Login lub e-mail Hasło   

Sylwestrowy pstryk!

Kto pierwszy pstryknie, ten przegrywa.
Wyświetlenia: 1.305 Zamieszczono 27/12/2012

Sylwestrowy pstryk!

 

          Jakoś nie wracali, mimo, iż dochodziła szósta. Rano. Razem, od dziewiątej, będzie już prawie dziewięć godzin sylwestrowego, hucznego balowania poza domem. Rodzice – jak to teraz głupio brzmi – nie gustowali w nocnych popijawach poza domem – woleli raczyć się na własnym gruncie, intymnie, cichcem. Więc dziwiłem się trochę. No, ale to Sylwester - niech im będzie.

          Rodzice. Matka znalazła gdzieś tego przydupasa w pół roku po śmierci taty. Miałem wtedy chyba tylko trzy lata, lecz pamiętam do dziś wycieczki z ojcem do pobliskiego lasu za ogrodem. Nie, żeby zbierać jakieś głupie szyszki czy żołędzie, ale tak po prostu do lasu, w izolującą gęstwinę. Pooddychać zielonym, cichym powietrzem, poszurać nogami wśród wyschniętej ściółki, zapomnieć. Ojciec był facet małomówny i czasem, w trakcie wycieczek, nie odezwał się słowem. Ja zresztą też nie miałem nic do powiedzenia. Chodziliśmy więc po lesie milcząc, zadzierając tylko głowy i nasłuchując ptasiego gadania.

          Przydupas, chcąc się wkupić, przy pierwszej wizycie w domu przyniósł mi jakąś przechodzoną książkę o chemii. Choć nie umiałem jeszcze czytać. Sam był podobno świetnym chemikiem, uznanym autorytetem w swojej dziedzinie. Nic dziwnego zresztą, bo jako główny specjalista w pobliskiej, tajemniczej fabryce wojskowej, musiał chyba być fachowcem. Zarabiał podobno krocie. I tu matka postawiła właściwie. Z jej punktu widzenia.

          Ja od razu gościa znienawidziłem. On zresztą odpłacał mi co i rusz pięknym za nadobne. Początkowo po cichu, tak, by matka niczego nie spostrzegła, jednak po ślubie, gdy się już tu wprowadził, gdy oficjalnie, urzędowo mógł mnie jako legalny ojczym prać do woli, zupełnie przestał się krępować. Nie zwracał się do mnie inaczej niż Debil. Zwłaszcza od momentu, gdy stałem się uczniem miasteczkowej szkoły podstawowej. Ja też przestałem się krępować i odpłacałem mu określeniem Serdel, czy Gruba Dupa. To ostatnie wkurzało go szczególnie.

          Przyznaję, że w szkole nie przykładałem się zbytnio – sądziłem, że wystarczy mi umiejętność czytania i pisania. Zawsze chciałem być strażakiem, najlepiej od zaraz, a te wszystkie bzdury, których musiałem się uczyć, do niczego mi się w zawodzie nie przydadzą. No i Serdel, jako dbający o rodzinę, godny zaufania facet, lokalna, wzorcowa figura, powziął postanowienie, by mnie porządnie wyedukować. Na chemika. To zniechęciło mnie do nauki ostatecznie.

          Matka, której zawsze w życiu chodziło wyłącznie o pieniądze, odsunęła się ode mnie już całkowicie, przechodząc na stronę Serdela. Zresztą też chyba nie była specjalnie rozgarniętą, dając mi, lub godząc się onegdaj, na imię Stanisław. Nie jak większość chłopaków; Robert, Przemek, Łukasz, Mateusz, Szczepan, Jacek, ale całkiem głupio - Stanisław. Dwa razy narobiła mi w szkole okropnego wstydu, przynosząc zapomniane śniadanie, wchodząc bezceremonialnie na lekcję, głośno, wszem i wobec meldując: - Zapomniałeś Stasinku zabrać śniadanko. Na dodatek całowała mnie w czoło na oczach klasy. To już był szczyt. Od tej pory kolesie wołali na mnie: Stasinek – Maminek.

          Zresztą tak naprawdę była to prostacka poza, maska, obliczona na szkolną, nauczycielską widownię. Że niby taka opiekuńcza, dbająca o jedyne dziecko. W rzeczywistości obchodziłem ją nie bardziej niż nasz stary, schorowany kot. Czy zeszłoroczny śnieg.

-------------------------------------

          No więc jakiś rok temu miałem już kompletnie dość. Do tego stopnia, że postanowiłem ich oboje… uśmiercić. Tak jest. Sprawę miałem do pewnego stopnia ułatwioną, dlatego, że Serdel, kierując się rozbuchanymi ambicjami, wprowadził w stosunku do mnie dodatkowe rygory i obostrzenia. Jeżeli przyniosłem ze szkoły stopień niższy niż czwórka, miałem co najmniej tygodniowy zakaz wychodzenia z domu. Według prostej zasady - im stopień niższy, tym zakaz dłuższy. W efekcie, prawie wcale nie bawiłem się z kolegami, nie grałem w piłkę, nie biegałem. Zresztą i tak w ich oczach byłem skończonym Maminkiem, przygłupem. Nauczyłem się więc żyć w samotności, w przeważnie pustym, obszernym domu, mając czasu na obmyślanie szczegółów Akcji aż nadto.

          Wymyśliłem więc samochód Serdela. A raczej podpiłowanie hydrauliki hamulca tak, by przy byle okazji pękła, powodując straszny, koniecznie tragiczny i krwawy wypadek. Zaopatrzyłem się w stosowną literaturę, instrukcje techniczne, pilniki i… zrezygnowałem szybko z tego idiotycznego w gruncie rzeczy zamiaru. To znaczy nie z chęci uśmiercenia moich hm… Opiekunów, lecz ze sposobu, w jaki chciałem to przeprowadzić. Sposób był bowiem beznadziejny.

          Po pierwsze musiałem uśmiercić ich oboje, więc Wypadek, musiał zdarzyć się obojgu w tej samej chwili. A Serdel z samochodu przeważnie korzystał samodzielnie. Solo. Po drugie, hamulce mogły nie zadziałać w zupełnie bezpiecznych, neutralnych okolicznościach. Po trzecie, fakt podpiłowania był łatwy do wykrycia przez policję. Nie – ja, jako przyszły, jedyny spadkobierca znacznego majątku, muszę być absolutnie czysty.

          Zmieniłem więc opcję na… gaz. I solidny wybuch. Zwykły gaz do gotowania i ogrzewania, który od zawsze podłączony był do naszego domu, który w szczególnych warunkach z powodzeniem może zastąpić potężną bombę. A ponieważ nikt tego domu nie znał lepiej niż ja, mogłem To przygotować w każdym szczególe. W zupełnym spokoju.

          Znalazłem miejsce w instalacji, tuż za licznikiem zużycia, gdzie wystarczyło lekko tylko, właściwym kluczem, odkręcić nakrętkę dociskającą, łączącą dwie rury gazowe. By spowodować maleńki ulot. Ulocik.

Późnym latem przećwiczyłem wielokrotnie w piwnicy kąt obrotu nakrętki w taki sposób, by kierując się wskazaniami liczydła gazomierza, określić optymalny, nie za duży, wypływ gazu na zewnątrz. Policzyłem też potrzebny czas do ustalenia się w pomieszczeniu właściwego stężenia wybuchowego. Każdorazowo musiałem wszystko wietrzyć, ale w końcu miałem to perfekcyjnie przećwiczone. Jako jedenastoletni, podobno lekko niedorozwinięty chłopak nieudacznik, byłem z siebie dumny.

          Leżę więc w łóżku czekając na obojga. Nie śpię całą noc, no bo przecież jakżebym mógł. Wszystko jest przygotowane. Śruba o północy poluzowana, stężenie w piwnicy już od pół godziny wybuchowe. Obiecywali, że wrócą przed piątą, ale znam ich - spóźnią się co najmniej godzinę. Nie szkodzi.

Wjadą samochodem do garażu, wysiądą, otworzą drzwi do piwnicy przez którą do dalszych pomieszczeń i na parter można wejść tylko stamtąd. Nie poczują niczego, bo cóż można wyczuć po upojnej, sylwestrowej popijawie? Włączą wyłącznikiem światło. Pstryk – maleńka iskierka elektryczna i… Podsumowanie hucznego balu. Też huczne.

          Mnie nie powinno się stać nic wielkiego, ponieważ sypialnie, w tym moja, znajdują się po przeciwległej, ogrodowej stronie domu, w dodatku poza piwnicą. Może spadnie mi na głowę jakaś deska, kawałek tynku, zapalą się włosy. No… też muszę być jakoś poszkodowany. Ucieknę przez potłuczone okno do ogrodu i natychmiast wezwę pomoc. Popłaczę trochę, poszlocham jako pokrzywdzony, już niestety sierota. Komisja stwierdzi tylko obluzowaną samoistnie, zardzewiałą nakrętkę. Wypadek. Będę wolny.

-------------------------------------

          Bezbrzeżna cisza załamała się nagle. Podjechał samochód, lecz przecież nie pod podjazd garażowy, a pod… wejście główne. Wyskoczyłem natychmiast z łóżka i pobiegłem do okna frontowego. Pod furtką stała taksówka. Matka już wysiadła, a pijany Serdel kłócił się głośno z taksówkarzem o zapłatę. Cholerka - wejdą przez drzwi główne.

          Wróciłem do łóżka, że niby śpię, ale przecież cały się trząsłem. Schrzaniło się wszystko. Nasłuchiwałem. Po chwili weszli jakoś. Rozbierają się teraz nieudolnie, hałasują. Matka podchodzi do drzwi mojego pokoju, otwiera je na oścież, szuka wyłącznika. Pstryk – całe, niewielkie pomieszczenie zalewa ostre, białe światło lampy.

          - Śpi sobie… spokojnie – mówi matka niewyraźnie, i chichoce w dłoń.

          - De…ebil jeden – Serdel patrzy jej przez ramię, po czym wychodzą i zamykają drzwi. Idą spać.

          Ale ze mnie idiota. Zupełnie zapomniałem, że Serdel nie będzie przecież kierował po pijaku. Zostawili samochód pod knajpą, by wrócić bezpiecznie i praworządnie taksówką. A tam, na dole, stężenie wybuchowe. I powoli rośnie. Obudzą się po kilku godzinach, a po trzeźwemu poczują. Niechybnie. Serdel to przecież fachowiec. Będzie szukał, i znajdzie.

          Zerwałem się z łóżka i cichutko jak kot zszedłem do piwnicy. Znajdę klucz i dokręcę nakrętkę. Otworzę też okienko. Będzie inna okazja – jakieś imieniny, przyjęcie, uroczystość. Dużo tego przecież. Gdzież ten klucz? Ciemno cholerka. A… jest wyłącznik.

Pstryk!

 

KONIEC.

1212

Podobne artykuły


17
komentarze: 32 | wyświetlenia: 1515
14
komentarze: 33 | wyświetlenia: 1148
14
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1117
14
komentarze: 60 | wyświetlenia: 858
13
komentarze: 9 | wyświetlenia: 714
13
komentarze: 93 | wyświetlenia: 406
13
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1178
13
komentarze: 62 | wyświetlenia: 590
13
komentarze: 68 | wyświetlenia: 523
13
komentarze: 25 | wyświetlenia: 939
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 947
12
komentarze: 30 | wyświetlenia: 1534
12
komentarze: 144 | wyświetlenia: 1059
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  seta1212,  27/12/2012

No widzisz -paradoksy sytuacyjne są zawsze zabawniejsze niż gdy ktoś schodzi z nudów ... (inaczej nasza wyobraźnia byłaby nudna ) bo działają według zasady: miłe złego początki, lecz koniec żałosny -powiedziała czarownica wbijana na pal ! A to już dobry początek na makabreskę -humoreskę.

Racja. racja. Dzięki.

  Remter,  27/12/2012

Jest takie przysłowie; kto pod kim dołki kopie sam w nie wpada..

  golesz,  27/12/2012

@Teresa Rembielińska: Nie zawsze się sprawdza. A właściwie bardzo rzadko. Choć chciałoby się.

  crepitus,  27/12/2012

Niezłe :)

  hussair  (www),  29/12/2012

Siedziałeś z Hitchcockiem w ławce? ;)

  golesz,  30/12/2012

@hussair: Tak. My z jednej ławki. Tej zawsze na końcu, pod oknem. Z którego widać, co się naprawdę dzieje.

Lekki szok. Ale fajnym stylem pisane;d

  ewfor  (www),  29/12/2012

A po świętach miało być nastrojowo, przytulnie a tu taki thriller :( Ale ciekawy :)

  golesz,  30/12/2012

Dzięki. To króciutkie, nie dość poradne antidotum na te wszystkie Świąteczne słodkości - ciasta, makowce, torty. Co by nie zamlaskać się na amen i przywrócić jako taką proporcję.

Troche czarnego humoru ( tylko nie posadzajcie mnie znow o antyklerykalizm) na Sylwestra nikomu nie zaszkodzi.
Swietny material na kolejny odcinek "Alfred Hitchcock Przedstawia"...
czy pamietacie ta melodyjka : "Tam tam taramtam tamramtam tam....." (wybaczcie nie znam zapisu nutowego ale chyba wiecie o co chodzi) ?

  golesz,  30/12/2012

@youngcontrarian: Świetny jest ten Twój zapis... muzyczny. Dla zainteresowanych, podaję przykładowy adres http://www.youtube.com/watch?v(...)dzJ_1iA A także starodawną, śliczną muzyczkę z podobnej, starszej serii:
http://www.youtube.com/watch?v(...)l&gl=PL

To był jednak gość.

  Tomasz Het  (www),  29/01/2013

Kolejny fajny wpis, dobrze masz arty.

@Tomasz Het: Dzięki.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska