Login lub e-mail Hasło   

Pani Świata

PANI ŚWIATA "Nawet człowiek świadomy prawdy musi postępować zgodnie ze swą naturą. Albowiem istoty żywe idą za głosem swej natury. Na cóż zda się upór?" Bhag...
Wyświetlenia: 1.250 Zamieszczono 19/08/2012

PANI ŚWIATA

 

          "Nawet człowiek świadomy prawdy musi postępować zgodnie ze swą naturą. Albowiem istoty żywe idą za głosem swej natury. Na cóż zda się upór?"

Bhagawadgita III - 33

 

          Wakacje powoli dobiegały końca. Mimo, że podczas dnia trudno było wytrzymać z gorąca i kto żyw starał się przebywać w cieniu, to noce były już chłodne. Mary, śpiąca pod niskim, otwartym całą noc na oścież oknem, budziła się rano opatulona kołdrą po samą szyję. Leżała rozbudzona, czekając cierpliwie aż poranne słońce ogrzeje trochę pokój, po czym zrywała się gwałtownie i biegła w nocnej koszuli do matki, która przygotowywała już w kuchni śniadanie. Niezmiennie natykała się na Buca - machając resztkami ogona skakał wokół niej jak oszalały, przeraźliwym szczekaniem informując cały świat, że jego mała pani raczyła się obudzić. Czasami podgryzał dla zabawy gołe, wystające jej spod pościeli pięty.

 

          Mary była rozgarniętą, rezolutną, dobrze wychowaną, interesującą się całym światem, dziewięcioletnią dziewczynką. Spędzała dopiero drugie w swoim króciutkim jeszcze życiu wakacje u dziadka na wsi. Dziadek, bardzo, bardzo stary, siwy, pomarszczony pan, mieszkał przez cały rok w maleńkim, kolorowym domku pod szumiącym ciągle, nawet w bezwietrzny dzień, lasem. Jeszcze do niedawna wydawało się jej, że to właśnie drzewa, kiwając się na wszystkie strony, wywołują wiatr, lecz nie zawsze przecież mają na to ochotę. Nieopodal płynęła żwawo płytka, czysta rzeczka, w której mieszkało mnóstwo przeróżnych żyjątek i rybek.

 

          Mary, o czym wiedziała od zawsze, była półsierotą. Jej ojciec, syn dziadka, zginął osiem lat temu podczas pożaru na platformie wiertniczej i oczywiście wcale go nie pamiętała. Teraz więc jedynym mężczyzną jej życia był dziadek. Korzystali ze wspólnie spędzanych wakacji jak mogli. Chodzili na długie spacery do szumiącego lasu, przesiadywali godzinami nad rzeczką łowiąc czasem maleńkie rybki, które później mama smażyła na wielkiej patelni teścia. Dziewczynka otrzymała od dziadka własnoręcznie przez niego zrobioną wędkę. Nie kupioną w jakimś tam sklepie z fabryczną seryjną tandetą, ale zrobioną ze specjalnie dobieranych, szlifowanych i lakierowanych kijków. Nic więc dziwnego, że uważała go za skończony autorytet, a w każdym razie za kogoś, kto wszystko wie i wszystko potrafi. Mamę oczywiście też kochała, ale przecież inaczej. W końcu mama była kimś zupełnie innym. I poza tym, niestety, niestety, kobietą.

 

          Siedziała teraz sobie z dziadkiem na niskiej skarpie nad rzeczką i trzymając nogi w chłodnej wodzie rozmawiała z nim po swojemu o wszystkim. Mama jak zwykle przygotowywała w domu obiad. Słońce pewnie grzało już niemiłosiernie, lecz tam gdzie wypiętrzała się łagodna, porośnięta trawą górka, panował przyjemny, postrzępiony, cienisty chłodek od rosnących wokół dorodnych sosen.

 

          - A dlaczego dziadku, w rzece żyje tyle różnych stworzonek?

          - Cóż, pewnie dlatego, żeby świat był ciekawy i różnorodny.

          - A świat musi być taki ró... różnorodny?

          - Chyba musi.

          - Dlaczego?

          - Dlatego, żeby każdy mógł się jak najwięcej nauczyć.

          - A gwiazdy które oglądaliśmy w nocy to też świat?

          - Pewnie.

 

          Pytania padały jak wystrzeliwane z karabinu maszynowego, jednak dziadek był już do tego przyzwyczajony. No i lubił to.

 

          - A jak ktoś nie chce się uczyć?

          - Każdy musi się uczyć, inaczej nigdy nie zdobędzie gwiazd.

          - No, ale przecież może zachorować lub... uciec z lekcji. Judy już dwa razy uciekała.

          - To i tak musiała odrobić to, co było zadane, prawda?

          - A jak nie może się uczyć, tak jak głupi Frankie?

          - Teraz nie może, ale kiedyś będzie mógł.

 

          Mary przestała na chwilę wypytywać. Musiała przetrawić w małej blond główce to, co usłyszała przed chwilą. Gdzieś w lesie odezwała się kukułka, powtarzająca uparcie, wielokrotnie, swój charakterystyczny sygnał. Może wszem i wobec oznajmiała z całej siły maleńkich płucek, że żyje, że jest? A może po prostu przywoływała w ten sposób zgubionego gdzieś męża? Kto to wie?

 

          - Kukułek też się uczy?

          - Tak.

          - Wie o tym?

          - Nie.

          - Dlaczego? - w głosie Mary zabrzmiało bezbrzeżne zdumienie.

          - Dlatego, żeby uczyć się szybciej i łatwiej.

          - Ale ja wiem, że się uczę w szkole i mama mnie chwali?

          - Ty w twojej miejskiej szkole tak. Ale prawdziwą szkołą jest samo życie. I tutaj taka wiedza byłaby… niepotrzebną.

          - Nikt nie wie, że się uczy?

          - Prawie nikt.

          - A ty wiesz?

          - Wiem.

          - A jak już się nauczysz?

          - To przechodzę do następnej klasy.

          - A ile jest tych klas?

          - Bardzo dużo.

 

          Przerwali dyskusję gdyż wędka dziadka zaczęła się ni stąd ni zowąd pochylać. Dziadek złapał ją w ostatniej chwili i fachowo, z klasą, poderwał. Na końcu haczyka zaczepiony był spory łosoś, wywijający teraz ogonem we wszystkie możliwe strony. Starszy pan wyciągnął rybę z wody i odczepiwszy delikatnie, wrzucił do wiaderka, w którym pluskało już kilka mniejszych okazów.

 

          - Mama się ucieszy - powiedział do obserwującej go uważnie Mary i ponownie zarzucił wędkę.

          - Czy to je boli?

          - Trochę.

          - To dlaczego to robimy?

          - Bo musimy jeść.

          - To kupmy ryby w sklepie.

          - A w sklepie to niby skąd się wzięły?

          - No..., nie wiem. Skąd?

          - Też zostały złowione.

          - I też je bolało?

          - Też.

          - To ja już nie chcę jeść ryb - oburzyła się Mary i zwiesiła głowę.

          - A co chcesz jeść?

          - Nie wiem. Roślinki.

          - Rośliny przecież też żyją, a ich dzieci, nasiona, mogłyby żyć.

          - To ja nie chcę nic jeść.

          - W takim razie... umrzesz i niczego się nie nauczysz.

          - No to nie - dziewczynka momentalnie stała się bardzo, bardzo naburmuszona.

          - Gdyby wszyscy myśleli tak jak ty, to na świecie nie byłoby nikogo.

          - Byłyby ryby.

          - Ryb też by nie było.

          - Jak to?

          - Ryby także zjadają inne, mniejsze stworzonka. Również same są zjadane przez inne ryby.

          - Tak?

          - Jasne. Wszyscy, wszystkich zjadają.

          - A kto zjada Buca?

          - No... ty, mama, ja.

          - Ja wcale go nie jem!

          - Zjadasz go, tylko w inny sposób. W taki sposób, który jest dla Buca przyjemny. Dla ciebie tym bardziej.

          - Jak?

          - Przytulając go, bawiąc się z nim. Jeżeli istnienie Buca sprawia ci radość, to znaczy, że go w pewien sposób zjadasz. Swoim sercem i swoim umysłem. Już ci mówiłem, że wszyscy wszystkich jakoś tam zjadają.

          - Taki jest świat?

          - Tak.

          - Czy mnie też ktoś zje?

          - Pewnie tak.

          - Ciebie też?

          - Oczywiście.

          - A kto?

          - Również ty, mama, a także ktoś, o kim nie mam zielonego pojęcia jak wygląda i... czy… jest.

          - Bóg?

          - Powiedzmy.

          - Będzie nas smażyć?

          - Ależ nie. Nas się przyrządza inaczej.

          - Jak?

          - Mniej więcej tak jak ty Buca. Albo mama ciebie.

          - Czy jest na to rada?

          - A tak jak jest, jest źle?

          - Chyba tak. Ja nie chcę nikogo zjadać. Nie chcę też, żeby ktoś zjadał mnie.

          - No, ale wtedy nie byłoby Buca, mamy, mnie i innych dzieci. Ciebie też by nie było.

          - A nie można nie zjadać i żyć? Albo zjadać tylko... powietrze?

          - Jak ktoś koniecznie chce być sam to może, ale trzeba się bardzo dużo uczyć i przejść do najwyższych klas.

          - Jak długo?

          - Różnie. To zależy od ucznia. Ale czy naprawdę chcesz być sama?

 

          Mary ponownie zamyśliła się na chwilę. Wierzyła dziadkowi bez zastrzeżeń, tak samo zresztą jak i mama oraz wszyscy inni ludzie, których już poznała, a którzy czasem przychodzili do dziadka po radę i lekarstwo. Jednak coraz częściej zdawała sobie sprawę, że odpowiedzi, jakich udziela jej dziadek, nie są w jakiś tajemniczy sposób pełne, wyczerpujące. Przeczuwała też, że na razie przynajmniej, dokąd jest jeszcze taka mała, nie może być inaczej. I rzecz jasna, nie chciała być sama.

 

          Mimo cienia, zrobiło się bardzo gorąco, więc musieli skończyć tę słodką pogawędkę. Dziadek poskładał cały wędkarski sprzęt i teraz wracali wolno do kolorowego domku trzymając się za ręce. Starszy pan niósł porozkręcane kije przełożone przez ramię, a Mary małe wiaderko z pluskającymi rybami. Przed nimi maszerował dostojnie milczący Buc, który otrzymał takie imię od mamy z powodu bardzo przygnębiającego, obrażonego wyrazu psiego pyska. Wracali na obiad, a mama już stała w drzwiach i machała do nich drewnianą łyżką kuchenną.

 

          Po obiedzie zachmurzyło się bardzo i zaczął padać drobny deszczyk. Mama przymknęła okna bojąc się, że krople wody zaczną wpadać do mieszkania, a dziadek obejrzał uważnie niebo, pokiwał głową i powiedział, że pewnie lato już się definitywnie kończy. Na jakieś dwa, trzy dni.

 

          W takiej sytuacji Mary zawsze włączała telewizor i do późna oglądała ulubione bajki. Ale tak było w mieście, gdzie mieszkała z mamą na stałe. Tutaj telewizora nie było, więc pozostawała jedynie lupa, też prezent od dziadka, oraz jego mrówcze wiwarium. Lupa była duża, z metalową, niklowaną ramką i bakelitową rączką. Było też zatrzęsienie książek, które wypełniały cały dom, lecz ani jednej z bajkami.

 

          - Dziadku, dlaczego nie masz telewizora?

          - Wyrzuciłem.

          - Zepsuł się?

          - Nie. Wyrzuciłem, bo nie chcę oglądać telewizji.

          - Dlaczego? - oczy Mary zrobiły się jak dwa spodki.

          - Znudził mnie ten głupi cyrk.

          - Nawet bajki?

          - Nawet.

          - To ty już się bardzo dużo nauczyłeś, prawda?

          - No tak. Jestem przecież stary.

 

          Mary już, już, miała powiedzieć, że w takim razie pewnie przejdzie niedługo do następnej klasy, ale mama, wyczuwając nietakt, pokręciła delikatnie głową i dociekliwa dziewczynka zamilkła w porę. Nie na długo jednak.

 

          - Dziadku, pójdziemy na strych?

          - Oglądać mrówki?

          - Tak.

          - Dobrze - powiedział dziadek i po chwili oboje wspinali się mozolnie po stromych schodkach, prowadzących na strych do dziadkowego królestwa entomologii.

 

Dziadek, emerytowany pracownik pomocniczy Narodowego Instytutu Biochemii, zbudował sobie tam coś w rodzaju laboratorium i muzeum jednocześnie. Wszystkie ściany, a i część pochyłego sufitu przestronnego poddasza, obwieszone były przeróżnej wielkości gablotami, zawierającymi przyszpilone lub przyklejone owady, żaby, jaszczurki, ślimaki, lub inne okazy pełzającej, pływającej czy fruwającej fauny. W rogu pomieszczenia stało małe, politurowane wielokrotnie biurko z nieodłącznym, wysłużonym fotelem.

         

Jednak czymś, co natychmiast zwracało uwagę, był wieloczęściowy, podłużny stół, zajmujący całą, środkową część strychu. Zwracał uwagę nie swoją wielkością, ale tym, co się na nim znajdowało. Mianowicie wielkie, szklane akwarium zamknięte od góry barwioną na niebiesko płytą, z tysiącami maleńkich otworków napowietrzających, wyposażone w mnóstwo przeźroczystych przegródek, służących również do wzmocnienia konstrukcji.

 

Wewnątrz egzystowało kilka małych kolonii mrówczych, rozlokowanych przemyślnie pośród malowniczo usypanych warstw piasku i ziemi, kilkunastu miniaturowych, japońskich krzewów i drzewek, oraz wijącego się przez całą długość sztucznego strumyka. Nad konstrukcją wisiało kilka lamp oraz promienników podczerwieni, sterowanych z małego urządzenia elektronicznego, symulującego pory dnia i nocy. Uroczy, mrówczany, choć przecież sztuczny, kontrolowany świat.

 

          Dziadek, jako wieloletni pracownik podobnie wyposażonej placówki naukowej, napatrzył się już dość na różnorodne hodowle i nie zbudował tego wiwarium z miłości do mrówek czy z potrzeby spokojnego badania ich, mało go w gruncie rzeczy obchodzących zwyczajów. Ta przemyślna konstrukcja przynosiła mu dodatkowy, niewielki dochód, wspomagający skromną emeryturę.

 

          Wykorzystując nieświadome niczego kolonie, w własny, oryginalny sposób, produkował drobne ilości zastanawiająco skutecznego leku na reumatyzm. Głównie dla własnych potrzeb, ale i na użytek okolicznych znajomków. Odkrył kiedyś, że mrówki, umiejętnie stymulowane małymi dawkami alkoholu etylowego dodawanego do płynącej przez ich świat wody, wytwarzają szczególnego rodzaju opary. Pocą się jakby. Wystarczy teraz te opary odpowiednio zebrać – służą do tego cieniutkie, przeźroczyste i ruchome rurki sondujące, możliwe, że widziane przez mrówki jako dziwne zjawiska na ich niebie - dodać w odpowiedniej proporcji do spirytusu, i powstaje znakomita, nawet smaczna, nalewka. Likwidująca na pewien czas bóle reumatyczne, zwłaszcza ścierających się na starość połączeń stawowych.

 

          Produkcja oczywiście była nielegalna - specyfik nie miał żadnych państwowych atestów ani zezwoleń. Niemniej, stosowany w okolicy od lat, nie dawał absolutnie żadnych skutków ubocznych, a pozwalał, głównie ludziom starszym, znajomym i kolesiom dziadka, czuć się jak młode sarenki. Z powodu przywróconej mobilności motorycznej rzecz jasna.

 

          Tak więc nieświadome niczego mrówki, żyły sobie w swoim oszklonym świecie, przeżywały swoje maleńkie problemy i zupełnie bezwiednie produkowały dziadkowe lekarstwo. Jednak sprawa nie była taka prosta. Ho, ho. Właściwy poziom emisji oparów niełatwo było utrzymać. Alkohol dodawany precyzyjnie do wody, powodował u nich przyrost agresji i co rusz dochodziło do prawdziwych, mrówczych wojen pomiędzy poszczególnymi odmianami a nawet osobnikami spokrewnionymi bliżej. Tak miało być, gdyż tylko wtedy opary wydzielane były wystarczająco intensywnie. Należało jednak pilnować, aby mrówki nie wytłukły się wzajemnie, lecz wręcz przeciwnie, żeby mimo to mnożyły się obficiej na chwałę medycyny dziadkowej. Nie koniec jednak na tym.

 

          Mrówki "zużywały się", to znaczy po kilkudziesięciu mrówczych pokoleniach, produkcja oparów gwałtownie malała i mimo stosowania różnych wymyślnych sposobów, trzeba byłoby całe wiwarium oczyszczać i zasiedlać na nowo. Koniecznie należało wtedy umieścić wśród „oklapłych” produkcyjnie stworzonek, jednego osobnika z maleńkiej, oddzielnej, prowadzonej na biurku hodowli wzorcowej. Mrówki „odżywały” wtedy jakby i ponownie stawały się wydajne.

 

Dziadek zupełnie nie miał pojęcia jak to działało, zwłaszcza, że po kilku godzinach osobnik "wzorcowy" był przez swoich współbraci okrutnie zabijany i zjadany. Niemniej, bez tej sztuczki, cała kolonia nie produkowała wystarczającej ilości oparów, mimo, iż zachowywała się praktycznie tak samo. No, ale dziadek nie był przecież naukowcem i miał prawo nie rozumieć wszystkich drobnych niuansów mrówczego świata.

 

          Tym razem Mary usadowiła się ze swoim szkłem powiększającym po północno - wschodniej stronie wiwarium, tam, gdzie egzystowała już od jakichś dwudziestu pokoleń wyjątkowo agresywna, stosunkowo liczna rodzina mrówek o czerwonawym odcieniu odwłoków.

 

          - Dlaczego te czerwone tak się wzajemnie niszczą i zabijają?

          - Taką mają dziwną naturę.

          - I dlatego budują takie słabe i brzydkie kopce?

          - Tak.

          - A ich opary są dobre?

          - Bardzo dobre.

          - To może niech sobie żyją jak chcą?

          - Pewnie.

 

          Jeszcze jedna, tajemnicza sprawa bardzo ją interesowała.

 

          - A dlaczego co jakiś czas kilka mrówek rozłazi się po szkle i przestaje pracować i walczyć?

          - Nie wiem dziecinko. Może to są ich najmądrzejsi obywatele, którzy zaczynają zastanawiać się nad sytuacją i szukają prawdy? Nie wiem.

 

          Mary, choć z oporami, zaakceptowała wreszcie fakt, że wszyscy wszystkich jakoś tam wykorzystują, a nawet zjadają i, że w sumie tylko dzięki temu może się odbywać rozwój, postęp. Dobrym przykładem są mrówki. Właśnie zbliża się czas zabrania z wiwarium i wyniesienia na zewnątrz tych, na razie kilku, ciekawskich okazów. Gdyby tego nie zrobić, pozostałe, normalne, pozabijają te inne i następnie same, w pewien sposób zakażone tymi pierwszymi, bardzo prędko przestaną produkować właściwą ilość pomagających dziadkowi oparów. Porozłażą się bez sensu i bez celu po całym swoim świecie. Może nawet pokonają szklane, nie zawsze przecież wystarczające, uszczelnienia?

          - Dziadku, a czy te ciekawskie, przenoszone do lasu mrówki, boją się tego?

          - Chyba tak.

          - Cierpią?

          - Jakiś czas pewnie tak.

          - To może je zostawimy tutaj?

          - A co z lekarstwem?

 

          To był problem. Mary bardzo kochała dziadka i nie chciała, by siedział poskręcany w fotelu przez gościec i trząsł się z bólu. Z drugiej strony, mrówki to też Boże stworzonka, chociaż takie malutkie i nie można z nimi porozmawiać. Musiała wybrać.

 

          - No dobrze - powiedziała niezwykle poważnym głosem. - W takim razie przenosimy je, niech nie zakłócają życia pozostałym.

          - Cieszę się - dziadek przytulił dziewczynkę i otworzył właściwe okienko wiwarium.

 

KONIEC.

Podobne artykuły


13
komentarze: 49 | wyświetlenia: 1466
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1578
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 2039
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1199
11
komentarze: 40 | wyświetlenia: 2783
11
komentarze: 17 | wyświetlenia: 2380
10
komentarze: 20 | wyświetlenia: 1135
10
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1423
10
komentarze: 156 | wyświetlenia: 793
10
komentarze: 123 | wyświetlenia: 969
10
komentarze: 81 | wyświetlenia: 2314
10
komentarze: 69 | wyświetlenia: 669
10
komentarze: 3 | wyświetlenia: 525
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





"Nawet człowiek świadomy prawdy musi postępować zgodnie ze swą naturą. Albowiem istoty żywe idą za głosem swej natury. Na cóż zda się upór?"

Sęk w tym, że nie musi. Tyle, że tak jest trudniej...
:-)

  golesz,  26/08/2012

No właśnie. Teoretycznie nie musi, lecz przecież trzeba mieć ogromne szczęście, by przy odrobinie wysiłku, a raczej kilku trwałych wyrzeczeń (np: rezygnacja z pogoni za mamoną), móc wyhodować w sobie ten garb przymusu zrozumienia. Mówię garb, ponieważ natychmiast otwierają się nam wtedy szeroko oczy, a rozglądając się wokół nerwowo, nie znajdujemy niestety klarownego obrazu calości. Rozumiemy jesz ...  wyświetl więcej

Wysoka cena wolności... Ale ja tak wolę, niż iść na łatwiznę... Bardzo mi się obserwacje w tym opowiadaniu podobają. Poczytam synowi :)

  golesz,  03/09/2012

Jeżeli chcesz czytać synowi, to domniemuję, iż syn sam jeszcze nie potrafi. A wtedy, z racji wieku syna, może być problem z właściwym, pełnym przyswojeniem. Chociaż może nie. Niemniej dzięki za pozytyw.

Jest w trzeciej klasie i świetnie czyta - wydrukuję mu, a potem przedyskutujemy tekst:)
Tu go masz, zdobywającego wiedzę praktyczną:)))
http://eiba.pl/3
http://eiba.pl/10

Przeczytałem Twój Artykuł, obejrzałem syna. Gratuluję podejścia, szczególnie, że to zdaje się jedynak. Już mi się nawet nie chce mówić jak inne matki traktują swoje dzieci. Jakby były (te dzieci) z kruchej porcelanki, śmiertelnie wrażliwe na każdy podmuch. Wyrastają z nich potem samolubne, nieporadne potwory, nie potrafiące podjąć żadnej rozsądnej decyzji. I zdaje się cały zachodni świat tak ma. S ...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska