Login lub e-mail Hasło   

Porada

Nie wiesz, co w Tobie siedzi? Dowiesz się od psychiatry.
Wyświetlenia: 1.624 Zamieszczono 14/11/2012

Porada

 

          Około pięćdziesięcioletni facet za solidnym biurkiem nie wyglądał na lekarza. Duża, całkiem łysa głowa błyszcząca od potu i obficie wypełniającego pokój światła słonecznego - porządne, ciężkie i zupełnie niemodne okulary o grubych szkłach, lekko sfatygowany, ciemnoszary garnitur, rozpięta pod grubą szyją koszula. I gdyby nie pozłacana tabliczka z napisem; - „Dr J. K. Robinson – Psychiatra – Specjalista d/s Natręctw ” stojąca na lakierowanym blacie biurka, można by go wziąć za kierownika rzeźni czy piekarza. Pocił się, ale też i nie bez przyczyny. Na zewnątrz pełnia lata, brak wiatru, trzydzieści osiem stopni w cieniu.

          Pacjent, Henry Maletz, trzydziestoletni szczupły, lekko zgarbiony od ślęczenia przy komputerze mężczyzna, ubrany lekko, na sportowo, też ledwie oddychał, sięgając co i rusz do kieszeni po wielką, nieświeżą już od dawna chusteczkę. Nie położył się na ceratowej, standardowej w takim gabinecie leżance, nie chcąc zwiększać powierzchni kontaktu przegrzanego ciała z czymkolwiek innym, niż powietrze. Siedział więc na drewnianym, przyjemnie twardym i suchym krześle po drugiej stronie potężnego mebla, na wprost obserwującego go doktora. Podobno znakomitego w swej specjalności fachowca.

          Właśnie skończył opisywać i wyjaśniać obrazowo swoje kłopoty, więc na koniec westchnął, jakby znużony całą tą sytuacją, wyciągnął nogi wygodniej i czekał na stosowną reakcję psychiatry. 

          - Sprecyzujmy więc – odezwał się wreszcie Robinson, nie wykazujący dotąd w widoczny sposób nadmiernego zainteresowania opowieścią pacjenta. Może z powodu upału, lub też po prostu nasłuchał się w swojej praktyce tylu przedziwnych historyjek, iż nic już nie mogło go zdziwić. Jednak pamięć miał dobrą, i swoim zwyczajem, również dla wychwycenia ewentualnych nieścisłości, kompresował opowieści pacjentów do najistotniejszego sedna, przedstawiając im kontrolnie skróconą wersję. – Jest pan e… specjalistą kryptologii, szefem działu analiz w instytucie rządowym. Czy dobrze mówię?

          - Wojskowym – sprostował Maletz.

          - No tak – zgodził się Robinson, i włączył nareszcie stojący z boku wentylator. – Od kilkunastu miesięcy, powiedzmy raz, dwa razy w miesiącu, śni się panu dokładnie ten sam sen. Zawsze około trzeciej rano, budzi pana zielone, nieruchome światło. Czy tak?

          - Tak.

          - A jaki ma pan stopień wojskowy? – Robinson znienacka, podstępnie, zmienił temat.

          Maletz uśmiechnął się pobłażliwie. Nie był idiotą i zdawał sobie sprawę, iż dobry psychiatra jest jak doświadczony inspektor policyjny, który poprzez wielokrotne drążenie tego samego tematu, poprzez zaskakujące, pozornie nie związane a aktualnym kontekstem pytania, musi co i rusz weryfikować rzetelność przekazu pacjenta. Nie był nigdy u psychiatry, ale tak to sobie wyobrażał. Doktor chciał mu pomóc, więc robił swoje jak umiał.

          - Nie jestem wojskowym i nie mam stopnia – odparł spokojnie. – Jestem pracownikiem cywilnym, matematykiem. I ciężko pracuję.

          - No dobrze – Robinson zastanawiał się chwilę – A podczas snu ma pan oczy otwarte?

          - Nie, ale mimo to, czasem, budzą mnie również światła przejeżdżających obok samochodów. Jestem z natury czujny – dokończył – a nie chcę okien zasłaniać.

          - Dlaczego?

          - Cóż… - Maletz nie wiedział co powiedzieć. – Pewnie dlatego, że nie chcę odcinać się całkiem od… świata. Zazwyczaj budzi mnie… świt, wstający dzień, słońce, gwar ulicy.

          - Rozumiem – stwierdził psychiatra, i na razie przestał pacjenta wypytywać.

          Gdyby nie cicho mieszający powietrze wentylator, w pokoju, z oknami na południowy zachód, byłoby całkiem nie do wytrzymania.

          - I to zielone, jaskrawe światło, budzi pana również z powodu… swoich cech, swojej natury? – Robinson wznowił indagację. Nieco jednak mniej chętnie, niż przed chwilą. Ale to mogło być tylko nieuzasadnione wrażenie.

          - No tak – potwierdził Maletz. – Mieszkam na drugim piętrze, więc samochody oświetlają ścianę i sufit. Zwykła rzecz. A to światło, pomijając kolor, oświetla zawsze ścianę i podłogę.

          - Więc źródło, musi znajdować się w górze? – podpowiedział Robinson.

          - To oczywiste.

          - I nigdy nie zdążył pan zobaczyć, co to tak świeci?

          - Nigdy. Zawsze gaśnie, znika, gdy tylko wstanę z łóżka.

          Mimo upału, mimo pewnej narastającej u obu ospałości, Robinson uparcie, konsekwentnie, zdążał do sedna. Jeszcze raz spojrzał na pracujący bezszelestnie magnetofon, na wielki, stojący na biurku mikrofon wycelowany w uprzedzonego o rejestracji pacjenta, i zanotował coś w leżącym przed nim notatniku.

          - A więc, gdy całkowicie rozbudzony wstanie pan z łóżka, światło natychmiast gaśnie, a na balkonie, za szybą, pojawia się… gość?

          - Tak.

          - Jak jest ubrany?

          - Mówiłem już panu – Maletz nie był oburzony, ale nie chciało mu się drugi raz opowiadać tego samego. – To jest zawsze inna… osoba. Przeważnie mężczyźni, ale kilka razy kobiety. I zawsze stoją za szybą patrząc na mnie. Ubrani różnie, jak to ludzie.

          - Normalni ludzie?

          - Całkowicie.

          - A czy normalni ludzie stoją, chodzą, o trzeciej rano po obcych balkonach, zaglądając w środku nocy do mieszkań? Na drugim piętrze? – Robinson nie był z natury zgryźliwy, lecz chciał jedynie wykazać pacjentowi bezsens jego historyjki.

          - No nie – przyznał Maletz – ale pytał mnie pan jak są ubrani. Więc odpowiadam.

          - Przepraszam – Robinson poprawił okulary. – To tylko chciałem wiedzieć.

          Wstał z fotela by rozprostować kości. Założył ręce do tyłu i przechadzał się po pokoju cicho, uważnie stawiając kroki. Jak jakaś puma lub inny kot. No, ale na podłodze gabinetu leżała przecież gęsta, miękka wykładzina, tłumiąca wszystko doskonale. Maletz wodził za nim znużonym wzrokiem, czekając na dalsze pytania i jakąś w końcu fachową poradę. Po to tu przyszedł.

          - I nie odczuwa pan żadnego strachu? – kontynuował Robinson.

          - Absolutnie – przytaknął Maletz. – Ja tych ludzi jakoś podświadomie… znam i… lubię. Nie wiem skąd i nie wiem dlaczego, ale… tak jest. W końcu to tylko… sen. Tak sądzę.

          - No tak. I stąd ta… poufała zawsze… piątka?

          - Pewnie tak – Maletz nie miał tu własnej opinii. – W każdym razie po wymianie uśmiechów, przybijamy sobie piątkę. Jak starzy znajomi. Latem, gdy oszklone drzwi balkonowe otwarte są całą dobę, bezpośrednio, dłoń w dłoń, a zimą… poprzez szybę.

          - Jasne – psychiatra pokiwał głową. – Czuje pan coś w tym momencie?

          - Normalne, lekkie uderzenie.

          - I nic więcej?

          Maletz zastanowił się. Rzeczywiście, psychiatra mógł mieć tu wątpliwości, ponieważ wcześniej nie sprecyzował mu dokładniej tego odczucia.

          - Wie pan… tak. Rodzaj ciepła czy… łagodnej energii przepływającej ode mnie, do dłoni osoby, której… dotykam.

          - Od pana, do gościa. Czy na pewno?

          - Tego akurat jestem pewien. Ja im coś… daję.

          - No dobrze – ciągnął dalej Robinson. – Po „przybiciu piątki”, gość odwraca się i odchodzi?

          - Nie. To ja się odwracam i kładę ponownie do łóżka. Kątem oka ponownie widzę zielone światło, po czym natychmiast usypiam.

          - I zupełnie nie wie pan, jak goście odchodzą?

          - Nie wiem. Podobnie, w jaki sposób przychodzą. Na drugie piętro.

          - Dobrze więc. To mi wystarczy. – podsumowuje Robinson. – Czas na diagnozę.

          - Słucham doktorze – Maletz patrzy na psychiatrę uważniej. Ten siada ponownie za biurkiem i coś wypisuje. Odrywa kartkę i trzymając ją w ręku, wyjaśnia pacjentowi;

          - Ma pan klasyczny sen natrętny, o etiologi przemęczeniowej. To nic groźnego, to przypadłość wręcz banalna, powszechna. Niemniej, przepisałem panu łagodny lek wyciszający i kilka witamin. Lek główny proszę zażywać tuż przed snem – rozpuści pan tabletkę w niewielkiej ilości wody i wypije. Witaminy standardowo - trzy razy dziennie. I… więcej wypoczynku.

          - To wszystko? – Maletz zdziwił się lekko, sądząc, że po godzinnej wizycie otrzyma jakąś bardziej rozbudowaną poradę. W końcu nic mu się takiego jak dotąd nie przytrafiało. A w każdym razie nie pamięta tak dziwnych, powtarzających się snów.

          - Zapewniam pana, że sprawa nie jest warta nawet tego świstka papieru – Robinson wstaje i wręcza pacjentowi receptę. - Gdyby jednak, czego przecież nie wykluczam całkowicie, miał pan jeszcze jakieś podobne problemy, zapraszam ponownie.

          Maletz, chcąc nie chcąc, wstaje z krzesła, rozprostowuje kości i ściska psychiatrze rękę. Ten odprowadza go do drzwi, aż na przewiewny korytarz, gdzie spokojnie czeka dwóch następnych, umówionych wcześniej pacjentów.

          - Za chwileczkę poproszę – informuje oczekujących, po czym zamyka się w gabinecie. Wyciąga z kieszeni telefon komórkowy, wystukuje szesnastocyfrowy numer. Nawiązuje połączenie i podniesionym głosem, dziwnie szybko, mówi:

          - Trwgeejk kdoemmbxa zcsdue ad, ad, fgppqalkd. Vsewahf jsakjom idlslsw qowakf msooskk. Dfkrsoow mjkhjmss bdrewewa. Hpder zsruoch.

          Co w wolnym tłumaczeni z plejadańskiego oznacza:

          - Witaj Mera. Zróbcie wreszcie porządek z tymi wtykami i wymazujcie ich dokładniej. Znów przylazł do mnie jeden, który pamięta wszystkie swoje spotkania, a nawet to, że przekazuje nam informacje za pomocą dłoni. Unieczynniłem go chwilowo, ale tak dalej być nie może – w końcu zaczną kojarzyć! Trzymaj się.

          Siada za biurkiem, i nachylając się do interkomu mówi spokojnie: - Następny proszę.

 

KONIEC.

1211

Podobne artykuły


12
komentarze: 1 | wyświetlenia: 503
10
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1094
10
komentarze: 154 | wyświetlenia: 850
9
komentarze: 617 | wyświetlenia: 822
9
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1652
9
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1644
8
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1748
8
komentarze: 4 | wyświetlenia: 733
7
komentarze: 1 | wyświetlenia: 380
6
komentarze: 2 | wyświetlenia: 157
6
komentarze: 19 | wyświetlenia: 211
6
komentarze: 1 | wyświetlenia: 310
5
komentarze: 0 | wyświetlenia: 579
5
komentarze: 0 | wyświetlenia: 711
294
komentarze: 62 | wyświetlenia: 104404
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  hussair  (www),  14/11/2012

Hitchcock zaprosiłby Cię na drinka. :)
Ja też. ;)

  golesz,  14/11/2012

Jestem w pełnej gotowości.
Jak tam sieć?

  hussair  (www),  14/11/2012

Silny, zwarty, gotowy - obyś nie padł, gdy ujrzysz mnie-Hanibala w drzwiach któregoś dnia. ;)
Sieć ciągle zerwana, morliny ją zdrowo pocięły, nadal posiłkuję się kafeteriami. Over.

  greenway,  14/11/2012

Ja też chcę Cię zobaczyć w drzwiach... :)))

  golesz,  14/11/2012

Nie padnę, chyba, że z zachwytu na widok stosownych, szklanych bagaży. A sieci powinny być podziemne. Co by ich wiatr nie plątał. Over.

  hussair  (www),  14/11/2012

Green: to oznacza poważną chorobę - hanibalizm.
;)
Goleszu: przekażę wytyczne do sztabu.

  greenway,  14/11/2012

Jak zwał tak zwał, a ja cierpliwie czekam... :)))

No to niech się Sztab ogarnie w końcu. Do kupy zbierze.

  hussair  (www),  14/11/2012

Cholera... dobrze mówisz, bo mi coś ostatnio wzrok za często na bagnecie sie zatrzymuje. Trza działać.

  hussair  (www),  14/11/2012

Green, nie znasz dnia ani godziny...
...ja też zresztą nie. :))

Wszędzie mają wtyki...;)

  hussair  (www),  15/11/2012

A w lasach wokół Twojego domu nie widujesz po nocach dziwnych świateł? :)

Od mojego domu (wielkie słowo - bloku) do najbliższego lasu kilkanaście km. Ja świateł nie widziałem. Nigdy. Ale przecież nie mam powodu, by nie ufać o tym piszącym? A może jednak nie ufać? Więc las owszem, ale pojęciowy. Gęsty, można się pogubić. Pozostaje kombinować na własną rękę - szukać, marzyć, tworzyć wreszcie. A koncepcja nie jest przecież całkiem nieprawdopodobna. Podobnie jak ta, że w pr ...  wyświetl więcej



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska