Login lub e-mail Hasło   

Dziennikarska patologia ma historyczne korzenie

Odnośnik do oryginalnej publikacji: http://rebelya.pl
Ileż to fałszywych idei rozszerzały u nas dzienniki ze strachu nikczemnego, aby się opinii nie narazić – ileż klęski winniśmy jawnie kłamliwym wieściom rozsiewanym pod pozorem
Wyświetlenia: 640 Zamieszczono 24/11/2012

obowiązku nie gaszenia ducha, ile złego się stało przez dzienniki, które na usłudze rzeczywistej kraju, ani żyć ani umierać nie umiały – pisał już w 1866 roku pisarz, publicysta i działacz społeczny Józef Ignacy Kraszewski.

Dziwić się zapewne nikt nie będzie że w sprawozdaniu rocznem damy miejsce poczestne jednej z najżywotniejszych kwestij czasu — dziennikarskiej — że musiemy przejrzeć i orzec co się u nas na tem polu niedawno jeszcze wykarczowanem czyni wszelkiemi staroświeckiemi pługami, płużkami, odwieczną sochą i domorosłą a niezgrabną motyką, w ostatku francuzkiemi machinkami i parowemi narządy.

Rozrosło się wszędzie dziennikarstwo tak chwastową bujnością, że ludzie których wszystko przeraża co tylko od wieków znajomemi im liśćmi nie rosło pod płotem — widząc w dodatku że i książek się coraz mniej czyta i coraz gorzej, pod pozorem pośpiechu, pisze w gazetach — zakrzyczeli na trwogę… Byli tacy co wszystko złe wieku zaczęli przypisywać dziennikom, na ich grzbiet kładnąc ciężar wszystkich grzechów — przeklinając je głośno jako ostateczną zgubę.

Ponieważ ci panowie mieli po troszę słuszność za sobą, ta odrobina słuszności obałamuciła ich, sądzili że mają zupełną. Nic straszniejszego nad prawdę pomięszaną z fałszem, tego szarego od białego maku, jak w bajce, nikt nie umie oddzielić — idzie to więc razem za jedno.

I tu się tak stało; ma dziennikarstwo swój grzech pierworodny — pośpiech — ale ten jest warunkiem jego życia zarazem. A że nie wszyscy improwizować mogą i umieją, że mnóstwo niepowołanych bredzi, — ztąd przeklon na całe plemię dziennikarzy, że język psują, że wodę warzą, że od książek i pracy odciągają i.t.p.

Z tego grzechu pierworodnego, tylko chrzest jenjuszu lub talentu obmyć może, a nie każdemu on dany; płodzi się więc w istocie mnóstwo śmiecia i chwastów. Ale bądź co bądź, wszędzie odpadki być muszą, a dziennikarstwo, dopóki ludzkość nowych życia warunków się nie dorobi, będzie jedną z form teraźniejszego umysłowego ruchu i bytu.

Krzyczano tak zawsze i wszędzie na wszelką niewygodną nowość, na każdego świeżego przybysza, który starym autochtonom chleb odjadał.

Nic to jednak nie pomoże, — to, czego czas, potrzeby epoki wymagają, na przekor zapleśniałym miłośnikom praeteriti plus quam perfecti istnieć musi i będzie.

Tak ono jest i z dziennikarstwem, daremna przeciwko niemu wojna, trzeba mu przyznać prawo obywatelstwa, starać się je udoskonalić, ale nie silić się próżno pozbyć go jak natręta.

Wady dziennikarstwa są winami dziennikarzy.

Gdy się w rękę weźmie gazetę, czyta się ją tak jakoś łatwo, znajduje w niej takie jakieś proste rzeczy, iż zdaje się pierwszemu lepszemu, że tak dobrze jak każdy inny, mógłby być doskonałym dziennikarzem.

Nie potrzebujemy dowodzić na nowo, że rzeczy na pozór do wykonania łatwe, są w istocie najtrudniejsze, choćby dla tej niezmiernie prostej przyczyny, że do nich potrzeba łatwości, którą ma niewielu.

Zadanie dziennikarza, formą i środkami (przeważne tu mającemi znaczenie) różni się niezmiernie od zadania pisarza, pojętego po staremu, który wedle Horacjuszowskiego nonum praemałur in annum, pomalutku i swobodnie wyrzeźbią swe arcydzieło… Nie lęka się on opóźnić, a olbrzymim swym młotem zabijając klin w głowę czytelnikom, wie już pewnie, że celu dopnie jednym zamachem.

Dziennikarz zaś jest mrówką, która po zdziebełku znosić musi pruszynki składając z nich górę.

On działa non vi sed saepe cadendo, jako kropla wody na kamienie. — Całą mając prawdę w dłoni, dziennikarz umyślnie ją rozdrabia, stopniuje, ułatwia jej zrozumienie, czyni przystępną, aby ją massy przełknęły. Jego talent musi być innego rodzaju, a większego poświęcenia niż talent pisarski, który tem potężniej działa im mniej się rozdrabia i dzieli, im bardziej skupia i krystalizuje.

Dziennikarz musi z zaparciem się wszelkiego popisu, trzymać na wodzy talent, natchnienie, ogień, siłę i dawać je po odrobinie… Sposób w który dzienniki najskuteczniej działają na massy, zależy właśnie na tem, jak lekarstwo dozowaniu homeopatycznem prawdy w małych cząstkach… Prawda cała, wielka, pełna, olśniewająca, jeszczeby może na ogół skutecznie podziałać nie mogła, bo nie jest przygotowanym do jej przyjęcia; trzeba więc rozproszkować ją, zasłodzić, dać jej często jako vehicidum pojęcia przyjęte i oklepane nawet, aby niewidzialna została połkniętą i przeobraziła człowieka.

Gdy dodamy, że to co dziennikarstwo ma szczególne powołanie popularyzować i szerzyć — prawdy społeczne i polityczne — jest dla mass najmniej przystępnem — uznamy że forma ta jaką instynktowo wiek nadał dziennikarstwu, była mu w istocie najwłaściwszą, konieczną, z naturą zadania jego zupełnie zgodną.

Wiek który chce i dąży do szerzenia oświaty w formie przystępnej i łatwej, musiał jako wyraz swojego usiłowania stworzyć dziennikarstwo. Że go źli ludzie niedobrze używać mogą, wina ludzi nie rzeczy…

W miarę jak potrzeba oświecenia mass stawała się oczewistszą, jak szerzyły się okręgi czytelników, dziennikarstwo rosło i dziś powiedzieć można do pewnego stopnia słusznie, iż stan dziennikarstwa jest najlepszym termometrem stanu społeczeństwa z którego ono wyrasta. Ma ono zwykle jego wady i przymioty spotęgowane, wyrazistsze niż są w tłumie i dzieli wszystkie losy narodu, którego jest twarzą — jest fizjognomją.

Z powyższego założenia łacno wyprowadzić wniosek, iż i nasze dziennikarstwo — jest pulsem po którego biciu lekarz by się mógł chorób naszych domacać.

Stawi to nas w niemałym kłopocie, gdyż logicznie idąc, wypadnie przyznać narodowi wady, które się w dziennikarstwie nader jaskrwawo i wyraziście malują. A gdy się okaże, iż dziennikarstwo nasze łatwo się zrywa, rozgorączkowuje, nie ma chłodnej krwi i wytrwałości, niebardzo lubi pracę, niezbyt przebiera w drogach, nadto schlebia ze strachu folgując opinjom szkodliwym, cywilnej odwagi nie okazuje, częściej myśli o chlebie powszednim niż o posłannictwie i kapłaństwie swojem… cóż to wszystko będzie znaczyło??

Otóż to wszystko nie będzie zdaniem naszem całkowicie potępiać ogółu, wady dziennikarstwa dają się poczęści tłomaczyć ubocznemi wpływami. Mamy circonstances attenuantes. Naród każdy żyje wprawdzie do pewnego stopnia swoim żywotem odrębnym, ale go oblewa atmosfera ogólna życia powszechnego bratnich cywilizowanych ludów, a ta nie jest bez wpływu na fenomena tego bytu odrębnego.

Rozróżnić więc potrzeba co w tych zjawiskach swojskiego jest a co napływowego. Jeśli gdzie to w dziennikarstwie wpływ europejski jest przeważnym, daje on koloryt, formę, a nawet przesącza się do treści.

Olbrzymie cyniczne zepsucie szerzące się w dziennikarstwie zachodniem, lekceważenie swojego posłannictwa, zaprzedawanie się w usługi bez przekonania, schlebianie popularnym opinjom, brak gruntownej pracy, choć dzięki Bogu, nie przeszły do nas w całości, oddziaływają wszakże i na nasze gazeciarstwo. Djapazon ogólny zniżony, brak zasad uczciwych, polityka chwilowa, doraźna interesów raczej niż pryncypjów, powoli i na nas podziałały.

Z tego powodu wszystkiego zła dzienników narodowi przypisywać się nie godzi.

Więcej może przez ślepe naśladownictwo (zresztą nienaganne tym razem) niż z poczutej istotnej potrzeby wewnętrznej, dziennikarstwo nasze polskie we wszystkich krajach dawnej rzeczypospolitej, od lat kilku bujnie rozrastać się zaczęło.

Nie będziemy tu mówili o nieszczęśliwych jego losach pod panowaniem cenzury rossyjskiej, bo tu praca jego jest historją męczeństwa, obudzającego zarazem politowanie i oburzenie.

Nigdy, nigdzie myśl ludzka tak ohydnie, tyrańsko skutą nie była. Dziennik w Rossji, zwłaszcza polski, był najdzikszą anomalją… zadaniem jego jest tętnić życiem, tu niczego co życie stanowi tknąć nie było wolno; stosunki krajowe rząd tylko mógł przedstawiać, sądzić o nich zakazano, wspominać wzbroniono, alluzje wymyślone były zbrodnią. — Dziennikarz stać musiał jak ekwilibrysta na wierzchołku góry, nie mogąc się ruszyć w żadną stronę… Na wsze strony otaczały go przepaście… ekonomja polityczna, przepaść — polityka, otchłań! historja, przeszłość, wszelkie uczucie, wszelka myśl śmielsza, samoistniejsza, wszystko co choć zdała tchnęło swobodnym sądem… zbrodnia.

Tu zadaniem dziennikarza było z otrębów życia zlepiać chleb niezdrowy… dla mających się nim potruć niewolników. W chwilach najważniejszych, gdy kraj widomie szedł drogą błędną, niewolno było krzyknąć i ostrzedz… cenzura głosu podnieść zakazywała…

Co się działo w tej swędnej i brudnej kuchni komitetu cenzury… malować nie potrzeba.

A jednak i dosyć uczciwi ludzie kuchcikowali w niej dla polizówek obcinając głowy myślom i dusząc pisklęta… nowonarodzone…

Dziennikarstwu pod moskiewskim batogiem usiłującemu żyć, należy najwyższa chwała i zasługa… któż oceni co tam pracy, zachodu, niebezpieczeństwa kosztuje ocalenie zdrowej myśli, wypowiedzenie uczciwego zdania, wy krzyk szlachetniejszego uczucia! Sądzić je bezwzględnie byłoby najwyższą niesprawiedliwością — nie rychło a może nigdy — bo się pamięć przeszłości zaciera prędko — niestety — ocenią tę robotę męczeńską przypominającą roboty więźniów w cytadelli warszawskiej, ich rysunki krwią na kawałku koszuli robione lub rzeźby z oderwanego od gęby chleba kawałka…

Prawda że dziennik w Warszawie wychodzący wyda się nam bladym, zwłaszcza przy cynizmie bezczelnym warszawskiego urzędowego organu… ale i ta bladość ileż kosztuje wysiłku, i któż policzy te codzienne boje ze złością jednych, głupotą drugich, tchórzostwem wszystkich… te nieustanne strachy, groźby, prześladowania i znęcania się.

Zapuśćmy zasłonę na ten obraz czarny…

Pozostawały językowi polskiemu do wyspowiadania się z myśli narodowej, z tęsknic i bólów narodu — kraje w których warunki prasowe były daleko łagodniejsze; gdzie albo wszystko lub tak jak wszystko wypowiedzieć było można.

Uderzmyż się w piersi, czyśmy z tej swobody w sposób przyzwoity, obrachowany korzystać umieli? Tego nie powiem.

Pierwszym czynem naszym, gdyśmy trochę przetworzoną furtkę znaleźli, było zawsze, brykając i wierzgając wyskoczyć… tak że natychmiast znowu bicz pędził do zagrody. — (Proszę sobie nie wyobrażać ażebym tu cielęta lub gazetę Narodową miał na myśli.) — Porównanie trochę przyostre… ale wierzcie mi, słuszne — zresztą quod scripsi, scripsi, nikt tego do siebie nie weźmie.

Jest zresztą w naturze rzeczy, że gdzie wszelka swoboda przez czas długi jest odjętą, tam się i do najmniejszej dozwolonej nadużycia ma skłonność. Skłonności tej działo się zadosyć w sposób szkodliwy nam w ogóle… przez tę klapę bezpieczeństwa (którą jest dziennikarstwo) pryskały pary, dymy, iskry i gorące nadto wyziewy — ale to wszystko szło marnie rodząc dużo swędu i wilgoci…

Ponieważ dziennik żył krajem, po prostu mówiąc abonentami, a domyślano się w kraju ochotki do opozycji, utajonych niechęci, żalów, aspiracji — folgowano im po dziennikach, nic patrząc, czy owe opozycje, niechęci, żale, pragnienia, wszystkie były na dobie, zdrowe i pożyteczne.

Nie zbywało w gruncie dziennikarstwu na jak najlepszych chęciach, ale na talentach poważnych, dojrzałych, wykształconych naukowo, wytrawnych lub usiłujących się wytrawić. Nie możemy tu, niestety! przywieść ani jednego imienia, któreby zyskało w dziennikarstwie rozgłos i dorobiło się istotnej zasługi. Były błyskotliwe popisowe zdolnostki, fejerwerkowe dowcipy, w togi poubierane nagości, stylistyczne znakomitości… słomianych ognisk wiele — ale porządnego ognia z dobrego, suchego drzewa, brakło — i braknie.

Tam gdzie dziennikarstwu prawa prassowe dawały nieco większą życia możliwość, mnożyły się (tak jest i do dziś dnia) dzienniki bez końca, bez rachuby, na przepadłe imię… i marły też w kolebkach.

Dwóch ludzi dobrej woli, wyprosiwszy sobie w imię obowiązków dla ojczyzny, kaucją u trzeciego łatwego i nie złej woli człowieka, bez planu i myśli, z funduszem na kilka ledwie numerów lub kredytem na kilkanaście — puszczali się zwykle na niepewną ową loterją i polowanie na abonentów, przedając z góry ich skóry, w błogiej nadziei, że zachwyceni pierwszemi ich wyrazy słuchacze… rzucą się viribus unitis, tysiącami na dziennik i wleją weń soki żywotne… przez ręce kassjera…

Następował naturalnie potem rychły zawód, straty — ciągniono dopóki było można; często gdy się pierwszy wzmógł, drugi utopista przejmował chomąt i ciągnął wóz o staje dalej… ale na ostatku ugrzęzano na wieki.

Wszystko to pochodziło i pochodzi z tego lekkomyślnego ocenienia dziennikarstwa i dziecinnej zarozumiałości rachującej na cuda. Zakładano dzienniki jak brano na loterją, a nuż się wielki los wygra!

Nikt sobie powiedzieć nie chciał, że aby ufność zdobyć, potrzeba na nią zapracować, zasłużyć; że dziennik trwały buduje się powoli, wrasta w kraj jak nałóg, narzuca się ogółowi, a ani starania przyjaciół, ani kliki stronników, ani usłużni agenci nie dają stałego powodzenia… tylko zasługa… i odpowiedzenie potrzebom… zaspokojenie ich.

Dziennik, który nie jest pożądanym, niecierpliwie oczekiwanym, koniecznym do życia, — który trwa łaską i jałmużną… nie ma przyszłości.

Ażeby się zaś dorobił uznania, stał nałogiem i potrzebą — musi żyć, trwać, zasługiwać się długo o własnej sile. To jego nowicjat, czas próby…

Dlatego założenie dziennika, z wyjątkiem bardzo niewielu szczęśliwych wypadków — wymaga nie tylko sił pisarskich, ale kapitału i jest zespoleniem (może nieszczęśliwem ale koniecznem) dwojga nie łatwo z sobą chodzących rzeczy, grosza i talentu. Grosz bez talentu nic nie zrobi, ale i talent bez grosza niewiele tu uczynić może.

W zachodniej Europie, talenta moralnie zgniłe poszły na wyrobnictwo groszowi; — u nas, dzięki Bogu! dotąd nadto swą godność czują by się zaprzedawały; grosz więc posługiwał się powszechnie — zdolnostkami i pośledniejszym robotnikiem.

Pomnażanie się liczby pism perjodycznych wszelkiego rodzaju, nie wyszło na korzyść dziennikarstwu; rozpraszało ono i tak niewielkie siły, trwoniło szczupłe grosza zapasy, rozdzielało społeczność na kółka, a ostatecznie zwiększało tylko liczbę mogił na papierowym cmentarzu.

W Wielkiem księstwie Poznańskiem, nie kuszono się o wiele; zrobiono jednak stosunkowo dosyć, choć możnaby więcej. Kilka pism religijnych i ludowych, dwie gazety na księstwo i Prusy nie było za nadto.

Dziennik Poznański, jakoś niezbyt gorliwie redagowany, dostał się w końcu w ręce przedsiębiercy, dla którego był już tylko chudą ale dojną krówką, oszczędzano paszy. W ostatnich czasach, gdy się byt jego zachwiał, z powodu niefortunnego artykułu nadesłanego o zgodzie ewentualnej z Moskwą i możliwości miłości dla kata… (artykułu, który aż obłąkaniem redaktora tłomaczyć musiano) pan Merzbach, ledwie walący się budynek podparłszy i utrzymawszy od grożącej ruiny, skłonnym się okazał zbyć na własność teraźniejszym posiadaczom. W rękach energiczniejszych nowej redakcji, Dziennik Poznański urósł nie tylko do większego arkusza, ale do nowego znaczenia i powagi. Jeszcze za Merzbacha, zaczęto w nim umieszczać dowcipne listy Wojtusia, które zjednały mu wziętość i przebaczenie przeszłych grzechów. Inne też działy Dziennika, daleko staranniej redagowane być poczęły. W artykułach tak zwanych wstępnych i o kwestjach już ogólnej polityki, już to sprawy narodowej tyczących się — znać być poczęło znakomitą zdolność pisarską, a nawet dziennikarską, improwizującą ciepło, żywo, dobitnie na podstawie gruntownie wyrobionych zasad…

W ogólnej dyrekcji Dziennika czuć też dłoń nową człowieka rozumiejącego swe zadanie, ale któremu zbywa może tylko na siłach materjalnych do ściślejszego wykonania dobrze zakreślonego planu,… niektóre bowiem oddziały zarysowują się ledwie jako desiderata do wypełnienia. Odcinek jest w ogóle nierówny, słaby, oszczędny, a korespondenci trochę zbierana drużyna. Taki jednak jak dziś jest, Dziennik już niemal zaspokaja skromne pragnienia Wielkiego Księstwa, nie jest to jeszcze gazeta pewnie i mocno stojąca o swych siłach, z budżetem starczącym na potrzeby… res angusta domi — czuć się w niej daje, cżuć że się dorabia istnienia, ale pracuje na nie poczciwie, sumiennie, szlachetnie.

Ledwie już dziś o nieboszczyku “Nadmyślaninie!” którego ma właśnie zastąpić Gazeta Toruńska, dziecię wielkich nadziei a przynajmniej zacnych rodziców, wspomnieć warto… tak ten dzienniczek Prus chełmińskich był biedny, tak ciężko walczył o życie niewiedząc, zkąd je zaczerpnąć. — Czerpał też nieraz i ze skandalu i z różnych nie zbyt wonnych źródeł, męczył się, pracował, i nie mogąc przyjść do sił… musiał w końcu umrzeć. — Taktu w nim nie było nigdy, ale że miejscowości dziennik był potrzebny, mimo swej biedoty i nierówności, trzymał się czas jakiś. To co w W. Księstwie zrobiono z Dziennikiem, w Prusach teraz uczynią Nadwiślanina przekształcając na Gazetę Toruńską. Szczęść Boże! — Imiona ludzi, którzy podejmują to zadanie, są najlepszą rękojmią że poczciwie wykonane zostanie — czy umiejętnie, to drugie pytanie. Ale doświadczenie uczy i omyłki nawet bywają płodne.

W Galicji jakkolwiek warunki prasowe nie były może tak łatwe jak w W. ks. Poznańskiem i Prusach, a obawy i niedowierzania władz daleko większe, wszakże stan dziennikarstwa nigdy się nie dał porównać z niewolą jakiej ono doznawało pod panowaniem moskiewskiem. Z umiarkowaniem pewnem, z zachowaniem form, wszystko się tu prawie wypowiedzieć dawało co krajowi było najpotrzebniejszem.

Jeżeli niektóre z dzienników, za namiętniejsze uniesienia ulegały karom, winne to były niepohamowanej u nas skłonności do przekraczania granic tego co dozwolone. Tymczasem w zakreślonych nawet szczuplejszych ramach ludzie wytrawni a pojmujący swe zadanie, wiele by uczynić byli mogli… z trochą taktu i wstrzemięźliwości, non vi sed saepe cadendo. Ale bujna fantazja polska nie opuszczała nas i w dziennikarstwie; na ogóle największe zawsze wrażenie czyniło to co nie było dozwolonem, co miało smak zakazanego owocu, co kosztowało pewną odwagę wypowiedzieć, za co można się było narazić na carcere duro, obostrzony łańcuchami i postem.

Odwagi cywilnej nie miał nikt prawie względem kraju, gdy mu prawdę gorzką potrzeba było wypowiedzieć — każdy niemal znajdował ją w sobie, gdy szło o wystąpienie przeciw rządowi. Wszyscy niemal redaktorowie kończyli w kozie. — Nieszczęśliwe też okoliczności krajowe, zwiększały usprawiedliwioną z wielu względów, ale niezręczną opozycją. Należało posłać dziennikarzy na naukę do Warszawy jak się to pisze… aby był wilk syty i koza cała.

Ze wszystkich dzienników galicyjskich największej powagi na pozór, największego zrazu wpływu, najlepszej opinji używał Czas. Pismo to założone nie od dziś, miało czas wyrobić sobie czytelników, imię, powagę, wiarę, stało się autoritetem. Już samo jego trwanie jest pewną rękojmią potrzeby, uznania, pożyteczności; kraj adoptował to pismo, czytał je chętnie… Ale Czas, przeszedłszy różne koleje (nawet pozwolenie odbierania go w Rossji) — Czas, który jak się z samego okazuje tytułu, zamierzał być, a może się już i sądził Timesem polskim — nie zupełnie odpowiedział zadaniu swemu; życie jego było dosyć burzliwe i różnym słabościom ulegało, jasno nigdy nie wypowiedział programmatu swego, nie wywiesił sztandaru, kilkakrotnie dążności i opinje zmieniał, w końcu zestarzał i począł drzemać. Wpływały nań naturalnie wypadki, opinje zmienne ogółu, za któremi wzorem Timesa iść sądził się obowiązanym, obawy narażenia krajowi i czytelnikom… W samej redakcji dzisiejszej nie czuć ani jednolitości myśli, ani skupienia dążeń, ani nawet zbytniej staranności o podniesienie pisma, które w formie więcej nałogiem niż rozumowaniem urobionej, ciągnie się już powoli aby dalej, mniej coraz okazując żywotności, ducha i przymiotów dziennikowi nieodzownie potrzebnych. Jest to jakaś drzemka intermistyczna poprzedzająca, nie wiem, odrodzenie czy sen wieczny.

Trudnoby było dziś powiedzieć jakiego stronnictwa, jakich przekonań Czas jest wyrazem, czego strzeże, ku czemu idzie, a nawet dla kogo jest pisany. Ma on swe tajemne sympatje i swe ukrywane niechęci, które się nieznacznie wykluwają czasami, ale w ogóle nadto jest przyzwoitym, aby się roznamiętniał nawet dla drogich sercu przekonań… a potem… czytelnicy są tak wymagający! Po artykułach nieco wyrazistszych i drażniących następują starte, mdłe, niejasne, unikające dotykania wprost tego co należy leczyć i karcić. Mnóstwo kwestji pomija się milczeniem upartem, umyślnem, dającem się zarówno tłomaczyć obawą i wzgardą.

W ogóle Czas robi wrażenie dziennika bez redakcji, który się sam składa jakoś z różnych atomów, jednego kierownika, myśli, duszy w tem ciele nie dostaje. W polityce zagranicznej dziennika eklektyzm jak najwyrozumialszy, każdy niemal korrespondent pisze, zapatrując się ze swego własnego stanowiska na sprawy europejskie: artykuły redakcji nie stanowią spójni, ale często nowy całkiem żywioł, niebardzo z pierwszemi zgodny.

W sprawach krajowych najczęściej albo milczenie ostrożne i zadziwiające lub artykuły nadesłane, obce redakcij, sprzeczające się z sobą a nieprzejednane stanowczym jej sądem… Kwestje gminy, propinacji, wychowania strzelają jak petardy z różnych stron niespodzianie, ale na kilku tych wystrzałach luźnych się kończy.

Wiadomości z kraju są szczupłe, przynosi je z łaski dzień każdy, nie ma zorganizowanych, stałych korrespondentów; dziennikarstwo krajowe często ignorowane jakby naumyślnie… Słowem zdawałoby się że Czas dziś wyczekując na coś, stara się tylko przeżyć, nie działać stanowczo, nie skompromitować się nigdzie, a sprawozdania swe nawet ograniczyć do najkonieczniejszych faktów… Ta zbytnia oględność która dziennik martwym czyni, czuć się daje szczególniej od wypadków 1863— 1864. roku, o których Czas z razu nie wiedział co trzymać, potem w trop za nimi puścił się drogą zbyt śmiałą, z której gdy ostatecznie zawrócić się przyszło, już po smutnem doświadczeniu i doznanym zawodzie woli widać milczeć i przekonań swoich nie głosić. Jest to dziś szkielet dziennika, którego kości powleczone skórą trzymają się wprawdzie, ale pod ich zmarszczoną powłoką krwi w żyłach nie czuć i nie widać.

Czas jako dziennik przede wszystkiem polityczny nie miał, ściśle wziąwszy, obowiązku zdawać sprawy z ruchu literatury polskiej, z dzieł wychodzących i t. p. jednakże, jako dziennik narodu który dziś więcej żyje literaturą swą i językiem niż polityką, powinien był baczniejszą na tę sferę życia zwrócić uwagę; mógłby pilniej śledzić co się dzieje w wydawnictwach i coś poważniejszego mieścić niekiedy przynajmniej, nad prześliczny ale leciuchny Tygodnik Paryzki, lekkie bjografijki i rozprawki o klassyczności i romantyczności lub wspomnienja niezapomnianej a świeżo zgasłej przeszłości,… a na ostatek przekłady francuzkich powiastek. Imię bardzo zasłużonego, pełnego talentu pisarza który feljetonem tym włada, większe obudzało nadzieje; nie żeby odcinek zapełniany bywał rzeczami źle wybranemi (bo te które mieści złe nie są) — ale stosowniejsze i sympatyczniej zebrane by być mogły.

Żywot umysłowy Galicji, Krakowa, uniwersytetu , wcale się w nim nie odbija… prędzej w kroniczce miejscowej w opisach uczt i toastów. Czasem zjawi się sprawozdanie z książki odpowiadającej smakowi redaktora, a potem głębokie milczenie.

To lekceważenie wszystkiego co nie miłe jest jedyną bronią, która obosieczną być może; rani ona zapewne tego, przeciw któremu działa, ale kaleczy i tego co jej używa — bo do pewnego stopnia razem ze wzgardą dowodzi bezsilności.

Z tem wszystkieni mimo wyrzutów, jakieśmy odcinkowi uczynić musieli, jest on jeszcze żywszym i lepszym od całego dziennika.

Czas jaki dziś jest, pozostał już tylko materjałem do zrobienia z niego Dziennika — niczem więcej. Obok niego inne, acz w bardzo dobrej woli poczęte kilkakrotnie, zupełnie się nie powiodły. Stworzyć Dziennik nowy może ten tylko, kto potrzebę jego zbadał, a chwilę obrał szczęśliwie i ma zasoby na przetrwanie nowicjatu… Grając na oślep w loterją, powtarzamy: rzadko się wygrywa.

Na drugim krańcu, w drugiej na pół rusińskiej stolicy halickiej, w grodzie Lwa — przeważne i wpływowe wyrobiła sobie stanowisko Gazeta Narodowa, zwana z przekąsem Narodówką. Przechodziła ona najrozmaitsze koleje, padło pod nią wiele rumaków zajeżdżonych przez niezmordowanego jej redaktora, który mimo wrzawy, krzyków, niesmaków, processów, nieprzyjaciół i przyjaciół swych — żyje a gazetę swą w ostatnich czasach, przyznać potrzeba, ulepszył znacznie, uczyniwszy ją Monitorem entuzjazmów i lojalności świeżej kraju…

Narodówka, dla swego tytułu — trzymała z różnemi partjami i opinijami — zawsze mniej więcej narodowe barwy noszącemi, schlebiała zręcznie wszelkim roznamiętnieniom opinji, przerzucała się nieraz z jednego krańca na drugi — miewała chwile w których redakcja jej zdawała się, sądząc z owoców, złożoną z głodnych studentów… miewała artykuły najdziwniej nieudolne, najlichsze — zbawiało ją że plwala śmiało na wsze strony, tłukła pięściami silnie a krzyczała po karczemnemu… Mimo te wszystkie w niej wady — biło w niej i bije jakieś tętno życia; — pięść nie koniecznie wprawnie trzymała pióro, wrzawa nie zawsze była wymowną a rzadko kiedy przyzwoitą, ale hultajka… opryskliwa i zła… żyła i żyje…

Mylę się, jeśli Czas porównać można do szkieletu, Narodówkę słuszniej jeszcze nazwaćby można schorowanym defektowym (delicta juventutis) kaleką nieznośnym dla rodziny i sąsiadów, bez taktu, bez godności, bez konduity… krzykliwym, gderliwym, ale żywuszczym… mówiąc z rusińska. Siedzi ten paralityk, pół dnia w fatersztulu, krzyczy, łaje, zżyma się, ludzi pędza, cały dom trzyma na nogach. Wszyscy go przeklinają począwszy od żony i dzieci, nikt go nie ma za wielką rzecz, pluje nań kto chce i raczy — a — niewiedzieć czemu, gdyby to utrapienie ubyło — próżniaby po niem została.

Jak Czas jest wyrazem niespójnego podziału pracy i zszywaną z kawałków kołdrą pokrywającą wielkie lenistwo i grzeszną obojętność, tak Narodówka cała jest wskroś jednym człowiekiem… panem Dobrzańskim. Dla tego też unikając osobistości, tyle tylko o niej powiedzieć możemy… Do panowania jednego człowieka nad całym krajem, jako z jednej strony dowodzi w nim energji, siły i pewnej osobistej wartości względnej, — tak ze strony kraju, jest oznaką bezsilności, odrętwienia, niemocy.

Galicja, — popytajcie ludzi — jest prawie cała zgodną w tem, że panowaniu Narodówki nad nią, koniecby położyć należało; — wszyscy się na nią zżymają, ubolewa każdy, iż tak małej wartości i od siekiery redagowany dziennik, przyznaje sobie prawo reprezentowania kraju — tymczasem wszelkie usiłowania do wyrwania mu z rąk berła, były i są i długo będą nadaremnemi.

W r. 1865. kilku obywateli galicyjskich, w myśli stworzenia poważniejszego dziennika, któryby mógł wpływać na zdrowe pokierowanie opinią kraju, powzięło zamiar założenia nowej gazety, której dano nazwanie Hasła. Historją tego pisma zgasłego z rokiem 1866. piszemy na świeżej mogile… pod epitafium, które mu Chochlik położył.

Wszystko co umiera, już przez to że umiera, dowodzi, iż nie miało w sobie zupełnych życia warunków.

Wiele ich w istocie brakło Hasłu. Programm dziennika osnuty był dosyć rozważnie, — środki wykonania od razu zostały trochę na łasce losu. Wiedzieli założyciele, czego po piśmie swem wymagali, ale drogi, jaką mogli dojść do celu, nie rozpoznawali jasno; byli to obywatele zacni, ale nie dziennikarze; robili rzeczy po obywatelsku. W błędzie byli co do natury działania dziennika; zdawało się im, że kraj pożądający czegoś nowego, ku zjawionemu rzuci się od razu, tłumnie i podtrzyma pismo. Nie rachowano na nałogi, na obojętności ogółu, na wielką doświadczoną zręczność redaktora Narodówki, który przy pozornej obojętności, nie zaniedbał żadnych środków współzawodnika mogących istnienie podkopać. U steru redakcji we Lwowie , stali bardzo zacni ludzie, ale z mechanizmem dziennikarstwa nie bardzo obeznani, najlepszych chęci, ale niecierpliwi, żywi, często niezręczni. Zasoby materjalne założycieli były stosunkowo nie wielkie, obawa strat nazbyt żywa. Chwytano się co chwila nowych półśrodków, coraz nowych ludzi, zawsze rachując na coup d’etat jakiś, a nie na powolne zdobywanie sobie stanowiska, którego szturmem się nigdy nie bierze. Hasło żyć nie mogło, bo wytrwać nie miało o czem.

Jednakże, pomimo krótkiego istnienia swojego, pochlubić się ono może, iż dokonało dwóch dzieł dosyć ważnych — zmusiło Narodówkę do znacznego zreformowania się i ulepszenia, a opinją w ogóle pokierowało śmielej w kierunku nowym przez się wytkniętym… który pewnej odwagi cywilnej, przy ówczesnym stanie kraju wymagał. Narodówka miała ten talent i zręczność, że sama potem poszła tą drogą, jak skoro ją ujrzała przetartą i możliwą — i Hasło uczyniła już prawie niepotrzebnem, gdyż stanęła na jego stanowisku i przejęła jego rolę. Zmuszona rozpatrzeć się w redakcji swej, podniosła nieco jej wartość; a choć dziś znowu się zaniedbuje i daleką jest od tego, by się mogła nazwać dziennikiem, jakiego Galicja wymagać ma prawo — choć to jest nauczyciel, co czasem z uczniami razem, dla zjednania ich sobie — ad captandam benevolentiam zachodzi do cukierni na kieliszek likworu… ale… ciężkież czasy…

Odśpiewawszy Requiem “Hasłu”, Narodówka idzie dalej, już daleko śmielsza i pewniejsza siebie i nic jej teraz nie broni umieszczać artykuły pisane stylem, językiem i myślami… jakich w żadnym porządnym dzienniku znaleść nie można…

O pomniejszych organach cicho grających w stolicy Lwa — zamilczymy, pełno w nich znowu chęci dobrych, ale siły — niewiele. Rari nantes in gurgite vasto wśród odrętwiałej publiczności, dogorywają raczej niż żyją.

Czy się królestwa Galicji i Lodomerji z Wielkiem księstwem Krakowskiem zbiorą kiedy na siły materjalne i moralne, do utworzenia niezależnego, przyzwoitego, wytrawnego dziennika — o tem dziś przynajmniej wątpić należy po odbytych już niefortunnych próbach kilku.

Że tam gdzie nie ma najmniejszej swobody dla prassy, a żadnego prawa w ogóle — jak w królestwie, gdzie niewolno dotknąć żadnej kwestji najżywotniejszej, bolącej, żrącej, lub potrzeba o niej. mówić za panią matką pacierz wedle ewangelii dziennika rządowego; — że tam dzienniki padają, mrą, a istnieją efemerycznie tylko cudem… nic dziwnego. W atmosferze węglowego gazu żyć trudno.

Gdzie indziej, jak w W. ks. Poznańskiem i Galicji — jeśli dziennik nie umie sobie wyrobić czytelników i zdobyć eksystencji — jest zawsze własną jego winą — niczyją więcej. Tu jeśli dziennik upada, słusznie padł, zasłużył na to; jeśli nie może wyżyć, to albo źle został obmyślany, niewłaściwie dla potrzeb ogółu, albo wykonany niedołężnie.

Każdy kraj, prowincja, ma żywot odrębny do którego dziennik zastosować się musi — nie ma formuły i recepty na jeneralny dziennik doskonały, któryby był dobry nad Orenoką i nad Ikwą. — Każdy musi wyrosnąć z tej ziemi na której ma żyć. Ktokolwiek nie myślał nad naturą potrzeb kraju dla którego chce pracować, a sądzi że potrafi być dziennikarzem z teorji, grubo się myli; nie zrobi nic, chyba szczęśliwym trafem.

Pierwszem zadaniem dziennika być musi, aby odbijał życie kraju swego, świadczył o jego potrzebach, przewodniczył pracom ku postępowi posługującym. Łatwo ztąd wywnioskować, że dziennik czysto polityczny, który przywiązuje główną wagę do tego, żeby pozbierał luźne wiadomostki o przejazdach kurjerów gabinetowych i puszcza się w konsyderacje o polityce, nie mając dosyć danych aby mógł o niej sądzić — nie będzie nigdy poważnym dziennikiem, ale polityczną łataniną, kalejdoskopem, czczą zabawką dla próżniaczej gawiedzi.

Łudzimy się bardzo sądząc, że dziś przy telegrafach i pozornej jasności politykować łatwo. Naprzód telegrammy mówią tylko to co im powiedzieć wolno, ulegają wpływom, cenzurom ścisłym acz niewidzialnym i są już narzędziem politycznem exploatowanem umiejętnie…; — powtórnie pozorna owa jawność w istocie pokrywa większą niż kiedykolwiek i ściślejszą skrytość. To co się po dziennikach zowie polityką jest konwencjonalnem bałamuctwem, z pozwoleniem, dla ludzi ograniczonych, pisanem przez bazgraczy zręcznych a złej wiary.

Sumiennie, do muru przyparty każdy z nich, uderzywszy się w piersi wyznać by musiał, że tak dobrze, nic nie wie o jutrze, jak ów simplicissimus servus Dei co go czyta. Zbyt wiele polityki zawierają dzienniki, polityki niestrawnej, niezabawnej, niekonsekwentnej a często sprzeczającej się z sobą. Ludzie po wsiach czytają telegrammy, to jest fakta, a artykuły rozumowane — dla przyzwoitości, i żeby przed sąsiadami uchodzić za głębokich.

Dziennik zapchany tym niestrawnym farszem politycznym, pełen szczegołów z Bombai, Kalkutty, Korei, Rio di Janeiro i t p. w którym wiadomości krajowe i to co kraj obchodzi najbliżej maluczkie zajmuje miejsce — nie może sobie wyrobić wielkiej massy czytelników. Prenumerują go dla przyzwoitości, ażeby mieć przecie gazetę jakąś na stoliku; chłopiec się na nim uczy syllabizować w kredensie, a ostatecznie jejmość wyjeżdżając zawija trzewiki. To jest największy pono użytek jaki się czyni z dziennika.

Gospodarz wiejski nie znajduje tu ani obrazu życia swojej stolicy prowincjalnej, ani głosu ze swego kąta, ani nic takiego coby go do żywa obeszło. Gazeta więc żyje łaską nie bardzo na co komu potrzebna.

Pierwszem zadaniem dziennika być musi sprawa własnego kraju. Tą się zajmując przeważnie potrafi narzucić się czytelnikom, zdobyć ich sobie, zmusić żeby go żądali, żeby się bezeń obejść nie mogli.

Źle jest gdy do komedji patrjotyzmu i tym podobnych łechtanek uciekać się trzeba dla zjednania pismu abonentów… Ci spędzeni siłą, wstydem, strachem naturalnie, po kwartale lub półroczu, uzbierawszy dostateczny zapas bibuły na ekspens domowy — powoli potem dezerterują.

U nas wydawcy (nie lepiej jest zagranicą, ale pragnęlibyśmy aby u nas było lepiej) redaktorowie, współpracownicy myślą że aby tam czemkolwiek dziennik zapchali a odesłali półarkuszek w porze, to i dosyć — obowiązek spełniony. Dla tego żaden dziennik redagowany a raczej fabrykowany bez myśli, sumienia i poczucia posłannictwa trwale istnieć nie może. Gdy już pismo dogorywa, leczą je opozycją łatwą przeciwko rządowi, jednając sobie popularność chwilową lub skandalami i osobistościami przyciągając łakomych drastycznej karmi — każdy osądzi o ile te środki sumienne są, godziwe i skuteczne.

Opozycja systematyczna, opozycja która często obałamuca i roznamiętnia ogół, aby jednemu pisarkowi zjednała momentalny rozgłos, wyzyskiwanie chorobliwych patrjotyzmów są taką niegodziwością jak milczenie z tchórzostwa tam, gdzie trzeba mieć odwagę wyrzec prawdę i cierpieć za nią. We wszystkiem sumienie i dobra wiara przodować musi.

Ileż to fałszywych idei rozszerzały u nas dzienniki ze strachu nikczemnego, aby się opinii nie narazić — ileż klęsk winniśmy jawnie kłamliwym wieściom rozsiewanym pod pozorem obowiązku nie gaszenia ducha, ile złego się stało przez dzienniki, które na usłudze rzeczywistej kraju, ani żyć ani umierać nie umiały.

Spójrzmy tylko z blizka na fabrykacją dziennika, a wyrozumiemy łatwiej co z takiego ogniska na którem skwarczy ledwie odrobina wilgotnego węgla — ciepła i światła na kraj spływać może?

Najmniej zwykle winien ten co dostarcza kapitału — i on też jako najczystszy, najuczciwszy a w istocie krajowi dobrze życzący — pada ofiarą. Ledwie się słuch rozszedł że gazeta ma powstać, ze wszech stron niedobitki, inwalidy pisarskie, wszystko co się kiedyś pisać uczyło a nigdy nie umiało, wszystkie umysłowe kaleki i rozproszeńcy różnych opinij, spieszą do prześwidrowanego źródła, z którego złotówki redakcyjne płynąc mają. Kandydaci ciągną za sobą zasługi narodowe, przesiedzianą niegdy kozę, ruinę majątkową, utratę wzroku, władzy… często zdrowego sensu — trzeba ich tedy koniecznie u żłobu pomieścić. — Nie idzie o robotę ale o emolumenta. Mają oni silnych protektorów, protektorki, patronów, kuzynów, plecy, różne i znakomite rekomendacje. Wszystko to gromadzi się do kupy. Redakcja tak złożona wygląda na szpital nieuleczonych. Połowa jej członków niema wyobrażenia o dzienniku, o jego zadaniu, niema talentu improwizatorskiego nieodzownie tu potrzebnego, ani wiadomości politycznych, statystycznych a choćby jeograficznych koniecznych. Jedni są leniwi, inni zabierają się karmić dziennik rozprawami nie artykułami — każdy wreszcie ma swego bzika politycznego: ten wierzy w cesarza Napoleona, drugi w sułtana tureckiego… jeden zagorzały ultramontanin, drugi niepoprawiony sceptyk… Ale to nic — sprzęgają się te rumaki różnej maści, wzrostu, siły, wieku, charakteru aby ciągnąć rydwan i — wóz się wlecze — ale jak! ale jak!

Głównie idzie o to aby zapełnić szpalty — czem? co Bóg da. Koncert często bywa nie harmonijny wcale, wcale — ale ktoby tam zważał na to. — Tną na kawałki rzeczy które pokrajane całą wartość tracą… brak tylko tego ażeby w gazecie, jak to ktoś dobrze projektował, umieszczać słownik grecki po troszę w każdym numerze.

Koniec końców rodzi się mozaika dzika, rażąca, śmieszna, której czytelnicy przełknąć nie mogą, a jednak każą im namiętnie cisnąć się do abonamentu. To co dziennik drukuje równie jest grzeszne jak jego milczenie o rzeczach o których by pisać powinien.

Ale to lub owo spełnił ktoś nieprzyjazny obozowi redakcji, nie wspomina się więc słowa. Książkę wydał współzawodnik, nie mówi się o niej. Tymczasem pogardliwe to przemilczanie na usługach osobistości — ostatecznie zabija dziennik, który czasu, epoki, pracy nie przedstawia i staje się niekompletnym.

Wielekroć się to powtarzało, ale bez końca jeszcze powtarzać by potrzeba — że wszystko w świecie dla poważniejszych umysłów jest kapłaństwem. Jakżeby niem nie miało być dziennikarstwo, ta codzienna karma ducha, przeznaczona dla mass — dla niezmiernie różnych czytelników.

Jeśli kto na użytek swój domowy wypieka chleb niestrawny, do pewnego stopnia wolno mu się sobie truć w małem kółku, ale kto jest piekarzem żywiącym tysiące, ten pod grozą występku chleb dawać musi pożywny i zdrowy.

Z tego wypływa z jaką oględnością dziennik redagowanym być musi, szczególniej w dziale politycznym, który łatwo namiętności obudzać, głowy obłąkać i szczepić może ideje szkodliwe. Dosyć jest często niejasno wypowiedzianego axjomatu, by wiele przyczynić złego…

W chwilach rozdrażnienia, przesileń, jaka odpowiedzialność!!

Ale któż potrafi wyliczyć obowiązki dziennikarza, nie spełniane a nawet nie uznane lub wyśmiewane. Jak tylko on szuka w tem chleba, widzi rzemiosło — już zadość powołaniu uczynić nie może; jak tylko z roznamiętnioną piersią przychodzi, już namaszczonym nie jest, bo go namiętność zaślepia, rodzi upory i pędzi do ostateczności, na krańce…

Na całej przestrzeni ziem języka polskiego, nie pokaże mi dziś nikt ani jednego dziennika, któryby w pełni odpowiadał swemu powołaniu. Znamy jeden tylko co idzie do celu, stara się go osiągnąć, dąży do tego by wyrósł na organ poważny — jest nim Dziennik Poznański. Wiele po nim spodziewamy się w przyszłości. Czas jest w smutnym, widocznym, nieuchronnym upadku — ogół to uznaje cofając się powoli od niego. Gazeta Narodowa nigdy do doskonałości nie miała pretensji — reszta mniejszych ćwiartek papieru ledwie na wspomnienie zasługuje.

W Królestwie, rodzą się od niejakiego czasu nowe dzienniki jak grzyby, dla tego może, iż tam żaden w istocie możliwym nie jest. O nich się mówić nie godzi, bo w pocie czoła zarabiają na nędzny żywot dodniowy — a jeśli niestrawną karmą kraj odżywiają, niewinny; ręka obca wlewa w nią truciznę. Słówko jednak powiedzieć musimy — dla upamiętania — o tym szale zakładania pism coraz nowych, o tem bezużytecznem dublowaniu tego, co jest trwoniącem siły. Obok Tygodnika Illustrowanego, powstają Kłosy, obok Kółka Domowego, Opiekun Domowy i Bluszcz – przy Tygodniku Mód, Bazar… przeciw Kurjerowi Warszawskiemu Codzienny… dwa naraz. Przeglądy w Dreźnie i Krakowie, we Lwowie współcześnie Dziennik i Tygodnik Literacki.

Gdy kraj niema dosyć czytelników, aby choć jedno pismo w każdym rodzaju niezależne utrzymać, — zdaje się, jakby na umyślnie rozbijano każde z nich na dwa — by jeszcze pewniej dobić — konkurencja! konkurencja!

Śliczny to wyraz, ale nie zawsze dobrze zrozumiany… W naszem położeniu, smutne z niej przewidywać można skutki.

Tymczasem dotykalnie już przekonywamy się, że w Królestwie, z przybyciem, jeśli się nie mylę, ośmnastu pism nowych — w ostatnich dwóch latach ubyło z ogółu abonentów, dwa tysiące kilkaset osób. Jeżeli z pomnażaniem się pism, nie rośnie liczba czytelników, jest to niezawodną oznaką, że one nie odpowiadają potrzebie kraju i są zbyteczne.

Zajrzawszy do wnętrza pism redagowanych zamiast postępu w redakcji, w treści i wartości artykułów, widzimy tylko łechtanie ciekawości, obiecanki i roboty bardzo podejrzanego szacunku. W istocie, pobudką tych przedsiębierstw, nie jest ani dobro literatury, ani niechęć rozwijania jakichś zdrowszych pojęć i zasad, ale po prostu bardzo prozaiczna spekulacja.

Że się komu cudem powiodło zarobić na kawałek chleba, drugi mu go już pozazdrościł i zamiast szukać w pracy na drogach swobodnych a niezajętych pożytecznego zajęcia — pędzi odbierać kość, którą ktoś podjął z ziemi…

Wygląda to w istocie na nędzne ubijanie się za kośćmi tylko. Literatura w tem wszystkiem służy za pozór, jest wyzyskiwaną jako sztandar, ale sama nie zyskuje na tych współzawodnictwach… W dobrze zrozumianem jej interesie, należałoby skupiać siły nie rozpraszać, jednoczyć nie rozbijać… wypełniać próżnie a nie tłoczyć się w bezużyteczne zapasy…

Choćby z historycznego względu, należy powiedzieć słowo jeszcze, o dziennikach emigracyjnych. Wszystkie ich próby, począwszy od 1864. r. najnieszczęśliwszem fiasco się zakończyły… Z trochą zastanowienia, bardzo łatwo dziś zrozumieć przyczynę, niemamy najmniejszej ich potrzeby. Prawa prassowe w Austrji i Prusach, są dziś tak liberalne, iż nic nie przeszkadza rozbierać poważnie wszelkie kwestjie jaka sprawa nasza nastręcza. W najgorszym razie, jeżeli się pisze o Austrji a obawia rygoru jej prawa, — można swobodnie mówić o tem w Prusach et vice versa. W obu krajach pisze się o Rossji, niemal wszystko co potrzeba, aby ogłoszonem i napiętnowanem było. Emigracja sama, jej instytucje, stan, żądania i usiłowania mieszczą się w dziennikach polskich księstwa i Galicji bez przeszkody.

Moralnej więc pobudki do tworzenia pism nowych nie ma, chyba w Ameryce gdzie wielkie oddalenie, rozpowszechnienie wiadomości o kraju czyni pożądanem.

Z drugiej strony pisma na emigracji wydawane nietylko nie obudzają ciekawości i zajęcia w kraju (z wyjątkiem może Moskwy, która je surowo zakazuje), ale raczej wywołują wstręt i obawę. Instynkt wskazuje, że to co się dziś wypowiedzieć nie da przy takiej swobodzie prassy, prędzej szkodliwem niż pożytecznem być może.

Emigracja więc chyba dla samej siebie zakładać może dzienniki, a tych utrzymać nie zdoła, bo każdy woli mieć krajową gazetę, która ma tę wyższość iż tchnie żywym duchem ziemi na której urosła.

Próżne więc były i będą wysiłki zakładania dzienników emigracyjnych; a przeszłość ich nawet od dalszych prób odstręczyć powinna.

Przy najlepszych chęciach, najszlachetniejszych pobudkach, wszyscy ci co się wzięli do redakcji dzienników za granicą, dowiedli tylko tej smutnej prawdy, że na wychodztwie zwiększa się pewnie miłość kraju, spotęgowuje ku niemu przywiązanie, ale się traci poczucie jego potrzeb, zrywa się żywotny z tętnem jego życia związek… Dzienniki te bez wyjątku grzeszyły gwałtownością, krzykliwością, brakiem umiarkowania, brakiem taktu politycznego a nawet przyzwoitości. Nic dziwnego, miłość kraju obracała się w redaktorach w namiętność, podsycała ją tęsknota, rozdrażniało prześladowanie, zrozpaczało uczucie bezsilności…

Po kilku próbach niefortunnych, kraj też tak zobojętniał dla tych wydawnictw, iż chyba jako curiosum ktoś je w rękę bierze… straciły zupełnie wartość a nawet wszelki interes, bo nic nowego ani zdrowego dać nie mogą, a skandale któremi żyje, taki na przykład Głos Wolny, posuwający się aż do denuncjowania nieprzyjaznych sobie ludzi — obudzają pogardę i wstręt. Ten organ wielkiego politycznego blagera, który dziś do nieboszczyków należy i ani niebezpiecznym ani ciekawym nie jest, a co najwięcej śmiesznym — dałby się chyba porównać z Dziennikiem Warszawskim i śmieciskiem jego korrespondencji.

Dziennik też czasem go przywodzi i oba bezwstydem z sobą rywalizują.

Radzibyśmy o tej potworze dziennikarskiej nie wspominać nawet, ale pro memoria i o te brudy zawadzić należy.

Polska przeżyła nieszczęść i zdrad wiele, nigdy jednak z łona żadnego jej wychodztwa nie wylęgło się tak obrzydliwe robactwo, jak teraz. Smutny to symptom po którym poznajemy, jakie żywioły wmięszały się, narzuciły ostatniemu ruchowi. Takich nikczemnych korrespondentów za pieniądze zdradzających kraj, zbierających potwarze, zabijających braci, ohydzających matkę… i to w usłudze Moskali, którzy mordują ich rodziny… nie było jeszcze w Polsce nigdy… jest to pierwszy przykład znikczemnienia budzący obrzydliwość.

Krwią oblewa się twarz myśląc o tem… ze wstydu, że te wyrzutki śmią się Polakami nazywać. ..

Siedzieć na wychodztwie niedowierzając rządowi temu od którego się za zdradę bierze zapłatę – i pisać na kraj i wychodztwo za judaszowskie srebrniki… jest podłością dla której podłości nazwiska za mało.

Rząd który podobnemi narzędziami się posługuje, sam się upadla.

Ale też pod słońcem poczwarniejszego dziennika nikt nie spotkał nad ów rządowy warszawski… Dziennik będący wyrazem władzy, który codziennie urąga się krajowi, drażni go, plwa, bezcześci, miota się przeciwko jego wspomnieniom najdroższym, szkaluje, wyszydza łzy i cierpienie – to rzecz która tylko pod rządem moskiewskim spotkać się może.

Nigdy jeszcze żaden rząd w ten sposób nie przejednywał się z krajem ujarzmionym, a lepiej powiedziawszy nie utrzymywał go gorliwiej w stanie irrytacji i w pragnieniach zemsty i odwetu. Gdyby nieprzyjaciele Rossji redagowali dziennik inaczejby pewnie go nie obmyślili. — Jest to nieustanne dolewanie oliwy do ognia.

Przy tem, gdybyż choć najmniejszy talent, staranie, decorum, styl, wartość literacka czy artystyczna artykułów… gdyby cośkolwiek coby podnosiło to plugawstwo…

Śmiało powiedzieć można, że chyba u Hottentotów podobny dziennik za dziennik uchodzić może.

Ale w rządzie dzisiejszym moskiewskim panuje taka nieufność dla żywiołu polskiego, że sami Moskale kierują redakcją… Nie dziw że nie dosyć znając język, tak cywilizowani jak oni są i tak usposobieni… mogą podobną potworę mieć za gazetę jak inne. U nich w Moskwie i Petersburgu, takiemi się zupełnie zaspokaja ich oświecona publiczność!!

Moskal naturalnie stylu i języka nie oceni, dla niego gwałtowna napaść na Polskę płaci za wszystko… (mołodiec!) a płatna hałastra pisząca do dziennika, nie zmaga się też na bardzo przedziwne utwory…

Zbiór Dziennika Warszawskiego z tych lat będzie kiedyś pomnikiem historycznym w swoim rodzaju nader ciekawym. Nieszczęściem przekonywamy się codzień, iż niezbędnie wymagać będzie komentarza aby w błąd uczciwych ludzi nie wprowadził.

Korrespondenci z emigracji tak bezczelnie kłamią fakta, wypadki, mowy, rzeczy niebywałe, iż sumienniejszy człowiek niemoże dać wiary, aby podobny cynizm istniał… był możliwym.

Nie jeden raz przychodziło o to za granicą walczyć z ludźmi, którzy przypuszczali fałszywe pojęcia wydarzeń, ale nie chcieli wierzyć w tworzenie skandalów, w bajki. Dopiero dotknąwszy się gruntu, zbadawszy przekonywali się, że korrespondenci płatni dziennika, bezczelnem kłamstwem, gdy im zbywa na materjałach, wysługują się Moskwie.

Ten skandal korrespondentów jestto najsmutniejsze, upokarzające, bolesne piętno czasu… Męczennicy zamienieni w pachołków oprawcy przeciwko własnej matce…

Gdyby Dante drugi raz wędrował po otchłaniach piekielnych, zaprawdę, niewiedziałby gdzie ich pomieścić.

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1595
15
komentarze: 60 | wyświetlenia: 916
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1181
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1199
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 766
13
komentarze: 62 | wyświetlenia: 761
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 460
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 1031
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 585
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 732
12
komentarze: 72 | wyświetlenia: 507
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 722
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 994
 
Autor
JIK
Dodał do zasobów: swistak
Artykuł

Powiązane tematy





  ulmed,  24/11/2012

O rety, ile w tym aktualności! Czy nauka na historii nic nie daje?
Czy zawsze będą kreatorzy kłamstw? Jak długo aktualne będą słowa o 'płatnej hałastrze piszącej do dziennika'?
Kiedy będziemy informowanie, a nie instruowani co myśleć?

  swistak  (www),  24/11/2012

Walka zła i dobra, to zataczanie tych samych pokoleniowych kółek.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska