Login lub e-mail Hasło   

Szukaj mnie

SZUKAJ MNIE Załącznik do testamentu – fragmenty. … Było to typowe podwórko studnia. Czteropiętrowe kamienice wybudowano w latach trzydziestych. Porząd...
Wyświetlenia: 880 Zamieszczono 18/08/2012

SZUKAJ MNIE

 

Załącznik do testamentu – fragmenty.

 

          … Było to typowe podwórko studnia. Czteropiętrowe kamienice wybudowano w latach trzydziestych. Porządnie i z rozmachem. Słońce dochodziło bezpośrednio tylko w południe i tylko latem. Ani odrobiny zieleni, z wyjątkiem żałosnej trawki i mchu, które korzystały z każdej zakurzonej szczeliny. Tam się urodziłem, i tam mieszkałem do dziesiątego roku życia. Potem rodzice, jakby przeczuwając drugą wojnę światową i hitlerowskie, antyżydowskie ekscesy na skalę masową, wyjechali wraz ze mną do Anglii, a następnie do Stanów. W każdym razie, to właśnie na tym podwórku dorastałem - bawiliśmy się z kilkorgiem innych dzieci w klasy, w chowanego, tam też znalazłem Wejście. …

 

          … W sumie było nas chyba z pięcioro w mniej więcej tym samym wieku. Pamiętam teraz tylko Lutka, mieszkającego na ostatnim piętrze południowej oficyny, no i małą, Cichą Jadzię. Cichą nie z powodu swojej skromności czy nie rzucającego się w oczy zachowania, ale dlatego, że była niemową. Słyszała normalnie, lecz nie mogła mówić. Poza tym była garbata i okropnie ruda. Biedna, upośledzona przez los dziewczynka, lecz lubiliśmy ją wszyscy bardzo. Również z tego powodu, iż zawsze, w każdej zabawie, w każdej grze, była najlepsza. Gdy ścigaliśmy się po wyłożonym równo granitowymi kamieniami podwórku, gnała jak wiatr i zawsze dobiegała pierwsza. Miała dziwnego, białego kotka, który nie odstępował jej na krok i również, dziwnie i pokracznie podskakując, biegł z nią zawsze do mety. Przynosiła nam do oglądania namalowane przez siebie obrazki – zawsze z wielką ilością zieleni, lasem, rzeczką, słońcem. Zdolna, miła dziewczynka. …

 

          … Jadzia, nie wiem czemu, nie miała ojca. Matka, zmuszona zarabiać na życie, wieszała jej na szyi klucz od domu, a sama szła do sprzątania mieszkań co lepszych państwa, mieszkających od frontu. Mogła stamtąd, co jakiś czas, zerkać na Jadzię, biegającą z nami po podwórku. …

 

          … To się stało którejś wiosny, podczas zabawy w chowanego. Zasady są wszystkim znane – jedno z nas stało przy ścianie, licząc do dziesięciu, a w tym czasie pozostali chowali się gdzie popadnie. Z powodu zbyt wielu możliwości – kilka klatek schodowych, cztery pietra, piwnice, ogólna pralnia, śmietnik, pomieszczenia gospodarcze ciecia, uzgodniliśmy raz na zawsze, że można się chować tylko do parteru włącznie. No więc, chyba Lutek, odliczał, a my rozbiegaliśmy się ze śmiechem po różnych zakamarkach. Każde osobno. …

 

          … KIedyś Lutek znalazł wszystkich, z wyjątkiem Cichej Jadzi i jej kota. Znudzeni już zbyt długą jej nieobecnością, wydzieraliśmy się nawołując, ale bez skutku. Zaniepokojeni, zaczęliśmy więc szukać razem, włażąc we wszystkie zakamarki, biegając po piętrach i piwnicach. Wszystko na nic. W końcu matka Jadzi, przeczuwając coś niedobrego i nie widząc córki od dłuższego czasu, wyszła do nas i płacząc, pomagała nam. Wyszli też wszyscy sąsiedzi jak solidarna grupa poszukiwawcza, lecz nic to nie dało. Jadzia nie mogła wyjść na ulicę, ponieważ brama zawsze była zamykana a cieć, akurat wtedy, naprawiał zamek i nie widział by wychodziła. Pod wieczór, zdesperowani ludzie wezwali policję mundurową. …

 

          … Jadzia nie odnalazła się, mimo zakrojonej na szeroką skalę akcji policyjnej. Przebadano dokładnie wszystkie zakamarki, wszystkie pomieszczenia, nawet te od zawsze pozamykane, zaglądano lokatorom do szaf. Nic. Na mieście też nikt nie widział małej, rudej i garbatej, charakterystycznej przecież dziewczynki. Po pół roku, matka Jadzi umarła z tęsknoty za córką. Serce jej pękło. …

 

          … Teraz, gdy jestem osiemdziesięcioletnim, nieprzyzwoicie bogatym, doświadczonym przez los człowiekiem, mogę myśleć obiektywnie, i logicznie analizować tamte wydarzenia. Tak sądzę, choć zawsze, gdy wspominam Jadzię i Jej matkę, nieodparcie doznaję wzruszenia. Nie pamiętam wszystkich drobnych szczegółów, jednak wiem, że po jakimś czasie od zniknięcia Jadzi, znów biegaliśmy radośnie po podwórku, graliśmy w te same ciągle gry, bawiliśmy się jak dawniej. Jak to dzieci. …

 

          … Któregoś dnia szukającym ponownie był Lutek, a ja, chcąc ukryć się porządniej niż zwykle, dotarłem w piwnicy do jej końca, do żelaznych, pordzewiałych drzwi. Wszyscy wiedzieli, że za nimi jest po prostu mur, ale mimo to pociągnąłem za uchwyt i… drzwi otworzyły się. Nie było żadnego muru, tylko trzy kamienne stopnie, a niżej, dalej, wspaniały, spokojny świat. Zobaczyłem przepiękną krainę – zielone, gęsto porośnięte lasem wzgórza, nieopodal wartka rzeczka z krystalicznie czystą wodą, przechodząca łagodnie w małe jeziorko. Na soczystej świeżą, wiosenną trawą łące, pasły się dwie czarno białe krówki, a dalej, w dolince, stał mały, parterowy, jasno szary, czyściutki domek z brązowym dachem.

 

 Nad wszystkim, na błękitnym niebie z kilkoma białymi, obiecującymi jednak deszcz obłokami, świeciło łagodne słoneczko. Wokół domku kolorowy, ogrodzony niskim, drewnianym płotkiem ogródek, w którym… ktoś się krzątał. Wybałuszyłem na to wszystko dziecięce gały, a pasące się krówki przerwały na chwilę monotonne przeżuwanie i też odwzajemniły się krótkim, przyjaznym spojrzeniem. Ktoś krzątający się w ogródku wyprostował się, i wtedy zobaczyłem… rudą główkę. Nie widziałem z tej odległości dokładnie, jednak, mój Boże, byłem przecież pewien.

 

          Jadzia pomachała do mnie, a po sekundzie z domku wyszła… jej mama. Zobaczyła mnie od razu, i teraz obie poczęły przyzywać mnie do siebie, wymachując rękoma, gestykulując jak najęte, podskakując radośnie. Już, już miałem wejść na niższy stopień, ale coś mnie powstrzymało. Mimo swojej dziecięcej naiwności, głupoty, zrozumiałem, że jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas. Też im pomachałem i… wycofałem się. Odszedłem stamtąd i zamknąłem za sobą pordzewiałe drzwi. …

 

          … Wchodziłem tam później wielokrotnie, jednak tylko wtedy, gdy odbywała się zabawa w chowanego. Poza zabawą, drzwi nie działały. …

 

          … Wtajemniczyłem we wszystko Lutka, i tak, aranżując czasem celowo tę zabawę, odwiedzaliśmy co jakiś czas Jadzię i jej mamę. One też przyzwyczaiły się do nas, i tylko machaliśmy sobie z daleka na powitanie. Rozumiały, że muszą troszkę poczekać.

…  W końcu wyjechałem z rodzicami za granicę na stałe, po czym świat, interesy, wydarzenia, wymusiły jakoś częściowe zapomnienie, przytłumiły ten wspaniały, liryczny obraz z dzieciństwa. Dorosłem przecież, założyłem rodzinę, pochowałem rodziców, zostałem dziadkiem. …

 

          … Teraz, gdy, jak twierdzą lekarze, zostało mi już kilka zaledwie tygodni życia, gdy wróciły wspomnienia, muszę coś z tym zrobić, muszę skorzystać z Wejścia. Wracam więc co rychlej do miejsca urodzenia, wracam na podwórko. … 

---------------------------------------------------

          - Nie wiesz pan, bo byłeś pan w szpitalu – zagadnął Kawecki po zakąszeniu ogórkiem – Ale tu była straszna afera.

          - Tak? – Nie zdziwiłem się, bo rzeczywiście przeleżałem półtora miesiąca na ortopedii, gdzie próbowali mi jakoś poskładać złamaną w dwóch miejscach nogę. Po tym, jak wywaliłem się po pijaku na oblodzonym podwórku. Zrobili to w pośpiechu, niechlujnie, ale przecież żyję, choć kuleję i noga mi doskwiera. Zresztą wszystko się spsiało. Cieć, teraz nazywa się gospodarz domu, przychodzi tu zaledwie raz w tygodniu – pomacha trochę miotłą i idzie dalej, do następnych, równie obskurnych ruder. O posypaniu piaskiem mowy nie ma. Za drogo. Administracja ma wszystko w dupie - domy i tak rozsypują się w cholerę. Jak komuna wywłaszczyła właścicieli w czterdziestym piątym, tak do tej pory nie było żadnego remontu. Nie stać ich podobno, dziadów. Ale czynsz złodzieje pobierają, choć trzeba przyznać, nie wszyscy płacą. Tynki odpadły, mury zarośnięte brudem, miejski, czarny pył – połączenie dymu węglowego z wyziewami samochodowymi, rzecz gorsza od najgorszych kwasów - wniknął w mury na przestrzał. Beznadzieja. Poza tym lokatorzy to lumpenproletariat i w większości, jak ja od wielu lat, bezrobotni. Wszyscy dzień w dzień opici, codziennie awantury i bijatyki. Norma.

          - A co się stało?

          - No więc, gdzieś miesiąc temu, przyjechał tu jakiś bogacz. Z Ameryki – Kawecki rozpoczął opowieść. – Z rodziną i ekipą. Stary dziad, gdzieś pod dziewięćdziesiątkę, ale bogaty jak diabli. Okazało się, że mieszkał tu u nas przed wojną. Urodził się tu i wychował. Pod czterdziestką.

          - Nie kojarzę – stwierdziłem.

          - Nie dziwię się - ja też go nie znałem. Przecież myśmy urodzili się grubo po wojnie. W każdym razie zajechali w kilka błyszczących limuzyn. Wysiadło wyfraczone, pachnące amerykańskie towarzystwo, po czym ten najstarszy gość, szef, od razu poszedł sam do Lutka. Skrabał się na czwarte piętro. Pozostali czekali na podwórku.

          - Do dziadka Lutka? – zdziwiłem się. – Po kiego? Przecież Lutek nic, tylko leży w barłogu. Nie wstaje, odkąd dostał Bergera.

          - No właśnie nikt nie wie – Kawecki ponownie rozlał. – Więc pozostali czekali i czekali. Po jakichś dwóch godzinach stary złazi wreszcie i zarządza… zabawę w chowanego.

          - Co? – O mało nie zakrztusiłem się wszawym napitkiem.

          - Tak. Ni mniej, ni więcej, wybrał kilku z towarzystwa, objaśnił, co trzeba, i… zaczęło się. Jeden z nich stanął gębą przy ścianie, i zaczął głośno odliczać. Po amerykańsku, he, he. Pozostali, w tym stary, pochowali się po dziurach. Jak to w dziecięcym chowanym.

          - I co? – musiałem jakoś zwalczyć drżenie rąk.

          - No i gdy się wreszcie poznajdowali, wyszło, iż starego nie ma. Wcięło go. Zaczęli więc wydzierać mordy, szukać wszędzie. I dupa. Stary zniknął na amen. Pobiegli więc na górę, do Dziadka Lutka, ale ten już był do cna urżnięty. Stary przyniósł mu bowiem wielką flaszkę jakiegoś Walkera, czy jakoś tak.

          - Co dalej? – nie mogłem opanować rozsadzającej mnie ciekawości.

          - I znowu krzyki, szukanie, ale bez efektu. Wezwali policję – najechało się ich jak psów, pojawił się też prokurator, dziennikarze, telewizornia z kamerami i światłami. Istny cyrk. Ten stary, to musiał być ktoś.

          - Znaleźli go wreszcie? – spytałem.

          - Tak. Martwego niestety. Trupa. – potwierdził Kawecki. – Ale dopiero po tygodniu, gdy ichni notariusz, w wyniku ostrych kłótni, odfaksował im fragment testamentu. I gdy rozwalili starą ścianę za drzwiami na końcu piwnicy.

          - Jak to? – zapytałem, ale przecież spodziewałem się tego.

          - Ano. Jak się okazało, za drzwiami była ściana, a za ścianą małe pomieszczenie – dwa, na dwa metry. Jakby dziupla na hydrofor, czy na coś. Puste, ciemne, zasyfiałe, trzy schodki w dół. I tam, na betonie, leżał martwy stary, w tym swoim fraku. A obok, wyobraź pan sobie, całkiem obżarte przez szczury dwa małe, wyschłe na kamień szkielety - dziecka i kota.

          - Cholera… ciekawe – stwierdziłem dyplomatycznie. Otarłem spocone czoło rękawem. – To jak on przelazł przez ścianę?

          - No właśnie panie Stasiu – Kawecki też był w kropce. – Nie wyjaśniona tajemnica i tragedia. Oglądali ten mur różni spece, robili jakieś pomiary, ale do niczego nie doszli. Zrobili też sekcję zwłok starego, zbadali małe szkielety, i w dalszym ciągu nikt nic nie wie. Mur był przedwojenny, solidny, stary zmarł podobno na starość, czyli nie wiadomo na co, a szkielety to zaginiona przed wojną dziewczynka, która kiedyś tu mieszkała. I jej kotek. Biedna mała. Pokręcone to wszystko, jak nasze zasrane, okropne życie.

          - I jak się to skończyło?

          - Ano nijak – Kawecki przegryzł chlebem. – Starego, jego zwłoki, odesłali do Stanów, dziewczynkę pochowali z wielką pompą. Ścianę postawili od nowa, a małe pomieszczenie zalali aż po sufit betonem. Przykręcili stare drzwi, i spokój.

          - Tak to jest – mruknąłem filozoficznie. – Polej pan te resztki, bo mimo wszystko trzeba iść trochę pomieszkać. Aha – bawiłeś się pan jako dziecko w chowanego?

          - Jak wszyscy – zdziwił się Kawecki. – A czemu pan pytasz?

          - Nic, nic. Tak sobie coś pomyślałem.

---------------------------------------------------

          Był jednak w tej tragicznej historii jakiś pozytyw. Stary, zanim pamiętnego dnia wyszedł od Lutka, by następnie zaginąć tajemniczo, sporządził na miejscu odręczny aneks do istniejącego już testamentu, w którym zobowiązał swoich spadkobierców, zwłaszcza najstarszego syna, do umieszczenia Lutka w najlepszym domu spokojnej starości w Stanach, z pełną, nowoczesną opieką medyczną, całym stadem pielęgniarek, lekarzy i opiekunów, w pięknej, zielonej okolicy, wśród lasów i jezior. Lutek, gdy przyjechali po niego kilka dni temu, nie oponował wcale, zwłaszcza, iż uzgodnili to ze starym i, że zawsze marzył, by polecieć kiedyś samolotem. Cieszył się na tę podróż, na lot, jak dziecko. Tak też się i stało. Jedno mnie tylko martwi - jak się tam Lutek  będzie dogadywał, przecież nie zna języka? Chociaż,… zawsze był małomówny i niewymagający.

 

          I tak, zostałem jedynym, który, przypadkowo zresztą i od dzieciństwa wie o Wejściu. Sprawdziłem je zresztą ponownie przy pomocy kilku spragnionych sąsiadów, których udało mi się namówić małym kosztem – dwie zaledwie flaszki - na dziecinną zabawę w chowanego. Pukali się jakiś czas po głowie, ale im w końcu przeszło.

 

A więc, mimo zalania betonem, Wejście działa, czekając na następnych gości. Niewykluczone, że skorzystam, w kolejnej chwili desperacji, gdy już naprawdę nie będę mógł wytrzymać.

KONIEC.

Podobne artykuły


13
komentarze: 49 | wyświetlenia: 1466
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1578
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1199
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 2039
11
komentarze: 40 | wyświetlenia: 2783
11
komentarze: 17 | wyświetlenia: 2380
10
komentarze: 123 | wyświetlenia: 969
10
komentarze: 81 | wyświetlenia: 2314
10
komentarze: 69 | wyświetlenia: 669
10
komentarze: 20 | wyświetlenia: 1135
10
komentarze: 156 | wyświetlenia: 793
10
komentarze: 3 | wyświetlenia: 525
10
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1423
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Dziś się wzruszyłam do łez. :) Naprawiacze świata to My, stęsknieni samotni marzyciele. :)

Może i Naprawiacze, ale coś słabo skuteczni, jak mi się zdaje. A to wzruszenie, to przepraszam... z jakiego powodu? Czyżbym się niechcący przyczynił?

Nie ma za co przepraszać. :) To jest miłe wzruszenie, takie oczyszczające. Tęsknota za lepszym światem, pełnym światła, czystej zieleni i uśmiechu. Chyba to nas łączy. :)

No i to mi cały czas przyświeca. Może wreszcie kiedyś, zgodnie z Najważniejszą Regułą, iż Słowo Ciałem się stanie, rzeczywiście się stanie. Amen.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska