Login lub e-mail Hasło   

Między obowiązkiem, a godnością. Pokolenie rozdartych

“M Baker” to nazwa dużej farmy pod Bostonem we wschodniej Anglii. Jednak dla pracujących tam Polaków “Baker” to “Birkenau”. Czym ich pracodawca zasłużył sobie na taki przydomek?
Wyświetlenia: 2.506 Zamieszczono 25/08/2012

Boston – niewielka portowa miejscowość 180km na północ od Londynu. Po wejściu Polski do Unii, o leniwym zazwyczaj miasteczku zrobiło się głośno z powodu aż dwudziestu pięciu statystycznych emigrantów przypadających na stu Bostończy­ków. Nie obyło się bez zamieszek na tym tle oraz osobistych dramatów; rozpisywała się o tym nawet ogólnokrajowa prasa.
Jednak do największych dramatów dochodzi często za zamkniętymi drzwiami, po cichu. Niestety, ich niechcianymi bohaterami są w tym przypadku nasi rodacy złapan

i między poczucie godności osobistej, a obowiązku wobec rodzin w ojczyźnie.
Stoi przed nimi trudny wybór.

Praca na akord, płaca na godzinę

Lincolnshire to zagłębie upraw rolnych, głównie kapusty, sałaty i ziemniaka. Praktycznie wszyscy mieszkający tam Polacy to pracownicy okolicznych farm. W całym hrabstwie doliczyć się można ich 560 sztuk, w tym wokół samego Boston około sto. Ale takich pracodawców jak M. Baker jest w okolicy niewiele: jako nieliczni, mając kontrakt z odbiorcami rzędu Tesco, dają zatrudnienie przez okrągły rok.

Dla przyjeżdżającego na zarobek Polaka, stała praca to podstawa. Najwyraźniej, niektórzy pracodawcy dobrze o tym wiedzą i potrafią ten fakt świetnie wykorzystać. Jak stwierdza chcąca zachować anonimowość jedna z byłych pracownic M. Baker:
– “Płacone miałam na godzinę, ale wymagano od nas pracy jak w akordzie.”

Inna, też chcąca zachować anonimowość Polka, dodaje:
– “Najbardziej bałam się tego, że manager Terry nie przestrzegał zasad bezpieczeństwa. Jeździł wózkiem widłowym jak szalony. Raz poprosiłam go o zdjęcie mi palety. On ją zdjął i z wysokości rzucił mi pod same nogi; mam szczęście, że zdążyłam odskoczyć”.

– “Pamiętam jak Terry rzucił raz nożem blisko mojej dziewczyny” - to już inny naoczny świadek - “całe szczęście, że nic złego się nie stało”.

Jednak to zdecydowanie nie wszystko, co działo się - i nadal dzieje - w nadmorskiej, pozornie spokojnej farmie…

 

Godność? Jaka godność!

– “Jednej z nowych pracownic Terry kazał zawiązać sobie sznurówkę przy bucie” – zdaje relację inna Polka, również chcąca zachować anonimowość.

Wszyscy obecni lub byli pracownicy M. Baker potwierdzają, że wielokrotnie widzieli swojego managera Terry’ego jak wkładał sobie rękę w spodnie, wyjmował i dawał dziewczynom do wąchania. W/g zgodnej relacji świadków, wiele razy dochodziło do prób obmacywania dziewcząt, wkładania im ręki w biust itp.

– “Raz, w ciepły dzień spociłam się – Terry kazał mi rozpiąć zamek. Innym razem poprosiłam go o zszywacz. Powiedział wtedy: «Najpierw buzi, potem zszywacz».” – to relacja jeszcze jednej, nie chcącej podawać swego imienia Polki.

Dobrze zmotywowany pracownik

Krzyki i wyzwiska to dzień powszechny na podbostońskiej farmie. “Małpy, pedały, polskie świnie”, a wobec dziewcząt “polskie k***y” – takimi epitetami “zagrzewa” do wydajniejszej pracy swój team Terry Wright, manager pack‑house’u. Do jednego z chłopaków na brukselce miał powiedzieć, że “jak jeszcze raz znajdzie zgniłą sztukę, to wsadzi ją jego dziewczynie w…” - nie dokańcza swego zdania kolejny świadek.

– “Każdy się bał, by nie stracić pracy, a on o tym wiedział i dlatego sobie pozwalał” – to kolejny anonimowy głos.

Inny świadek mówi, że razem z żoną zwolnili się z pracy po tym jak Terry poklepał jego małżonkę po pupie. Niestety, jedna z dziewczyn nie wytrzymała presji i musiała zgłosić się do lekarza psychiatry. Potwierdza to ewidencja szpitalna.

Bunt niemile widziany

Polacy pracujący w M. Baker zatrudnieni byli przez polską agencję pośredniczącą. To do jej szefowej pracownicy farmy zaczęli przychodzić ze skargami i prośbami o pomoc.

Przełom nastąpił w kwietniu 2012r. Łukasz – pierwszy świadek, który nie boi się podać swego imienia, tak opowiada o tamtym zajściu:
– “Ani w polu, ani na zakładzie nie wolno nam było rozmawiać, bo «wydajność spada». Ja zamieniłem kilka słów z kolegą; usłyszał to Terry. Wpadł na linię, zaczął krzyczeć, walić pięściami; tak przy wszystkich. Nie wytrzymałem. Rzuciłem narzędziami i normalnie odszedłem z pracy. Nie będę dawał się poniżać. Jeśli będzie potrzeba, wszystko co widziałem przez te trzy lata powtórzę gdzie trzeba.”

Zachowanie Terry’ego tak kwituje manager pola, również Polak:
– “Ten człowiek ma problemy z samym sobą. Nie powinien zajmować tak odpowiedzialnego stanowiska.”

Trafił swój na swego

Po tamtym wydarzeniu, Terry został zawieszony z pracy na kilka dni. “Gdy pojawił się ponownie” - opowiada kolega Łukasza - “trochę sobie odpuścił, ale potem znów wszystko wróciło do normy. Czuł się bezkarny.” Wtedy do akcji wkroczyła szefowa polskiej agencji: “Zgłosiłam sprawę do dyrekcji oraz skontaktowałam się z prawnikami. Efekt był taki, iż usłyszałam oficjalnie od szefa, że «firma nie zna lepszej metody do motywowania pracowników niż krzykiem i popędzaniem». No i od razu straciłam kontrakt z firmą.”

Wielkie problemy

Mój telefon do firmy odbiera Ian, sam dyrektor.
Potwierdza, iż Terry Wright jest aktualnym pracownikiem firmy. Na moje pytanie w jakim stopniu metody pracy pana Wright odzwiezciedlają politykę firmy, dyrektor odpowiada, cytuję: “Wszystko się rozbija o firmę pośredniczącą i jej szefową”. I dodaje: “Ta pani sprawiła nam wiele problemów.” Gdy nalegam na odpowiedź na moje pytanie i cytuję niektóre wypowiedzi świadków, dyrektor przyznaje, że takie metody są “nieakceptowane i złe”, ale - uwaga - “jeśli w ogóle się pojawiły, bo do tej pory nie zostały udowodnione.”

Gdy pytam szefową polskiej agencji o jakich problemach mówił dyrektor farmy, ta odparła: “Po pierwsze, podaliśmy sprawę do prawników. A po drugie, ludzie uwierzyli w siebie, podnieśli głowy i po raz pierwszy od kilku lat otworzyli usta. Szefostwo nie ma już spokoju, więc z ich punktu widzenia rzeczywiście narobiłam im wielkich problemów.”

Koszty uzyskania przychodu

Po odejściu z pracy, Łukasz szybko znalazł nową farmę, notabene przez poznaną w M. Baker polską agentkę: “Tak mi ta praca zryła psychikę, że teraz nie mogę uwierzyć, że wysiedziałem tam tyle lat. Nikt nie chce słyszeć wyzwisk, bo np. jako nowy nie wyrabia się z pakowaniem. A dzisiaj aż chce mi się chodzić do pracy.” Łukasz zauważa również: “Inne farmy też robią dla Tesco, ale nie ma takiego nacisku i takich metod”.

Tę “unikalność” M. Baker potwierdza Tomek; w firmie wytrzymał 4,5 roku: “To była moja pierwsza praca w UK, więc już zacząłem myśleć, że to normalka i że wszędzie obmacują dziewczyny i wszędzie rzucają w chłopaków kapustą i tray’ami. Ale na obecnej farmie szefostwo zachowuje się normalnie; szanują człowieka. Gdy pada deszcz, pytają czy mamy odzież, gdy jest słońce, a my w polu – dadzą olejek do rąk. Jest zwykły ludzki szacunek.” I zakańcza: “Nie pracuję tu cały rok, ale na resztę czasu biorę holiday’a i do Polski!

Dobrze wiadomo, że rynek jest wymagający i każdej firmie zależy na wydajności pracy. Mimo to, czy kluczem do podniesienia wydajności pracy musi być obniżenie kultury osobistej kadry manadżerskiej?

Epilog

1. Tydzień po oryginalnej publikacji powyższego reportażu w polonijnej prasie na Wyspach, z redakcją gazety skontaktowała się pracownica Tesco - Polka, obiecująca zainteresować sprawą swojego menadżera.

2. Właśnie doniesiono mi, iż w/w manager pola (Polak) - gdy jego szef dowiedział się, że rozmawiał z "prasą" - stracił pracę…

 

foto  ©  IS Ltd

Podobne artykuły


8
komentarze: 8 | wyświetlenia: 980
11
komentarze: 9 | wyświetlenia: 1332
23
komentarze: 11 | wyświetlenia: 5808
13
komentarze: 1 | wyświetlenia: 4726
12
komentarze: 1 | wyświetlenia: 10477
10
komentarze: 16 | wyświetlenia: 1410
9
komentarze: 2 | wyświetlenia: 23005
9
komentarze: 0 | wyświetlenia: 1717
7
komentarze: 4 | wyświetlenia: 1244
23
komentarze: 23 | wyświetlenia: 2914
59
komentarze: 26 | wyświetlenia: 13142
5
komentarze: 0 | wyświetlenia: 2057
40
komentarze: 68 | wyświetlenia: 16965
 
Autor
Artykuł



Tak Jacku. Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma...
:-)

Najważniejsze, że nie ma nas na tamtym polu! :-)
Pozdrowienia

  berni*,  25/08/2012

Zakłady Pracy Chronionej-działają na podobnych zasadach! Pozdrawiam.

Coś o tym pewnie wiesz - podziel się z łaski swej. :-)

Jacku! Podejrzewam, że wchodzimy w okres mało wysublimowanego niewolnictwa.

...pod przykrywką "umowy o pracę"? Niewykluczone.

Wszystko przez brak solidarności między pracownikami i między Polakami jako narodem. Rzadko się zdarza, żeby jeden Polak wstawił się za drugim w miejscu pracy. Ci ludzie pracowali tam po kilka lat. Teraz wyobraźmy sobie sytuację, kiedy taki manager poniża pracownika, a wtedy wszyscy razem stają w jednym szeregu i mówią, że nie ma prawa tak postępować. Coś mi się wydaje, że po paru takich numerach by zmiękł. Jeśli nie, to od tego są zbiorowe skargi, ewentualnie strajki czy akcje protestacyjne.

Absolutnie. Pewnie brak tej solidarnośći do czegoś tam się przyczynił. Tyle że proszę wyobrazić sobie sytuację taką: oto owi Polacy stają szeregiem i …ani be, ani me po angielsku. Cóż wtedy?
Fakt, była jeszcze polska pośredniczka pracy, były inne rozwiązania, lecz coś zawiodło.

Ze znajomością języka ma Pan rację, chociaż część pewnie mówiła po angielsku. W końcu to była duża farma. Każdy manager powinien wiedzieć, że ludzi trzeba szanować, bo inaczej może się to skończyć tak: http://www.youtube.com/watch?v(...)txe2YnU
Ten filmik powinien obejrzeć każdy kierownik i manager.

Przecież są odpowiednie instytucje do tego, aby to zgłosić. Rozumiem, że boją się pracę stracić, ale Ci co ją stracili to co im zależy, ludzie proszę trochę odwagi!

Włóczykiju - dobry apel! Przekażę go tym osobom.
Pamiętajmy jednak, iż rzeczywistość wygląda zapewne inaczej z Twojej, a z ich perspektywy. Oni, "zamknięci" w tamtej mieścinie, żyją ze swoim wyobrażeniem o swej godności v. obowiązkiem wobec tych, na których muszą zarobić -zarobić choćby nie wiem co.

Najdziwniejsze jest to, że Ci sami ludzie gdyby mieli tak pracować w PL to jestem pewien, że odrazu by się zwolnili. Jednak ze granicą to inaczej, wiem z pierwszej ręki, bo wychowałem się na wsi na farmie i gdy nie zapewni się kilku przerw na papierosa itp. to zaraz lamentują. I proszę Cię nie ironizuj.

W/g Ciebie to ironia - w/g nich to szczera, a do tego najwyższa prawda.
Co zaś do Twej supozycji, to pewnie tak jest, że taka sama praca oferowana w PL byłaby przyjęta zupełnie inaczej. Cóż, inna pensja - inne do niej nastawienie.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska