Login lub e-mail Hasło   

Noc Titanica

Prawdziwe przyczyny słynnej katastrofy morskiej. Romantyczny horror.
Wyświetlenia: 1.199 Zamieszczono 19/08/2012

UWAGA: - Tekst napisany przed laty na extra zamówienie pewnego niesłownego Wydawcy i z okazji rocznicy słynnej katastrofy oraz wejścia na ekrany silnie promowanego, wiadomego filmu J. Camerona. Treść i forma (nieco ckliwy horror, głównie dla Czytelniczek) zgodne z zamowieniem, które, jak się okazało, nigdy nie zostało sfinalizowane "papierowo". Mimo wykonania korekty, zaprojektowania okładek, szczegołowej paginacji całości. Banalne bankructwo. Bywa.

Tekst długi - to raczej mini powieść. Mimo wszystko zapraszam do czytania i... komentowania.

-------------------------------------------

Noc Titanica

 

             - No i co? Widzisz? – Starszy, siwy mężczyzna, ubrany w długi, ciemny surdut sięgający mu prawie do kostek, stał przy otwartym na oścież oknie, spoglądając w dal ku zielonożółtym, niezmierzonym wrzosowiskom, rozciągającym się łagodnymi pochyłościami i nierzadko śmielszymi nieco swą stromością pagórkami aż po horyzont, aż po niespokojne dziś, widoczne w oddali morze. Teren upstrzony był z rzadka pojedynczymi drzewami i tylko dalej ciemniała zielona ściana lasu. Hen, na wyraźnie kontrastującej wstędze drogi ciągnącej się od miasteczka Peterhead do bramy fabryki, widoczny był mały, ciemny punkt, który rósł nieustannie i zbliżał się ku domowi, znikając co i rusz za wyniesionymi ku niebu wybrzuszeniami, by pojawiać się znów, tym razem już nieco większym, wyraźniejszym.

 

             Całą szerokość wąskiego okna zajmował niski i przy tym niezmiernie drobny, szczupły, trzynastoletni chłopak o bladej, przypominającej czymś szczurzą twarzy, trzymający przy oczach ciężką, mosiężną lornetkę, która ciągle opadała mu ku parapetowi. Nic dziwnego, gdyż słabiutkie ręce nie były zapewne dość silne by utrzymać dłużej ten spory dla nich ciężar.

 

             - Nie – stwierdził cicho i jakby z słabo maskowaną złością.

             - Oprzyj więc łokcie o parapet -  doradził mężczyzna. – Ta lornetka rzeczywiście dużo waży.

 

             Chłopak zrobił jak mu poradzono i po chwili, wpatrując się intensywnie w stabilne już szkła, wypowiedział krótkie i ciche: - Widzę.

 

             I rzeczywiście. Dzięki zmyślnemu urządzeniu optycznemu, zobaczył powiększony obraz czarnego faetona z uchylonym płóciennym dachem, który ciągniony przez galopującego żywo konia, podskakując zabawnie na nierównościach drogi, pędził ku domowi. Wewnątrz siedział mężczyzna w zsuniętym nieco na bok cylindrze i powiewającym na wietrze płaszczu -  wymachując co chwila długim batem, przymuszał biedne zwierzę do jeszcze większego wysiłku. Lekki pojazd zbliżał się ku sporej odnodze gęstego lasu przez który przechodziła droga, więc po kilku sekundach zniknął na jakiś czas wśród drzew.

 

             - To on? – spytał siwy mężczyzna, choć przecież dobrze wiedział kto się zbliża.

             - Tak – potwierdził sennie chłopak, po czym odłożywszy ciężki instrument i rzuciwszy szybko kątem oka na swego dorosłego towarzysza, niespodziewanie głośno westchnął w kierunku lasu. Prawdę mówiąc nie było to westchnienie, a raczej dość dziwne, gwałtowne, ukradkowe wypuszczenie powietrza z mizernych płuc – jakby silne dmuchnięcie na niepotrzebnie palącą się w oddali świecę.

 

             Mężczyzna nie zauważył tego, gdyż właśnie chował lornetkę do futerału. Uporawszy się z tą niewdzięczną czynnością zamknął uważnie okno i podawszy chłopcu chłodną, żylastą rękę, pociągnął go korytarzem w kierunku stromych schodów.

 

             - Chodź Tom – powiedział. – Musisz wyjść swojemu ojcu naprzeciw.

             - Nie chcę – Zaprotestował chłopiec prawie bezgłośnie, jednak bez wyraźnego oporu dał się poprowadzić jak małe dziecko. Tylko wobec Jasona uzewnętrzniał swoje niektóre uczucia, i jako żywo nie był to objaw zaufania. Jednak zawsze koniec końców podporządkowywał mu się bez specjalnego sprzeciwu.

             - Trzeba – stwierdził ten krótko, po czym obaj, trzymając się ciągle za ręce, zeszli ostrożnie na parter. Tam mężczyzna puścił kruchego chłopca na chwilę, otworzył jedno z czworga solidnych, dębowych drzwi i przez powstałą tak szparę rzucił do środka krótkie: - Już!

 

             Z wnętrza dobiegło kobiece – Idę! -  i za moment w obszernym hallu stanęła niska, niemłoda już kobieta, z krótko upiętymi czarnymi włosami przyozdobionymi białym czepkiem, oraz podwiniętymi rękawami ciemnozielonej sukni. Poprawiła suknię z której dopiero co zdjęła przybrudzony fartuch kuchenny, po czym kilkoma szybkimi ruchami opuściła i wygładziła pogniecione rękawy. Przejrzała się w dużym lustrze wiszącym między drzwiami, by następnie podejść do nieruchomo stojącego chłopca.

 

             - No co Tom? – pogładziła go po rudej czuprynie. – Ojciec wraca?

             - Tak.

             - Panna Helena nie schodzi? – kobieta przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się do chłopca nieco złośliwie, jednak napotkawszy jego niezwyczajnie ostre spojrzenie, dodała szybko: - Dobrze, nie będę Jej wołać.

 

             Stali teraz we troje na środku hallu, patrząc usilnie na potężne drzwi wejściowe. Nie wychodzili na zewnątrz ze względu na Toma, który przeziębiał się przy byle okazji, nawet w tak ciepłe, sierpniowe południe. Choć trzeba przyznać, od morza wiało nadspodziewanie mocno jak na tę porę dnia i roku.

 

             - A gdzie Jack? – spytała kobieta ponownie.

             - Jest w fabryce – Jason też poprawiał i wygładzał surdut. – Oporządza tę nową parę w fabrycznej stajni. Mówi, że szkoda ich do przewozu wełny, że to są prawdziwe konie. Dumne.

             - Cóż, pan chyba lepiej wie co robi – rzuciła kobieta w przestrzeń i jeszcze raz pogładziła Toma po rudej głowie.

 

             W tej chwili drzwi wejściowe otworzyły się z trzaskiem a do hallu wkroczył wysoki, na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna, ubrany w długi płaszcz podróżny, trzymający w ręku ciężki skórzany sakwojaż. Był bez cylindra, a z okolonego czarną brodą policzka sączyła się krew na sumiaste wąsy. Cały umazany był ziemią. Spojrzał przeciągle na oczekującą go trójkę, po czym energicznie zrzucił z siebie okrycie podróżne i usiadłszy bez słowa na szerokim krześle gościnnym jął z pasją zdejmować długie buty.

 

             - Chryste! – kobieta załamała ręce – Co się panu stało?

             - Ach, nie pytaj Katy. Przygotuj lepiej kąpiel.

 

             Jason podbiegł do szamoczącego się z opornym obuwiem pryncypała i pomógł mu je rozzuwać. Tom, zapomniany tak nagle, stał na środku hallu patrząc na brudnego, najwyraźniej rannego w twarz ojca, zdziwionym, po chłopięcemu ponurym spojrzeniem. Był czymś wyraźnie zaskoczony, spodziewał się czegoś innego.

 

             - No, już mi się przyjrzałeś? – ojciec spojrzał na syna ostro.

 

             Chłopiec nic nie powiedział, tylko błyskawicznie odwrócił się na pięcie i w mgnieniu oka wbiegł po schodach na piętro, tupiąc o drewno trzewikami. Zniknął za załomem, po czym nastąpiło silne trzaśnięcie drzwiami. Jason, ściągnąwszy wreszcie oporny but z lewej nogi pana, spojrzał na niego pytająco.

 

             - Żadnej poprawy, jak widzę? – spytał, a raczej stwierdził ranny przybysz.

             - Żadnej, panie Falk. Obawiam się, że To narasta.

             - Jakie To Jason, jakie To! Chłopakowi brakuje matczynej czułości, ot i wszystko. – wyprostował się wreszcie i włożywszy podane kapcie domowe, zabierał się do wejścia na górę.

             - A wiesz co mi się stało? Gdy jechałem przez las, tuż przed fabryką, nastąpił jakiś nagły i silny podmuch wiatru, a ta głupia kobyła wystraszyła się i skręciła wprost na drzewa. Faeton oczywiście wywrócił się, a ja z nim. Dobrze, że upadłem na miękką ziemię.

             - Podmuch między drzewami? – Jason nie był przekonany. – Jakim…

- Dobrze, dobrze – Falk nie przywiązywał do tego rodzaju wypadków żadnej wagi. Jak zwykle lekceważył drobne uciążliwości życia codziennego. Był człowiekiem energicznym, trzeźwo myślącym i nie dbającym specjalnie o siebie. Prowadził fabrykę silną, trzeba przyznać, sprawiedliwą ręką, konsekwentnie unowocześniając ją niemałym kosztem. Także kosztem własnego zdrowia i nerwów.

             - Weź to wszystko do oczyszczenia, a sakwojaż zanieś mi na górę – polecił stanowczo Jasonowi – Idę się wykąpać. I powiedz pannie Trebor, że za jakąś godzinę chcę ją widzieć w gabinecie z najnowszym raportem.

             - Słucham pana – Jason skłonił się na tyle głęboko, by jego pracodawca nie był w stanie zobaczyć sentymentalnego i troszkę ironicznego uśmieszku, który mimowolnie wykrzywił mu usta w reakcji na ostatnie polecenie, rzucone niby tak mimochodem, tak doskonale obojętnym tonem. Wszyscy domownicy wiedzieli przecież bardzo dobrze, że pan Falk i panna Trebor, mieszkająca tu także guwernantka Toma, mają się ku sobie od prawie roku. Ukrywają to skrzętnie, jednak przecież zupełnie bezskutecznie. Któż wie, co jeszcze z tego wyniknie.

             - Aha – Falk odwrócił się na schodach. – Wyślij później Jacka do przesieki, niech poszuka mojego cylindra.

              - Słucham sir.

 

             James Falk leżał wreszcie w gorącej kąpieli i rozmyślał. Odkąd pięć lat temu zmarła niespodziewanie jego żona Mary, nieodżałowana matka Toma, chłopiec zapałał do niego jakąś zupełnie irracjonalną nienawiścią. To jeszcze mógł zrozumieć, to się mogło przytrafić każdemu, kto był wychowywany przez zawsze chorowitą, nadopiekuńczą rodzicielkę, przy wiecznie zabieganym, z rzadka obecnym w domu ojcu. Nie usprawiedliwiał się wcale, bo i nie miał takiego zamiaru. Był co prawda nadzwyczaj konkretny, energiczny, czasem może opryskliwy i z pozoru chłodny. Jednak to właśnie dzięki tym cechom jest w stanie pomnażać niemały majątek, jest w stanie prowadzić rozrastającą się fabrykę, jest w stanie dawać pracę okolicznej ludności. Wszyscy go przecież za to szanują i cenią. W przyszłym roku startuje w wyborach i na pewno wygra.

 

             Zastanawiające było to, że Tom jakby przestał rozwijać się intelektualnie. Owszem – rósł normalnie, choć był dzieckiem nadzwyczaj drobnym i chorowitym – jednak, gdy idzie o przyswajanie wiedzy szkolnej, książkowej, nic z tego nie wychodzi. W każdym razie bardzo, bardzo opornie. Ma pewne zdolności techniczne, matematyczne i przede wszystkim manualne, lecz przecież to nie wystarczy. Nie można reszty życia spędzić na budowaniu tekturowych domków, furgonów, czy statków. Trzeba przyznać bardzo precyzyjnych i wiernie oddających najważniejsze cechy obiektów rzeczywistych, ale na Boga, to nie może dać utrzymania, nie może wypełnić życia. A tym bardziej pomnożyć kapitału, jaki niewątpliwie przypadnie mu w udziale po jego śmierci. Jest przecież jedynym synem którego kocha na swój sposób. Chyba, żeby… Helena.

 

             Ach, Helena. Polecono mu ją jako niezwykle skuteczną guwernantkę z zacięciem psychologicznym, nad wyraz cierpliwą nauczycielkę kilkunastoletnich chłopców. Zjawiła się tu po raz pierwszy prawie rok temu. Boże drogi. Doznał czegoś w rodzaju olśnienia, czegoś w rodzaju porażenia. Po śmierci żony nie miał ani ochoty ani czasu, ani też okazji, by zajmować się kobietami czy choćby tylko o nich myśleć. Fabryka bez reszty wypełniała mu życie, okoliczni dostawcy wełny co i rusz podwyższali swoje ceny, odbiorcy byli coraz bardziej wymagający. Ostatnie opiekunki nie sprawdzały się zupełnie, więc ustawicznie musiał szukać nowych. I szczęśliwym trafem polecono mu właśnie Helenę Trebor.

 

             Umówili się listownie, po czym młoda dama zjawiła się w posiadłości, by z miejsca olśnić go swoimi umiejętnościami, efektami pracy i… przede wszystkim urodą. To właśnie dzięki niej Tom zainteresował się na dobre matematyką. Pozostawała tu już prawie rok i teraz nie wyobrażał sobie bez niej życia. Nie sypiali ze sobą, gdyż Helena była kobietą zbyt obyczajną by na to pozwolić – szanowała się prawdziwie. Odwzajemniała jednak szczerze jego uczucia, choć ani razu nie wspomniał jej o małżeństwie. Głównie z powodu syna, który ostatnio stał się nie do wytrzymania i zdaje się nawet ją, tę niezwykle cierpliwą i łagodną istotę, zaczynał traktować jak wroga. Falk sądził, że przechodzi jakiś trudny okres, że może dojrzewa i że w końcu wyrośnie na normalnego młodzieńca. Jak przecież każdy, kto także zajmował się w dzieciństwie budowaniem przeróżnych modeli, latawców, zabawą z ołowianymi żołnierzykami.

 

             Wyszedł wreszcie z łazienki gruntownie odświeżony i wypoczęty. Ta długa podróż z Belfastu, gdzie omawiał interesującą dostawę tkanin dla wewnętrznego wystroju budowanego tam ogromnego statku, wymęczyła go trochę, jednak mniej niż się spodziewał. Ostatnią noc spędził w przyjemnym, spokojnym hoteliku w Glasgow, a od stacji kolejowej w Aberdeen było już całkiem blisko, więc zdecydował się na samotną, spokojną jazdę faetonem wzdłuż wybrzeża. I gdyby nie ta głupia wywrotka tuż pod samym domem, wszystko byłoby w zupełnym porządku. Na policzku zostało jednak drobne zadrapanie.

 

             Wypił łapczywie przyniesioną mu przez Kathy filiżankę herbaty i po chwili stukał już do drzwi pokoju syna. Gdy nie usłyszał odpowiedzi, nacisnął klamkę, po czym wszedł do środka. Wewnątrz, z powodu zasłoniętych okien było ciemno, jednak nie na tyle, by nie mógł od razu dostrzec Toma, siedzącego przy swoim stoliku nad dużym kartonem rysunkowym. W prawej dłoni trzymał ołówek, a lewą walił jednostajnie w blat lipowego mebla. Nie usłyszał ojca, więc ten miał sporo czasu by podejść doń cicho i spojrzeć mu przez ramię na bielejący w tej szarości papier.

 

             Z ułożenia głowy wynikało, że Tom patrzy raczej w sufit niż na karton. Było to dziwne tym bardziej, że jego ręka kierowała ołówkiem na tyle precyzyjnie, by z bezładu przeróżnych, zdaje się w większości bezsensownych linii, mógł się wyłonić kształt jakiegoś ogromnego parowca z czterema wysokimi kominami i mnóstwem maleńkich okienek. Na jego burcie widniały dwie koślawe litery „Ty…” – zapewne niedokończona nazwa tego monstrum.

 

             - Co to jest? – spytał cicho Falk i jednocześnie spojrzał chłopcu w twarz. Tom miał silnie zaciśnięte powieki – do tego stopnia, że nos pomarszczył mu się u nasady, a usta wykrzywiał jakiś dziwny grymas. Z oczu kapały łzy na właśnie wykonywany rysunek – nie był to płacz, lecz skutek uboczny pracy mięśni powiek. Ocknął się nagle obudzony ojcowskim zapytaniem i odruchowo zasłonił swoje niedokończone dzieło.

             - To? – odpowiedział niechętnie pytaniem. – Nic takiego.

             - Rysujesz po ciemku? – zdziwił się Falk.

             - Mnie to światło wystarcza – Tom odpowiadał tylko dlatego, że pytającym był jego własny ojciec, któremu winien był szacunek i posłuszeństwo. Tak go wychowano, tak należało się zachowywać. Poza tym, ojciec był dorosłym, silnym i nerwowym mężczyzną, który czasem tracił nad sobą kontrolę. Nie uderzył go nigdy jak dotąd, jednak w kilku już razach o mało do tego nie doszło.

 

             Falk podszedł do okna i jednym ruchem odciągnął zasłony. Pokój Toma zmalał natychmiast do normalnych rozmiarów, rozświetlony łagodnym światłem późnego, pochmurnego popołudnia. Po lewej stronie stało porządnie zaścielone przez Kathy łóżko Toma i wielka szafa z jego ubraniami, po prawej całą ścianę zajmowały regały z wszelką, niezbędną młodemu człowiekowi literaturą. Niestety zupełnie przez niego nie wykorzystywaną, choć Falk nie żałował pieniędzy na najnowsze, najlepsze książki, które, jak mu się wydawało, powinny interesować chłopca w jego wieku.

 

Poza książkami, atlasami, rycinami, półki zajęte były mniej lub bardziej udatnymi modelami powozów, statków, wiatraków, pociągów, kartonowych domków i innych budowli. Z maleńkich okienek czasem wyglądali maleńcy, nieruchomi ludzie, jednak w większości były to konstrukcje wyłącznie techniczne, nie zasiedlone. To plon ostatnich dwóch lat, efekty cierpliwej pracy zręcznych, małych dłoni i pełnego wyrozumiałości a także nadziei, przyzwolenia ojcowskiego na takie wypełnianie czasu przez chłopca. W końcu może i ten niezwykły talent przyda się komuś w przyszłości.

 

             Wszystko na nic. Tom niezmiennie okazywał się zamkniętym w sobie, ponurym i czasem złośliwym młodzieńcem, zainteresowanym tylko klejeniem następnych patyczków, modeli, jak też bezmyślnym utrwalaniem na papierze swoich niezbornych wyobrażeń.

 

             - Miałeś dziś lekcje? – spytał syna.

             - Tak.

             - Jakie?

             - Matematykę.

             - Lubisz matematykę?

             - Tak.

             - Nie byłeś przykry dla panny Trebor?

             - Nie.

             - Dobrze. Powiedz mi jeszcze, czy naprawdę nie masz żadnych kolegów? Steven bardzo cię lubi, mógłbyś wybrać się z nim na jakąś wycieczkę. Może do lasu?

 

             Tom nie odpowiedział, tylko opuścił głowę i patrzył teraz bezmyślnie na kolorowy dywan, zaścielający prawie całą podłogę jego niewielkiego pokoju.

 

             Falk machnął ręką. Nie miał cierpliwości do takich rozmów, gdzie każdą odpowiedź, każde słowo, musiał synowi prawie wyrywać z gardła. Jednak zmuszał się do tego – przecież kochał go, mimo wyraźnego braku wzajemności. Co ważniejsze, zupełnie nie zasłużonej.

 

             - Dobranoc Tom – rzekł w końcu smutno, zbierając się do wyjścia. – Nie zobaczymy się już dziś, gdyż jestem trochę zmęczony i zaraz idę spać. Pamiętaj jednak, że nie jestem twoim wrogiem i… kocham cię szczerze. Jesteś moim synem.

 

             Chłopak znów nic nie powiedział, ale też i Falk nie spodziewał się tego. Wyszedł przygnębiony i zamknął za sobą drzwi. Pogodził się już z tym, że Tom całe dnie nie wychodził ze swego pokoju, że przedkładał samotność i ciszę ciemnych pomieszczeń nad normalną wydawałoby się w tym wieku ruchliwość chłopięcą. Nie będzie już z tym walczył, bo efekty są żadne, a i rozgoryczenie syna, jego nienawiść do ojca mogą niepotrzebnie narastać. Tak już musi być - nikt nic na to nie poradzi.

 

             Wszedł wreszcie do siebie, do gabinetu.

 

             Był to jasny, przestronny pokój narożny z wschodnim oknem wychodzącym na szkockie wybrzeże Morza Północnego i z oknem południowym, z którego mógł co rano oglądać swoją tętniącą życiem fabrykę tkanin wełnianych, tę żyłę złota. Ostatnio koniunktura była niezła, zamówienia sypały się z każdej strony kraju, mieszkańcy Peterhead mieli stałą, dobrze płatną pracę.

 

             Falk był zdecydowany rozbudować fabrykę i unowocześnić ją, co zresztą niejako było koniecznością. Przestarzałą już maszynę parową, zamierzał zastąpić silnikami elektrycznymi, napędzającymi po kilka grup krosien jednocześnie. Tak się to właśnie robiło na świecie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Jednak by ten pomysł zrealizować, musiał wybudować porządną elektrownię, która kto wie, mogłaby służyć także miasteczku. Nawiązał już stosowny kontakt z prężną firmą Westinghouse.

 

             Usiadł przy wielkim biurku dębowym, zamówionym jeszcze przez jego ojca jakieś pięćdziesiąt lat temu. Solidne, wygodne miejsce do pracy. Bez przekonania zabrał się za przeglądanie przywiezionych z Belfastu zestawień oraz zapotrzebowań, i choć rzeczywiście był trochę zmęczony podróżą, zamierzał to wszystko uporządkować na tyle jasno, by jego zarządca, pan McDaniel, mógł jutro spokojnie przeanalizować papiery i powoli zacząć realizować tak interesujące, Jamesa zamówienia.

 

             Ktoś zapukał do drzwi.

 

             - Proszę wejść – poprosił Falk i podniósł głowę znad papierów.

 

             Do gabinetu weszła panna Helena Trebor, guwernantka i opiekunka Toma. Była to śliczna, młoda, trzydziestoletnia kobieta o subtelnej urodzie, długich prostych blond włosach spinanych zazwyczaj pracowicie w skromny kok, ubrana w gładką, brązową suknię bez śladu dekoltu czy choćby drobnej ozdoby. Suknia zapięta po samą szyję, okoloną wystającym spod grubego materiału białym, koronkowym kołnierzykiem skromnej bluzki. Panna Trebor trzymała w ręku kartkę papieru i stojąc skromnie w drzwiach, patrzyła na Falka smutnymi jak u rannej sarny, ogromnymi oczami

 

             - Dobry wieczór panu – przywitała go cichym, miękkim głosem. – Prosił pan o comiesięczny raport w sprawie Toma.

             - Tak, panno Heleno – Falk wstał zza biurka. – Proszę usiąść.

 

             Podsunął jej wygodny fotel i trzymając go oburącz z tyłu, zaczekał w półskłonie aż usiądzie.

 

             Poczuł zapach jej włosów i aż zadrżał z radości, że po prostu może być tak blisko tej kobiety. Falk był mężczyzną dojrzałym, żeby nie powiedzieć, podstarzałym i sam się sobie dziwił, skąd u niego taka niewczesna namiętność. Czuł, że jest w stanie przenosić góry, że nic dla niego nie jest niemożliwe, byle tylko ona była w pobliżu.

 

             - Panno Heleno. Heleno – patrzył na nią i nie bardzo wiedział co powiedzieć. – Wróciłem godzinę temu z Belfastu i …

             - Wiem panie Falk, James – panna Trebor mówiła łagodnie i cicho, oglądając uważnie Falka od stóp do głów, jakby widziała go po raz pierwszy – Cały wolny czas spędziłam przy oknie i oglądałam pański powrót. Ale coś ci się stało w policzek? – zamierzała wstać z fotela i podejść do niego by dokładniej obejrzeć zagojoną już ranę. A może po prostu zbliżyć się jeszcze bardziej?

 

             Oboje mieli pewien komiczny problem. Wiedzieli dokładnie o swoich uczuciach, byli od dawna po imieniu. Jednak zapewne siłą początkowego nawyku wynikającego z potrzeby ukrywania wzajemnych relacji przed otoczeniem, nie mogli się zdecydować jak do siebie mówić – oficjalnie pan, pani, czy po prostu ty. Falk krępował się zbytniej poufałości ze względu na swój wiek, Helena bywała często onieśmielona własną pozycją wynajętej guwernantki, podległością kontraktowego w końcu nauczyciela. Stąd zabawne niekonsekwencje, ciągła zmiana formy.

 

             Falk gestem dłoni powstrzymał ją, więc zasmucona usiadła ponownie.

 

             - To nic. Heleno, musimy… jutro… porozmawiać o Tomie.

             - Wiem James. Przyniosłam raport.

             - Dobrze. Dziękuję i…

             - Tak?

             - Chciałbym ci powiedzieć, że…, że pędziłem tu jak głupi, bo… – Falk zarumienił się chyba jak sztubak i spuścił wzrok nie mogąc wypowiedzieć tego, co cały ten czas chciał wykrzyczeć całemu światu.

             - Nic nie mów James. Wiem – Helena wstała szybko z fotela i odwróciła się w stronę drzwi. – Już idę. Dobranoc panu.

             - Nie, tak…. – zrezygnowany usiadł ponownie i tylko patrzył na odchodzącą jak na rozmywający się pod wpływem budzącej się porannej świadomości, kolorowy, łagodny sen. Miotały nim dwa sprzeczne uczucia. Jedno, to narastające z każdym dniem, przy każdym powrocie, uwielbienie dla Heleny, tego wymarzonego przez lata ideału. Drugie, to świadomość obowiązku ojcowskiego i przygniatająca, ze wszech miar przygnębiająca świadomość niemożności spełnienia tego pierwszego przy pełnej, aprobującej zgodzie Toma. Wiedział, że Helena kocha go szczerze, lecz wiedział też, że wie o jego rozterce i szanuje ją, nie chcąc niepotrzebnie drażnić dziwnego chłopca.

 

             To go jeszcze bardziej do niej przyciągało, tym bardziej spełniało utrwalony gdzieś w głębi serca wzorzec. Musi się przemóc i w końcu coś postanowić. Tym swoim wahaniem robi przecież krzywdę Helenie, sobie, synowi. Wszystkim.

 

              Ściemniało już zupełnie. Zapalił więc świece i próbował jeszcze pracować nad przyszłym kontraktem, jednak zmęczenie i wrażenia dnia wzięły górę. Dał temu spokój i poszedł w końcu do sypialni. Jason już dawno pozamykał dom, sprawdził okna, więc nie było powodu by nie położyć się wreszcie do łóżka. Tak też i zrobił, po czym prawie natychmiast, automatycznie usnął. Tom mógł więc nareszcie bez przeszkód dokończyć swój nowy rysunek, zwłaszcza sprecyzować nazwę nowego obiektu. To przecież była sprawa najważniejsza, podstawowa. Bez właściwej nazwy żaden z modeli nie działał w pełni.

-----------------------------------------------

             Jason Hulce nie był klasycznym pantoflarzem. Żył z Kathy już trzydzieści cztery lata i dominującym u niego uczuciem, wykrystalizowanym przez ten cały czas, był nieustający podziw dla jej szczególnej wiedzy, doświadczenia. Brał się stąd, że ilekroć pytał ją o zdanie w dowolnej sprawie, to mimo, iż czasem lekceważył te rady, zawsze okazywało się, że to właśnie ona miała rację. Nie wymawiała mu pomyłek czy upartych, czasem dokuczliwych dla obojgu prób samodzielności – nieraz tylko z lekkim uśmieszkiem pokiwała głową. Nie bał się tej kobiety, była mu przecież żoną i matką jego dzieci – Stevena oraz młodszej o dwa lata Alice. Jednak zważywszy na jej właśnie dziwną wiedzę i jeszcze dziwniejsze umiejętności, mające chyba także związek z tym, iż była z pochodzenia Rumunką, nigdy by się nie odważył przeciwstawić żonie otwarcie. Poza tym byli zżytą, zgodną i na swój sposób szczęśliwą parą.

 

             Pracowali i mieszkali w majątku pana Falka odkąd pamięta, jeszcze za życia ojca obecnego właściciela i chlebodawcy. Kathy Hulce miała szczególny dar wyciągania z każdej niemal sytuacji maksimum korzyści dla siebie, a ściślej dla swojej rodziny, więc także dla niego. Potrafiła wydedukować, czy może ściśle przewidzieć, rozwój wypadków – to nic, że podświadomie – zawsze coś z tego mieli. Jak każda kobieta, lubiła gromadzić pieniądze i podejrzewał, że miała gdzieś schowaną niezłą sumkę. Gdy stary pan Falk wydzierżawił im kilka akrów nieużytków, potrafiła wycisnąć z tego kawałka ziemi tyle, że na dobrą sprawę mogliby się z niej utrzymywać Siłą roboczą był rzecz jasna on, a później też i dzieci, jednak odbywało się to w ten sposób, że zupełnie nie kolidowało z obowiązkami małżonków jako służby domowej Falków.

 

             Dziś od rana Jason miał pracy więcej niż zwykle. Musiał ponownie zająć się garderobą pana Falka, tak przecież pobrudzoną we wczorajszym wypadku, oporządzić narowistą kobyłę, sprawdzić faeton i odstawić go do zajazdu w Peterhead, kupić dla Toma nowe kartony, farby i różnego rodzaju przybory modelarskie, oraz załatwić na poczcie kilkanaście przesyłek. Kathy szykowała śniadanie, przygotowywała obiad i w ogóle obsługiwała dziś obie rodziny – własną i pana Falka. Miała na głowie cały dom.

 

             Steven z Alice buszowali po fabryce, sprzedając wszystkim chętnym warzywa z ich małego pólka. Jack Landon, koniuszy i przyboczny woźnica pana Falka a daleki krewny Jasona, musiał być na każde jego zawołanie – w końcu nie można było prowadzić fabryki, odwiedzać dostawców i kontrahentów, poruszając się po okolicy pieszo. Wraz z powrotem właściciela cały dom ożył.

 

             Gdy już się zbierał by ruszyć do miasteczka, z domu wybiegł Tom i bezbarwnie poprosił o zgodę na towarzyszenie w tej krótkiej wycieczce. Jason musiał się wrócić i zapytać jego ojca o pozwolenie. Ten machnął tylko obojętnie ręką, więc opatuliwszy chłopca grubym kocem, usadził go na wąskim siedzeniu obok siebie, po czym powoli ruszyli obaj w kierunku Peterhead.

 

             Gdy wjeżdżali w przesiekę leśną, Tom zaczął się wiercić, a następnie począł cały drżeć jak w febrze.

 

             - Co ci jest? – spytał Jason szorstko, gdyż rzadko powoził, a ponieważ bardzo lubił to robić, nie znosił gdy mu wtedy przeszkadzano.

             - Czy to tutaj? – wychrypiał chłopiec, nie odpowiedziawszy na pytanie.

             - Co?

             - Wypadek – Tom mówił jeszcze mniej wyraźnie niż zazwyczaj.

             - Nie. Do tego miejsca jest jeszcze jakieś pięćset jardów.

             - Zatrzymaj tam – stanowczo zażądał chłopak.

             - Dobrze – przyrzekł zdziwiony Jason. – Mamy mnóstwo czasu.

 

             Po krótkiej chwili znaleźli się na miejscu. Na drodze były jeszcze ślady kół skręcających niespodziewanie na drzewa i zryta kopytami trawa. Jason zatrzymał konia, a Tom odrzucił koc i niezręcznie wyskoczył z pojazdu. Podszedł do wyraźnie widocznych skutków dziwnego zdarzenia, po czym niespodziewanie ukląkł na ziemi.

 

             - Co ty wyprawiasz? – zaniepokoił się Jason. – Przeziębisz się!

             - Sprawdzam – Tom nawet się nie odwrócił, oglądając uważnie ślady.

             - Co sprawdzasz?

             - Dlaczego on przeż…, dlaczego to się stało.

 

             Jason nic już nie powiedział. Lubił Toma na swój sposób i był z nim w niejakiej przyjaźni, jednak nie na tyle by sprzeciwiać mu się wtedy, gdy ogarnięty tym dziwnym zapamiętaniem nie zważa na nic i z ogniem w oczach robi swoje lub zapada w przedziwne odrętwienie. O ojcu mówił zawsze – on. Znał chłopca dobrze i nie chciał ryzykować kilkudniowego, nader widocznego, demonstracyjnego wręcz przygnębienia, oraz tępej, małpiej złośliwości Toma. Podejrzewał poważnie, że ostre bóle głowy i nierzadko nieuzasadnione niczym wymioty jakich wtedy doznawał on lub przypadkowo obecni domownicy, były jego właśnie sprawką, niekoniecznie mimowolną. Ten chłopak miał w sobie jakąś nieogarnioną siłę, czy też pasję, która w szczególnych okolicznościach zdolna była manifestować się na Bogu ducha winnym otoczeniu. Jak niespodziewana a gwałtowna burza.

 

             Kathy mogłaby o tym powiedzieć więcej, bo to jakby dwie bratnie dusze, z tym, że Kathy jest zawsze pełna życia i energii, a Tom wiecznie przygaszony, zamknięty w sobie. Łączyło ich coś szczególnego, coś tajemniczego. Jason sądził początkowo, że chłopak widzi w niej zastępczą matkę, że jest to rodzaj pół sierocego przywiązania do pierwszej lepszej kobiety, która akurat znalazła się wystarczająco blisko. Jednak to nie wszystko. Było całe mnóstwo innych, nader tajemniczych powodów, które ich w jakiś dziwny sposób zbliżały, a o których za nic nie chciał wiedzieć. Nie będzie też teraz pytał o przyczynę zainteresowania tym miejscem.

 

             Gdy jednak chaotyczne na pierwszy rzut oka poszukiwania chłopca, jego szczegółowe rozglądanie się po okolicy, gmeranie wśród zarośli przedłużały się, nie wytrzymał i pragnąc jak najszybciej ruszyć, zapytał:

 

             - No i znalazłeś coś?

             - Tak – odrzekł krótko Tom, po czym zdyszany i pobrudzony, jął gramolić się z powrotem na siedzenie.

             - Co?

             - Koń.

             - Koń?

             - Tak. Wszystkiemu winien jest koń – stwierdził stanowczo chłopak.

             - No, to chyba oczywiste – przyznał Jason obojętnie, po czym szarpnął lejce i cmoknął na kobyłę by wreszcie ponownie ruszyć ku miasteczku. Nie chciał o tym mówić z chłopcem, jednak był pewien, że koń owszem mógł być powodem wypadku, ale ściślej powodem jego tak łagodnego, szczęśliwego zakończenia. To właśnie o to chodziło Tomowi, z tego powodu był rozczarowany. Miał w związku z tym ponurym dzieciakiem jakieś wewnętrzne poczucie zagrożenia, czy też obawy o innych, zwłaszcza o pana Falka i pannę Helenę. Nie był specjalnie zabobonny, ale podświadomie czuł do czego zdolny był Tom, co mu chodziło po tej rudej głowie. Od jakiegoś zresztą czasu nękały ich różne drobne wypadki – a to potknięcie na schodach, a to skaleczenie czy zwichnięcie. Pewnego razu panna Helena o mało nie połamała sobie nóg, gdy zawalił się pod nią stary drewniany mostek nad rzeczką. Na szczęście skończyło się tylko na zamoczeniu sukni.

 

             To nie były rzeczy do udowodnienia, czy nawet głośnego o nich rozważania. Pan Falk drwił z takich opowieści, jednak Jason miał o wypadkach inne zdanie i za wszystko obwiniał chłopca, tego małego, złośliwego diabełka. Nic się zresztą wielkiego nie działo, lecz przecież licho nie śpi. Nie, żeby Tom nie chciał czegoś większego niż się wydarzyło, Bóg jeden wie, jakim sposobem, jakim cudem. Tutaj Jason był zupełnie pewien, że gdyby tylko syn Falka miał takie możliwości, to natychmiast starłby ojca w proch. Bez mrugnięcia okiem. Lecz najwyraźniej, w jakiś przedziwny sposób, tym razem na przeszkodzie stanął koń, to głupie, pokorne bydlę. Musi porozmawiać z Kathy.

 

             Dotarli wreszcie do miasteczka. Jason pozałatwiał najpierw na poczcie wszystkie listy i telegramy, następnie odwiedził swojego brata, który jak zwykle wypłynął na połów, a nieprzyjemna, brzydka bratowa nie paliła się do rozmowy ze szwagrem. Wreszcie zwiedził z Tomem dwa sklepy z różnościami, by wreszcie oddać faeton i kobyłę właścicielowi. Chłopak grymasił jak zwykle na jakość i wybór oferowanych mu akcesoriów, lecz w końcu zakupili ogromne ilości drobnych i w gruncie rzeczy tanich elementów modelarskich. Z pełnym koszykiem drobnicy, weszli wreszcie do „Pod Smokiem”, gdzie musieli czekać na Jacka, który też miał być wysłany do miasta i skąd zabierze ich z powrotem. Dla chłopca Jason zamówił lekki obiad, a dla siebie piwo z przekąskami.

 

             W pubie, mimo wczesnej pory, było już kilku gości, głównie służących, załatwiających na mieście różne polecenia swoich chlebodawców. Z rzadka wstępowali tu rybacy, chyba tylko ci już nie pijący, z przeżartymi do cna wątrobami. Właściciel pilnował bowiem porządku i nie dopuszczał do pijackich burd – stąd naturalna selekcja klienteli. Wszyscy się tu znali, więc Jason zostawił chłopca samego przy stoliku i przysiadł się ze swoim piwem do Traceyego i Klinea, którzy też wpadli tu na chwilę.

 

             - Jak się macie, co u was? – spytał znajomych.

             - Bez zmian Jason – odparł Tracey, popijając piwo. – Ciągle mam ten cholerny reumatyzm.

             - A ja jestem zdrowy jak koń – pochwalił się Jason. – Nic mi nie jest mimo skończonej sześćdziesiątki.

             - Nic dziwnego. Ty masz za żonę czarownicę.

             - No, no – obruszył się Jason, choć nieszczególnie. – Kathy jest tylko zielarką. I zna się na tym jak diabli.

             - Właśnie. Jak diabli – skonstatował Kline, wielki i silny koniuszy, ogromnie zabobonny, ale dobry i szczery człowiek.

 

             Rzeczywiście. Kathy potrafiła zapobiec w rodzinie różnym chorobom nękającym co i rusz okoliczną ludność. Z powodu morskiego klimatu panoszył się tu głównie reumatyzm i przypadłości pokrewne. Jason bez protestu, z pełnym zaufaniem, wypijał zawsze przygotowane przez nią napary, stosował dziwne nieraz zalecenia, poddawał się jej kuracji. W efekcie nic mu nie dolegało i nie pamięta by od dnia ślubu chorował na cokolwiek. Przyzwyczaił się do tego stanu i uważał go za normalny. Jednak, gdy wielokrotnie próbował namówić żonę do podobnego traktowania innych, choćby rodziny pana Falka, ta odmawiała krótkim: - Co za dużo, to niezdrowo, co ma być to będzie! Owszem, kilka razy angażowała się skutecznie w ratowanie poszkodowanych w fabryce robotników, ale to wszystko. I być może te właśnie przypadki sprawiły, że zdobyła sobie w okolicy sławę nieszkodliwej, jednak wiedźmy. Może także za sprawą tajemniczych ceremonii, które były wtedy według niej konieczne. Tak, czy owak, ludzie niespecjalnie palili się do proszenia ją o pomoc.

 

             - Gadasz od rzeczy – obruszył się Tracey. – Jason jest z nią już tyle czasu, a przecież chodzą regularnie do kościoła.

             - No nie wiem – skrzywił się Kline i ponieważ nie miał już w tej sprawie nic do powiedzenia, zamknął się chwilowo.

             - Widziałem na mieście następny nowy samochód – Jason zmienił temat. – Czyj to?

             - Chyba burmistrza – Tracey był jak zawsze dobrze poinformowany. – Kupił go sobie pewnie z naszych podatków. Niedługo nie będzie można przejechać normalnie ulicą. Wszędzie te śmierdziele benzynowe.

             - Całkiem możliwe – dodał Kline. – I mówię wam, że jak tak dalej pójdzie, to za kilka lat nie będzie już koni.

             - To może i lampy gazowe zastąpią elektrycznymi? – ironizował Tracey.

             - Oczywiście – Jason, wiedząc o planach pana Falka, był o tym całkowicie przekonany. – I powiem wam, że postęp jest tak wielki, iż niedługo wszyscy będziemy mieli w domach takie oświetlenie, nie mówiąc o ulicach. Maszyny też będą elektryczne. Mamy rok 1911, a za kilkanaście lat świat będzie wyglądał całkiem inaczej. Zobaczycie.

             - Jeśli dożyjemy Jason – uściślił Tracey.

             - Wiem coś o postępie – Kline zawsze wszystko krytykował – W Belfaście budują podobno statek tak wielki, iż będzie można po nim jeździć bryczką. Tylko pytam się, po co komu bryczka na morzu?

             - Też się zgadza – potwierdził Jason. – Pan Falk ma dostarczyć do stoczni kupę najlepszego materiału dla tego statku. Sam luksus.

             - Po co im wełna?

             - A fotele, a łóżka, a obicia i wykładziny?

             - No tak – przyznał Kline, i na chwilę zapadła cisza. Trzej panowie zajęci byli stateczną degustacją niezłego piwa, pędzonego w miejscowym browarze, którego udziałowcem był właściciel pubu „Pod Smokiem”. Roztropnie zaniżał troszeczkę jego cenę, stąd duże powodzenie lokalu oraz rzeczonego napoju.

             - A jak Tom? – zainteresował się Tracey.

             - Ot, widzisz – Jason skinął głową w stronę stolika przy którym samotnie siedział chłopak. – Grzebie w tych swoich patyczkach i śrubkach i ani mruknie. Może tak godzinami.

             - Dziwny szczeniak – stwierdził Kline. – Ma w sobie coś… ze żmiji. Tylko patrzeć jak ukąsi.

             - Rzeczywiście – Tracey też był tego zdania. – Dziwię się, że pan Falk nie odda go do przytułku. Przecież widać gołym okiem, że… nic z niego nie będzie.

             - Pan Falk rzeczywiście ma do niego coraz mniej cierpliwości, ale… kocha go przecież – melancholijnie stwierdził Jason. – To jego jedyne dziecko.

             - Jeszcze mu to wyjdzie bokiem – podsumował Kline. – Wziąłby się wreszcie porządnie za pannę Helenę.

 

             Wszyscy trzej uśmiechnęli się sentymentalnie i na chwilę zapadło milczenie.

 

              W tym momencie do pubu wszedł zakurzony Jack Landon, by jak było umówione, zabrać Toma i Jasona, więc przyjemna rozmowa musiała się zakończyć. Panowie pożegnali się, a Jason pomógł Tomowi pozbierać jego skarby. Następnie wyszli i zapakowali się do powozu. Nie minęło pół godziny, jak wszyscy byli na powrót w domu.

-----------------------------------------------

             Steven i Alice spali już w swoim pokoju od dobrej godziny, a Kathy krzątała się jeszcze przy kuchni. Jason chwilowo sam zajmował szerokie, małżeńskie łoże i przemyśliwał jak też poprowadzić z żoną tę trudną rozmowę. Kathy nie lubiła mówić o tych swoich dziwnych rzeczach i zawsze zbywała go, twierdząc, że i tak niewiele zrozumie. Musi jednak poznać wreszcie prawdę, w końcu jest mężczyzną, głową rodziny. A kobiety ostatnio chyba za dużo sobie pozwalają. Słyszał, że podobno w Ameryce, nawet palą publicznie papierosy, jeżdżą konno.

 

             W końcu przyszła do sypialni i poczęła się rozbierać.

 

             - Zgaś świecę Hulce – poprosiła. – Wiesz, że tego nie lubię.

 

             Żona nigdy nie mówiła mu po imieniu, tak samo zresztą, jak większość okolicznych kobiet do swoich mężczyzn. Nie wiadomo skąd taki zwyczaj, lecz tak już było.

 

             - Chciałem z tobą porozmawiać – upierał się Jason. – A jak mam mówić w ciemności?

             - Do mielenia ozorem światło nie jest potrzebne, a świece są drogie -  zdecydowała jednak ostatecznie Kathy i zdmuchnęła świecę.

 

Zapadła ciemność, a po chwili Jason poczuł jak żona wśliznęła się do łóżka. Leżeli jakiś czas w milczeniu, po czym Kathy westchnęła w ciemność i rzekła:

 

             - Pytaj Hulce, bo widzę, że nie możesz wytrzymać.

             - Widzisz Kathy? Przecież jest ciemno – Jason postanowił dogryźć żonie.

             - Naprawdę? – Niby to zdziwiła się, po czym otrzymał lekkiego kuksańca w bok.

 

             Początek był niezły.

 

             - Powiedz mi – zaczął ostrożnie – czy Tom jest niebezpieczny dla innych?

             - W jakim sensie?

             - No, czy może tą swoją… siłą, zrobić komuś krzywdę? Na przykład… nam?

             - Nam nie, ale tobie na pewno.

             - Nie żartuj Kathy. Pytam poważnie.

             - Nie Hulce. Nam nie. Ani tobie, ani mnie, ani dzieciom.

             - Jesteś pewna?

             - Absolutnie.

 

             Jason odetchnął z ulgą, gdyż tak naprawdę, interesował go tylko los własnej rodziny. Podobnie jak Kathy, która też dbała przede wszystkim o dobro najbliższych. Reszta świata obchodziła ją sporadycznie. W gruncie rzeczy postawa zupełnie naturalna i tak naprawdę prawidłowa. Tak właśnie sądzili oboje.

 

             - A pan Falk? Panna Helena?

             - To się szybko zmienia. Za kilka miesięcy, gdy Tom nabierze sił i doświadczenia, Falk będzie się musiał mocno strzec. Żal mi tylko panny Heleny. – głos Kathy stał się cieplejszy. – To przecież zupełnie niewinna, dobra dziewczyna.

             - Żal ci jej? Dlaczego?

             - Będzie co ma być i nic na to nie poradzisz.

             - Co będzie Kathy? – Jason aż usiadł na łóżku.

             - Straszne rzeczy Hulce, straszne – Kathy jakby widziała w ciemności te okropieństwa o których mówiła z takim przestrachem. – Nie mogę ci nic powiedzieć, bo sama niewiele rozumiem. Już nie panuję nad chłopakiem, już mnie nie słucha tak jak kiedyś.

 

             Nie pytał o szczegóły, nie chciał ich znać. Zresztą, o ile rozumie swą żonę, jej wizje, jej zdolność przewidywania, funkcjonowały raczej w sferze uczuć, nie obrazów. Tym bardziej konkretnych na tyle, by dawały się opowiedzieć, przekazać. Intuicja, nawet ta najbardziej rozwinięta, zawsze jest tylko intuicją.

 

             - Czy…, czy można temu zapobiec?

             - A czy można zapobiec temu by padał deszcz? – odpowiedziała pytaniem. – Czy można zapobiec suszy, nieurodzajowi, trzęsieniu ziemi?

             - No nie – zgodził się częściowo. – Lecz pożarom, wypadkom można.

             - Na pewno?

 

             Kathy, jak większość kobiet które znał, była święcie przekonana o istnieniu przeznaczenia, o systematycznym, konsekwentnym spełnianiu się zapisów jakiejś księgi losów, gdzie czarno na białym wypisane jest wszystko co było, co jest i co będzie. W najdrobniejszych szczegółach. Zwalniało to rzecz jasna od rzetelnego dbania o swoje sprawy, o sprawy rodziny, świata, i może właśnie to było głównym powodem tak trwałych, tak dobrze funkcjonujących przez wieki przekonań. Choć może rzeczywiście coś w tym jest?

 

             - I naprawdę nic nie możemy zrobić? – Jason uparcie próbował wyjaśnić tę kwestię raz na zawsze. A może tylko uspokoić sumienie? – Możemy tylko patrzeć?

             - Na to wygląda Hulce – Kathy nie przejmowała się zbytnio a może po prostu przyzwyczaiła się do tych od dawna przeczuwanych zdarzeń. Oswoiła z okropnością – Tamten… świat też ma swoje prawa. Jedyne co możemy, to… wyciągnąć z tego jakieś korzyści dla siebie… dla nas.

             - Co ty mówisz? – Nie był zbyt zaskoczony taką deklaracją, jednak protestował dla zasady. – Mamy korzystać z czyjegoś nieszczęścia? Mamy postępować jak hieny?

 

             Rozmowa stawała się zasadniczą, i Kathy też w końcu usiadła na łóżku. W pokoju było ciemno choć oko wykol – tylko przez małe okno leciutko prześwitywała srebrzysta szarość światła księżyca, omiatającego łagodnie okoliczne wrzosowiska. Był nów.

 

             - Hulce – mówiła dobitnie, powoli. – Cóż tak szczególnego otrzymaliśmy od świata, od innych? Co komu zawdzięczamy? Czy nie pracujemy całe życie dla obcych? Czy nasze dzieci mają jakieś szanse na los lepszy od naszego? I czy to może my układamy tę opowieść, przewracamy kartki tej księgi?

 

             Rzeczywiście, miała cholerną rację. Jak zwykle.

 

             - Dobrze Kathy, niech ci będzie – zgodził się ostatecznie. – Tylko proszę cię o jedno…

             - O co Hulce?

             - Byś…, byśmy nie byli zbyt… łapczywi. Byśmy naprawdę nie stali się… hienami.

             - O to się nie martw – Kathy pogładziła go po ramieniu. – Znasz mnie przecież.

             - Tak, znam – potwierdził bez przekonania i westchnąwszy z głębi serca, położył się wreszcie wygodnie. Temat był wyczerpany. Chociaż…

             - Powiedz mi jeszcze jedno…

             - Co znowu?

             - Jak koń może chronić przed… przed… no nie wiem, przed czymkolwiek?

             - Jaki koń Hulce? – Kathy była już zniecierpliwiona i senna. Musiała przecież jutro wstać bardzo wcześnie. Jak zawsze.

             - No wiesz przecież, wczorajszy wypadek. Dzisiaj Tom powiedział, że to z powodu konia ojciec jeszcze… żyje.

             - Tak powiedział? – zdziwiła się.

             - Tak go zrozumiałem.

 

             Kathy milczała i w ciemności słychać było tylko jej równy oddech. Zastanawiała się.

 

             - No tak – rzekła wreszcie wolno. – Już wiem.

             - Tak?

             - To kobyła. To przecież była kobyła.

             - Cóż z tego?

             - Oj Hulce. Mogę ci powiedzieć tylko tyle, że jeśli chcesz spokojnie dożyć późnej starości – ponownie lekki, czuły kuksaniec w mężowski bok – to trzymaj się blisko mnie, czyli? No?

             - No… ciebie Kathy, żony? – zgadywał.

             - Żony, żony. Jasne – chyba nie trafił. – Porządnej, opiekuńczej… samicy.

             - Co?

             - Tak Hulce. Każda, hm… samica to jak… jak tarcza. I śpij wreszcie, bo cały Boży świat jest właśnie wielką… samicą. Nieobliczalną czasem, groźną i nerwową, lecz przecież… samicą.

             

Jason zgłupiał do reszty i nic już nie powiedział. Nawet nie miał się nad czym zastanawiać, gdyż nie wiedział zupełnie od czego zacząć. Okrył się więc dokładniej kołdrą, ułożył wygodnie i zasnął.

-----------------------------------------------

Helena Trebor zawsze wstawała przed szóstą rano. Ścieliła swoje łóżko, sprzątała w pokoju, w końcu zajmowała sobą. Po umyciu, ubraniu, uczesaniu, rozkładała książki i robiła całodzienny konspekt zajęć lekcyjnych. Przygotowywała się do codziennej męki z Tomem. Około ósmej, Kathy przynosiła jej śniadanie – rozmawiały chwilę, po czym obie ponownie wracały do swoich zajęć. Lubiły się, jednak w jakiś szczególny sposób. Kathy Hulce była od niej prawie dwukrotnie starsza, lecz miała wyjątkowo młode usposobienie, pełna była energii i tej szczególnej radości życia, połączonej z doświadczeniem i całkowitą znajomością jego wszelkich zawiłości. Helena radziła się jej czasem w sprawach Toma, a raz uzyskała od niej skuteczną pomoc dla chorej matki, mieszkającej samotnie w Newcastle. Matka zaniemogła poważnie, a Kathy, wysłuchawszy dokładnego opisu przypadłości, zaleciła dość szczególną, dziwną terapię.

            

Pojechała więc do matki na kilka dni, po czym bez specjalnego przekonania postąpiła zgodnie z otrzymanymi instrukcjami. Pomogło natychmiast na tyle, że opiekujący się matką lekarz nie posiadał się ze zdumienia, zastawszy swą pacjentkę w pełnym zdrowiu, w pełni sił. Sześćdziesięcioletnia matka od tej pory nie narzeka na nic i zupełnie dobrze radzi sobie sama. Właśnie wtedy zaprzyjaźniły się z Kathy na dobre, choć podświadomie czuła, iż jest w tej dziwnej kobiecie jakaś bariera, jakiś niezrozumiały opór przed całkowitym otwarciem. Może to skutek jej tajemniczych, niespotykanych umiejętności? Jakby nie było, Helena odwdzięczając się za pomoc, postanowiła zupełnie bezinteresownie uczyć jej dzieci – Stevena i Alice. Spotykali się wieczorami w małym pokoiku znajdującym się w części domu przeznaczonej dla służby, dla państwa Hulce.

            

Pan Falk, James, wiedział o tym i zupełnie nie oponował – w końcu angażowała się kosztem własnego czasu wolnego. Nie wymagało to od niej wielkiego wysiłku, ani nie absorbowało zbytnio – wręcz przeciwnie, sprawiało dużą radość. Dzieci uczyły się chętnie, a mała Alice była bardzo zdolną, miłą dziewczynką. Kathy wynagradzała Helenę jak mogła, jednak czyniła to z jakimś pełnym smutku zrezygnowaniem, jakby była przekonana o tymczasowości tej sytuacji. Helena czuła tę szczególną rezerwę, mimo niewątpliwej autentyczności ich wzajemnej sympatii.

            

Dzisiaj postanowiła jeszcze raz przerobić z Tomem zasady funkcjonowania państwa brytyjskiego – temat zupełnie go nie interesujący, nie trafiający doń ani w ząb. Chłopiec nie był głupi, czy nierozgarnięty, lecz nic nie mogło go zmusić do polubienia, przyswojenia czegoś, co nie miało żadnego znaczenia w jego własnym, prywatnym świecie. Świecie pełnym cieni, ponurych, niezrozumiałych zależności, świecie bez miłości i bez przyjaźni. Tak to w każdym razie wyglądało.

            

Mimo, iż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nienawidzi jej tak samo jak ojca, a być może jeszcze bardziej, starała się go zrozumieć i zmienić. Bez efektów. Tom nie reagował na żadne, nawet najbardziej wyrafinowane próby znalezienia z nim wspólnego języka, dotarcia do jego serca. Wydawało się, iż zamknął się raz na zawsze. Jego zmarła matka też podobno była dziwną kobietą, a ponieważ ubóstwiała go ponad wszelką miarę, chłopak musiał dotkliwie odczuć jej stratę. Helena współczuła Jamesowi, jednak nie była w stanie zaszczepić mu choćby odrobiny nadziei w sprawie syna. Nie umiała kłamać, tym bardziej w tak ważnej sprawie.

            

Kilka minut przed dziewiątą, zapukała do pokoju Toma. Chłopiec miał lekcje codziennie, jednak nigdy jak dotąd nie reagował na jej pukanie. Tak było i tym razem. Siedział przy oknie i wpatrywał się w dalekie, dobrze jednak widoczne z wysokości pierwszego piętra morze.

            

- Dzień dobry Tom – przywitała się jak zwykle – Ładny dziś dzień, prawda?

             - Tak.

            

Tom był na tyle sprytny, by na zadawane bezpośrednio pytania odpowiadać choćby krótkim: - tak, nie. Wiedział dobrze, że każda niegrzeczność z jego strony, każde uchybienie formy w stosunku do kogokolwiek z domowników, natychmiast będzie wiadome ojcu. A ojca bał się autentycznie. I paradoksalnie, wyłamywał się z tej zasady tylko w stosunku do niego. Przeważnie uparcie milczał. Usiadł więc na swoim zwykłym miejscu i trzymając na kolanach gruby zeszyt, patrzył ponuro w podłogę

            

- Dzisiaj powtórzymy organizację naszego państwa i tradycję, oraz zasady jego funkcjonowania – poinformowała go po trosze automatycznie, po belfersku. – Otwórz swoje notatki.

            

Chłopak musiał prowadzić stosowne zeszyty, które systematycznie zapełniał w nakazany sposób. Ojciec sprawdzał je co jakiś czas, więc wypełnione były równym, starannym pismem. Był to jednak jedyny przejaw jego aktywności uczniowskiej. Całkowicie formalny.

            

- Co wiesz o naszym parlamencie? – spytała Helena celowo ogólnie.

             - Nic – stwierdził krótko natychmiast.

             - A któż to taki król Jerzy V

             - Król.

             - Jaki król?

             - Chyba… nasz. Nie wiem.

             - Nasz, oczywiście. Masz to przecież wszystko zapisane. Przeczytaj.

            

Tom znalazł odpowiednie fragmenty, po czym bezbarwnym głosem począł odczytywać podyktowany onegdaj tekst. Dzisiaj równo, spokojnie, bez śladu intonacji. Jak automat. W przeciwieństwie do lekcji wczorajszej, kiedy akcentował celowo przesadnie, a przy tym zupełnie przewrotnie, na opak. I tak na zmianę – dzisiaj tak, jutro całkiem inaczej. Siedział przed nią w tej swojej szarej kurtce i zupełnie nie poruszając głową, klepał bezmyślnie w przestrzeń, nie zwracając zupełnie uwagi na reakcję nauczycielki.

            

- Ładnie ostatnio czytasz Tom – pochwaliła Helena zirytowana nieco tą sytuacją.

            

Nawet się nie zająknął, nie przerwał choćby na moment. Dokąd nie usłyszał polecenia by przerwać, sumiennie, a raczej skrajnie złośliwie, wykonywał co mu nakazano.

            

- Przestań Tom. Rozumiesz coś z tego?

             - Nie.

            

Helena miała dość. Gdyby nie James którego uwielbiała, którego pokochała od pierwszej chwili, dawno by już zrezygnowała z tej posady, a ściślej z tego niby ucznia. Nie miała sił, najwyraźniej nie miała umiejętności, nie miała już serca do tego chłopca. Najgorsze jednak jest to, że przecież wie, iż Tom jest dzieckiem inteligentnym, że niczego mu nie brakuje, że doskonale rozumie i zapamiętuje każdą lekcję, czy raczej wykład. Nie, tu jest potrzebny wielkiej klasy psychiatra, specjalista. Może Jason ma rację, twierdząc, że Toma powinno się oddać do jakiegoś renomowanego zakładu zamkniętego. Napomknął kiedyś o takiej możliwości, jednak przecież nie w obecności Jamesa. Zresztą kto wie, czy on sam nie myśli o takim rozwiązaniu. Musi z nim kiedyś ostrożnie o tym porozmawiać, w końcu chłopak zmarnuje się całkowicie.

            

- Masz jakieś nowe rysunki? – próbowała jeszcze nawiązać z nim jakiś kontakt.

             - Mam.

             - Tak? Pokaż – ucieszyła się tą zaskakująco pozytywną reakcją.

             - Dobrze – zgodził się niespodziewanie, lecz uśmiechnął przy tym jakoś dziwnie – wyjątkowo złośliwie, z jakimś odcieniem nie skrywanej satysfakcji. Przeszedł ją dreszcz dziwnej obawy, czy nieuzasadnionego niczym strachu.

            

Chłopiec wstał, by po chwili wertowania dużych kartonów, rozłożyć przed nią ten wybrany.

            

Rysunek przedstawiał jakiś wielki statek – widocznie pasażerski, bo wyposażony w niezliczoną ilość maleńkich, oświetlonych od wewnątrz okienek. Najbardziej charakterystyczne były jednak cztery potężne kominy, lekko pochylone ku rufie, oraz dwa ostre maszty – przedni i tylny. Dziobową część nadburcia zdobił wielki, biały napis: „Tytano” – nazwa statku. Statek znajdował się na pełnym morzu, wśród ogromu nocy, rozświetlanej tylko światłami mnóstwa iluminatorów. Statek…. tonął, zagłębiając się dziobem w bezmiar ciemnych wód. Mniej więcej w połowie długości, widać był ogromne pęknięcie kadłuba, zaczynające się od najwyższego pokładu, biegnące w dół, ku linii wody. Wokół, na zupełnie gładkiej powierzchni morza, narysowane były dziesiątki bezładnie rozrzuconych szalup, wypełnionych maleńkimi w porównaniu z tym kolosem figurkami ludzi. Całość wywierała upiorne, przygnębiające wrażenie, jak wszystkie dotąd rysunki Toma. Trzeba mu przyznać – rysował znakomicie, niezwykle realistycznie i przekonująco. Tu jego talent rozkwitał bez zakłóceń.

            

- Co to za katastrofa? – spytała wystraszona Helena.

             - Jeszcze nie wiem – odpowiedział, tym razem chyba szczerze.

             - Co z tym zrobisz? Zbudujesz model?

             - Tak – potwierdził i znów uśmiechnął się złośliwie.

             - Dobrze. Jak skończysz to mi pokażesz, prawda?

             - Tak.

            

Stała jeszcze chwilę wpatrując się w ponury obraz, który w tajemniczy sposób emanował z siebie upiorny spokój i… ciszę, po czym zebrała szybko swoje papiery i skierowała ku drzwiom.

            

- Do widzenia Tom. Szkoda, że nie wiesz nic na temat naszego państwa – powiedziała z żalem, po czym wyszła.

             

Tom patrzył za nią ironicznie, następnie niezwykle starannie zwinął rysunek i odłożył na miejsce. Miał jeszcze mnóstwo pracy przy modelu statku, a czasu niewiele.

-----------------------------------------------

Kathy przyniosła Tomowi obiad. Chłopak nie jadł wiele i nie gustował w potrawach tradycyjnie podawanych w tym domu, więc gotowała mu oddzielnie. Dzisiaj była to zupa szczawiowa oraz podsmażana ryba z warzywami. Na deser kubek zimnego, koziego mleka, zalecanego przez doktora Finna. Chłopiec cały czas patrzył na nią dziwnie, jednak nie odezwał się ani słowem. Gdy już zjadł, zebrała nakrycie w jeden stos i na chwilę usiadła przy nim.

            

- Smakowało ci? – spytała, uśmiechnąwszy się do niego.

             - Tak – przyznał z ociąganiem.

             - Czy chcesz jeszcze czegoś ode mnie?

             - Tak.

             - Słucham.

            

Tom wstał z krzesła i podszedł do okna. Miał jakiś problem, a ich stosunki pogorszyły się ostatnio na tyle, że wahał się czy w ogóle zacząć tę rozmowę. Ufał Kathy jak dotąd, lecz przecież teraz szło o rzecz całkiem poważną, zasadniczą. Musiał też przełamać swoją niechęć do mówienia, choć akurat oni oboje rozumieli się w pół słowa.

            

- Pomożesz mi? – spytał cicho i odwrócił się tyłem. Nie mówił w stronę Kathy, lecz do okna, lub do rozciągającego się za nim widoku. Ona jednak słyszała go doskonale.

             - To zależy, Tom.

             - Ale… nie będziesz przeszkadzać?

             - Nie. Mów.

            

Chłopiec niespodziewanie zaciągnął zasłony. W pokoju natychmiast zrobiło się szaro i ponuro, choć przecież tutaj nigdy nie było zbyt radośnie, nawet w pełni słonecznego światła. Odszedł od okna i usiadłszy przy stoliku, począł wpatrywać się w sufit. Kathy, przyzwyczajona do tych jego zapatrzeń, nie reagowała.

            

- Mama już ma coraz mniej siły – stwierdził po chwili dziwnym głosem – Niebawem nie będzie mogła tu przychodzić.

             - Rozumiem – powiedziała ostrożnie, chociaż tylko domyślała się, o co chodzi. Tom już ją przerósł.

             - Nie rozumiesz! – wykrzyknął nagle. – Ja muszę zdążyć!

             - Zdążysz Tom, zdążysz. Z mamą, czy bez.

             - Ale ja chcę z mamą – krzyczał.

             - Uspokój się! – Kathy spojrzała na chłopca groźnie. – Zachowujesz się jak byle smarkacz.

            

To podziałało. Tom otrzeźwiał całkowicie i spoglądał na nią uważnie.

            

- Twoja mama, skoro pomagała ci dotąd, skoro musi doprowadzić swój zamiar do końca, nie odejdzie całkowicie zanim nie zrobisz wszystkiego tak jak trzeba. To przecież jasne – Kathy mówiła powoli i dobitnie, tak, by chłopiec zrozumiał to raz na zawsze. – Taki przecież jest jej plan jeśli się nie mylę, nie uważasz?

             - Tak – zgodził się natychmiast.

             - A jeśli rzeczywiście traci siły, to mogę jej pomóc.

             - Tak, tak.

             - Więc musisz mi dać na kilka dni jej zdjęcie, wiesz, to które ukrywasz przed ojcem.

             - Po co?

             - No przecież muszę do niej jakoś dotrzeć – wydawała się zniecierpliwiona jego wątpliwościami. – Muszę oddać jej część swojej siły. Rozumiesz to przecież.

            

Tom nie zastanawiał się już dłużej, tylko zerwał szybko, odsłonił okno i w pełnym blasku dnia otworzył szufladę stolika, z głębi której wyjął pożółkłą fotografię oprawną w delikatną, metalową ramkę. Podał ją Kathy.

            

- Masz, tylko…

             - Nic się nie martw. Mama odzyska siły.

            

Zdjęcie przedstawiało przystojną kobietę około trzydziestki, ubraną w długą białą suknię, stojącą obok drewnianego stolika, na którym umieszczono wazon z kwiatami. Kobieta trzymała za rękę siedmioletniego chłopca, wystrojonego w dziecięcy zestaw marynarski – stosowną czapkę z wstążką, kurtkę z metalowymi guzikami i krótkie spodenki. Drobne stópki obute były w czarne buciki, a białe podkolanówki dopełniały wdzięcznej reszty. To oczywiście Tom, ukochane dziecko zmarłej pięć lat temu na zapalenie płuc Mary Falk, nieodżałowanej żony pana Falka.

            

Kathy schowała zdjęcie i zebrawszy przygotowane talerze ruszyła ku drzwiom. Na koniec odwróciła się jeszcze do chłopca i stojąc chwilę w milczeniu patrzyła na niego.

            

- Powiem ci jeszcze jedno – rzekła wreszcie. – Jeśli naprawdę ty i mama uważacie, że postępujecie dobrze, że wasz zamiar jest słuszny, to wszystko musisz przygotować niezwykle starannie i … dyskretnie. A ja o niczym nie wiem – nic mnie to nie obchodzi, rozumiesz Tom?

             - Tak – potwierdził skwapliwie. – Ale…

             - Co?

             - Muszę mieć…

             - No?

             - Dokładne plany… tego statku.

             - Po co? – zdziwiła się. – Czy nie widzisz go wystarczająco jasno?

             - No właśnie nie – Tom przez moment pożałował tego wyznania, jakby obawiał przyznać się przed Kathy do swojej słabości. – Mama się na tym nie zna, a ja sam jestem jeszcze… za mało doświadczony.

             - Niech ci będzie – zgodziła się. – Codziennie, powiedzmy przez siedem dni o… – zastanowiła się chwilę – o pierwszej w nocy, będziemy razem skłaniać twego ojca by to załatwił. Pięć minut wystarczy, nie dłużej. A sprawa panny Heleny?

             - Już.

             - No cóż, trudno – odrzekła smutno. – I pamiętaj – Od dzisiaj pierwsza w nocy, pięć minut.

             

Ostrożnie, by nie upuścić cennych naczyń, otworzyła drzwi i wyszła do dalszych zajęć. Było już po południu, trzynasta dwadzieścia cztery, o czym oboje wiedzieli bardzo dokładnie, mimo braku w pobliżu jakiegokolwiek zegara.

-----------------------------------------------

Tym razem Falk, wracając z trzeciej już wyprawy do Belfastu, przenocował u doktora Finna. Znali się od lat i lubili – może nawet przyjaźnili. Doktor był lekarzem rodzinnym Falków i choć mieszkał w Peterhead, mógł się zjawić w ich posiadłości w ciągu godziny. Tak już się kilka razy zdarzyło – przy okazji narodzin Toma, oraz niestety w związku z chorobą i następnie śmiercią Mary. Poza tymi wypadkami bywał czasem u Falka, jednak głównie towarzysko. Nad robotnikami w fabryce czuwało ciągle dwóch felczerów zatrudnionych na stałe, przebywających podczas dyżurów w swoim kantorku, a nadzór Finna nad nimi ograniczał się do skrupulatnej kontroli ich codziennych zapisów. Zresztą szczęśliwie w fabryce nie wydarzyło się jak dotąd nic wielkiego, co wymagałoby jego bezpośredniej interwencji.

            

W domu Finna nie było specjalnie okazji do rozmowy. Falk, tym razem zmęczony podróżą, położył się spać zaraz po przyjeździe, a rano, po znakomitym śniadaniu przyrządzonym przez panią Finn, wybierał się do domu. Zdołał tylko skłonić doktora by mu towarzyszył i spędził u niego kilka dni. Jechali więc teraz spokojnie lekkim, jednokonnym powozem wzdłuż wybrzeża, i napawając się świeżym chłodem październikowego poranka, rozmawiali.

            

- Więc mówisz James, że stałeś się jedynym dostawcą tkanin wełnianych i obiciowych dla tego ogromnego statku? – indagował doktor.

             - Tak – potwierdził Falk. – I wierz mi James – jest to najlepsze zamówienie z tych, jakie miałem do tej pory.

             - Wierzę James. Tylko, czy to uporządkuje twoje problemy osobiste – doktor nie był wielkim optymistą. – Z Tomem i panną Heleną.

             - Wszystko w swoim czasie James. Helenę zabieram w rejs, a Tomem zajmę się po powrocie.

             - W rejs?

             - Tak przyjacielu – Falk wyraźnie ucieszył się wrażeniem, jakie wywarł na doktorze tym krótkim stwierdzeniem. – Wyobraź sobie, że pan Thomas Andrews, dyrektor techniczny stoczni, przemiły człowiek, zagwarantował mi udział w pierwszym, inauguracyjnym rejsie do Nowego Jorku. Mam tam do załatwienia sprawę dostaw urządzeń elektrycznych w znanej ci zapewne firmie Westinghouse. Wiesz przecież jak pragnę zbudować elektrownię, zmodernizować fabrykę i … miasto?

             - No tak James – doktor też był zadowolony z tej wiadomości. – Nareszcie coś się zacznie zmieniać na tej naszej prowincji. Taki Paryż ma kolej elektryczną już od dziesięciu lat. Żabojady, wyobrażasz sobie?

             - Wiem – Falk roześmiał się w głos. – Ale jeszcze… no… rok. Zbuduję też lokalną rozgłośnię radiową. Zobaczysz , wszystko potoczy się błyskawicznie.

             - To może i samochód kupisz?

             - A kupię.

             - Trudno, będę musiał jakoś ten czas wytrzymać – doktor też się roześmiał. – A po co, jeśli można James, zabierasz pannę Helenę na tę wyprawę?

             - Powiem ci Harry, lecz proszę o całkowita dyskrecję – Falk odruchowo ściszył głos.

             - James – doktor wydawał się zdumiony tym zupełnie niepotrzebnym zastrzeżeniem. – To się przecież rozumie.

             - Przepraszam Harry – ścisnął doktora za rękę. – Schamiałem ostatnio zupełnie. A więc podjąłem decyzję i postanowiłem… ożenić się z panną Heleną w Nowym Jorku.

             - No, James – tym razem doktor uścisnął Falka. – Gratuluję serdecznie. To mądra i piękna kobieta. Tylko… dlaczego aż w Ameryce?

             - Wiesz Harry, nie chcę lokalnego rozgłosu, a i panna Helena też zapewne będzie wolała skromną uroczystość na… niezależnym terenie.

             - To ona jeszcze nic nie wie? – zdumiał się doktor.

             - Ano nie.

             - I jesteś pewien, że…

             - Tak Harry, jestem… prawie pewien – Falk zarumienił się chyba, bo odwrócił głowę w stronę morza. Ściągnął przy tym lejce i świsnąwszy batem, popędził konia do żywszego biegu. Powozik szarpnął ostro, a nieprzygotowany na to doktor odskoczył do tyłu, aż przywarł mocno plecami do oparcia.

             - Ostrożnie wariacie, bo jeszcze nas wywrócisz – roześmiał się.

            

Galopowali chwilę w milczeniu, delektując się szybką jazdą. W końcu Falk zwolnił, i znów mogli spokojnie rozmawiać. Zresztą już całkiem blisko widać było fabrykę i dom. Wjeżdżali właśnie w przesiekę leśną.

             - Co zamierzasz z Tomem?

             - Nie zdecydowałem jeszcze, lecz chyba jednak oddam go do jakiejś dobrej szkoły z całorocznym internatem. W Londynie jest takich miejsc mnóstwo, a o jednym znakomitym w Birmingham słyszałem z wiarygodnych źródeł. Chłopak trafi w środowisko rówieśników, znajdzie kolegów, zmieni się.

             - Może – mruknął doktor bez przekonania i zamyślił się na chwilę. – Tylko – podjął ponownie. – Czy nie odsunie się wtedy od ciebie jeszcze bardziej? Zwłaszcza po… ślubie?

             - Cóż, tak też się może zdarzyć. Lecz przecież nie chodzi tu o mnie, prawda?

             - Święta racja James.

             

Dojechali wreszcie do domu. Na progu oczekiwał zaspany Jack i wyprostowany Jason, który też pomógł wysiąść doktorowi oraz pozbierał niewielkie bagaże obu panów.

-----------------------------------------------

             Było już po obiedzie i doktor zamknął się w pokoju gościnnym by odbyć swoją codzienną, godzinną drzemkę. Nie zapominał o niej nigdy, nawet będąc czyimś gościem. Nie mógłby zresztą, gdyż bardzo się przywiązał do tego poobiedniego odpoczynku. Mówił, że pozwala mu to zachować ostrość umysłu przez całą dobę, być gotowym na każde wezwanie i o każdej porze. Rozumie się za wyjątkiem okresu drzemki. Kathy i Jason poruszali się na paluszkach, w końcu i oni zeszli na parter do obowiązków bardziej prozaicznych niż usługiwanie rodzinie i gościom przy wspólnym stole. W domu zapanowały cisza i bezruch, i tylko Falk stroił się w swoim pokoju, podstrzygał przed lustrem brodę i wąsy, przygotowywał do ważnej, życiowej wizyty.

            

Włożył sztywno ukrochmaloną, białą koszulę, kamizelkę i elegancki, czarny surdut. Srebrne, wypolerowane spinki miał jeszcze po ojcu, i nie mógł się nigdy nadziwić, jakim cudem pasują do każdego zestawu, do każdej sytuacji. Lśniące buty czekały już od dwóch dni – Jason musiał spędzić nad nimi niezły kawał czasu, bo można było się w nich teraz przejrzeć. Falk dzwonił nawet wczoraj z miasteczka w tej sprawie, choć zapewne niepotrzebnie, gdyż, gdy idzie o buty, służący był bez zarzutu.

            

Denerwował się podwójnie. Raz, samym zamiarem, samym faktem podjęcia decyzji, niełatwej przecież dla mężczyzny w jego wieku, dwa, pewną dozą niepewności, co do jej efektów, oczekiwanego wyniku. Ponieważ jednak nie miał w zwyczaju zastanawiać się dwa razy nad tą samą sprawą, dał spokój jałowym rozważaniom i uznawszy wreszcie, że wszystko jest w porządku, wyszedł z pokoju. W lewym ręku ściskał prześliczny bukiet świeżych róż przygotowany przez nadzwyczaj nadającą się do takich rzeczy Kathy, prawą trzymał na sercu, jakby chciał je przymusić do spokojnej, rytmicznej pracy. Na nic.

            

Idąc ciemnym korytarzem poczuł nagle na sobie czyjeś intensywne spojrzenie, jak gdyby cały dom, wszystkie jego stare mury, patrzyły ironicznie na niestosownie i… głupio zachowującego się niedorostka. Obejrzał się odruchowo, lecz wokół przecież nic się nie działo. Korytarz był cichy i pusty, nawet drzwi pokoju Toma zamknięte na głucho. Pewnie siedzi tam w środku i kleci po ciemku swoje coraz bardziej precyzyjne modele. Wzdrygnął się, aż zatrzęsły się liście trzymanych kwiatów, lecz zaraz opanował to dziwne uczucie. Nie, musi w końcu jak najszybciej zrobić gruntowny remont, przebudować dom, założyć wydajne oświetlenie elektryczne. Tymczasem stwierdził, że stoi już pod Jej drzwiami, więc bez zwłoki zapukał dwukrotnie.

            

- Proszę – dobiegło z wnętrza zaproszenie, stłumione silnie przez grubą, dębową deskę.

            

Wszedł więc wyprostowany, sztywny ponad miarę. Helena siedziała przy oknie i czytała. Jej pokój, podobnie jak pozostałe, nie był zbyt duży, jednak jakimś tajemniczym sposobem przestronny i jasny, a przy tym ciepły tym szczególnym ciepłem zamieszkującej w nim osoby. Po obu jego stronach stały niskie szafy na ubrania, przeszklone półki na książki, pedantycznie zasłane łóżko z trzema różnej wielkości poduszkami, ułożonymi jedna na drugiej, brązowy parawan zasłaniający podręczną toaletę, i dwa stoliki – jeden z prostokątnym lustrem, a drugi, tuż przy oknie, służący do pracy.

            

Światło dnia, wypełniające poprzez okno cały pokój, prześwietlało jej włosy i omiatało całą wdzięczną postać. Wyglądała jak zwiewna, nierealna istota, gotowa rozpłynąć się w przestrzeni pod byle podmuchem. Wstała gwałtownie, speszona niespodziewaną wizytą i niezwyczajnym wyglądem gościa – jego strojem, postawą. Książka wypadła jej z dłoni.

            

- James, panie Falk – tylko tyle zdołała powiedzieć.

            

Falk otrzeźwiał w jednej chwili. Jego wszystkie obawy, a zwłaszcza niepokój o stosowność swojego zachowania w tak szczególnej chwili minęły, gdy spostrzegł jej zmieszanie, jej przestrach. Podszedł bliżej i ciągle trzymając bukiet za plecami, przemówił:

            

- Heleno. Wracając wczoraj z Belfastu, pozwoliłem sobie przejeżdżać przez Newcastle gdzie odwiedziłem… twoją szanowną mamę.

             - James.

             - Tak. Zrobiłem to głównie z jednego powodu. Poprosiłem ją o twoją rękę – zaschło mu trochę w gardle, więc odkaszlnął lekko. – Opisałem naszą sytuację, przedstawiłem okoliczności, otworzyłem się przed nią całkowicie.

             - James.

             - Tak. Twoja mama jest bardzo miłą, starszą panią, uściskała mnie i… zgodziła się z radością. A teraz pytam ciebie, Heleno Trebor, czy… czy wyjdziesz za mnie?

            

Trochę zbyt gwałtownie wyciągnął zza pleców bukiet róż i trzymając go kurczowo przed sobą, skłonił głowę, czekając na odpowiedź.

            

Helena stała w pełnym słońcu i czuła, że stopniowo mdleje. Patrzyła na wystrojonego, sztywnego Falka, przystojnego, statecznego mężczyznę w sile wieku, z którym przebywa już rok pod jednym dachem, dachem jego domu. Kochała go, podziwiała i jednocześnie szanowała jak ojca, którego straciła mając dwa lata, i którego przecież nie zdążyła poznać. Falk był dla niej wzorem i zarazem kimś bliskim, nad wyraz życzliwym. Był opiekunem i przyjacielem, był wszystkim. Nad czym więc, głupia, zastanawia się, na co czeka, pozwalając by on tu prężył się przed nią w tej swojej aż nadto widocznej niepewności? Osłabienie minęło, więc spojrzała na niego z uśmiechem i cicho odrzekła:

            

- Tak James.

            

Falk jakby nie usłyszał i w dalszym ciągu trzymał przed sobą róże. Nagle zrobił się czerwony na twarzy, porwał jej rękę i dwukrotnie ucałował. Podał wreszcie niewygodny bukiet, po czym wyciągnął z kieszeni maleńkie pudełeczko, otworzył je i wyjął stamtąd śliczny pierścionek z niebieskim kamieniem. W dalszym ciągu nic nie mówił – widocznie zamurowało go na jakiś czas – jednak działał zupełnie prawidłowo i elegancko. Ponownie chwycił jej rękę i przymierzył się do serdecznego palca. Wreszcie nastąpiło odblokowanie, a nagromadzona w nim emocja dała upust poprzez krótkie, wyraziste:

            

- Heleno!

            

Najważniejsza część oświadczyn została szczęśliwie dokonana. Patrzyli teraz na siebie uśmiechnięci, trzymając się za ręce. Pierścionek pasował jak ulał, a oficjalni narzeczeni nareszcie mogli cieszyć się sobą z czystym sumieniem.

            

- I jeszcze jedno Heleno – Falk nie mógł już dłużej chować przed nią tej chyba właściwej decyzji. – Ślub weźmiemy w kwietniu w Nowym Jorku, zaraz po zejściu ze statku.

             - Z jakiego statku? – zapytała z uśmiechem.

             - Z tego, dla którego dostarczam teraz mnóstwo tkanin, z tego, który się jeszcze buduje w Belfaście, z tego, na którym mam już przyrzeczone dwa luksusowe miejsca. Z „Titanica”, z najnowocześniejszego, niezatapialnego jak mi wielokrotnie mówiono, stalowego miasta.

            

Słuchała go z niedowierzaniem, i w miarę jak mówił, narastał w niej strach. Pobladła bardzo, a bojąc się przewrócić, usiadła powoli.

            

- Heleno, co ci jest? – chwycił ją za łokieć podtrzymując lekko.

             - O Boże, James – odwróciła oczy. – Ja… widziałam ten statek.

             - Jak to? To niemożliwe.

             - Tak. Na rysunku Toma. Jak tonął w… w strasznej katastrofie.

             - Ech – machnął lekceważąco ręką. – To nic wielkiego. On przecież ciągle rysuje jakieś statki, parowozy, aeroplany.

             - Tak, lecz…. – nie wiedziała już co powiedzieć. Chyba przesadziła w tych swoich bezpodstawnych, kobiecych obawach. – Dobrze, już nic mi nie jest.

             - Więc się zgadzasz?

             - Tak James, tak – znowu się uśmiechnęła, zapominając przy nim o przeczuciach. – Czy… mama wie o twoim zamiarze, o tej podróży i… ślubie w Ameryce?

             - Owszem. I zgadza się całkowicie.

            

Stali przez chwilę przy oknie trzymając się za ręce, patrząc na dalekie, sinozielone z tej odległości Morze Północne. Bezmiar wód ciągnął się aż po horyzont, a na czystym, ogromnym niebie przesuwały się spokojnie niewielkie, krystalicznie białe, postrzępione obłoki. Wiało od zachodu, od lądu, i po lekkim zmrużeniu powiek, przy umiejętnym spojrzeniu, mogło się wydawać, że to cały, widoczny wokół teren wraz z lasem, wrzosowiskami, domem, fabryką wreszcie, odpływa do tyłu, przesuwa się jednostajnie i dostojnie zmierza ku nieznanemu celowi. Jakby stało się na rufie ogromnego statku i patrzyło w kierunku opuszczonego, niewidocznego już dawno portu.

            

- Pozwól Heleno – pierwszy ocknął się z zapatrzenia Falk. – Przejdziemy się trochę, a przy kolacji zawiadomimy wszystkich o… o naszej sytuacji, dobrze?

             - Dobrze James, tylko… – Helena spuściła wzrok. – Tylko muszę się przygotować.

             - Ależ… – puknął się dłonią w czoło. – dureń ze mnie. Oczywiście. Będę u ciebie za… godzinę.

             - Za pół godziny – uśmiechnęła się, a rozgorączkowany Falk wyszedł do siebie.

            

Prawdę mówiąc był po prostu szczęśliwy. Młoda, piękna i wykształcona kobieta zgodziła się być jego żoną. Przez ten rok znajomości nie zdołał stwierdzić u niej żadnych wad, żadnej cechy, która powinna go otrzeźwić, czy choćby zmusić do myślenia. Znał ludzi – w końcu zarządzał dużą firmą – i był pewien, iż potrafi ich właściwie ocenić. Z powodu wieku i doświadczenia, postępował rozważnie, w sposób przemyślany, choć decyzje podejmował szybko. Nieraz być może za odważnie, co mogło wyglądać na nierozsądne ryzykanctwo – zawsze jednak wychodziło mu to na dobre. Martwił się trochę o Toma, lecz przecież nie będzie reszty życia uzależniał od kaprysów jakiegoś dzieciaka, choćby własnego syna. A propos – musi wejść do niego i podarować mu kopię planów statku, jakie otrzymał od pana Andrews.

            

Zabawna rzecz z tą dokumentacją. W trakcie wizyty w stoczni, gdy był oprowadzany po pracowni projektowej, wziął odruchowo do ręki jeden ze zwiniętych arkuszy leżących na którymś biurku, i trzymając go bezwiednie, wędrował z nim za oprowadzającym, słuchając w dalszym ciągu uważnie jego interesujących opisów. Przy pożegnaniu, okazało się, że ma rękę zajętą trzymanym weń rulonem. Zdziwił się swojemu roztargnieniu, i nie wiedział co z tym zrobić. Pan Andrews roześmiał się szeroko i widocznie przywykły do zafascynowania odwiedzających biuro interesantów, podarował mu ten dokument, dorzucając jeszcze dwa następne oraz służący do ich przechowywania tubus. Tym sposobem, mógł ucieszyć Toma czymś specjalnym, czymś, co go na pewno zadowoli. Może choć trochę przekona?

            

Przewiązał więc czarną rurę, ów tekturowy pojemnik na plany wstążką, i wszedł do pokoju syna. Ten, nieodmiennie, siedział nad kolejnym modelem, klejąc te swoje listewki, przycinając kolorowe kartoniki. Jak zwykle, wewnątrz było ciemno i Falk już nieraz zastanawiał się czy aby syn nie ma jakiejś szczególnej wady wzroku. Lecz przecież ta, byłaby nadzwyczaj użyteczną, korzystną.

            

- Dzień dobry Tom – powitał chłopca. – Następny model?

             - Tak – odburknął trzynastolatek.

             - No, no – Falk nie był zadowolony z jego zwykłej reakcji. – Mógłbyś być bardziej uprzejmy dla własnego ojca.

            

Tom nie odpowiedział.

            

- Mam dla ciebie coś interesującego – Falk mimo wszystko wykazywał się anielską cierpliwością. – Zobacz tylko.

            

Chłopak wstał wreszcie od stołu i spojrzał przelotnie na duży tubus, udekorowany uroczyście acz niezgrabnie czerwoną wstążką. Wziął go od ojca i niespecjalnie zainteresowany położył na półce wśród książek.

            

- Dziękuję – powiedział niewyraźnie, po czym zamierzał ponownie usiąść przy swoim modelu.

             - Chwileczkę – Falk przytrzymał go za rękę. – Nie chcesz zobaczyć, co to jest?

             - Ja wiem co to jest – odrzekł Tom dobitnie i wyszarpnął się ojcu z widoczną odrazą.

             - Tak? – Falk poczuł, że narasta w nim gniew. – Co?

             - Plany statku.

             - A jakiego statku?

             - ”Tytano”.

             - ”Tytano”? – roześmiał się Falk nerwowo. – To mi dopiero mądrala. A figa z makiem. Mylisz się mój drogi, genialny modelarzu.

            

Chłopak zerwał się na równe nogi i wlepiwszy w ojca zdumione spojrzenie, prawie krzyknął:

             - Jak to?

             - A tak to! – Falk już wrzał, już panował nad sobą resztką woli. – Zobacz sam.

            

Tom jak szalony ruszył ku książkom, porwał odłożony przed chwilą tubus, zsunął z niego błyskawicznie idiotyczną wstążkę i otworzył pokrywkę. Następnie wyjął arkusze i rozłożył pierwszy z nich. Gdy okazało się, że w pokoju jest za ciemno by dostrzec wszystkie szczegóły dokumentacji, podskoczył szybko do okna i zręcznie odsunął zasłony. Ojciec przyglądał mu się zdumiony, gdyż nigdy nie widział u syna takiej aktywności, a zwłaszcza takiej skuteczności i precyzji ruchów. Westchnął tylko i podszedł bliżej rozłożonej kalki.

            

Arkusz przedstawiał rzut rufowy, zwymiarowany przekrój tylny statku z uwydatnioną częścią napędową i usytuowaniem poziomów. Zaznaczone tu były wręgi główne, wzmocnienia środkowe i miejsca mocowania podpór stoczniowych. Całość wykonana bardzo starannie różnokolorowymi tuszami, jednym słowem rzetelny, profesjonalny dokument. Jednak to interesowało chłopca mniej. Całkowicie zaskoczony wpatrywał się w prawy, dolny róg kartonu, gdzie znajdowała się ramka znamionowa rysunku z danymi ewidencyjnymi, nazwiskami projektantów, kreślarzy, sprawdzających, datami, itp.. Była tam też jasna, wyraźna informacja o tym, co rysunek przedstawia – i tu nie mogło być żadnych wątpliwości. Rysunek był fragmentem dokumentacji złożeniowej statku pasażerskiego o nazwie „Titanic”, budowanego w stoczni Harland & Wolf w Belfaście.

             

- No i znalazłeś coś ciekawego w tym pięknym planie? – spytał po chwili Falk, któremu już przeszła złość na syna. – Przyda ci się do twojego nowego modelu?

              - Oczywiście – potaknął Tom skwapliwie.

              - To zobacz następne.

             

Tom zwinął górny rysunek i rozłożył drugi.

             

Tu był przedstawiony widok górny ładowni, z oznaczeniem poszczególnych komór, położeniem luków wyładowczych oraz wartościami dopuszczalnych obciążeń. Dodatkowo część dziobowa pokładu trzeciej klasy z numeracją kabin i wszystkimi potrzebnymi wymiarami oraz spisem wyposażeniowym. Ten arkusz był już mniej interesujący. Chłopiec zwinął go także i schował do tubusa. Na stole pozostał arkusz trzeci, ostatni. Rozwinął go niezwłocznie i… aż jęknął z rozpaczy.

             

Był to piękny rzut boczny, przekrój i jednocześnie widok prawej burty z pokładami, poziomami, maszynownią, ładowniami, kotłownią. Niebieska, pozioma kreska oznaczała linię wody. Powyżej pokłady górne, podział na klasy, uwidoczniony basen, sala gimnastyczna, restauracja i oczywiście mostek. Nad tym wszystkim, nad całym tym szczegółowo rozrysowanym wyposażeniem technicznym, górowały dwa pochyłe, stalowe maszty – dziobowy i rufowy, oraz trzy potężne, nachylone ku rufie kominy.

             

- Trzy… trzy kominy? – wykrztusił Tom, spojrzał na ojca jakby ten był wszystkiemu winien, po czym nieoczekiwanie… zemdlał. Osunął się łagodnie na dywan i leżał teraz na wznak nieruchomy i blady jak kreda. Falk przestraszył się nie na żarty i nie wiedząc co robić, wybiegł na korytarz krzycząc co sił: - Jason, Kathy, Jason, Kathy! – a po sekundzie, przypomniawszy sobie o doktorze: - Harry, Harry!

             

Pierwsza, prawie natychmiast, zjawiła się Kathy, jak gdyby stała tuż za załomem korytarza. Wpadła do pokoju Toma i zobaczywszy leżącego chłopca, ominęła go bez chwili namysłu i otworzyła na oścież okno. Następnie podeszła do niego i krótko, stanowczo powiedziała: - Wstań!

             

I zanim nadbiegł ktokolwiek następny, Tom ocknął się, popatrzył uważnie wokół, po czym sam, o własnych siłach, podniósł się z podłogi, otrzepał kurz z ubrania i usiadł na krześle. Jakby zupełnie nic się nie stało. W tejże chwili do pokoju przybiegł doktor, za nim Jason, a po chwili Helena z rozpuszczonymi włosami i zaspany koniuszy Landon. Wszyscy domownicy, prócz dzieci Hulceów, które pewnie jak zwykle przebywały gdzieś poza domem. Doktor Finn rozejrzał się i napotkawszy wystraszony wzrok Falka popatrzył uważnie na chłopca.

             

- Co ci się stało? – zapytał.

              - Nic – odburknął Tom. – Zemdlałem.

              - Wiesz może dlaczego?

              - Nie.

              - Zobaczył ten rysunek – Falk wskazał na leżący na stole arkusz. – Wykrzyknął „trzy kominy” i zemdlał. Zbadaj go Harry, bo coś z nim nie tak.

              - Trzy kominy? – podchwyciła Kathy. – Co to znaczy Tom?

              - Nic.

              - Dobrze, dobrze – doktor przejął dowodzenie. – Wyjdźcie stąd wszyscy prócz…. Jasona. Muszę Toma zbadać.

-----------------------------------------------

             Najwcześniej rzecz jasna wstali Kathy i Jason. Mieli tyle pracy, tyle przygotowań, że prawdę mówiąc nie powinni się kłaść w ogóle. Jason z ubraniami Falka, z obuwiem, z bagażami, a Kathy z prowiantem, przekąskami na drogę i napojami. To przecież cała, uciążliwa wyprawa. Koleje brytyjskie wprawdzie nie zawodzą, także, gdy idzie o świetne wyżywienie w wagonie restauracyjnym, lecz zawsze lepiej być przygotowanym na wszystko. Jakby nie było, to trzynaście godzin jazdy do samego Southampton. Przesiadka w Londynie tylko sprawę utrudnia. Gdyby to jechał sam pan Falk, to nie byłoby tego całego zamieszania. Nigdy nie dbał o własne wygody, zawsze w podróży radził sobie okazjonalnie i w każdej sytuacji. Teraz jednak zabiera z sobą oficjalną narzeczoną, a jako człowiek poważny, odpowiedzialny, musi o nią dbać, musi przewidywać każdą możliwą uciążliwość, musi być przezorny od każdej strony. Z tego też powodu będą podróżować wagonem sypialnym, choć on sam nigdy jakoś nie był w stanie usnąć podczas podróży. Nawet nocą.

            

Postanowiono wspólnie, że doktor pojedzie z narzeczonymi aż do Newcastle, tam się z nimi pożegna, a w tej niewdzięcznej roli przyzwoitki zastąpi go starsza pani Trebor, która będzie następnie podróżowała z obojgiem do samego Londynu, a następnie, już 10 kwietnia, specjalnym pociągiem organizowanym przez towarzystwo żeglugowe White Star Line, do portu w Southampton. Tam też zostawią ją pod opieką wuja Heleny zamieszkującego szczęśliwie na stałe w Enfield, po czym wejdą wreszcie na pokład „Titanica”, by już tylko we dwoje, w oddzielnych ma się rozumieć kabinach, płynąć spokojnie do Nowego Jorku. Plan dość skomplikowany, ale nakreślony głównie przez Helenę, bardzo przywiązaną przecież do tradycyjnych form, do obowiązujących konwenansów. Stosowna wymiana telegramów już się dawno odbyła – teraz tylko pozostało przygotowywać się do popołudniowego wyjazdu.

            

Podnieconego tą wyprawą Falka, czekała jeszcze rozmowa z pozostającym w domu synem i Hulceami oraz McDanielem, zarządcą fabryki, pozostawionej mu pod wyłączną opieką na dwa miesiące. Spodziewał się wrócić z dobrymi wiadomościami i najpóźniej w czerwcu, no, może w lipcu, zacząć wreszcie przebudowywać, unowocześniać firmę. Przy okazji zaniedbany przez tyle lat dom. Cieszył się na te zmiany jak dziecko, choć wydatki, jakie go w związku z tym czekają, pochłoną znaczną część majątku. Cóż, nowoczesność kosztuje.

            

Zaraz po południu zaprosił przyjaciół i domowników do pożegnalnego obiadu w stołowym. Gdy zjedli wreszcie główne danie, gdy Jason i Kathy mogli wreszcie chwilę odetchnąć, Falk poprosił ich także by usiedli przy ogromnym, wspólnym stole. Byli też Jack, Steven i Alice, wystrojeni na tę okazję jak nigdy. Gospodarz, Falk, miał zamiar powiedzieć parę słów.

 

             - Kochani – zaczął i popatrzył serdecznie po wpatrujących się w niego obecnych. – Wyruszam dzisiaj z panną Heleną, moją narzeczoną, w długą podróż do Ameryki. Jak wiecie, mamy tam zamiar wziąć ślub, załatwić wszelkie niezbędne dostawy urządzeń i powrócić szczęśliwie w czerwcu, by… zacząć wreszcie przebudowywać całe to zaniedbane gospodarstwo.

             - Nie przesadzaj James – przerwał doktor. – Gospodarstwo, a zwłaszcza fabryka, kwitnie przecież.

             - Zgadza się panie Finn – przyznał mu rację McDaniel, najlepiej przecież zorientowany w sprawach firmy. – A po niezbędnych modernizacjach będziemy jedną z najlepszych wytwórni w królestwie.

             - Niemniej – kontynuował uradowany tą podniosłą chwilą Falk – poczyniłem już jakiś czas temu znaczące kroki w tej sprawie, i teraz wypada zabierać się wreszcie do roboty. Będzie mi w tym pomagać Helena, moja przyszła żona, a z Bożą pomocą doprowadzimy całą tę okolicę do… rozkwitu.

             - Pięknie powiedziane – ponownie wyrwał się doktor i zaczął bić brawo.

            

Pozostali przyłączyli się do niego, a uszczęśliwiony Falk stał przy stole i zarumieniony, kłaniał się.

            

Panna Helena siedziała skromnie naprzeciw niego i patrzyła nań jak na uosobienie wszelkich cnót. Bo też i był wart takiego spojrzenia, takiej oceny. W ciągu ostatnich dni żyła jak w gorączce, przygotowywała się do podróży, do ślubu, do zmiany całego życia i nawet przez myśl jej nie przyszło, by zastanowić się choć przez chwilę nad tym czy robi słusznie, czy Falk jest właśnie tym jedynym, tym właściwym. Oczywiście był, jest. Bezdyskusyjnie, bezapelacyjnie. Nie mogła sobie wyobrazić, wymarzyć, lepszego narzeczonego, męża wreszcie. Kochała go od początku, a teraz, choć wydawało się to niemożliwe, jeszcze bardziej. Była szczęśliwa.

            

- Jeszcze kilka ważnych spraw – Falk przerwał owacje. – Ty Gregory – zwrócił się do McDaniela – wiesz co robić. Masz wszelkie do mnie kontakty, masz upoważnienie w banku, jesteś od dzisiaj… chwilowym właścicielem fabryki. Doktor Finn ma przez ten czas pieczę nad życiem i zdrowiem robotników oraz domowników.

             - Dam im wszystkim w kość – doktor popatrzył groźnie wokół, co wywołało ogólne rozbawienie. Nie śmiał się tylko Tom, ponuro patrzący w swój talerz. Nie jadł wiele, a przez cały ten czas obserwował obecnych spod przymrużonych powiek. Wyraźnie koncentrował swoją uwagę na ojcu i Helenie. Na Falku nie robiło to już żadnego wrażenia, jednak Helena była wyraźnie speszona złowieszczym spojrzeniem.

             - Jason i Kathy zarządzają domem – ciągnął Falk dalej, następnie sięgnął do kieszeni by wyjąć wielki, skórzany portfel. – Zostawiam wam… osiemset funtów na ten czas. Musi wam wystarczyć na wszystko.

             - To aż nadto sir – zdziwił się Jason.

             - Rozliczymy się co do pensa – przyrzekła Kathy szybko i patrząc krzywo na męża, odebrała od Falka plik banknotów.

             - Dobrze Kathy – Falk skinął głową. – Steven, Alice, chodźcie no tutaj – poprosił dzieci Hulceów, a gdy te podeszły nieśmiało, wręczył im po dziesięć funtów. Steven był już dorosłym chłopcem, więc skłonił się tylko i zaczerwieniony, odurzony wręcz tak dużą ilością pieniędzy odszedł na swoje miejsce. Natomiast uradowana Alice dygnęła wdzięcznie, po czym rzuciła się Falkowi na szyję by ucałować go szybko w policzek i uciec natychmiast do matki.

             - A to im się trafiło – skomentował doktor, ucieszony zachowaniem przyjaciela, a przede wszystkim dzieci, po czym sam wyjął portfel i wyciągnął z niego dwa banknoty funtowe. – Macie tu jeszcze po funcie i… też chcę tej samej nagrody co James.

            

Dzieci podeszły tym razem do Finna, by zachować się podobnie jak przed chwilą. Alice wyraźnie była bohaterką chwili a doktor, w pełni zadowolony, rozparł się w swoim krześle i patrzył wokół niczym kogut na swoje stadko. Niezadowolony był tylko Tom, zapomniany przez wszystkich, zwłaszcza przez ojca. Niespecjalnie mu już na tym zależało, jednak takie traktowanie Stevena i Alice sprawiało szczególną przykrość. Ach, jeszcze tylko kilka dni.

 

             - To jeszcze nie koniec Jason – zastrzegł Falk. – Gdy będziesz w miasteczku, rozpytasz o dwie solidne, uczciwe służące. Krótko przed powrotem zadzwonię do ciebie z Ameryki, a ty zatrudnisz je natychmiast. Niech się wprowadzą – przygotujecie im z Kathy pokój i wszystko co trzeba. Zapoznacie z obowiązkami.

             - Tak jest proszę pana.

             - I jeszcze słówko do Kathy – Falk chciał zostawić wszystko na te dwa miesiące w jak najlepszym porządku. – Zaopiekujesz się Tomem jak umiesz najlepiej, dobrze?

             - Oczywiście panie Falk – Kathy popatrzyła uważnie na Toma. – Niczego mu nie braknie.

             - A ty synu masz się słuchać pani Hulce i Jasona, rozumiesz?

             - Tak – odburknął Tom i spuścił wzrok.

             - W takim razie to wszystko – zakomunikował wreszcie ucieszony Falk. – Jack, czy powóz i konie gotowe?

             - Jaszna szprawa panie Falk – Jack Landon zerwał się z krzesła i wyprężył jak struna. Nie był przyzwyczajony do takich uroczystości, zupełnie nie wiedział jak się zachować przy wytwornie zastawionym stole, nie umiał też posługiwać się sztućcami tak swobodnie jak pozostali. Czekał więc w napięciu aż się to wszystko skończy, aż wreszcie pan Falk zwróci się do niego, aż wreszcie złapie za lejce i usiądzie na swoim miejscu woźnicy.

             - A nie rozbijesz nas w drodze do Aberdeen? – spytał doktor przekornie. – Dojedziemy szczęśliwie na dworzec?

             - Czo tesz pan – obruszył się Jack. – Ja jestem… dobrym wożniczą.

            

Wszyscy odetchnęli z ulgą po tak stanowczym zapewnieniu.

---------------------------------------------------------

             Był pochmurny, deszczowy wieczór. Za oknem, mimo początku kwietnia, siąpiło już drugi dzień, a przenikliwie zimny wiatr od morza powodował, że nikomu nie chciało się wyjść z domu. Nawet tak ruchliwa i energiczna Kathy, która zawsze miała coś do załatwienia na zewnątrz, nie wyściubiła dziś nosa poza kuchnię. Jason zajął się jakimiś naprawami i co rusz dawał o sobie znać stukaniem, szuraniem, czy piłowaniem. Ich dzieci czytały przy świecach nakazane przez Helenę lektury, a Jack spał zapewne w stajni, zakopany gdzieś w siano. Tylko Tom pracował jak opętany, tylko on liczył w duchu każdą minutę. Nie miał zbyt wiele czasu, a do ukończenia modelu jeszcze tak daleko. Klej kupiony w Peterhead okazał się niedobry, i choć trzymał znakomicie, to jednak wysychał stanowczo za długo, co przedłużało całą pracę i denerwowało go dodatkowo. Miał też problem ze śrubami, które obracały się zbyt ciężko. Nie żeby miało to jakieś znaczenie dla pływalności statku czy jego prędkości – w końcu i tak model nie miał silników – jednak Tom był perfekcjonistą w tym co robił i nie znosił niedoróbek.

            

Najgorsze jednak było to, że nie bardzo miał gdzie model uruchomić. W domu nie było wystarczająco dużej wanny, a przecież statek musiał mieć pewną swobodę, musiał choć przez chwilę płynąć, by mógł zadziałać należycie. Być może przyjął złą skalę – jeden do dwustu – co dawało całkowitą długość statku prawie 53 cale (1,345m – przyp. autora), lecz właśnie im mniejsza skala i im mniej szczegółowe, precyzyjne wykonanie, tym gorsze działanie. Nie będzie już tego zmieniał, w obawie przed niepowodzeniem. Trudno – całą rzecz przeprowadzi na stawie. Może się i nawet przeziębi, może odchoruje tę inscenizację, ale niech tam. Nic przecież nie ma za darmo.

            

Tom nie rozumiał zjawiska. Nie miało to rzecz jasna żadnego na nie wpływu, jednak powodowało znaczny dyskomfort pracy. Co innego dosiąść konia i z mniejszym czy większym wysiłkiem dobrnąć nim nawet jakoś do celu, a co innego czuć go, rozumieć każde jego drgnięcie, każdy ruch, i powodując nim precyzyjnie, dotrzeć do mety – lecz w jakimż stylu, przy jak minimalnym wysiłku, z jakąż swobodą. Mimo swoich zaledwie trzynastu lat rozumiał doskonale tę różnicę i miał nadzieję osiągnąć kiedyś satysfakcjonującą go wiedzę.

            

Kathy była inna. Ona przede wszystkim czuła. Mogła być doradcą, ba, czasem nawet niezwykle przydatną nauczycielką, ale zawsze koniec końców wychodziła z niej kobieta. Którą przecież jako żywo była. Lecz jako umysł ścisły, analityczny, matematyczny, kompletnie zawodziła. W tej swojej babskiej naturze bardzo była podobna do mamy – obie nie znosiły szczegółów, precyzji. Niekiedy jednak dzięki takiemu właśnie podejściu, dzięki uruchamianiu raczej serca niż umysłu, mogła dotrzeć znacznie dalej niż on, mogła dysponować znacznie większą, skuteczniejszą mocą. Cóż z tego, kiedy bardzo szybko dekoncentrowała się, rozpraszała, a jej w miarę jeszcze czytelne wizje czy solidniej skupiona energia rozmywały się w narastający chaos. Nie, tu potrzebna jest stanowcza, skoncentrowana rzetelność. I uparta, pracowita konsekwencja.

            

Nagle poczuł, że ktoś stoi za drzwiami, i nim zapukał, wiedział już, że to Kathy. Zastukała dwa razy, po czym nie usłyszawszy odpowiedzi weszła.

            

- Pomóc ci? – spytała.

             - Nie.

             - A trzy kominy?

             - Już dawno załatwione.

             - Tak? – zdziwiła się. – Szybko się uczysz.

            

Jeszcze kilka tygodni temu miała nadzieję, że problem kominów uniemożliwi realizację całego tego przedsięwzięcia. Dlatego po pamiętnym omdleniu Toma, nie wspomniała o tym ani słowa, nie podejmowała kwestii. Teraz jednak patrząc na prawie skończony model potężnego transatlantyka z czterema pochyłymi rurami, musiała o to zapytać. No i teraz wie, niestety. Przecież nie zadawałby sobie tyle trudu konstruktorskiego nie załatwiwszy tak poważnego problemu. No, no, on się naprawdę staje groźny. Mniejsza już o jego ojca i Helenę – tu od dawna nie można nic poradzić, ale inni? Musi to sprawdzić jeszcze raz.

            

- Dobrze Tom, rób swoje – powiedziała obojętnie. – Gdybyś mnie potrzebował, będę gdzieś w domu.

            

Nie zareagował zupełnie, gdyż właśnie ostrożnie mocował kolejny niciany odciąg masztu przedniego. Chociaż nie tylko dlatego. Wyszła więc i delikatnie zamknęła drzwi.

            

W korytarzu, ze względu na ciemne, deszczowe niebo, było ciemniej niż zazwyczaj. Jedyne, maleńkie okno nie dawało wystarczającej ilości światła. Zeszła wolno po schodach i sprawdziła co robi Jason, zajęty od rana przygotowywaniem drzwi i okien do wiosennej konserwacji. Z powodu chłodu, na razie od strony wewnętrznej. Głupia, niepotrzebna w tej sytuacji robota. Lecz przecież nie powie mu o tym.

            

Weszła do salonu i rozejrzała się. To tu, jeszcze dwa dni temu, żegnali się serdecznie z opuszczającym dom gospodarzem, z jego młodą, w gruncie rzeczy wystraszoną narzeczoną. Teraz okna pozamykane, zasłony zaciągnięte, meble ponakrywane. Przygnębiający widok.

            

Usiadła na krześle przy dużym stole i podparła głowę obiema rękoma. Nie mogła sobie darować tego, że przeoczyła moment, gdy Tom z zafascynowanego drugim światem dyletanta, stał się jego cynicznym, groźnym dla otoczenia eksploatatorem, prostacko traktującym oferowane przezeń możliwości jako zwykłe umiejętności, narzędzia. A właściwie to spostrzegła to dość wyraźnie, lecz zlekceważyła zupełnie, nie sądząc, by mały chłopak był zdolny do takiej nad sobą pracy, do takiego rozwoju. Ona sama budowała posiadaną teraz wiedzę przez długie, długie lata, a i to w oparciu o przekazy, nauki rodzinne własnej babki i matki. To przecież ogrom szczegółów, wiadomości, z których trzeba korzystać ostrożnie, z rozwagą. Chociaż, jeżeli skupić się na jednym wybranym zagadnieniu, na jednym wyraźnym celu? Zmarła matka chłopca, błąkająca się jeszcze z jakiegoś powodu na tym świecie, pomagała mu co prawda bardzo, a dzięki także silnej osobowości, może to robić nawet do dzisiaj. Skąd u niej tyle nienawiści, tak bezwzględnie, systematycznie przelewanej w Toma? Może faktycznie Falk ma na sumieniu coś strasznego? Dawno już postanowiła nie wtrącać się do ich porachunków, ale co innego sprawy rodzinne, a co innego niepotrzebne ofiary.

            

Poczuła nadchodzącą nareszcie wizję i całkiem już opuściła głowę na twardy stół. Zwiotczałe nagle ręce ułożyły się bezwładnie na blacie, a całe ciało oparło o jego zaokrągloną krawędź. Powoli zaczął się rysować straszliwy obraz.

            

Jest zimna, bezksiężycowa noc. Na bezchmurnym niebie miliardy jasnych gwiazd, miliardy wspaniałych, nieznanych światów. Po gładkim jak lustro oceanie płynie spokojnie ogromny, rozświetlony setkami świateł Goliat, nieubłaganie zdążając ku zagładzie. Jest emanacją ludzkiej pychy, zarozumiałości i głupoty, ludzkiego, naiwnego, skrajnie uproszczonego sądu o nieskończenie przecież skomplikowanej rzeczywistości. W jego wnętrzu mrowie nieświadomych niczego ludzi – śpiących, bawiących się, marzących, kochających po swojemu. W oddali czeka cicha i podstępna, martwa, bezduszna masa – góra lodowa, ta zwyrodniała w swej strukturze woda, to kolejne, także groźne oblicze wszechogarniającego żywiołu. Żywioł jest ciągle nienasycony i od dawna przygotowany na następną, solidną porcję. Nikt już tego nie odwróci, to się już stało zanim się wypełniło.

 

Następuje ledwie uchwytna, ledwie zauważalna kolizja. Stalowy, raniony precyzyjnie kolos jęczy, charczy, wreszcie zdziwiony swą słabością zatrzymuje się zrezygnowany. Przegrał i pogodzony z przeznaczeniem stara się zachowywać godnie. Niezwykle wolno, dostojnie, pogrąża się dziobem w otwierającą się stopniowo pod nim przepaść. Setki ludzi miotają się w panice, większość ginie w lodowatej obojętności. Statek przechyla się jeszcze bardziej, wreszcie z potwornym trzaskiem pęka w połowie, i teraz, już całkowicie pohańbiony, znika szybko w żarłocznej otchłani. Wszystko odbywa się w ciszy, jak na uważnie, w skupieniu obserwowanej scenie teatralnej, której widzami są te miliardy dalekich gwiazd. To właśnie dla nich rozgrywa się przedstawienie, to one śledzą z oddali dalsze losy pozostających w wodzie rozbitków. Jeszcze jeden fragmencik przygotowanego wcześniej scenariusza wypełnia się konsekwentnie, nieuchronnie. Oklasków jak zwykle nie słychać, choć świetna, sumienna orkiestra dała z siebie ile mogła.

 

Ocknęła się przerażona, czując w całym ciele straszliwy chłód. Wstała gwałtownie z krzesła i poczęła rozcierać zziębnięte do cna, skostniałe stopy. Niestety, kolejne widzenie potwierdza tę nieodwracalność, mający się niebawem dopełnić smutny los największego statku świata. A Tom, z jego nienawiścią, z jego starannymi przygotowaniami, z jego szaleństwem, jest tu tylko niewiele znaczącym narzędziem, trybikiem, załatwiającym przy okazji swoje mizerne sprawy. Całkowicie przybita wróciła do kuchni, do swoich zajęć. Dla pewności jednak, dla ostatecznego spokoju sumienia, poświęci kilkanaście funtów oszczędności i zadepeszuje jednak do Falka z ostatnim być może ostrzeżeniem. Już tylko jego sprawą będzie, co on z tym zrobi.

-----------------------------------------------

             Rzeczywiście był ogromny i… piękny. W pełnym świetle dnia prezentował się dostojnie, wspaniale. Stalowy, świeżo umalowany kolos, pachnący farbami i nowością, bezsprzecznie mógł być uznawany za ósmy cud świata. Grube cumy unieruchamiały go, a sterczące gdzieś wysoko potężne kominy strzelały w niebo, jakby wyzywając je do pojedynku. Z trzech prawdziwych dymiło się już solidnie, znak, że kotły są pod parą, że cały ten ogrom w każdej chwili gotów jest odpłynąć. Wokół, na całym nabrzeżu, kłębiły się tysiące ludzi – ciekawskich, odprowadzających, reporterów i dziennikarzy, służących, wreszcie pracowników portu i marynarzy. Tumult był niesamowity, powiększany przez przeróżnej narodowości emigrantów, nierzadko z całymi rodzinami, z dziećmi, pragnących jak najszybciej dostać się na ów szeroko opisywany, powszechnie uwielbiany cud techniki morskiej. Na tę wymarzoną, współczesną Arkę, która wreszcie dowiezie ich do Ameryki, do kraju, w którym jak ręką odjął, miną wszelkie dotychczasowe kłopoty, w którym przyjdzie im żyć od nowa.

            

Podnieceni, zaciekawieni Falk i Helena, trzymając się za ręce, wędrowali za młodym stewardem, prowadzeni przez niego do wyznaczonych kajut labiryntem wąskich korytarzy. Za nimi postępowało trzech bagażowych, taszczących ich ciężkie walizy i kufry. Nie mieli tego chyba zbyt wiele, bo przecież co i rusz widzieli podobnie instalujących się, bogatszych zapewne pasażerów, prowadzących za sobą całe karawany tragarzy, obarczonych znacznie obficiej, czasem ponad miarę. Mimo ogólnego nastroju podniecenia, mimo pozornego chaosu, nie widziało się bieganiny, nerwowości, niepotrzebnych kłótni. Cóż, pewnie specyfika pierwszej klasy, pokładu i kabin dla elity, dla tych niewielu. Poniżej, na pokładach tańszych, w gorszych klasach, wyglądało to pewnie inaczej – barwniej, głośniej i przede wszystkim skromniej. Jednak para narzeczonych nie myślała o tym, mając i tak wystarczająco dużo wrażeń.

            

Zainstalowali się wreszcie w dwóch sąsiednich, trzyczęściowych kabinach. Każda składała się z pomieszczenia głównego – jakby małego, gustownie urządzonego salonu z dwoma małymi, prostokątnymi oknami okrętowymi, małej sypialni będącej także garderobą z wszystkimi niezbędnymi szafami i schowkami, oraz części sanitarnej – łazienki i przygotowalni. Wszystkie pomieszczenia świetnie wyposażone i wykończone gustownie, także Falkowymi wyrobami, a co najważniejsze, zaopatrzone w oświetlenie elektryczne – białe i jasne, uruchamiane bez żadnego wysiłku na każde życzenie. Pełen komfort i nowoczesność. Falk był zachwycony.

            

Rozdzielili się z Heleną na chwilę i umówili dopiero za pół godziny. Każde musiało się troszkę ogarnąć i przygotować przed koniecznym wyjściem na pokład, gdy będą żegnać odprowadzające ich tłumy, gdy będą odpływać. Falk obawiał się tylko, iż z powodu ogromu statku, jego wysokości, nie zdoła rozpoznać wśród mrowia ludzi starszej pani i wuja Heleny, czekających cierpliwie gdzieś na nabrzeżu na uroczysty moment. Ach – nieważne w końcu. Pożegnali się przecież serdecznie już przed wejściem na trap.

            

Z rozpakowaniem ubrań, z przebraniem się i odświeżeniem poradził sobie doskonale sam – nie miał służącego i nie prosił o to. Helenę jednak zmusił, by skorzystała z obsługi okrętowej, by pomagała jej we wszystkim uczynna stewardessa – młoda, irlandzka dziewczyna, zatrudniona na statku jako fachowa opiekunka w takich razach. Tak więc, zanim rozległ się drugi dzwonek informujący o rychłym podniesieniu cum, stali oboje z Heleną na pokładzie widokowym wystrojeni, pachnący, uradowani, i wychylając się ostrożnie poza balustradę z setkami im podobnych, wypatrywali intensywnie starszej pani.

            

Niestety. Tam w dole, na nabrzeżu, nie widać było nawet jednej stopy gruntu, jednego wolnego kawałka ziemi. Jak okiem sięgnąć, cały teren zajęty był przez tysiące wiwatujących ludzi z zadartymi głowami, wymachujących rękami, podrzucających kapelusze. Ludzie byli wszędzie, w każdym oknie budynków portowych, na dachach, na słupach, na konstrukcjach i urządzeniach. Wszyscy chcieli oglądać ten podniosły, historyczny moment. Samochody trąbiły, ludzie krzyczeli, dzwonki portowe co i rusz wprawiane były w ruch. Hałas był niesamowity, a rozpoznanie w tej masie kogokolwiek nierealne.

            

Nareszcie zabrzmiały basowo potężne syreny „Titanica”. Odczepiono cumy, wciągnięto trapy, podniesiono kotwice i stalowa potęga drgnęła. Powoli, cal po calu, kolos począł odsuwać się od nabrzeża. Ludzie w dole uspokoili się i nagle zaległa podniosła cisza, w której słychać było tylko rytmiczne terkotanie silników parowych dwóch holowników, wyprowadzających to pływające miasto na szerokie wody. Dopiero, gdy przestrzeń wodna pomiędzy nabrzeżem a burtą statku wzrosła do kilkudziesięciu stóp, wiwaty wybuchły z nową siłą. Jednak w miarę odpływania cichły coraz bardziej z powodu wzrastającej odległości, by wreszcie zaniknąć zupełnie. Tylko niektórzy z pasażerów, zaopatrzeni przezornie w lornetki, mogli jeszcze obserwować pojedynczych żegnających, być może rodziny – pozostali widzieli już tylko falujący na brzegu, kolorowy, bezimienny tłum. I wtedy, przez całą konstrukcję statku przeszedł jakby nerwowy impuls, podłoga pod stopami wyległych na pokład tłumów zadrżała wyraźnie. To uruchomiono maszyny, to poruszyły się trzy ogromne śruby napędowe kolosa, który nareszcie mógł zacząć płynąć o własnych siłach, mógł pokazać co potrafi. Tym razem wiwatowano na statku – pasażerowie bili brawo, ściskali sobie ręce, obejmowali się. Niepotrzebne już holowniki wracały do portu.

            

- Płyniemy wreszcie – powiedział uradowany Falk do Heleny trzymającej go pod rękę. – Za kilka godzin będziemy na pełnym morzu.

             - Tak James – uśmiechnęła się smutno.

             - Daj spokój Heleno – zaprotestował. – To całkowicie niepoważne obawy. Ten statek jest niezatapialny. Rozmawiałem wiele razy na ten temat z panem Andrews, głównym konstruktorem.

             - Ale rysunek, James – przypomniała ściskając go za rękę.

             - Ach, to tylko przypadkowa zbieżność wyobrażeń Toma z rzeczywistością – ton Falka był przekonująco lekceważący. – W dodatku nie całkiem dokładna, jak sama widziałaś. Takie rzeczy zdarzają się co i rusz. Naczytał się chłopak gazet, doniesień i relacji ze stoczni, to i rysuje co chce. Nie przejmuj się Heleno, przed nami Ameryka i… ślub.

             - Masz rację James – uspokoiła się zupełnie. – Przejdźmy się więc trochę, obejrzyjmy statek i pasażerów.

             - To chętnie – zgodził się natychmiast, i po chwili wędrowali oboje dostojnie po pokładzie spacerowym, rozglądając się uważnie, przyglądając wszystkim i wszystkiemu.

            

Nie wyróżniali się niczym. Falk, jak większość mężczyzn, ubrany był w ciemny, świetnie skrojony garnitur z atłasową kamizelką, nałożoną na śnieżnobiałą koszulę jedwabną z sztywnym kołnierzykiem. Czarne, błyszczące lakierki były tu całkowicie na miejscu. Srebrne spinki i widoczny, także srebrny łańcuszek zegarka w kamizelce, dopełniały obrazu eleganckiego, poważnego i co tu dużo mówić, przystojnego biznesmena w sile wieku. Czarna, starannie przystrzyżona broda i wąsy, podkreślały tylko jego solidny wygląd, a świetnie pasujący do całości kapelusz, odmładzał nieco. Pod rękę prowadził śliczną, młodą kobietę w długiej kremowej sukni z długimi rękawami i białych, delikatnych pantofelkach na średnim obcasie. Jej kapelusik, ułożony starannie na jasnych włosach upiętych tak, że odsłaniały kształtne uszy, nie był zbyt ekstrawagancki – ledwie tylko przystrojony dwiema stylizowanymi różami. Nie rozglądała się zbyt demonstracyjnie, stąpała delikatnie i lekko. Kobieta dobrze wychowana, z klasą. Oboje sprawiali miłe wrażenie i wcale nie wyglądali na zakochaną parę, a raczej na dwoje przyjaciół lub dobrych znajomych.

            

Wokół spacerowało mnóstwo podobnie ubranych osób, także z dziećmi. Wszyscy, jak Helena i Falk, rozglądali się uważnie, przyglądali przechodzącym i urządzeniom statku. Pod stalowymi, pomalowanymi na biało wysięgnikami, przymocowane były wielkie, drewniane szalupy, przykryte grubym płótnem żaglowym. Przewieszone za poręcze balustrady, przytwierdzone solidnymi linami, czekały na swój czas, który zapewne nigdy nie nadejdzie. Całość wyposażenia robiła imponujące wrażenie, a rozmiary i solidność wszelkich konstrukcji mogły uspokoić każdego malkontenta.

            

- O, pan Falk! Dzień dobry – usłyszeli nagle i zdziwieni odwrócili się gwałtownie do witających.

            

Stało przed nimi dwóch eleganckich mężczyzn – jeden starszy, wysoki, w cylindrze, drugi młodszy, około czterdziestki, bez nakrycia głowy, z gładko wygolonym, ujmującym obliczem.

            

- Lord Ismay i pan Andrews – uśmiechnął się Falk. – Witam panów i… przedstawiam moją narzeczoną, pannę Helenę Trebor.

             - Bruce Ismay, armator tego statku – przedstawił się starszy, zdejmując cylinder.

             - Thomas Andrews, konstruktor tegoż – skłonił się młodszy z panów.

             - Helena Trebor – odrzekła uprzejmie, acz krótko Helena i lekko wystraszona tak znamienitymi znajomymi Falka, ścisnęła go mocniej za rękę.

            

Ceremonii prezentacji stało się zadość.

            

- I cóż, jak pan, nasz znakomity dostawca, znajduje ów wspaniały statek? – spytał lord Ismay.

             - Niezrównany, niezrównany – Falk był pełen podziwu. – Jeśli ludzkość zdolna jest do wytworzenia tak imponujących i pięknych konstrukcji – tu skłonił się do pana Andrews – to zastanawiam się poważnie cóż lepszego może nam oferować… raj.

             - Świetnie powiedziane – podchwycił Ismay. – Świetnie powiedziane.

             - A co pani o tym sądzi? – Andrews zwrócił się do Heleny.

             - Cóż, nie znam się na technice, lecz mówiąc prawdę… podoba mi się. Tak tu przyjemnie, czysto i… chyba bezpiecznie.

             - Przede wszystkim bezpiecznie – Ismay był całkowicie zadowolony z wyrażonej właśnie opinii. – Gwarantuję pani młoda damo, że dopłyniecie państwo do Ameryki nim się spostrzeżecie. Przy okazji miło spędzając czas.

             - Dziękuję za to zapewnienie – tym razem to Helena skłoniła się skromnie lordowi.

             - A propos przyjemności – Ismay był człowiekiem wytwornym. – Zapraszam państwa na kolację przy naszym stole.

             - Naszym? – Falk nie wiedział o co chodzi.

             - Tak. Stół dowództwa statku. Będzie kapitan Smith, pan Andrews, ja i kilku znakomitych dżentelmenów ze swoimi paniami.

             - Prosimy bardzo – zachęcił Andrews ze swej strony.

             - Ależ chętnie – uśmiechnął się Falk serdecznie, i naraz przypomniał sobie o czymś. – Panie Andrews, jeszcze słówko.

             - Tak?

             - Cóż to za historia z czwartym kominem? O ile pamiętam rysunki które był pan mi łaskaw podarować, są tam trzy kominy?

             - Rzeczywiście to dziwna sprawa – konstruktor potarł czoło w zamyśleniu. – Cała instalacja kotłowni wymaga tylko trzech wyciągów i tak to jest wykonane. Jednak któregoś dnia doszliśmy do wniosku, że statek z niesymetrycznie ułożonymi trzema kominami wygląda… niezgrabnie, więc szybko dorobiliśmy czwarty i umieściliśmy go najbliżej rufy – za trzecim. On jest sztuczny, panie Falk i służy głównie dla… ozdoby. Proszę spojrzeć, że nie wylatuje z niego dym.

             - Ach tak – zdziwił się Falk i zadarł głowę.

            

Andrews miał rację. Z trzech pierwszych kominów waliły w niebo kłęby czarnego dymu, natomiast z czwartego nie – jakby był nieczynny. Falk odwrócił się z powrotem i napotkał wystraszone spojrzenie Heleny.

            

- Dziękuję za wyjaśnienia i za… zaproszenie – podziękował z uśmiechem, po czym obaj zacni panowie skłonili się i odeszli, nie chcąc przeszkadzać znajomym swoim niewczesnym towarzystwem.

             - Mili ludzie, prawda Heleno? – zwrócił się do narzeczonej po chwili, gdy znów wędrowali spokojnie po pokładzie. Kwestii kominów nie chciał teraz roztrząsać, zresztą cóż tu można ustalić? Nie dziwił się jednak Helenie jej zaniepokojonego spojrzenia, jej obawie. Kobiety przecież zawsze są bardziej egzaltowane, bardziej wrażliwe na przeróżne, choćby zupełnie niestworzone hipotezy.

             - Owszem James. Jednak pan Andrews wydał mi się czymś zasmucony, zatroskany.

             - Naprawdę? – zdziwił się. – Nie zauważyłem.

              - Może mi się zdawało – Helena nie była pewna swego, a ponieważ zrobiło się chłodno, przysunęła się bliżej do Falka. Ogromny statek rozpędzał się coraz bardziej i prując dziobem niechętnie ulegające mu morze, zapuszczał się w nie dalej i dalej, zostawiając bezpieczny port daleko za sobą.

-----------------------------------------------

             Wrócili wreszcie z Peterhead. Jason krzywił się na ten pośpiech, lecz przecież jak zwykle uległ Kathy. Poza tym nie lubił zrzędliwej żony brata, no ale mówi się trudno – rodzina, dzieci to rzecz najważniejsza. Jeśli jest taka potrzeba – w co zresztą, żyjąc z Kathy tyle lat, nie wątpił – to trzeba się naprawdę zatroszczyć o przyszłość. Jednym słowem spędzili w miasteczku, właśnie w domu Allena, aż pięć godzin. Allen Hulce jest rybakiem, właścicielem sporego kutra, więc żyje im się nieźle, a mimo to nie był zadowolony z propozycji Kathy. Trudno się zresztą dziwić – któż byłby zadowolony z awaryjnego przyjęcia pod swój dach całej rodziny, choćby własnego brata i choćby tylko na pół roku. W dodatku w związku z bardzo niejasnymi powodami. Na szczęście oni nie mają dzieci, więc i potencjalnych awantur mniej. W każdym razie zostawili Stevena i Alice u szwagrów.

            

Powodem całego zamieszania była Kathy – i jakby było tego mało, musiał z nią spędzić całą godzinę na poczcie, gdzie za ciężkie, wytrzaśnięte skądś pieniądze, załatwiała krótki telegram, a właściwie radiogram do pana Falka. Na statek, na „Titanica”. Nikt w miasteczku jeszcze takich rzeczy nie robił, więc cała obsługa poczty zbiegła się popatrzeć kto też zamawia tak ekstrawagancką i tak kosztowną usługę. Kathy zresztą nie kryła się z tym, ba, rozpowiadała wszystkim wkoło o co jej chodzi. Odczytała też głośno treść depeszy: - „Jeżeli chce pan przeżyć – stop. Proszę natychmiast opuścić statek razem z narzeczoną – stop. Titanic straszna katastrofa – stop. Kathy Hulce – stop”. Wszyscy pukali się w głowę, jednak pewna kobieta obecna na poczcie, przyznała, że ma od kilku dni ten sam straszny sen, sen w którym widzi dokładnie to o czym mówi depesza. Pozostawał jednak problem czy pan Falk zastosuje się do rady i jak wreszcie ma opuścić statek na pełnym morzu?

            

Jack zobaczył ich z daleka i wyszedł, by zająć się powozem oraz zmęczonym koniem.

            

- W porządku Jack? – spytała zaniepokojona Kathy.

             - Tak. Jeszt czały czas w szwoim pokoju – raportował okazjonalny nadzorca.

             - Dobrze. Teraz skończ z koniem i idź spać. My już dalej wszystkiego dopilnujemy.

            

Jackowi słowa sen, spać, nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zabrał więc szybko niepotrzebny już powóz i zniknął z koniem w stajni. Pewnie co najmniej do rana.

            

Weszli do siebie i przebrali się po domowemu. Kathy rozpaliła ogień pod kuchnią by przygotować jakąś kolację, a Jason obszedł wszystko i pozamykał dokładnie okiennice. Zbliżał się wieczór, a w całym sporym domu byli tylko oni i Tom, który dziś w południe skończył ostatecznie pracę nad modelem.

            

Jasonowi udzielił się ogromny niepokój żony i teraz, w zasadzie całkowicie już przekonany o słuszności jej obaw, patrzył na nią jak krząta się przy kuchni. Kosmyk czarnych włosów zsunął się jej na czoło, więc co i rusz niecierpliwym ruchem dłoni odgarniała go znad oczu. Była wyraźnie przestraszona i zdezorientowana. Rozumiał ją doskonale. Z jednej strony wewnętrzna pewność o upiornym, nie do końca określonym zagrożeniu ze strony Toma, z drugiej rzeczowy, sceptyczny stosunek pana Falka do tych spraw. Wyobrażał sobie jego reakcję, gdy po, daj Boże, szczęśliwym powrocie z Ameryki, dowie się o całej, rozgrywającej się tu aferze. Szczególnie po otrzymaniu tego idiotycznego radiogramu. W końcu kocha syna i dba o jego dobre imię oraz własne. A tu tymczasem już chyba pół miasteczka wrze jak w ulu, komentując, przewidując Bóg wie jakie niesamowitości mające się rozegrać w majątku Falków. Nieprzyjemna sprawa. Mimo wszystko jednak ufał Kathy i gotów był jej pomagać do końca. Przyznał jej także rację co do Stevena i Alice, oraz tak przezornego zabezpieczenia dalszego życia na łonie rodziny w miasteczku.

            

- Zjesz coś Hulce? – spytała.

             - Chętnie Kathy – zgodził się i nagle poczuł burczenie w pustym żołądku. Poza twardymi ciasteczkami u brata, nie jedli nic od samego rana. – Zawołam Jacka, pewnie też jest głodny.

             - Daj mu spokój – sprzeciwiła się. – On już pewnie śpi. Poza tym brakuje mi pół bochenka chleba i pęto kiełbasy.

            

Gdy kończyli jeść, usłyszeli rżenie konia. Ktoś podjechał pod dom. Jason zerwał się od stołu, jednak nie zdążył zrobić trzech kroków, gdy do kuchni wpadł zdyszany doktor Finn w rozpiętym surducie.

            

- Co się tu dzieje? – zakrzyknął od progu. – Co wy wyprawiacie?

             - Jak to? – zdziwił się Jason.

             - Co to za depesza do Jamesa? – usiadł zmęczony szybką jazdą.

             - Ach to? – Kathy przygotowywała się do trudnej rozmowy. – Uważam, że postąpiłam właściwie.

             - Właściwie? Co się stało?

             - Panie doktorze – mówiła powoli i nadzwyczaj wyraźnie, akcentując szczególnie początkowe sylaby. – Zna mnie pan i Jasona. Wie pan, że służymy w tym domu od lat i zależy nam na szczęściu pana Falka.

             - Wiem. Ale…

             - Wie pan też, że wielokrotnie miałam rację w podobnych razach, że wielokrotnie pomagałam panu Falkowi w ciężkich chwilach.

             - No tak.

             - Wie pan również, że Tom jest dziwny i nienawidzi ojca oraz pannę Helenę.

             - Owszem, lecz co to wszystko ma do rzeczy?

             - Słyszał pan też może o przeróżnych ostrzeżeniach tyczących się Tego rejsu, publikowanych nawet w gazetach?

             - To bzdury! – zakrzyknął doktor.

             - Naprawdę? – tym razem zaoponował Jason wspierając żonę. – A co ma pan do powiedzenia na temat pamiętnego załamania się kładki pod panną Heleną, a co pan powie o niewyjaśnionym upadku ze schodów pana Falka, a jak pan wytłumaczy nasze bóle głowy, wymioty, zranienia? I ubiegłoroczną wywrotkę w lesie?

             - A pożar w pociągu, którym wracał pan Falk z Newcastle? – dorzucała Kathy. A jednoczesne pęknięcie obu osi powozu wiozącego już narzeczonych i pana na dworzec? Proszę zobaczyć te jego wszystkie zużyte, celowo uszkodzone modele. I ostatni, największy, najbardziej precyzyjny.

             - Ależ to są zwykłe przypadki! – doktor już nie miał siły by się sprzeczać. – A poza tym, jeśli uważacie, że „Titanic” zatonie za sprawą tego chłopaka, to czemu nie ostrzegaliście wcześniej, zwłaszcza armatora, dyrekcję linii, innych pasażerów wreszcie? Teraz już nie można tak sobie wysiąść.

             - Ostrzegaliśmy, lecz pan Falk nie słuchał. – Kathy też się już uspokoiła. – A inni? Uważa pan, że ktokolwiek zwracałby uwagę na niejasne majaczenia jakiejś tam służącej? Czy mało jest podobnych przestróg w gazetach? I co, czy może odwołano rejs? Poza tym inni nas nie obchodzą.

             - I wysiąść można, choć to pewnie kosztuje – podsunął Jason. – Choćby na inny statek będący w pobliżu. Atlantyk od dawna nie jest już bezludną pustynią.

            

Zapadło milczenie. Doktor pocierał czoło w zamyśleniu, a Kathy wróciła do prac kuchennych.

            

- Czy Tom jest u siebie?

             - Tak – odrzekła lekko urażona doktorskim sprzeciwem. – I założę się, że nie śpi, tylko siedzi po ciemku przy miniaturze statku. Kombinuje skąd tu wziąć wystarczającą ilość wody.

             - Dobrze – doktor wstał. – Spróbuję z nim porozmawiać. Lecz myślę, że zrobiliście duży błąd, i że pan Falk, gdy wróci, da wam nieźle w kość. Od dwunastu lat mamy dwudziesty wiek, koleje żelazne, elektryczność, radio, promienie Roentgena, a wy tymczasem wygadujecie takie rzeczy. Wstyd.

             

Nic nie powiedzieli, tylko pokiwali smutno głowami. Doktor poszedł do Toma, a Jason zajął się jego koniem, stojącym samotnie na dworze od dłuższego czasu. Zrobiło się już całkiem ciemno, zwłaszcza, że od wschodu nadciągnęły ciężkie chmury, z których tylko patrzeć, zacznie padać.

            

Helena siedziała zamyślona w swojej kajucie i kolejny raz oglądała suknię ślubną, obstalowaną w Newcastle przez mamę, jeszcze przed ich podróżą. Nie przymierzała jej, lecz tylko rozłożyła na łóżku i podziwiała staranne wykończenie. James wędrował po statku w towarzystwie poznanego tu pana Tandy, także znaczącego dostawcy stoczniowego, jednak z branży oświetleniowej. To jego firma wykonała ten piękny żyrandol w Sali reprezentacyjnej, to jego firma dostarczyła wszystkich, tak misternie i z gustem zaprojektowanych lamp i kinkietów elektrycznych. Spacerowali pewnie po wszystkich interesujących zakamarkach kolosa, oprowadzani przez jednego z oficerów. Jej te wszystkie szczegóły techniczne nie interesowały, zresztą bolała ją ostatnio głowa i z jakiegoś powodu czuła się coraz bardziej przygnębiona. Niewykluczone, iż cierpiała na lekką chorobę morską. Nie znosiła też pełnych i gwarnych salonów, tych wdzięczących się, wystrojonych kobiet, ich bezmyślnej paplaniny. Może to kwestia przyzwyczajenia do dotychczasowego trybu życia – zawsze w ciszy i spokoju, zawsze w skromnym, przychylnym towarzystwie. James rozumiał to i nie nalegał wcale by chodziła z nim wszędzie. Sam oczywiście musiał się pokazywać, musiał nawiązywać kontakty, bo procentowało to później intratnymi zamówieniami.

            

Gdy oglądała śliczne białe rękawiczki ślubne, ktoś nagle zapukał energicznie do drzwi. Wstała przestraszona i wykrzyknęła prawie: - Proszę.

            

Wszedł, a właściwie wbiegł wzburzony James. W ręku trzymał białą kartkę i wyciągał ją ku Helenie.

            

- Dostarczono mi właśnie depeszę z Peterhed – oznajmił.

             - Jak to? – zdziwiła się niezmiernie. – Jesteśmy przecież na oceanie. Jakim…

             - Ach głuptasie – roześmiał się nerwowo. – Radio Heleno. Radio przecież i alfabet pana Morse’a.

             - No tak – zaczerwieniła się lekko. – Ale co się stało?

             - No właśnie nic. Czytaj – podał jej papier.

            

Helena odczytała dramatyczne ostrzeżenie Kathy i usiadła nie wiedząc co powiedzieć. Zgadzała się z nią częściowo gdy idzie o przeczucia, o Toma, lecz przecież nigdy nie odważyłaby się na tak stanowcze posunięcie, do wysłania depeszy. Podziwiała ją i zazdrościła zdecydowania. Kathy, mimo, iż była kobietą niewykształconą, rozumiała zapewne znacznie więcej niż pozostali, niż największe uznane autorytety.

            

- Rozumiem ją – odrzekła oddając mu formularz. – I muszę ci wyznać James, że też jestem pełna złych przeczuć. Zresztą wiesz o tym dobrze.

             - Ale depesza? – wymachiwał kartką. – Musiała na to wydać z pięć funtów. To taka oszczędna kobieta.

             - Tym bardziej powinieneś się nad tym zastanowić.

             - Nad czym? – nie zrozumiał.

             - Nad naszymi przeczuciami. Nad tym co pisały gazety, nad choćby tylko możliwością katastrofy. Jest też Tom i jego… dziwne zdolności, jego… uczucie do ciebie, do nas.

             - Ach Heleno – przyciągnął ją do siebie i ucałował w czoło. – Katastrofa tego statku, jego zatonięcie, są niemożliwe! To absolutnie wykluczone. A wszystkie te bajania, to niewczesne wymysły żądnych poczytności pismaków i pragnących posłuchu, egzaltowanych pań. To… bajdurzenie. Nie masz się czego obawiać, naprawdę.

            

Falk był bardzo przekonywujący i promieniował wprost pewnością siebie. Przytulił ją do siebie, co dodatkowo pozwalało czuć się nad wyraz bezpieczną. Helena jednak jakoś nie mogła do końca przemóc tych swoich obaw, swoich narastających przeczuć. W końcu nie tylko ona tak myślała.

            

- A czy… gdyby… – nie wiedziała jak zwerbalizować pytanie.

             - Co Heleno?

             - Gdybyśmy tak… chcieli… wysiąść?

             - Gdzie? Tu, na północnym Atlantyku? – zaśmiał się szczerze.

             - Nie można? – posmutniała jeszcze bardziej.

             - Cóż, teoretycznie można – próbował wyjaśnić na czym polega problem. – Trzeba by tylko nawiązać łączność radiową z jakimś najbliżej płynącym statkiem, pewnie jakimś dużym, cuchnącym poławiaczem wielorybów, uzasadnić jakoś manewr zbliżania lub zaoferować za to ogromną sumę, następnie spuścić szalupę i… przesiąść się. Po prostu.

             - A te tysiąc trzystu pasażerów? – spytała cicho. – I dziewięćset osób załogi?

             - No, to już zupełnie niemożliwe – stwierdził stanowczo. – Jednak nie masz się czym martwić. Mamy czternasty kwietnia, jesteśmy dalej niż w połowie rejsu i nic złego się nie stanie. Gwarantuję ci głuptasie.

            

Przyciągnął ją ponownie, a ona, ufna jak małe dziecko, przełamując swój nastrój i kobiecy wstyd, przylgnęła do niego całym młodym ciałem. Trwali tak chwilę, po czym Falk, wystraszony lekko tym romantycznym uściskiem, a zwłaszcza swoją narastającą i nieopanowaną reakcją, zaproponował:

            

- Wiesz co? Jest ósma wieczór. Zamówimy przepyszną kolację do mojej kajuty, napijemy się odrobinę szampana, po czym… pójdziemy spokojnie spać. Każde do siebie naturalnie. – I już ciszej dodał: - Jeśli… będziesz się przy tym upierała.

             

Helena nic nie powiedziała, tylko ścisnęła go silnie za rękę. Wpatrzeni w siebie, przestali nawet odczuwać to ciągłe, lekkie drżenie ścian i podłóg, świadczące o niezmordowanej, monotonnej pracy maszyn statku, nieustannym wirowaniu potężnych śrub napędowych, żwawo popychających ten ogrom na południowy zachód. Zgodnie z szczegółowo przecież opracowaną, przemyślaną trasą.

-----------------------------------------------

Zwłaszcza po ciężkiej rozmowie z doktorem Tom był pewien, że cała rzecz nie będzie tak prostą jak sobie wyobrażał. Finn co prawda odjechał w końcu, jednak pozostawali w domu czujni ciągle Hulcowie. Jack nie liczył się, gdyż spał nawet w dzień, a cóż dopiero mówić o tej porze. Tak – pozostawała tylko noc.

            

Dochodziła jedenasta, więc otworzył cicho drzwi i wyszedł na ciemny korytarz, a następnie ostrożnie zszedł po schodach do hallu. Na buty założył pocięty na odpowiednie kawałki stary sweter, więc mógł stąpać dość śmiało – absolutnie nie był słyszalny. Zatrzymał się na chwilę i nasłuchiwał.

            

W całym domu panowała idealna cisza, i tylko duży zegar wahadłowy tykał miarowo. Pewnie spali już oboje. Tom podszedł do drzwi wejściowych i nacisnął ostrożnie klamkę. Tak jak się tego spodziewał, były zamknięte na klucz, który pewnie leży teraz przy łóżku Kathy. Zaśmiał się cicho i skręcił do korytarza bocznego, gdzie było zapomniane wejście do piwnicy. Nikt jej nie używał z powodu nadmiernej wilgoci i grzyba, który rozrastając się systematycznie, pokrywał już znaczną część ponurego pomieszczenia. Pomieszczenia z wystarczająco dużym, zarośniętym chwastami oknem, przez które mógł swobodnie wyjść na zewnątrz. Sprawdził tę możliwość jeszcze raz, po czym bezszelestnie wycofał się z powrotem do swojego pokoju.

            

Włożył na siebie gruby, ciepły płaszcz, następnie chwycił zręcznie opakowany starannie statek. Owinął go nie papierem który mógłby szeleścić, lecz prześcieradłem. Ćwiczył ten uchwyt od samego rana, więc teraz nie miał z tym większego problemu. Mimo małego wzrostu, a stąd i krótkiego ramienia, Tom wystarczająco pewnie trzymał model lewą ręką – prawą musiał mieć swobodną. Ponownie wyszedł na korytarz i bez przeszkód dotarł pod piwniczne okno. Wdrapał się na podstawione, stare krzesło i przytrzymując się wolną ręką, przełożył ostrożnie model na zewnątrz. Popychając go ostrożnie w krzaki, wysunął się swobodnie przez otwór, by wreszcie znaleźć się na dworze.

            

Była ciemna, bezksiężycowa i przede wszystkim chłodna noc – jednak dzięki roziskrzonemu niebu, można było dostrzec wszystkie niemal szczegóły terenu. Mimo płaszcza zmarzł nieco i drżąc z zimna, trzymał kurczowo lekki, choć niewygodny pakunek. Przedzierając się uważnie przez ledwie rozbudzone wczesną wiosną krzaki, zdążał ostrożnie w kierunku stawu. Gdyby przyjąć, że Tom jest dorosłą osobą, to zważywszy na spory, jaśniejący w tej przedziwnej ciemności białym płótnem bagaż, można by uznać, że to skrada się nocą wyrodna matka, chcąca w tajemnicy i raz na zawsze pozbyć się kłopotliwego, dopiero co urodzonego w tajemnicy i w samotności dziecka.

            

Z powodu absolutnego braku wiatru, powierzchnia stawu była gładka jak lustro i połyskliwie czarna. Odbijały się w niej miliardy jaśniejących w górze punkcików, obserwujących uważnie każdy krok, każdy ruch chłopca. Ten, nie rozglądając się nadmiernie, odwinął delikatnie prześcieradło i postawił model na brzegu. Następnie zdjął z butów wyciszające szmaty, w końcu same buty. Poczuł bosymi stopami ostry chłód gruntu, lecz nie przejmując się tym wcale, podwinął wysoko nogawki spodni. Ponownie uchwycił tekturowy model i prowadząc go tuż nad wodą, niczym po pochylni stoczniowej, wkroczył z nim do przeraźliwie lodowatej głębi. Dał jeszcze dwa drobne kroki, aż nareszcie statek dotknął dnem wody, by zanurzywszy się nieco, osiąść na niej jak prawdziwy. Wodowanie dokonało się bez przeszkód.

            

Tom nie czuł już zimna, i choć woda sięgała mu do pasa, nie wiedział gdzie się znajduje i co tu robi. Z przeciwległego brzegu szła ku niemu matka w długiej, jasnej sukni, i uśmiechając się smutno do swego syna, wyciągała ku niemu obie ręce.

            

- Mamo, mamo – wykrzyknął radośnie. – Jestem wreszcie.

            

Zwiewna matka zbliżała się powoli i coraz bardziej jaśniała, rozpraszając wokół delikatne, srebrne światło. Uśmiechając się ciągle, gestem ręki nakazała synowi by popchnął ku niej spoczywający na wodzie statek.

            

W tym momencie usłyszał, że od strony domu ktoś biegnie. Odwrócił się i zobaczył Kathy z rozwianymi włosami, która potykając się w ciemności, wykrzykując coś bezdźwięcznie, zdążała ku niemu stanowczo za szybko. Nie było czasu. Postąpił jeszcze krok i lekko pchnął statek. Ten odpłynął niechętnie o kilka stóp, by zatrzymać się ponownie. Kathy była tuż, tuż.

            

Nie namyślając się wiele skoczył do przodu i popchnął model ponownie, tym razem energiczniej. Kartonowy transatlantyk wystrzelił precyzyjnie do przodu, lecz Tom stracił oparcie pod zziębniętymi stopami – trafił na głębię, a impet skoku rzucił go jeszcze dalej. Wychylając ostatkiem woli głowę ponad powierzchnię, zobaczył jeszcze całkiem już bliską matkę, która rozłożywszy szeroko ramiona, ciągle uśmiechała się do niego łagodnie, dając mu pewność rychłego zbliżenia. Spokojny, uszczęśliwiony, pogrążył się błyskawicznie w lodowatej toni.

            

Kathy nie zdążyła. Gdy dobiegła do brzegu nie zobaczyła już chłopca. Ku środkowi stawu, ku największej głębi, płynął popchnięty silnie statek, kierując się nieodwracalnie ku sinemu światłu, ku jaśniejącej nad wodą plamie zwiewnej mgły. Rozświetlała ona gładką powierzchnię wody na tyle, by można było obserwować model ze wszystkimi jego, tak wypracowanymi szczegółami. Chciała wejść do wody ratować Toma, by choć próbować znaleźć go pod gładką powierzchnią, lecz coś jej przeszkadzało, coś nie pozwalało zbliżyć się do brzegu bardziej niż na dwa kroki. Usiadła więc na zmarzniętej ziemi, i wpatrując się w coraz jaśniejsze światło, obserwowała fatalne dzieło chłopięcych rąk.

            

Sina plama była ruchoma i ciągle zmieniając kształt, wędrowała ponad wodą we wszystkie strony. Nagle rozpłaszczyła się tuż nad powierzchnią stawu i trwała tak przez chwilę. Kathy zdziwiona przedłużającym się bezruchem, sądziła, że nic się już nie będzie działo, więc niezgrabnie próbowała wstać. Niestety – chyba z powodu zimna, z powodu skostnienia, całkiem nie mogła się ruszyć. Mogła tylko bezsilnie obserwować co się dzieje – w końcu także ani w ząb nie umiała pływać.

             

Wreszcie sina, a raczej już srebrzysta mgła, podniosła się powoli i falując łagodnie, poczęła ściemniać, by wreszcie zniknąć zupełnie. Jedynym śladem jaki po niej został, była gdzieniegdzie cienka warstwa lodu na zamarzniętej miejscami powierzchni stawu. Kathy z przerażeniem stwierdziła, iż płynący jeszcze model zbliża się do takiego kawałka, że nieuchronnie weń uderzy. Wreszcie stało się. Delikatny, papierowy stateczek stuknął w stwardniałą na chwilę wodę, by wreszcie zatrzymać się już na dobre. Zgęstniałej, mroźnej ciszy nie zakłócił żaden niepotrzebny dźwięk, chyba tylko niepowstrzymany, narastający szloch Kathy, który po chwili przerodził się w zwierzęce prawie, pełne upokorzenia i bezsilności wycie. Było dwadzieścia minut do północy.

-----------------------------------------------

Lekko oszołomieni wspaniałą kolacją, szampanem, a przede wszystkim sobą, wyszli na pusty o tej porze pokład. To Helena namówiła go do nocnego spaceru – rozmarzona, uspokojona, chciała odetchnąć rześkim powietrzem oceanicznym.

            

Przytuleni, stali oparci o metalową poręcz i rozkoszując się tą wspaniałą ciszą, paradoksalnie wzmaganą jeszcze ledwie uchwytnym szumem pracujących nieustannie mechanizmów statku, spoglądali w bezkresną, czarną przestrzeń, otaczającą pędzącego kolosa. Tylko w górze, w tej nieskończonej dali, świeciło niezliczone mrowie gwiazd.

            

- Czy one nas widzą? – spytała rozmarzona wpatrując się w niebo.

             - Tak – szepnął Falk, także zdolny do subtelniejszych uniesień, również poddający się chętnie tej romantycznej, przepięknej scenerii. – Widzą nas i cieszą się naszym szczęściem.

             - Och James – przytuliła się mocniej. – Jesteś kochany.

             - I powiem ci więcej Heleno – pocałował ją delikatnie w policzek. – Już nie mogą się doczekać kiedy…

             - Chyba jednak są nazbyt niecierpliwe – przerwała mu z uśmiechem, obejmując jednocześnie jeszcze mocniej. – Czy nie mogą zaczekać tych kilku dni?

             - Nie, już nie mogą.

             - Cóż James – wplotła się palcami swojej drobnej, ciepłej dłoni w jego dłoń. – W takim razie nie możemy się im sprzeciwiać. Mielibyśmy przeciwko sobie cały ten wspaniały bezmiar. Wracajmy więc – niebawem północ.

             - Tak – potwierdził drżąc na całym ciele – nie wiedział czy z zimna czy też z innego powodu. – Lepiej ich nie drażnić. – pogroził gwiazdom palcem i poprowadził Helenę ku zejściu do kabin.

            

W tej chwili usłyszeli dobiegający z bocianiego gniazda przeraźliwy w tej ciszy dźwięk dzwonu alarmowego, a następnie jakieś krzyki. Po chwili poczuli coś, co uznali za drgnięcie podłogi pod stopami, a następnie za burtą przesunął się jakiś wielki, szarawy kształt. Równocześnie na pokład posypało się z suchym chrzęstem całe mnóstwo mniejszych i większych kawałów lodu. Odruchowo odciągnął Helenę ku ścianie.

            

- Co się dzieje? – zakrzyknął wystraszony.

             - To koniec James – Helena cała się trzęsła. – To przeczucie, to… Tom.

            

I może pod wpływem chwili, tym razem nie było mu do śmiechu, tym razem skłonny był uznać jej niepraktyczne racje. Stłumił jednak to nowe uczucie, a nie chcąc uronić ani odrobiny z ognia który w nim narastał, zlekceważył niezrozumiałe zdarzenie. Przycisnął ją więc jeszcze mocniej i tak objęci skierowali się ku schodom.

 

             - Ech, co nas to obchodzi – mówił gorączkowo, ciągnąc ją ku kabinom. – Mamy teraz siebie, a jutro przecież dowiemy się od kapitana co się stało.

             - Tak James, tak – potwierdzała skwapliwie. – Chodźmy szybciej.

            

Dotarli wreszcie do siebie, mijając po drodze dwóch biegnących marynarzy. Wpadli zdyszani do kabiny i zamknęli się na cztery spusty. Nie zwrócili uwagi nawet na to, iż zatrzymano maszyny, unieruchomiono rannego kolosa. W ciszy która nastała, dopełniał się nieodwracalnie los każdej istoty, każdego dzieła, każdego zamysłu.

            

I tylko one, tam w górze, mogły bezstronnie ocenić celowość  i sens wszystkiego co się zdarza.

KONIEC.

Od Autora.

              Wszelkie występujące w tekście postaci, miejsca, rzeczy, okoliczności, są całkowicie zmyślone. Osoby, rzeczy, miejsca i okoliczności istniejące w przeszłości rzeczywiście, a biorące udział w akcji tego opowiadania, znajdują się tu na zasadzie niemożliwych do pominięcia faktów historycznych.

Podobne artykuły


13
komentarze: 49 | wyświetlenia: 1453
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1564
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1180
11
komentarze: 40 | wyświetlenia: 2634
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 2032
11
komentarze: 17 | wyświetlenia: 2308
10
komentarze: 156 | wyświetlenia: 784
10
komentarze: 69 | wyświetlenia: 661
10
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1324
10
komentarze: 81 | wyświetlenia: 2260
10
komentarze: 38 | wyświetlenia: 1437
10
komentarze: 20 | wyświetlenia: 1128
10
komentarze: 3 | wyświetlenia: 518
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  greenway,  19/08/2012

Wspaniała lektura. Masz rację Ci, którzy upraszczają rzeczywistość, po prostu boją się jej bezmiaru. :) Pozdrawiam niedzielnie. :)

  golesz,  19/08/2012

Szczerze podziwiam Cię greenway. Wokół żar, spiekota, z bezchmurnego, nijakiego przez to nieba, leje się oslepiająca jaskrawość, a Ty masz ochotę na czytanie jakichś przydługich wypocin nieznanego i nieuznanego odmieńca. Rozumiem, bo mam tak samo, tzn. nie znoszę takiej pogody, ale mimo to podziwiam. Widzę też, że na Eiobie funkcjonuje tak naprawdę zaledwie kilka osob. Podobnie na innych portalach ...  wyświetl więcej

  greenway,  19/08/2012

Drogi goleszu dziękuję, ale robię dokładnie to co lubię, czyli odwiedzam ogrody, które autorzy z taką pieczołowitością tworzą, zawierając w nich drobinki swojej duszy, swoje widzenie świata, swoje przemyślenia, swoje spostrzeżenia. Mam swoją duchową ucztę i uczestniczę w subtelnej relacji międzyludzkiej jaka jest możliwa właśnie na tej płaszczyźnie. Czuję się ze wszech miar ukontentowana, a mój ma ...  wyświetl więcej

Golesz - to nasza odmienność czyni życie ciekawym :) dziękuję, że zamieszczasz dla nas fragmenty swojej pracy twórczej:)

  golesz,  18/01/2013

@Skalny Kwiat: No przecież każdy z nas, szalejących na Eiobie, to robi. A moja hm... praca twórcza, jak powiedziałaś, to robota jak każda inna. A w tym przypadku mniej udatna. Ot.

@golesz: Nie bądź taki skromny, sam widzisz, że czytamy z przyjemnością:)

  golesz,  18/01/2013

@Skalny Kwiat: Cieszę się więc, a skromny powiedzmy... jestem z natury.

  grazaa,  17/01/2013

Tekst dopracowany ze... szczegółami. Świetnie napisany, dobrze się czyta. Takie są moje odczucia :)
Pięknie opisałeś to niespełnione uczucie...
Oj, ci wydawcy... Umawiasz się, piszesz, a potem... no właśnie, to nie jest w porządku.

  hussair  (www),  17/01/2013

Skandal!

  grazaa,  17/01/2013

@hussair: Dokładnie!!! Sumienia nie mają...

  golesz,  18/01/2013

@hussair: @grazaa: Ech jajcarze. Ale dzięki za dobre slowo.

  grazaa,  18/01/2013

@golesz: Ależ my całkiem.... całkiem serio :)))

  golesz,  18/01/2013

@grazaa: Mam kurde nadzieję. Tym więcej skowronków wokół mnie. Dzięki.

  grazaa,  18/01/2013

@golesz: Nadzieja to już coś... Jeszcze w to uwierz, a będzie komplecik ;)
A ja za momencik śmigam do pracy... ale mam lenia... :)

  golesz,  18/01/2013

@grazaa: Leń przed pracą, to masowa przypadłość. Ale w trakcie mija. Powodzenia.

  grazaa,  18/01/2013

@golesz: :-)))

  jotko49,  18/01/2013

Faktycznie lenistwo to straszna dolegliwość. Mówię to o sobie skoro na trzy etapy czytałem...ale żałować nie mogę.. A tak prawdę mówiąc czasu brak przy mej szybkości czytania i mając na uwadze że niektóre arty smakuję jak ptasie mleczko...:))

  golesz,  18/01/2013

@jotko49: Spróbowałbyś żałować! A lenistwo to motor postępu, szczególnie technicznego. Bo wszystkie te komórki, smartfony, komputery i inne cuda, to z lenistwa przecie. Więc uwalmy sie na wyrku i kombinujmy. Co by tu zrobić, żeby nic nie robić.

Pozdrawiam.

Zakonczenie lepsze niz w Filmie Camerona... Gratuluje...
Nie miales racji Goleszu w swoim "seksistowskim" wstepie.... Jestem facetem .... a tez sie wzruszylem... :-)

@youngcontrarian: Naprawdę? Gratuluję w takim razie wrażliwości. A wstęp seksistowski? Gdzież tam. To tylko niewinna informacja bez żadnych podtekstów. Hej!

Dzięki i pozdrawiam.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska