Login lub e-mail Hasło   

Jeszcze raz o polityce.

To jest, być może, najważniejsza nauka z nauki historii.
Wyświetlenia: 1.246 Zamieszczono 24/10/2012

Jeszcze raz o polityce!            

Bo niby w tej polityce dzieje się coś wartego uwagi? Nie… raczej bym powiedział, że w ogóle nic się nie dzieje. Zaś wartego uwagi, to wcale. Premier coś tam w sejmie zagadał, ale jak zwykle nie na temat, czym przypomina byle jaką babę z magla. Taka baba już po półgodzinie przypomnieć sobie nie potrafi, o czym gadała – zaś premier podczas własnej gadki zapomina, co właściwie chciał powiedzieć. I taka to między nimi różnica.

Bo wszystko, co naprawdę dzieje się w polityce – pisane jest jak w banku, możliwie najmniejszym druczkiem. Takiego druczku, wiadomo, nikt nie czyta. Ludzie muszą mieć napisane wołowymi literami, a najlepiej, żeby te litery były wielkie jak słoń. Co też niczego zresztą nie gwarantuje, ponieważ najważniejsze jest pojęcie, o co chodzi. Z tym pojęciem, to ludzie mają zwykle kłopoty jeszcze większe od słonia, bo to wcale nie jest podobne do tego, co gadają w serialach. Nawet, całkiem jest niepodobne.

No bo w serialach, to zawsze wiadomo, o co chodzi, człowiek nie musi się wysilać. W dodatku wszystko tam ładnie podane, w odpowiednio pikantnym sosie, człowiek się czuje jak we własnym domu. Gdyby tak jeszcze kundel nie wyciągał człowieka na spacer, byłoby całkiem ok. No, szłoby żyć.

Z tą polityką to jest jednak inaczej. Oni tam gadają tak uczenie, że tego nikt nie potrafi pojąć. Takich słów przy tym używają, że aż włos się jeży. Żaden człowiek normalny za nic by takich słów nie użył, chyba jako wyzwisko albo przekleństwo. To by nawet całkiem nieźle zabrzmiało, powiedzieć babie „ty… inflacjo hiszpańska!”, albo – nie przymierzając – „recesjo jedna!” 

Kto im te słówka wymyśla? Musi, co łebski facet! 

Prawdę pisząc, w polityce tak samo wiadomo, o co chodzi. No, też chodzi o pieniądze. Tylko że w polityce one się całkiem inaczej nazywają. Przeróżnie. Czasami nazywają się „podatek”, PIT, CIT czy jak mu tam, „kataster” albo VAT, kto by to odróżnił. Czasami nazywają się „grzywna” albo „mandat”, albo tak śmiesznie „koperta”, „co łaska”, albo nawet mówią na to „taca” – naprawdę przeróżnie. Bo „polityka” to tylko inna nazwa pieniędzy. Nigdy więc nikomu nie wierzcie, kto by twierdził bezczelnie, że nie interesuje go polityka. Akurat! Nie interesuje go polityka!

Chociaż, gdyby tak zupełną prawdę napisać, większa połowa ludzkiego rodzaju rzeczywiście polityką się nie interesuje. Większa połowa interesuje się raczej politykami. Z tego jednego jedynego powodu włazi między polityków. Plącze się między nimi. Ale w rzeczywistości interesuje się wyłącznie kwestią, który polityk najlepiej się nadaje. Do czego najlepiej się nadaje? A, tego to już nie zdradzę, bo niby po co? Ktoś tego nie wie?

Ale co do pieniędzy, każdy się interesuje. Absolutnie bez wyjątków. Jak by ich nie nazywać, tych pieniędzy. Nawet premier, przy okazji maglowania, też niechcący zahaczył o pieniądze. Według premiera, wszystkie nasze resorty, albo ministerstwa, mają się złożyć na 40 miliardów, żeby mogło powstać super ministerstwo. Niby od spraw inwestycji, czyli takie ministerstwo, które by mogło do samego końca doprowadzić wszystkie nasze rozbabrane budowy.

W dawnych latach takie rzeczy nazywano marzeniami ściętej głowy. Ale to jest niezupełnie tak, bo ta głowa jest jeszcze nie ścięta. Zresztą, w krajach cywilizowanych już się głów nie ścina. To zabronione. Tak więc podejrzewam, że ktoś tu chce zagrać z nami w grę zwaną bambuko. Zasady tej gry wcześniej dokładnie wyłożyłem.

Nie, premiera nie podejrzewam, że on by chciał grać z nami w bambuko. Kiedyś o takim, jak on, mówiono, że za chudy w uszach, a jak się mówi teraz, nie wiem. Ale wiem, że za chudy. To zresztą widać.

Poza tym taki, na przykład, Kaczorek, zanim coś powiedział, najpierw dzwonił do brata. A do kogo dzwoni Tusek, zanim coś powie? Istnieje o tym wiele teorii, jedna głupsza od drugiej, a wszystkie fałszywe. Poza tym obydwaj, Tusek i Kaczorek, są z tej samej bajki. Donald to także kaczor.

A nam każą wybierać między Kaczorem a Donaldem…

Przyznam, że nie bardzo kapuję, czy w tych premierowskich pieniądzach sprawa biega o 40, czy może 400 miliardów. Też różnie o tym gadają, a nawet różnie piszą. Zresztą – czy to nie wszystko jedno? Chodzi przecież o marzenia ściętej głowy. O bambuko, w które już nie chce nam się grać.

No dobrze, ale co jest napisane w tej naszej umowie kredytowej? Tym najmniejszym druczkiem, którego nie chce nam się czytać?

Tam jest, na przykład, napisane, że na te 40 czy 400 miliardów to my się najpierw musimy złożyć. Znaczy, jak? Będą chodzić urzędasy z czapkami? Co to, to nie, chociaż idzie zima i te czapki tak czy owak im się należą. W tym druczku wyraźnie stoi, że wystarczy, by nasze posły-osły sprawę przegłosowały – i będzie zaklepana. Gdyby zaś komu wpadło do łba podskakiwać, że niby kto tu rządzi, to go nawet zwykły inspektor sanepidu zapakuje do wariatkowa. Nie trzeba do tego nawet psychiatry, a sądu to już wcale.

Ale nie wpadajcie w panikę, to wcale nie jest aż takie straszne. Każdego ranka mleczna zupka i konfitury, ile chcąc, nawet do rozpuku. Tam jest w ogóle wszystko eko, za całe 6 zł 40 gr każdego dnia. Tivi też jest ile chcąc. Prawdę pisząc, tylko z piwem bieda. Na piwo trzeba mieć sposób. Ale za to zaszczepią człowieka na wszystko, łącznie z grypą, wścieklizną i AIDS. Kaczkomanii nie wyłączając. Więc, kiedy cię już wypuszczą, będziesz okazem zdrowia według właściwej euro-sztancy, fizycznej i psychicznej. Piwa to nawet sam nie będziesz chciał!

A co do żony, takiej zwyczajnie ślubnej, czyli do wymierającego gatunku, to jak ten pastor u Fitzgeralda, w każde Boże Narodzenie poprosisz ją grzecznie: „Emmo, przyjmij łaskawie pozycję matrymonialną!”. A że to będzie tak samo na jakiejś wyspie Vanuatu, podobnie kibiców nie zabraknie. No bo w tej naszej Europie będą tylko związki partnerskie, nie jakieś tam „rodziny”. Te rodziny, one nikomu do niczego nie są potrzebne. Raczej w tylu sprawach przeszkadzają! Same alimenty ile kosztują nerwów… O pieniądzach szkoda wspominać.

Tak więc, kochani bracia Polacy, czeka nas wiele zmian. Jednak aż tak bardzo, to nie trzeba się przejmować. Według tego, co twierdzi pewien niegłupi człowiek, „potrzeba wielu zmian, by wszystko zostało po staremu”. I to jest, być może, najważniejsza nauka z nauki historii.

Jeśli chodzi o Smoleńsk, to jest akuratnie taka sama sprawa, jak z wiarą katolicką czy tam wiarą w Allaha. Są, którzy wierzą – i są ateiści. Przekonać ich – to sprawa beznadziejna. Zresztą, do czego przekonać? Kiedy nawet cuda Jana Pawła mało kogo przekonują. Z tym zaś, co dzieje się na temat Smoleńska, nikt już rady sobie nie daje. Dlatego zaznaczam, że wiara jest najważniejsza.

I to by tyle było o Smoleńsku. Więcej naprawdę nie trzeba.

Niejaki profesor Edward Skrętowicz w tak zwanym „słowie wstępnym” do kodeksu postępowania karnego w 1998 roku zaznaczył: „…państwo bardziej troszczy się o sprawcę przestępstwa, niż o jego ofiarę…”. A wcześniej: „…wyjątki od (zasady) legalizmu są w kpk tak liczne, że można o nich mówić już jako o (nowej) zasadzie…”. 

A my się dziwimy sędziom i prokuratorom!

Co prawda, aż tak bardzo, to my się im nie dziwimy. Nie dlatego, że na ich miejscu robilibyśmy to samo, albo trochę więcej. Po prostu dlatego, że pod żadnym pozorem nie wolno nam używać kija.

Kij, albo tak zwana siedmioramienna dyscyplina, którego to pojęcia nie chce mi się bliżej wyjaśniać, więc ten kij, ostatecznie rózga w ręce preceptora, wszystko to posiadało właściwości dydaktyczne, o jakich nikomu już się nawet nie śni. Śmiem twierdzić, że ten kij czy rózga, zwłaszcza – niestety – nie  użyte w odpowiedniej chwili, zdecydowały o całej nieodpowiedzialnej przyszłości, jaką ludzkość ma przed sobą.

A kto te nieodpowiedzialne zasady wymyślił? Rzecz jasna, wymyślił je ten, kto odniósł z nich korzyść. Więc ten, czyj zadek najbardziej był narażonym na tę dyscyplinę, na kij czy rózgę.

Użyję tylko jednego jedynego pytania w formie argumentu. Jeżeli jakiś sukinsyn wjedzie nam przed nosem na jedyne miejsce parkingowe i jeszcze pokaże taki „fajny” gest – jak mamy go „wychować”? Znacie jakiś przekonywujący sposób? Kiedy taka sprawa każdej władzy zwisa, a pistolety i kije są wzbronione?

Wobec tego, co napisał powyżej profesor Skrętowicz, nie mamy żadnego prawa się dziwić. Nawet nie mamy prawa narzekać.

Sądzę, że nie bardzo rozumiecie, o co chodzi. Że wielu z was kompletnie tego nie pojmuje. Że to zaledwie mały strzępek, drobny ochłapek dla zaledwie kilku, może kilkudziesięciu tysięcy najmniejszych sukinsynków, by oni też coś mieli z tego, by – ile sił popierali. Bez poparcia drobnych sukinsynków żadne większe sukinsyństwo nie przejdzie.

Każdy z nas, w pewnej fazie, jest właśnie takim drobnym sukinsynkiem.

Dziadek uczył mnie kiedyś, że istnieją tylko dwa rodzaje prawdziwych sukinsynów – banksterzy i politycy. Co do banksterów, chwilowo możemy ich zostawić w spokoju, na tapecie są politycy.

Otóż dziadek ostrzegał mnie, żebym nigdy żadnemu politykowi ręki nie podawał, bo może mi uschnąć. Pomijając Piękną Julię, reguła o krukach wciąż obowiązuje. Kolejność w dziobaniu tak samo. Wszystkie rewolucje polegały tylko na zmianie w kolejności dziobania. Ruska rewolucja, co prawda, trochę jakby więcej na nice wywróciła, ale tak samo ustaliła porządek dziobania, jak wszystkie inne rewolucje. Nic nowego sub sole.

A jednak jest coś nowego. Nie, żeby całkiem. Całkiem coś nowego to chyba będzie dopiero w raju. Sęk w tym, że wielu w raj nie wierzy.

„Każdy kraj ma taki rząd, na jaki zasługuje”. Tak powiadają Anglicy. Źle nie powiadają, a nawet bardzo dobrze. Jak widać, zasłużyliśmy na demokrację. Jak cholera zasłużyliśmy. Rząd nie jest niczemu winny, zawsze zarobi sobie na absolutorium. A winni – my jesteśmy. Sami ten rząd wybraliśmy. Że kradną, że grają w bambuko – widać, to się nam podoba. Że wszyscy jesteśmy winni. Wszyscy, czyli nikt. W ogóle, z tymi winnymi, to najważniejszy wynalazek. On ważniejszy jest od każdego innego wynalazku.

We Francji nie wszyscy byli winni, tylko niektórzy. Na Rusi tak samo, choć pojęcie winy bardzo tam poszerzono, wręcz niespotykanie. Ale rozpatrując z grubsza, winne były klasy. Towarzysz Stalin z klasami cuda wianki robił. No bo tych winnych było wciąż za mało. Kiedy zaś zlikwidowano klasy, zrobiło się po prostu niebezpiecznie. Ale pomalutku, metodą perswazji, ochłapków i takich różnych niewidów – wszędzie wprowadzono demokrację, albo właśnie jest wprowadzana. No i wreszcie wszyscy jesteśmy winni. Wszyscy, bez wyjątku. Bo nikt nie nosi przy sobie zaświadczenia, że nie głosował. Nikomu nie wpada do głowy pytać o takie zaświadczenie.

Poza tym – każdy z nas, to taki mały sukinsynek. Być sukinsynkiem – trendy jest i cool. Wrzeszczeć też przecież potrafimy, jakby co.

W Tuskolandii jest bardzo wesoło. A Kaczora – strach.

Ktoś jeszcze twierdzi, że to różnica?

Podobne artykuły


18
komentarze: 130 | wyświetlenia: 2837
13
komentarze: 53 | wyświetlenia: 1082
13
komentarze: 5 | wyświetlenia: 937
12
komentarze: 280 | wyświetlenia: 578
12
komentarze: 70 | wyświetlenia: 982
11
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1829
11
komentarze: 37 | wyświetlenia: 678
11
komentarze: 137 | wyświetlenia: 834
10
komentarze: 97 | wyświetlenia: 533
10
komentarze: 57 | wyświetlenia: 975
10
komentarze: 9 | wyświetlenia: 626
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  barkarz  (www),  25/10/2012

Kolejność dziobania:)))) To jest to!

  Elba,  26/10/2012

Politycy tańczą tak, jak im zagrają korporacje, które sprytnie wyręczają się głupimi marionetkowymi rządami, umywając ręce od odpowiedzialności za to, co się dzieje…

  rezal  (www),  16/11/2012

Elba dobrze prawi :)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska