Login lub e-mail Hasło   

Zapis

Sądzicie, iż znacie Prawdę? A figa z makiem. Ja zresztą też nie znam.
Wyświetlenia: 1.280 Zamieszczono 11/12/2012

Zapis

  

          Sądzicie, iż znacie Prawdę – Wy wierzący i Wy, niewierzący. Macie pewności na tyle, by nie zaprzątać sobie tymi sprawami zafrasowanych, rozgorączkowanych głów, by bezrefleksyjnie, jak większość, brać udział w tej bezsensownej gonitwie. Po co? I tak przecież, choć zupełnie nieświadomie, jesteście uwikłani w ów odwieczny, realizowany krok po kroku Scenariusz. Każdy z osobna i wszyscy razem. Nie mówię, że to źle, i że Scenariusz jest niedobry, ale… miejscami można by Go zmienić. Na zasadzie danej nam wolnej woli. A więc zatrzymajcie się na chwilę, to opowiem Wam wreszcie ze szczegółami to, co powinniście wiedzieć. Chwila zadumy nikomu jeszcze przecież nie zaszkodziła.

-------------------------------------

          To były, jak dotąd, dwie najważniejsze wiadomości, jakie ostatnio otrzymałem. I obie równie… niesamowite. A w każdym razie porównywalnie.

          Pierwszą był telefon z centralnego, uniwersalnego szpitala miejskiego, a ściślej z jego oddziału neurologicznego, specjalizującego się miedzy innymi w neurozach i wszelkiego rodzaju psychiatrycznych przypadkach ostrych. Dzwonił zimny w brzmieniu, zwięzły w narracji ordynator, z wiadomością, iż mój chory, starszy brat, kolejny raz przebywający u nich na leczeniu, wyskoczył właśnie z piętnastego piętra i leży teraz rozwalcowany, rozkawałkowany przez grawitację na betonowym podjeździe. I żebym natychmiast przyjechał.

          Prawdę mówiąc zatkało mnie potężnie, choć przecież już od kilkunastu lat liczyłem się z czymś takim, zwłaszcza ostatnio, gdy jego kolejne próby samobójcze stawały się jakby coraz bardziej skuteczne. Szczęśliwie nie do końca, jednak coraz bliższe spełnienia ostatecznego. O włos tylko niedopracowane.

          Larry, odkąd pamiętam, żył w coraz silniejszym, narastającym z biegiem lat przekonaniu, że wszystko, co się wokół niego dzieje, cały poza nim świat zewnętrzny, jest tylko jego wyobrażeniem, jego majakami, ułudą. Ułudą tak precyzyjną, tak szczegółową, że nie do rozpoznania, a tym bardziej do udowodnienia innym. Był istnym, może nawet reinkarnowanym, czego nie wykluczam, Gorgiaszem, współczesną kwintesencją solipsyzmu. Całe życie strawił na poszukiwaniu sposobu rozpoznania tej ułudy, której realizacja, utrzymanie, pochłaniało większość jego zasobów umysłowych.

          Miotał się intelektualnie, a w konsekwencji organicznie już zakorzenionej w nim pewności, traktował wszystkich innych, w tym mnie, jego brata, z widoczną wyższością i pobłażaniem. Jako przecież tylko fantomy, wytwory jego umęczonego umysłu. Nie dał się lubić, i w konsekwencji lubianym nie był. Jednak do pewnego stopnia kochałem go i pomagałem mu, zwłaszcza, że poza sobą nie mieliśmy na tym świecie nikogo innego. No i wyłączywszy tę jego ideę, był całkiem rozgarniętym, inteligentnym facetem.

          Tak więc z formy wiadomości jaką uraczył mnie zwięzły ordynator, wyraźnie przebijało żądanie, bym to ja, jako jedyny upoważniony, zrobił coś ze szczątkami Larryego, które zupełnie nieestetycznie blokują ruch karetkowy szpitala. Może i jestem trochę przeczulony na punkcie brata, czy ogólniej śmierci, godności umierania, ale tak mi to właśnie zabrzmiało.

          Po chwili, zanim się zebrałem, zgłosiła się też policja ze stanowczym poleceniem natychmiastowego przyjazdu, złożenia stosownych wyjaśnień, podpisania kilku dokumentów. Pojechałem.

--------------------------------------------------

          - Dlaczego oddział neuroz jest na ostatnim piętrze? – Wydarłem się na ordynatora na dzień dobry.

          - To nie ma znaczenia – stwierdził sucho Nauman, żylasty, kościsty, o maleńkich oczkach, konował od psychiatrii. – Okna są przecież zakratowane.

          - W takim razie… jak? – ciągle nie mogłem się  uspokoić. Może w ten sposób chciałem odreagować coś w rodzaju wyrzutów sumienia? Nie odwiedzałem wszak Larryego zbyt często.

          - To przypadek – stwierdził obojętnie starszawy sierżant Wilson. – Pański brat musiał od kilku dni czekać na tę okazję, by, gdy tylko obie dyżurujące pielęgniarki będą zajęte na salach, skorzystać z jedynego, nie zakratowanego okna dyżurki. Inaczej mówiąc, incydent był… zaplanowany.

          - Incydent – parsknąłem. – Świetne słowo.

          - Stosowne – mruknął Nauman i na szczęście, dość przezornie, odszedł do swojej medycznej roboty.

          W każdym razie musiałem jeszcze podpisać kilkanaście papierów, pogonić ludzi od zwłok i transportu, załatwić pochówek, ustalić terminy. Skromniutki pogrzeb, z moim tylko i jakiejś ponurej, starszej kobiety, przedstawicielki szpitala, udziałem, odbył się dziewięć dni później i bez księdza. Bo i po co, skoro dla Larryego cały Wszechświat, łącznie z ewentualnym Bogiem, siedział w jego umyśle, był tylko jego wytworem. Nie chciałem też wykłócać się z klechą na temat fatalnie traktowanych przez Kościół zgonów samobójczych.

          I to są okoliczności pierwszej, najważniejszej dla mnie od lat wiadomości. Druga jest dziwną pochodną pierwszej.

          Jakieś pół roku później otrzymałem urzędowe zawiadomienie o konieczności stawienia się w kancelarii notarialnej, gdzie miano mi przekazać formalnie masę spadkową po bracie. Jaką masę spadkową? Larry był biedny jak mysz kościelna – nie miał niczego, poza rzeczami osobistymi. Mieszkał w wynajmowanej kawalerce, żył wyłącznie dzięki mojemu wsparciu. Stawiłem się jednak o oznaczonej godzinie.

          W obszernym gabinecie, umeblowanym cennymi, robiącymi solidne wrażenie meblami, czekały trzy osoby: - notariusz Barry, inspektor policji Ronson i maleńki, całkiem łysy człowieczek, o nazwisku Sweet. Podobno jakiś specjalista policyjny od fonometrii. Cokolwiek to znaczy.

          - Panie Harris – zagadnął notariusz Barry. – Zebraliśmy się tutaj, by formalnie zakończyć, podsumować, prowadzone od pół roku śledztwo w sprawie nieszczęśliwej, gwałtownej i samobójczej śmierci pańskiego brata.

          - Jestem do dyspozycji – odpowiedziałem zgodnie z oczywistą prawdą. Przecież to oni, policja, wezwali mnie tutaj urzędowo.

          - Musimy panu przekazać formalnie, z koniecznymi potwierdzeniami, kilka pozostałych po pańskim bracie ruchomości – ciągnął Barry. – Proszę zajrzeć do tego pudła.

          Obok solidnego biurka stało niewielkie pudło kartonowe. Wstałem, i zlustrowałem jego wnętrze. W środku był jedyny, porządnie złożony garnitur Larryego, dwie koszule, jego reprezentacyjne, czarne buty, kilka zapisanych drobnym maczkiem notatników i w oddzielnym, małym etui, srebrny sygnet. Całkiem niewiele jak na pięćdziesięcioletniego mężczyznę, człowieka.

          - Czy brakuje tam czegoś? – Spytał urzędowo notariusz.

          - Nie sądzę – odparłem. – Larry nie gromadził rzeczy.

          - Tak, czy nie?

          - Nie.

          - W takim razie proszę tu podpisać.

          Podpisałem stosowny dokument.

          - A teraz rzecz najważniejsza – kontynuował notariusz. – Śmierć pana brata ma jeszcze inny, powiedzmy pozaprawny aspekt.

          - Tak? – zdziwiłem się.

          - Tak – tym razem odezwał się inspektor Ronson. – Pański brat, jakby całkowicie zdeterminowany chorobą, działając w sytuacji nieodpartego, wewnętrznego przymusu wyjaśnienia swojej sytuacji, hm… egzystencjalnej, w gruncie rzeczy wykonał na sobie… eksperyment.

          - Słucham?

          - Tak. Eksperyment! – Ronson mówił w sposób stanowczy, pewnym siebie, wyraźnym, głębokim barytonem. – Pański brat, bezpośrednio przed… skokiem, zaopatrzył się w mocowany na głowie, przy ustach, mikrofon, maleńki dyktafon taśmowy i stosowne okablowanie.

          - Żartuje pan? – zdumiałem się nie na żarty.

          - Nie żartuję – wyjaśnił inspektor protekcjonalnie. – Pan Larry, kilka minut hm… przed, zainstalował na sobie te urządzenia, uruchomił, po czym… skoczył. W efekcie, dysponujemy specyficznym, nieznanym z dotychczasowej, praktyki policyjnej, dokumentacji śledczej… nagraniem. Dyktafon roztrzaskał się, ale taśma przetrwała.

          - Mój Boże, Larry… – jedyne, co mogłem w tej sytuacji powiedzieć, wykrztusić z siebie.

          - Myśmy też byli oszołomieni – przyznał Ronson po chwili milczenia. – Ale… teraz, musimy tego wspólnie wysłuchać.

          - Co tam jest… nagrane? – ochłonąłem jakoś.

          - Coż… - inspektor skinął na małego specjalistę. – Posłuchajmy.

          Łysy człowieczek wstał z fotela, ni stąd, ni zowąd, skłonił się teatralnie, po czym wcisnął kilka przycisków w umieszczonej, przygotowanej na biurku, aparaturze. Z dużych, rozstawionych obok głośników, popłynął szum, a po chwili pierwsze, spokojne, wyraźne słowa Larryego.

 

          „Witaj Steve. Wiem, że będziesz tego słuchał, więc mówię głównie do Ciebie, choć może tylko… do siebie? I jeśli to… relacja z lustrem?”

          Chwila przerwy.

          „Znasz mnie dobrze, i wiesz, że całe to zasrane życie zmagam się tylko z jednym - jak znaleźć sposób na ustalenie, udowodnienie realności istnienia świata zewnętrznego? Jak raz na zawsze przekonać się stuprocentowo, że poza mną, moim zmaltretowanym umysłem, istnieje coś jeszcze? Egzystują inne, samodzielne inteligencje, obiektywna zewnętrzność, czy też nie?

          Znalazłem ten sposób. Tak prosty, że aż dziw, iż nie wpadłem na niego wcześniej. Dodam tylko, że to nagranie, ten zapis, powinien stać się wyłącznie Twoją własnością. Zrobisz z nim, co zechcesz, ponieważ jest… ma to być, również Twój Dowód. Mówię to też do stosownych służb, władz, które będą ten przypadek badać. To nagranie jest własnością mojego młodszego brata. W całości, i na zawsze. Kropka. A więc… zaczynamy.”

          W tym momencie dał się słyszeć głośny stuk, a następnie jakby odgłos cichych kroków, zabarwionych dziwnym pogłosem.

          - Co to jest? – spytałem zdumiony.

          Sweet, łysy specjalista, zatrzymał odtwarzanie, po czym wyjaśnił: - Pański brat zastopował rejestrację tekstu wstępnego, a teraz ponownie włączył magnetofon i zbliża się ostrożnie do dyżurki pielęgniarek. Ten pogłos to długi korytarz o nie wytłumionych, twardych ścianach. Trochę za duża czułość nagrywania.

          - Rozumiem – oznajmiłem ostrożnie. Trzęsły mi się ręce. – Proszę dalej.

          Kroki ponownie stały się słyszalne. Na wszystkie inne odgłosy nakładał się spokojny, równy oddech Larryego, który najwidoczniej zbliżył się wreszcie do nie zakratowanego, otwartego okna. Stęknął cicho przy wchodzeniu na parapet, po czym w tle pojawił się szum wiatru. Najwidoczniej stał już prawie na zewnątrz.

          „Stoję już na zewnętrznym parapecie.

Mówił cicho, właściwie to szeptał, jednak bez śladu jakiejkolwiek emocji.

          „Widzę w dole podjazd, kilka samochodów, wokół, aż po horyzont, światła wielkiego miasta, dworzec kolejowy. Nad tym wszystkim bezchmurne niebo, roje gwiazd. Z północy nadlatuje jakiś samolot. No dobrze Steven – nie mam czasu na próżne gadanie. Żegnaj. Skaczę!”

          Dało się słyszeć głośniejsze westchnienie, po czym szum wiatru wzmógł się. Larry na sekundę zamilkł.

          - Chryste Panie! – byłem przybity. – Nie mogę tego słuchać!

          - Spokojnie – notariusz Barry ścisnął mnie za ramię. – Najgorsze już za panem.

          Kiwnąłem głową. Elektroniczne zabawki Sweeta wystartowały ponownie.

          Szum wiatru, czy raczej świst pędzącego powietrza, opływającego coraz szybciej spadającego Larryego, narastał. Larry oddychał szybko, coraz szybciej. Nagle westchnął głośno.

          - „Steve!” – krzyknął prawie. – „Ja już nie spadam. Ja… płynę!”

          A po chwili:

          - „Boże – jak tu… pięknie!”

          Narastający pęd powietrza ustał jak nożem uciął. W głośnikach, poza oczywistymi szumami elektroniki, panowała idealna cisza.

          - „Ależ to wszystko… cudownie, genialnie… proste. Steven – On… istnieje, jest tutaj, wszędzie i… nawet… nie złości się… czeka na mnie głupiego. Uśmiecha się… i inni. Boże Ty mój, wybacz.”

          Ponownie chwila ciszy.

          - „Steve, nie… róbcie, nie rób tego, co ja! Nigdy! Sprawisz Mu przykrość. I… świat istnieje naprawdę, Ty istniejesz… i wszyscy, choć… jakoś… inaczej. Brak mi… słów. Kończę Steve… jestem… w domu… nareszcie. Do… zobaczenia… tut...”

          Ostatnie słowo ścichło na tyle, że nie całkiem było zrozumiałe. Potem kolejna chwila ciszy, a następnie niespodziewane, niskie buczenie.

          Otarłem szybko łzy i spytałem cicho łysego - Co to za dźwięk?

          - To przejeżdżający w odległości około kilometra od szpitala pociąg. Sygnał, gwizd.

          - Taki… niski, gruby?

          - Za chwilę wyjaśnię, ale proszę posłuchać nagrania do końca.

          Głośniki dłuższą chwilę buczały nisko. Nagle powrócił przeraźliwy świst powietrza, niskie buczenie stało się prawdziwym gwizdem, po czym nastąpił okropny trzask i nareszcie wszystko ustało.

          - Koniec. Dyktafon roztrzaskał się o beton – stwierdził smutno Sweet. Nie wiadomo, czy z powodu rozbitego rejestratora, czy też z innego.

          Wszyscy zamilkli na minutę.

          - Musimy jeszcze o czymś panu powiedzieć – pierwszy odezwał się inspektor Ronson. – Obliczyliśmy, że… czas spadania z tej wysokości, przykro mi panie Harris, ale… ciała ludzkiego, nie powinien przekroczyć sześciu sekund.

          - Tak? – słuchałem jednym uchem, nie mogąc już doczekać się na spokojne, w zaciszu domowym, ponowne odtworzenie nagrania. Z należytą uwagą, pietyzmem.

          - Tymczasem nagranie, od momentu skoku, do chwili upadku, trwa… trzy minuty i trzydzieści sekund. Trzydzieści trzy razy dłużej. – Ronson potarł nos. – Stąd zresztą to spowolnienie dźwięków drugoplanowych, zewnętrznych. Dziwne, prawda?

          - Owszem – przyznałem. – Lecz nie potrafię przecież tego wyjaśnić.

          - To wiem – zgodził się inspektor. – Ale czy ta liczba nic panu nie mówi?

          - Jaka liczba?

          - No… trzydzieści trzy.

          - Nie… - zastanowiłem się. – Chyba, że ma pan na myśli… wiek… Ukrzyżowanego.

          - Powiedzmy – mruknął inspektor i już się więcej nie odezwał.

          - I jeszcze jedno – wtrącił na koniec Sweet. – Od momentu skoku, zapis staje się dwuśladowy. Stereofoniczny. Co wyraźnie słychać. Mimo monofonicznej konstrukcji magnetofonu.

          Nie znam się na tym, więc cóż miałem powiedzieć? Toteż i nic nie powiedziałem, a w przestronnym gabinecie notariusza znów zaległa cisza.

          - Panie Harris – pierwszy ocknął się on sam. – Urzędowo, formalnie przekazuję panu taśmowy oryginał nagrania, oraz dwie cyfrowe kopie na płytkach CD, wykonane przez obecnego tu pana Sweeta. Proszę podpisać dokumenty. Tym samym, jak rozumiem, zamykacie panowie sprawę? – zwrócił się do Ronsona.

          - Tak jest – potwierdził inspektor niechętnie, zbierając się do wyjścia.

          Wyszedłem wreszcie do taksówki, obładowany bagażami i niezwyczajnym, ogromnej wagi problemem: - Jak wiarygodnie przekazać, rozpowszechnić tę niesłychaną, takim kosztem pozyskaną wiedzę, możliwie największej liczbie ludzi, zwłaszcza tym, którzy mają przeróżne wątpliwości? Lub po prostu dość? To nie będzie łatwe.

-------------------------------------

          Mam już dziewięćdziesiąt siedem lat, naturalne w tym wieku kłopoty ze zdrowiem, i sądzę, mam pewność, że moja rola w tym nieustającym Dramacie dobiegła końca. Szczęśliwie Scenariusz nie przewiduje już mojego wyjścia na Scenę. A pewność tym większa, że Larry, coraz częściej macha do mnie Stamtąd, uśmiechając się tajemniczo. Że też Reżyser pozwala na taką niesubordynację.

 

KONIEC.

1212

 

Drobne wyjaśnienie: - Zastosowane w opowiadanku pojęcia Scenariusza, Sceny, Reżysera, nie są wymyślonymi przeze mnie. To znane od wieków asocjacje, stosowane w podobnych tekstach, idealnie tu przecież pasujące.

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1503
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1139
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 849
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1109
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 708
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 403
13
komentarze: 62 | wyświetlenia: 548
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1173
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 517
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 933
12
komentarze: 4 | wyświetlenia: 672
12
komentarze: 3 | wyświetlenia: 688
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 1532
12
komentarze: 31 | wyświetlenia: 735
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





Każdy z nas odbierze ten tekst inaczej.. dla mnie może być jedynie podpowiedzią dla samobójców iż warto odbierać sobie życie ( niestety nie zamierzam stać się samobójcą) . Larry chorował widocznie na schizofrenię urojeniową i stąd miał również te wizje , które mózg notował i odtwarzał ..

  golesz,  11/12/2012

W tekście jest wyraźna przestroga przed samobójstwem: - „Steve, nie… róbcie, nie rób tego, co ja! Nigdy! Sprawisz Mu przykrość." A że Larry cierpiał na schizofrenię, to ewidentne.

  hussair  (www),  11/12/2012

Intrygujące to było, jak zwykle! Choćby tę Sprawę monitorować najpotężniejszą technologią, i wziąć nawet na spytki chętne duchy, to i tak to doznanie nie będzie poznane... przed czasem. Ale zresztą żadne nie jest. :) Nie wszystko da się przekazać - owszem, słowa i wyraz twarzy, jednak odczucia duchowe i nerwowe... cóż, wyobraźnię to raczej przerasta. Nie mniej... próbujemy. Taka to natura. ;)

No cóż... przeczytałam jednym tchem, świetnie napisane :) Dość oryginalny sposób na przestrogę przed samowolą wobec własnego życia...

  golesz,  11/12/2012

Dzięki za dobre, niezasłużone zupełnie słowo.

Czy zasłużone... niech czytelnicy ocenią, a nie autor ;) Na pewno szczere :)))



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska