Login lub e-mail Hasło   

Wigilijne stukanie

Posłuchaj, co tak stuka za oknem.
Wyświetlenia: 1.384 Zamieszczono 14/12/2012

Wigilijne stukanie

 

          Zbliżają się Święta, Wigilia, więc pozwólcie, że opowiem historyjkę empiryczną, czyli doświadczoną. Osobiście. Choć przecież, jak zwykle, nie do końca.

          A mówię o czasach, gdy w co lepszych knajpach odbywały się tak zwane dancingi, czyli wieczorne potańcówki, mocno połączone z konsumpcją, zwłaszcza alkoholu. Do tańca, i do owej konsumpcji, przygrywały zespoły muzyczne. Żywe, nie jakieś tam maszyny do odtwarzania, które można zaprogramować i pójść sobie w cholerę do baru na jednego. Wtedy grało się naprawdę. Scenki zazwyczaj były malutkie – góra dwa na cztery metry, ale i zespoły niezbyt rozbudowane osobowo. Standardowo kwartet – piano, gitara, bas, bębny. No i zestaw mikrofonowy, co by mniej lub bardziej udatnie wyśpiewywać aktualnie modne hity. Kilka kapel – dwie, czy trzy, miało dodatkowo na stanie panienkę, wokalistkę powiedzmy, która głównie swą koniecznie zgrabną, kuso przybraną obecnością, uatrakcyjniała przekaz. Również brzmieniowo.

          W knajpach najbardziej renomowanych – „Casanova”, „Savoy”, „Tivoli”, „Sim” – czyli najdroższych, gdzie jedna pięćdziesiątka kosztowała tyle, co gdzie indziej cała flaszka, dodatkowo serwowany był niezbyt przytomnym klientom tak zwany program artystyczny.

          Polegało to na tym, że jedna lub dwie, jako tako zgrabne panienki, około północy wpadały do lokalu wraz z obstawą, rozbierały się na scenie lub na parkiecie w takt muzyki do rosołu, robiąc przedziwne czasem pas de bourree, pas de chat, lub grand battement, po czym szybko uciekały do ad hoc przystosowanego pokoiku, gdzie jeszcze szybciej ubierały się, by zdążyć do knajpy następnej. Robota czysta, łatwa, przyjemna i dobrze płatna.

          Muzycy, a więc i ja, też mieliśmy w tych czasach nieźle. Grało się trójkami, to znaczy trzy utwory – do czterech, pięciu minut każdy, po czym piętnaście minut przerwy. Na stosowny odpoczynek. Chodziło wszak głównie o maksymalny obrót konsumpcyjny – goście musieli pić, jeść, zamawiać, a nie tylko tańczyć. Interes kręcił się wspaniale, miasto żyło, znaliśmy wszystkie co lepsze hm… panienki, było wesoło.

          Często tylko, pod niezbyt udatnym, formalnym kierownictwem tego państwowego, a jakże, „przedsiębiorstwa”, w etatowych składach osobowych zespołów następowały przeróżne roszady. Ludzie chorowali, mieli jakieś lepsze chałtury, upijali się na amen i nie mogli akurat grać. I tak dalej - samo życie. Bywało więc, że zespoły i poszczególni muzycy, migrowali w te i we w te między knajpami, w zależności od bieżącej, nagłej zawsze, niespodziewanej potrzeby. A ponieważ każdy z nas miał swój drogi często, wychuchany, umiłowany sprzęt czy instrument, byliśmy zmuszeni jeździć po mieście z ciężkimi przeważnie gratami. O własnych samochodach nie było mowy – każdy był całodobowo „po użyciu”, więc też i byliśmy zmuszeni do korzystania z przypadkowych dość pojazdów, „łapanych” na ulicach. Mało kto miał transport na telefon, a o tak zwaną „okazję transportową” było niezwykle łatwo. Wystarczyło pomachać na odpowiedni, przejeżdżający właśnie mimo samochód. Każdy kierowca chciał te parę groszy dorobić do marnej pensyjki.

          No więc graliśmy kiedyś latem w „Simie”. To była dość popularna knajpa na Placu Wolności, funkcjonująca na dwóch poziomach – parter to scenka, parkiet, bar, sala konsumpcyjna z zapleczem kuchenno - kelnerskim, a na pięterku druga, większa sala konsumpcyjna. Tam też, na pięterku, produkowały się nocne artystki striptizowe.

          Ale ponieważ było właśnie gorące lato, wszystkie okna knajpy musiały być otwarte. Żeby się goście, klienci, nie podusili. I gdy już dansowa ekipa zajechała, my, to znaczy zespół, musieliśmy brać część gratów pod pachę, wnosić na górę, i tam artystce przygrywać. Upierdliwa operacja, ale cóż było robić?

          A więc mamy lato, okna pootwierane na oścież, my przygrywamy, goła panienka tańczy, odurzeni wódą klienci eksajtują się, aż im kopary opadają. I wtedy patrzymy, a przez okna, Z ZEWNĄTRZ, zaglądają jacyś faceci. I mordy im się uśmiechają, oczka błyszczą. Co jest?

          Okazało się, że to dyżurni, nocni pracownicy MPK, których etatowym zadaniem jest dbać o stan sieci trakcyjnej, reagować naprawczo na awarie. W tym celu jeżdżą po mieście tak zwanym wozem wieżowym. To samochód ciężarowy z budą, z której w razie potrzeby wysuwa się hydraulicznie i pionowo, słup metalowy, rura stalowa, na wierzchu której zainstalowany jest drewniany, składany i izolowany elektrycznie od budy podest, balkon. Na podeście można stanąć, wznieść całość, i naprawiać instalację jezdną, przewody tramwajowe. Pod napięciem.

          No więc chłopaki skorzystali z okazji i otwartych na oścież okien, podjechali cicho budą, weszli na podest i podnieśli się do pierwszego piętra. Mieli te trochę radochy w nocnej robocie, mogli oglądać nieskładne danse bezwstydnej panienki za darmo.

          Dogadaliśmy się z nimi szybko i w zamian, za umyślne, że niby gorąco, otwieranie okien od strony Placu Wolności, korzystaliśmy często z ich usług transportowych. Opowiedzieli też nam później znakomitą historyjkę z ich ciężkiej, nocnej roboty.

          Otóż każdorazowo, w Wigilię właśnie, gdy zapada zmrok, gdy ludzie sadowią się przy suto zastawionych stołach, gdy rozbrzmiewa cicha kolęda, dyżurne chłopaki z MPK podjeżdżają cichutko pod rozświetlone wigilijnym światłem okna, podnoszą balkon na stosowną wysokość, wyjmują młotek i… walą nim w mur. Z zewnątrz.

          Zazwyczaj, zaintrygowany pukaniem gospodarz, otwiera okno i wychyla wigilijną głowę, szukając przyczyny hałasu. No i widzi poniżej, tuż, tuż, umorusanych, smutnych gości z MPK, którzy w ten radosny, rodzinny czas, muszą niestety usuwać dyżurnie jakąś zasraną awarię, zamiast cieszyć się w ciepłym domu radosną kolacyjką. Robi mu się głupio, żal ściska świąteczne serce, więc biegnie czym prędzej do lodówki, wyciąga zmrożoną flaszkę albo i dwie, i ze łzą w oku wręcza biednym, dyżurnym balkonowcom. Niektórzy dodawali a to rybki smażonej na zakąskę, a to śledzika z cebulką. Różnie.

          W ten sposób chłopaki mogli w Wigilię uzbierać nawet i kilkaset butelek wódki. A później, po dwudziestej, zjeżdżali do bazy i wyprawiali sobie własną, lekko tylko spóźnioną Wigilię. Z połową czuwającej akurat firmy. Na bogato, do rana. Chętnych do wigilijnych dyżurów nie trzeba było więc specjalnie namawiać.

Ech – było, minęło. Dancingi skończyły się, obowiązuje muzyka z komputera, duch w narodzie upadł.

 

KONIEC.

1212

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1520
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1153
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1120
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 861
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 715
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 408
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1182
13
komentarze: 62 | wyświetlenia: 597
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 524
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 941
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 953
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 1536
12
komentarze: 144 | wyświetlenia: 1061
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  greenway,  14/12/2012

Pomysłowość ludzka nie zna granic. :)

  golesz,  14/12/2012

@greenway: Dlatego, między innymi, jesteśmy właśnie ludźmi.

  greenway,  14/12/2012

@golesz: święte słowa, święte słowa. :)

Hehe... pewnie jeszcze dzieci myślały, ze ten stuk to reniferowe kopytka z mikołajowej podróży:)))

  golesz,  14/12/2012

@Skalny Kwiat: Albo spóźniona, zaplątana gdzieś w zamieci Śnieżynka.

Ech – było, minęło. Dancingi skończyły się, obowiązuje muzyka z komputera, duch w narodzie upadł...no i tych z MPK jakby mniej w Święta :D

  golesz,  14/12/2012

@KRZYSZTOF DENDRA: W ogóle ich mniej. Tramwajów też. Jeszcze kilka lat, i kto nie ma pojazdu, będzie zasuwał do roboty per pedes. Albo w robocie zamieszka. Ale, mimo, iż teskno do młodości, wspomnień, nie chciałbym powtórki. No... z wyjątkiem pewnych... momentów. Jednak... to se ne vrati.

  ewfor  (www),  14/12/2012

No cóż, miły powrót (choć chwilowy) do czasów dancingowej młodości. A co do panów z MPK to kolejny dowód na to, że "Polak potrafi" :)

  *Karo*  (www),  15/12/2012

ja z nostalgią też wspominam dawne dansingi i....czasy;)

  centus,  15/12/2012

Eeee! Myślałem, że będzie o świątecznym stukaniu panienek. A przy okazji kilkaset butelek, przyjmijmy tylko sto. Na każdą operację potrzeba minimum 20 minut., czyli circa 35 godzin. Bardzo długo w twoim mieście trwa ta wigilia. A poza tym Polacy-katolicy w czasie wigilii wzorem swoich pasterzy absolutnie nie biorą alkoholu do ust. Prawda?

  golesz,  15/12/2012

@centus: Ależ sie czepiasz. Gotowych do akcji wozów wieżowych i stosownych załóg było, jest, w mieście Odzi kilka. Wiekszość rzeczywiście w Wigilię nie pija, ale flaszki po lodówkach trzyma. No i skąd wziąłeś te 20 min.?

  hussair  (www),  15/12/2012

Dobrze, że choć ten duch wspomnień trudno ubić. :)

@hussair: Ha. Witaj Rewolwerowcze. Pewnie, że trudno. Bo zanik wspomnień dopiero wraz z końcem. A i to nie na pewno.

  hussair  (www),  15/12/2012

@golesz: zawsze stawiam na niespodziankę in plus. ;)
Wspomnienie jest energią jak wszystko. Musi być zatem nieśmiertelne. Choć gdyby tak spróbować je zdefiniować... Czym właściwie jest wspomnienie?

@hussair: Według mnie ciemnego, wspomnienie jest oczarowaniem życia. Tym, większym, im dłużej żyjemy. I już tylko przez to uśmiechamy się w zamysleniu. A wszystkie te nieprzyjemne wtręty oboczne, to zadry. Które trzeba powyrywać.

  hussair  (www),  15/12/2012

@golesz: Nic ponadto, co powiedziałeś, dodać nie mogę. I nawet się zamyślam.

  golesz,  15/12/2012

@hussair: Ok. Idź więc, i czyń dobrze. Jak dotąd.

@golesz: Sim, Casanova, Savoy...,ogródek Tivoli czynny jeszcze w latach 70 ., przypomniałeś mi młodość -miłość niejedno miała imię... pewnie słuchałem Cię nie raz...
A pamiętasz nocne kursy 12-tką z Lumumbowa na stary Dworzec Kaliski , na ziemniaki z kapustą i ciemne piwo w kuflu, ulubione przez studentów, jedyne możliwe w Łodzi o tej porze... eeech. szkoda gadać....
pozdrawiam...:))

@seta1212: Ba! I pierwsze w Odzi (również chyba ostatnie - nie przyjęły się jakoś), właśnie w Tivoli, potrawki z żabich udek. A Lumumbowo, sobotnie koncerciki w każdym akademiku, najlepsze (pod pewnymi względami) w żeńskich - to zjawisko samo w sobie. I "Siódemki" na Piotrkowskiej, i Włokiennicza, gdzie wóda dostepna całą dobę. I komu to przeszkadzało?

  seta1212,  15/12/2012

zdrówka i udanych Świąt stary druhu...

@seta1212: Dzięki - również zdrówka, smacznego śledzika z chyba tylko Ódzkiej zalewy octowej z cebulką, spokojnych wspomnień. Pozdrawiam z Odzi. (Lubię jakoś to celowe wykrzywienie, zniekształcenie nazwy Łodź.)

  greenway,  15/12/2012

@golesz: Już zaczynam żałować, że tak porządne życie prowadziłam, ale mam wrodzoną awersję do kompilacji zapachów setka + śledzik, przez to jednak nie mogłam Cię posłuchać Goleszu w Odzi. :)

@greenway: Kurczę blade - też ogromnie żałuję. Ale porządne życie nigdy nikomu nie zaszkodziło. A seta + śledzik? Cóż - pewne gusta (i awersje) przemijają. Wszystko się zmienia. Wątroba też.

@golesz: Tak zgadza się, ale wątroba zmienia się niestety na gorsze. ;)

  golesz,  15/12/2012

@greenway: Fakt niestety.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska