trzymając w zaciśniętej dłoni twardy, drewniany koniec rzeźbionego misternie krucyfiksu.

--------------------------------------------------------

             Pani Laura była w widocznej wszem i wobec rozterce. Mąż, nie dość, że nie zdrowiał, to jeszcze zaczął się dziwnie zachowywać. Opowiedziała Marcie o nocnej z nim rozmowie, o jego dziwnych pytaniach. Ponownie zadzwoniła po doktora Finna, zastanawiała się też czy nie ściągnąć syna. Z Martą były zżyte na tyle, że mówiły sobie prawie o wszystkim, zwłaszcza o sprawach dotyczących Gianniniego. Martwiły się więc obie.

            

Doktor Finn przyszedł wieczorem, i tym razem Giannini postanowił z nim porozmawiać, rozmówić się ostatecznie. Był to szczupły, wysportowany mężczyzna około czterdziestki, ubrany w świetnie skrojony garnitur z markowej wełny. Wszedł do sypialni pewnie, energicznie, jak do codziennie obsługiwanej, podlegającej mu sali szpitalnej. Natychmiast otworzył pokaźną walizkę lekarską, i przystąpił do osłuchiwania ponurego rekonwalescenta. Gdy skończył, usiadł obok Gianniniego i popatrzył nań bez słowa. Jego zimne, rybie oczy nie wyrażały żadnych uczuć, chyba tylko medyczne, rzeczowe zainteresowanie.

            

- No i co? - spytał Giannini po skończonym badaniu, opatulając się szczelnie kołdrą po samą szyję. Nie lubił lekarzy, a tego przystojnego, wyperfumowanego gogusia szczególnie.

             - Bez zmian panie Giannini - odrzekł Finn ogólnikowo - Bez zmian.

             - Cóż to do cholery znaczy?

             - Dokładnie to co powiedziałem - Doktor też nie był zbyt serdeczny. - Ani gorzej, ani lepiej.

             - Źle czy dobrze? - Wędliniarz spojrzał mu ostro w oczy - Niechże pan mówi!

            

Doktor wstał z krzesła i począł przechadzać się po pokoju, lustrując wszystko uważnie. Zainteresował go stolik, biblioteczka, szafa, wreszcie przestrzelona fotografia małżeńska. Na koniec odwrócił się do pacjenta, i przybierając poważny wyraz twarzy, powiedział cicho:

             - Źle panie Giannini.

             - A... szczegóły?

             - Serce ma pan jeszcze silne, choć to już jakby... nie ma znaczenia. Gorzej z... głową.

             - No?!

             - Czy naprawdę chce pan wiedzieć?

             - Do cholery, przecież właśnie po to się pytam! - Giannini denerwował się coraz bardziej.

             - No tak, tak - Finn zwlekał - Dobrze, powiem panu. Ma pan... - zawiesił głos na chwilę.

             - No?!

             - Ma pan... nieoperowalny, złośliwy guz nowotworowy w mózgu - wyrzucił wreszcie z siebie tę straszną informację.

            

Giannini miał jeszcze mikroskopijną nadzieję, iż Ponti, iż nocne rozmowy, to złudzenie lub sen. Teraz jednak pozbył się jej całkowicie, nieodwracalnie. I jedyną jego, dostrzegalną w tym momencie przez doktora reakcją, było lekkie przymrużenie powiek.

            

- Ile... pan mi jeszcze daje? - pytał dalej niewzruszony pacjent.

             - Cóż... - Finn wydawał się ważyć słowa - nie więcej niż... dwa tygodnie - poinformował w końcu - A gdyby nie to nieszczęsne uderzenie w głowę, to mógłby pan jeszcze... przez długie lata.

            

I to się zgadza, skonstatował Giannini, nie bez szczególnego rodzaju satysfakcji. Satysfakcji, która zdziwiła jego samego. Widocznie jednak już w znacznym stopniu uległ fascynacji tymi nowymi, obiecywanymi tak przekonująco przez Pontiego, możliwościami.

            

- Czy..., czy będę cierpiał? - ponownie, spokojnie spytał przystojnego lekarza.

             - Nie, w żadnym razie - Finn jakby się ożywił - Jest to przypadłość tego rodzaju, że daje o sobie znać dopiero w... w momencie… hm… ostatecznym.

             - Czy żona wie?

             - Tak. Od samego początku.

             - A... syn?

             - Tego niestety nie wiem.

            

No tak. Laura pewnie nie powiedziała niczego. Nie chce przecież martwić Pietra przedwcześnie, zresztą i po co. I tak niczego tym nie zmieni.

            

- Dziękuję panu w takim razie - Giannini zapomniał w tym momencie o niechęci do Finna, a może tylko starał się nie być zbyt obcesowym - I cóż, chyba się pożegnamy na... zawsze.

             - Przykro mi - odrzekł krótko doktor, i pozbierawszy resztę swoich narzędzi, wyszedł wreszcie z chłodnej sypialni.

            

Giannini został sam. Rozmowa z Finnem niewiele zmieniła w jego stosunku do sprawy, tyle tylko, że upewnił się wreszcie do końca co do swojej sytuacji. Ma jeszcze kilka dni, i chyba najwyższy czas pozałatwiać tu, po tej stronie, wszystkie związane z jego odejściem formalności. Musi przecież rozporządzić największym w mieście majątkiem, firmą, wspaniałym domem. Nie myślał o tym nigdy przedtem, lecz przecież nie może zostawić tych rzeczy samym sobie. W końcu jeszcze jest kimś, a z prawnego punktu widzenia, ostatnia wola zmarłego jest czymś świętym, niepodważalnym. I tak powinno być. Postanowił jednak zaczekać do następnej nocnej rozmowy, poradzić się Pontiego.

            

Krótko po północy, w ciemnym pokoju pojawił się Ponti.

            

- Witaj Antonio - przywitał się uprzejmie - Jak się dziś czujesz?

             - Bez zmian - uśmiechnął się Giannini - Chciałbym poświęcić dzisiejszą noc na sprawy majątkowe. Testament, firma, wiesz przecież o co chodzi.

            

Zupełnie logicznie sądził, że jeżeli ktoś taki jak Ponti, potrafiący doradzać w budowie nowego świata, kosmosu, istota, byt, egzystujący na wyższym niż ludzki poziomie, jest jego serdecznym opiekunem przedśmiertnym, jego przewodnikiem, to czemu nie miałby pomóc w tak banalnych, przyziemnych kwestiach. Dysponując taką wiedzą, takimi możliwościami?

            

- Nie mamy zbyt wiele czasu. - przypomniała zjawa.

             - Jedną noc.

             - Niech ci będzie - zgodził się wreszcie Ponti - Masz jakieś sugestie?

             - Nnie... - zastanawiał się wędliniarz. - Powiedz mi tylko czy dobrze robię...

             - Mianowicie?

             - Chcę skorygować testament w ten sposób, by podzielić majątek pomiędzy syna i żonę. Żonie jedną czwartą, synowi resztę.

             - Zrobisz jak zechcesz, lecz... - Ponti rozmyślał nad czymś.

             - Co jest?

             - Nie wiem, czy wolno mi o tym mówić..., z drugiej strony, to może być hm... pouczające.

             - O czym? Co pouczające?

             - Twój syn Antonio...

             - Co z nim?

             - Poznał pewną... kobietę - w głosie Pontiego słychać było wyraźnie rozterkę - która...

             - No?! Mówże do jas..., przepraszam.

             - Ona była, ona jest... prostytutką. - Duch wymówił to słowo z niezwykłą odrazą.

             - Psiakrew! - Giannini podskoczył z wrażenia - Czy Laura..., czy Pietro o tym wie?

             - Niestety nie.

             - No to mu powiem! - postanowił natychmiast Giannini.

             - Nie rób tego! - prawie krzyknęła zjawa. - On jest... zakochany.

             - O cholera, rzeczywiście.

            

To był problem. Pietro, niezwykle delikatny, wrażliwy chłopak, nie miał szczęścia do kobiet, poza tym stworzył sobie wewnętrzny ideał, do którego ciągle porównywał kolejne dziewczyny. Giannini wiedział o tym bardzo dobrze od Laury, z którą Pietro utrzymywał bliższe, serdeczniejsze stosunki. Czasem przecież rozmawiali o jedynaku - w końcu ojciec i matka. W każdym razie jak dotąd syn nie zakochał się. Nie spotkał jeszcze swojego wymarzonego ideału. A teraz, kiedy to się już wreszcie stało, trafił na... kurwę.

            

- Czy..., czy ona go może też... kocha? - spytał niepewnie z odrobiną nadziei w głosie.

             - Żartujesz Antonio - zjawa była bezlitosna. - To jest doświadczona... prostytutka z dwójką dzieci. Omotała Pietra bez reszty. Wydaje na nią wszystkie zarobione pieniądze, łasi się do niej jak francuski piesek, świata poza nią nie widzi.

             - A niech to szlag! - Giannini zapomniał o swoim przyrzeczeniu - Co tu zrobić?

            

Ponti milczał chwilę wyrozumiale, wreszcie zaczął głośno się zastanawiać:

            

- Ty Antonio, my, odchodzimy za kilka dni. Jeśli Pietro nie ma zmarnować twojej fortuny, dorobku twojego życia, to trzeba to zrobić inaczej. Przynajmniej do czasu gdy nie zmądrzeje.

             - A kiedy to nastąpi?

             - Nie wiem Antonio. Myślę, że dość prędko. Lecz.... czekaj, chyba jest wyjście.

             - Tak?

             - Zrób tak - Ponti ożywił się jakby - Cały majątek...., a propos, ile tego masz?

             - No, na koncie w Krammer Bank prawie półtora miliona, firma jest warta jakieś pięć, dom dwa. Razem prawie siedem i pół miliona.

             - Ho, ho Antonio. Sporo.

             - Dziękuję Silvestro, ale to nie wszystko. Są jeszcze akcje General Electric i Microsoftu. W tej chwili warte razem około sześciu milionów.

             - Czyli w sumie trzynaście i pół miliona. Gratuluję - Ponti był zachwycony swoim podopiecznym.

             - Pracowałem na to trzydzieści lat.

             - A więc tym bardziej nie należy tego zmarnować.

             - Zgadzam się.

             - Więc zrobimy tak. Zapiszesz wszystko żonie, Laurze, która przecież kocha syna, prawda?

             - No... tak - Giannini słuchał uważnie.

             - Dobrze. W testamencie umieścisz klauzulę, że jeśli uzna, iż Pietro zmądrzał na tyle, by rozumnie dysponować twoim majątkiem, przekaże mu jego stosowną część. Innego wyjścia nie ma.

            

Giannini rozmyślał. Od kilku lat nie dowierzał Laurze tak jak kiedyś - denerwowała go coraz bardziej. Nie miał jej nic do zarzucenia pod względem małżeńskim, jednak z biegiem lat okazywała się zwykłą, głupią, a przy tym w pewnym sensie cwaną jędzą. Głupota przecież wycwanienia nie wyklucza. Złośliwą przy tym i upartą. Firma, problemy męża, nie interesowały jej zupełnie. Raczej spotkania towarzyskie, nadęte imprezki dobroczynne, znajomi, plotki. Gdyby nie kontrolował jej wydatków, rozpuściłaby cały majątek w pół roku. Z tego również powodu zatrudniał od lat Martę, której ufał bezgranicznie, a która pod nieobecność szefa, miała na wszystko oko. Zresztą świetnie gotowała, a będąc kobietą stateczną, wyrozumiałą i małomówną, zupełnie mu w tej roli odpowiadała. Podejrzewał też, że podkochuje się w nim trochę, ale może to i dobrze - jest przez to jeszcze bardziej lojalna. Była zaprzyjaźniona z wszystkimi jego dobrymi znajomymi.

            

Jednak Laura to mimo wszystko jego żona - spędzili razem całe życie. Dobra matka, wydaje się, że kocha Pietra i dba o niego. Tak - Ponti chyba ma rację. Wstawi się do testamentu taki zapis, a gdy syn przekona się wreszcie o prawdziwej naturze swej fatalnej wybranki, odzyska natychmiast przeznaczoną mu część dorobku. Także pod warunkiem, że przejmie kierownictwo firmy. Tak naprawdę jednak, to mało mu już zależało na losach jego majątku a nawet rodziny. Cóż to za problemy w obliczu przyszłych możliwości?

            

- Masz rację Silvestro - Giannini zdecydował się ostatecznie - Jutro, dzisiaj, ściągnę tu notariusza i sporządzimy nowy dokument. A teraz przejdźmy wreszcie do tego, co najważniejsze.

             - Zgoda Antonio - Ponti chyba także nie wydawał się zbytnio uradowany dotychczasowym tematem rozmowy.

            

I znowu kilka nocnych godzin spędzili na budowaniu nowego, przyszłego świata. Świata doskonałego, a w każdym razie zupełnie odpowiadającego jego głównemu sprawcy, tak przecież zaangażowanemu w to dzieło stwórcy neofity.

--------------------------------------------------------

             Notariusz Stander, wieloletni przyjaciel Gianniniego, dziwił się temu całemu pośpiechowi. Gdyby właśnie nie zażyłość z Antonio, przełożyłby podobne zlecenie na znacznie późniejszy termin. Tu jednak sprawa była wyjątkowa, zwłaszcza, iż niecierpliwy klient argumentował swój pośpiech przy użyciu dość mocnych, niewybrednych słów. Znał go od tej strony i wcale nie był taką formą nacisku zaskoczony. Koniec końców przybył do Gianniniego około czwartej po południu, zabierając z sobą stosowne dokumenty i zaprzysiężonego sekretarza, który często występował w roli wiarygodnego w takich razach świadka. Drugim, milczącym ponuro świadkiem była kucharka Marta.

            

Zdziwienie Standera wzrosło w dwójnasób, gdy spisując nowy testament zapoznał się z ostatnimi rozporządzeniami spadkodawcy. Jako formalnemu urzędnikowi, będącemu właśnie w trakcie wykonywania obowiązków, nie wolno było niczego kwestionować, czy sugerować. Jednak dla spokoju sumienia, pytał się Gianniniego wielokrotnie i znacząco o potwierdzenie zmian, o ich sens i istotę. Ten jednak był stanowczy i zupełnie jakby nie odczytywał intencji notariusza. Dokumenty sporządzono, opieczętowano, po czym urzędnicy opuścili wreszcie dom swojego nerwowego, bogatego klienta.

 

             Giannini był całkowicie zadowolony. Załatwił w końcu wszystko co zamierzał, rozporządził sensownie majątkiem i firmą, miał czyste sumienie. Nic go już nie wiązało emocjonalnie z tym światem, nie miał tu nic do zrobienia. Czekał tylko z niecierpliwością na nocne rozmowy, niepokoił się, czy zdąży przemyśleć, zapamiętać, wszystkie szczegółowe aspekty bytu następnego. Do tego stopnia, iż nie mógł nawet spać.

 

             Nadszedł wreszcie dzień dwudziestego trzeciego stycznia, dzień odejścia. Gianini, wymęczony kilkudniowym brakiem snu zeszczuplał i zszarzał. Oczy miał podkrążone, usta sine. Wszyscy domownicy wiedzieli już o jego tragicznej przypadłości i chodząc wokół na paluszkach, zachowując absolutną ciszę, nie dziwili się niczemu. Po kolejnej, bardzo rutynowej wizycie doktora Finna, Giannini ogolił się porządnie, wykąpał, i przebrał w najlepszy garnitur. Tuż przed północą wszedł do sypialni, którą zamknął od środka na klucz. Chciał mieć pewność, że nikt mu nie przeszkodzi w ostatniej rozmowie i w spokojnym, tak dobrze zaplanowanym odejściu. Ponti był jak zwykle punktualny.

 

             - Witaj Antonio - miał wyjątkowo miły, ciepły głos, ale też i okazja była wyjątkowa – To… ostatnia noc.

             - Witaj Silvestro. Tak, wiem o tym i jestem całkowicie przygotowany.

             - To dobrze. Przerobiliśmy już wszystko co było do przerobienia i zostało nam kilka chwil na ostatnie refleksje. Czy masz jeszcze jakieś uwagi?

             - Nie - Giannini mówił cicho, spokojnie. Zmienił się wyraźnie przez te kilka dni. - Choć muszę przyznać, że trochę mi smutno opuszczać to wszystko. W końcu żyłem tutaj sześćdziesiąt dwa lata.

             - Rozumiem cię. To naturalne. Jednak pamiętaj, dokąd idziesz. A muszę ci powiedzieć, że urządziłeś to swoje... niebo, ten nowy świat, zupełnie nieźle.

             - Naprawdę? Dziękuję.

             - Niewiele zmieniłeś, prawie nic, ale te innowacje które wprowadzasz, rzeczywiście są budujące.

             - Tak? A co ci się najbardziej podoba?

             - Chyba..., chyba to, że wszystko co żyje, nie wyłączając ludzi, będzie się żywić pokarmem wyłącznie roślinnym, choć znacznie bogatszym niż tutaj.

             - Prawda? Te rosnące na krzewach kiełbasy, szynki, te odporne na wszystko hektary parówek, rolad. To mi się też podoba, mimo, iż jestem przecież masarzem.

             - Tym bardziej. Już przez samo to, świat będzie w dużej mierze pozbawiony agresji i konieczności zabijania - zachwycał się Ponti - Ludzie staną się przyjaciółmi.

             - No i będzie ich znacznie, znacznie mniej - dodał Giannini.

             - Tak. To też ważne. Radykalnie zmaleje konkurencja, rywalizacja. A najlepsze jest to, że kobiet będzie dziesięciokrotnie więcej niż mężczyzn.

             - Pięknych kobiet, młodych, delikatnych i zwiewnych, wrażliwych, wiernych. Nie żadnych wyszczekanych, cwanych buisneswoman.

             - I ludzie nie będą się starzeć, ani chorować - Ponti był wniebowzięty.

             - A banki będą udzielać wszystkim wysokich, bezterminowych kredytów. Nisko oprocentowanych.

             - Tak Antonio, to też jest dobre.

 

             Obaj rozmarzyli się do tego stopnia, że zapomnieli zupełnie o obowiązkach. Jednak po chwili Ponti, nadzorujący przecież całość, otrzeźwiał wreszcie i trzeźwo, racjonalnie skonstatował.

 

             - Antonio. Nadszedł czas.

 

             Giannini spojrzał na fosforyzujący zegar i stwierdził, że rzeczywiście dochodziła druga. Ułożył się więc wygodnie na plecach, poprawił kołnierzyk i krawat, wygładził marynarkę. Wykonał, tak, jak już to ćwiczyli, solidny wdech i zamknął oczy.

 

             - Czy już? - zapytała zjawa.

             - Tak - potwierdził cicho.

             - A więc odliczam. Pięć, cztery, trzy...

 

             Giannini powoli tracił świadomość. Oddech ustał, serce przestało bić.

 

             - Dwa, jeden...

 

             Ostatnim szczątkiem czuwającej jaźni, dostrzegł jakąś białą iskierkę, która rozrastając się błyskawicznie, przerodziła się nagle w nieskończenie długi tunel, z ciepłym, złotym światłem u jego wylotu. Ruszył ku niemu bezzwłocznie.

 

             - Zero. Koniec.

 

             Dotarł do światła i prawie oślepiony, w ułamku sekundy zrozumiał prawdę. Było już jednak za późno, gdyż tunel, zgodnie ze swym przeznaczeniem, był tylko jednokierunkowym, wydłużonym kanałem odkażającym i niestety uniemożliwiał powrót.

 

Antonio Giannini nieodwracalnie umarł. Nie słyszał więc już otwieranych drzwi, rumoru przewracanych sprzętów, krzyku i złorzeczeń Marty oraz ciężkich kroków mundurowych policjantów, sprowadzonych przez notariusza Standera, mających aresztować panią Laurę i ukrytego w jej pokoju kochanka, doktora Finna, tego poszukiwanego od lat oszusta. Wraz z jego szczególną aparaturą projekcyjną audio video, wniesioną potajemnie i nocną porą od strony ogrodu.

--------------------------------------------------------

             Komisarz Warren skończył nareszcie pisanie raportu. Teraz tylko parafa, data i do prokuratury. To jednak była piękna, bezprecedensowa sprawa, choć rozwikłana tak bez żadnego prawie wysiłku. Cóż - z nie byle przeciwnikiem miał do czynienia i gdyby nie przypadek, to kto wie? Ten przystojny doktorek dał się jednak wyjątkowo głupio nakryć na gorącym uczynku.

 

No, ale trzeba przyznać, że lojalny niepokój Marty, oraz zawodowa podejrzliwość Standera i jego upór, zrobiły swoje. Wyłącznie dzięki nim, policja zdążyła przyłapać Finna w pokoju pani Laury, wraz z całym sprzętem projekcyjnym, mikrofonami, głośnikami. Też niezłe ziółko. Nie podobało jej się nudne życie u boku zapracowanego męża. Obrzydł jej dom, syn, zatęskniła za szerokim, eleganckim światem w towarzystwie ulizanego, pachnącego playboya. Tfu!

 

Sytuacja, co prawda zupełnie banalna, gdyby nie ten cwany, oczytany konował, który, trzeba to przyznać, ma pomysły. No, ale gdy idzie o takie pieniądze, to w zasadzie wszyscy sięgają szczytów. Poza oczywistą, ewidentną głupotą sprawcy który, cholera wie po co, nagrywał wszystkie prowadzone z ofiarą rozmowy. A w dodatku pozwolił te zapisy znaleźć policji. Jednak cymbał. Ech - całkiem pokręcony, nielogiczny świat – stwierdził na koniec Warren i z rozmachem zamknął niebieską teczkę.

KONIEC.

Podobne artykuły


13
komentarze: 49 | wyświetlenia: 1453
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1564
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1180
11
komentarze: 40 | wyświetlenia: 2634
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 2032
11
komentarze: 17 | wyświetlenia: 2308
10
komentarze: 156 | wyświetlenia: 784
10
komentarze: 69 | wyświetlenia: 661
10
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1324
10
komentarze: 81 | wyświetlenia: 2260
10
komentarze: 38 | wyświetlenia: 1437
10
komentarze: 20 | wyświetlenia: 1128
10
komentarze: 3 | wyświetlenia: 518
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  Noemi*,  17/08/2012

Coż za przewrotna intryga.:-)

  hussair  (www),  12/01/2013

Znakomicie napisane. :)

@hussair: Dzięki Tomku - czuję się doceniony. I zbudowany.

  hussair  (www),  12/01/2013

@golesz: Naprawdę nie ma kwestii. Nie dość, że klimat i intrygujący przebieg, to świetny, nie pozbawiony znakomitego, subtelnego humoru język. Jak przy okazji sceny z wystrzeleniem z pistoletu itp. Moja uczta. :)

@hussair: W takim razie powiedz, czemu taki słaby oddźwięk? Co to oznacza? Nie "wstrzelenie się" w gusta?

  hussair  (www),  12/01/2013

Hm. Dobre pytanie. Obawiam się, że pęd i - nieco paradoksalnie - rozleniwienie wywołują u niejednych niechęć do dłuższych cokolwiek tekstów. I ponoszą stratę. Bo w tych dłuższych zawierasz ,,przy okazji'' jakieś odpryski filozofii, widzenia świata, kosmosu, śmierci albo jakiegoś całkiem alternatywnego spojrzenia ku prowokacji. A to podszywa historię i zostaje po niej coś więcej. Tracą.

@hussair: Może i masz rację, choć przecież Twoje teksty - krótsze, dłuższe, są czytane znacznie chętniej. A ponieważ robisz u mnie za wzorzec, męczy mnie "niezrozumienie". Wiem - talent, którym dysponujesz, a którego mnie brakuje, ale poza ewidentnym talentem literackim, musi być jeszcze inny. Jaki?

  hussair  (www),  12/01/2013

@golesz: Korupcja? :)
No nie wiem, Leszku, może kwestia czasu. Ja tu zagościłem dawno, zresztą działo się jakoś więcej, dziś jest trochę głucho, to i czytania mniej. Nie jestem wzorcem, nigdy nie będę. Bawię się pisaniem, to dodatek do życia. Talent masz ten sam. Rzekłbym, piszesz ważniej. Bo ja się zazwyczaj swobodnie wygłupiam tymi historiami. A u Ciebie jest to dno refleksyjne.

@hussair: No dobrze. Niczego pewnie nie ustalimy, chociaż szkoda. Moja szkoda. A ten Twój dodatek do życia, ten plecak, mocno wypchany i zasobny. Ech, losie ponury, nieprzychylny.
Godzę się na dno, na refleksje nie bardzo.

  hussair  (www),  12/01/2013

@golesz: Odpowiadam z opóźnieniem, bo raz, że mi od 4 dni szarpie Internetem, co jest całkiem depresyjnym zjawiskiem, dwa: od czasu do czasu ciało trapione chorobą ucieka pod kołdrę.
Zatem. Swoje wiem. Obserwujmy.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska