Login lub e-mail Hasło   

Cel Istnienia

Nie martw się. I tak się dowiesz. Tylko trochę cierpliwości.
Wyświetlenia: 1.383 Zamieszczono 10/01/2013

Cel Istnienia

 

Całość dedykuję nieżyjącemu już niestety Adamowi Snerg – Wiśniewskiemu, szczególnie w związku z Jego powieścią - „Według Łotra”.

------------------------------------

          Od zawsze próbujemy ustalić sens, cel naszego istnienia. Tak w skali ogólnej, jak indywidualnie, prywatnie. Takie mamy potrzeby, w każdym razie większość z nas. Niestety, o ile wiem, nikomu jeszcze nie udało się tego dość jasno, przekonująco dociec. Owszem – co i rusz pojawiają się przeróżni mistycy, doznający objawień religijnych, głoszących z charyzmatycznym przekonaniem o swoich wizjach, ale ich rewelacje nie są nigdy dość ostre, czy choćby zwyczajnie logiczne. Pomijając jednak logikę specyficznie ludzką, a więc być może, z założenia, nieprawdziwą i zwodniczą, przekazy takie nigdy nie są wystarczająco mocne, by nas swą treścią raz na zawsze, nieodparcie i właściwie zorientować. Brakuje w tym wszystkim sprawdzalnych faktów, dowodów. Choćby mocniejszych poszlak.

          Jednak w moim przypadku nie jest tak do końca źle. To znaczy jest źle, jak u wszystkich, ale… Jednak opowiem ze szczegółami.

-----------------------------------

          Pierwszy raz zobaczyłem Jacka pięć lat temu. Było gorące, lipcowe popołudnie. Siedzieliśmy sobie z kolegami jak zwykle na zacienionej ławeczce pod blokiem, delektując się senną, spokojną i niezobowiązującą rozmową o pierdołach, pokrzepiając się co i rusz koniecznie drobniutkimi łyczkami letniego już niestety od długiego trzymania w rękach piwa.

          - Co ten gościu robi? – rzucił w przestrzeń Gruby, wskazując paluchem na równoległy, jaskrawo oświetlony gorącym słońcem blok. Również czteropiętrowy, dwuklatkowy, Identyczny konstrukcyjnie z naszym. Bardziej tylko brudny i zaniedbany. Inna administracja.

          Pod drugą kolumną okien, na betonowym chodniku, stał jakiś człowiek i zadzierając głowę, wpatrywał się w szeroko otwarte okno na trzecim piętrze. Nie zwróciłby niczyjej uwagi, gdyby nie to, iż stał zupełnie nieruchomo i jakoś tak… czujnie. Jakby za chwilę ktoś miał mu zrzucić z mieszkania klucze. Albo portfel. Jednak nic takiego nie następowało, a stał już tak od dobrych dziesięciu minut.

          - Ciekawe – stwierdziłem. – Popatrzmy trochę.

          Facet aż do szóstej ani drgnął. To znaczy do osiemnastej. Stał w pełnym słońcu, jakiś metr od ściany, i w zasadzie nie blokował szerokiego w tym miejscu chodnika. Niezmiennie, nieruchomo, wpatrywał się w to samo okno. Dziwiliśmy się niezmiernie, bo przecież jak długo można stać w tym upale z wykrzywionym karkiem? Nabawić się w tej sytuacji różności, to pewnik. Tylko co kilka minut wyciągał dziwnie lewą rękę, by szybko spojrzeć na zegarek, po czym błyskawicznie wracał do zwykłej, akrobatycznej prawie pozycji.

          Punktualnie o osiemnastej opuścił głowę, pokręcił nią kilkakrotnie dla rozruszania zmartwiałych zapewne kręgów, i spokojnie, nieśpiesznie, poszedł sobie.

          - Co to było? – spytał Gruby.

          - Cholera wie – rzucił Kapusta. – Jakiś pokręcony?

          Dokończyliśmy nasze piwa, zrobiło się troszkę chłodniej, w domach czekały kobiety z kolacjami, telewizornie podawały wiadomości. Rozeszliśmy się. Do jutra.

 

          Pojawił się także następnego, równie upalnego dnia, punktualnie o siedemnastej. Stanął w tym samym miejscu, podobnie zadzierając głowę. Odszedł o osiemnastej. Jak poprzednio.

          W piątek nie wytrzymuję. Podchodzę do stacza i możliwie uprzejmie, spokojnie, proszę o wyjaśnienia. Przedstawiając się wpierw, tłumaczę swój status ciągłego, lokalnego obserwatora życia. I funkcję ławki.

          Facet, około czterdziestki, rewanżuje się należycie – nazywa się …acki, …ecki, jakoś tak. Na imię ma Jacek. A ponieważ będzie tu stać jeszcze kilkadziesiąt minut, opowiada mi swoją przedziwną historię. Bez żadnych zastrzeżeń co do rozpowszechniania wśród moich znajomych i kolegów.

 

          Jest zwykłym, szarym nikim – magazynierem w pobliskiej firmie. Od kilu tygodni nęka go, choć to raczej niewłaściwe słowo, powtarzalny co noc sen. Powtarzalny w każdym swym precyzyjnym szczególe. Mianowicie stoi w tym śnie pod owym konkretnym oknem, z którego wypada nagle śliczna, dwuletnia dziewczynka, nazbyt nieostrożna i ciekawa świata, która korzystając z nieuwagi matki, wspina się na parapet, by przez wrodzony brak lęku wysokości, radykalniej niż dotąd sprawdzić działanie grawitacji. Jacek, czekając na posterunku, łapie ją perfekcyjnie, po czym stawia ostrożnie na betonie. Dziewczynce nic się złego nie dzieje, nic jej już nie grozi. Na tym sen się kończy.

          - Widzisz – mówi do mnie cicho, nie odrywając wzroku od okna – początkowo lekceważyłem ten sen, jednak rano, po przebudzeniu byłem wykończony. Ale po kilku powtórkach uznałem, że coś w tym musi być – jakieś przesłanie, jakiś nakaz… skądś? W każdym razie dokładnie ustaliłem o jaki blok chodzi, o które okno, o jaki czas… zdarzenia.

          - Jakim cudem? – spytałem zdumiony.

          - Prawdę mówiąc nie wiem do końca – przyznał Jacek. – Miejsce ustaliłem prawie od razu, dzięki kilku uważnym spacerom po okolicy. Porę roku i czas trochę później, i na zasadzie umyślnej, sennej wizualizacji mojego zegarka z kalendarzem. Niestety, wizja zegarka jest dziwnie nieostra – widzę tylko, że chodzi o lipiec i godzinę siedemnastą… ileś.

          Pokazał mi duży, męski zegarek elektroniczny z kalendarzem, kompasem, strefami czasowymi, pozytywką, kalkulatorem. Niezłe cacko – nigdy takiego nie widziałem.

          - Przedwczoraj stanąłem tu po raz pierwszy, przygotowany na upadek dziecka, jednak, jak dotąd nic się nie dzieje – stwierdził. – Dodam tylko, iż od tej pory sen powtarza się niezmiennie, a rano jestem rześki i zdrowy jak… młody bóg. Wystarczyło… zastosować się. Dodatkowo, w trakcie snu, i później, ogarnia mnie euforyczne przekonanie, stuprocentowa pewność, że złapanie dziewczynki to mój… sens istnienia, jedyny cel mojego życia. Wytrzymam więc wszystko, zniosę wszelkie warunki i… uratuję ją.

          Jacek mówił cicho, wyraźnie, z zadziwiającą pewnością siebie i precyzyjną poprawnością. Nie wyglądał, nie brzmiał jak ktoś niespełna rozumu. Był przy tym człowiekiem porządnie ubranym, o ujmującej aparycji, gładko wygolonym i pachnącym drogą wodą kolońską. Uwierzyłem mu z miejsca, dziwiąc się tylko kilku szczegółom.

          - A… nie byłoby prościej odwiedzić matkę, rodziców dziecka i… opowiedzieć im o śnie? Uczulić?

          - Też tak pomyślałem i nawet znalazłem to mieszkanie – zgodził się Jacek. – Jednak zastałem tam tylko ułomną, samotną staruszkę, z którą nie mogłem się jakoś dogadać. Sąsiedzi twierdzą, że mieszka ona sama, nie ma żadnej rodziny, nikt jej nie odwiedza poza, incydentalnie, pomocą społeczną. Nie mam więc wyjścia. Muszę tu stać i… czuwać.

          - Ale… to jakieś… bez sensu – nie uważasz?

          - Może i tak – przyznał. – Jednak co mam zrobić z tą… wewnętrzną pewnością, z tym… sennym, kategorycznym nakazem? Który narasta zresztą z dnia na dzień? To… rzeczywiście już mój jedyny Cel życiowy. A wszystko inne – praca, jedzenie, to tylko środki do jego… przeprowadzenia.

          - Słyszałem o takich rzeczach – potwierdziłem. – Człowiek jest wtedy jak… automat.

          - Zgadza się – przyznał smętnie.

 

          Tak, czy owak, przychodził codziennie, punktualnie. Cały lipiec. Czy upał, czy burza, trwał na posterunku, czuwał z wyciągniętą szyją.

          Zaprzyjaźniliśmy się, zapoznałem blokowych kolesi z sytuacją. Staliśmy często razem z nim, dodając mu otuchy, ostrożnie uprzyjemniając wartę, zabezpieczając okolicę. Godzinka dziennie, to przecież niewiele, a życie choćby urojonej, tajemniczej dziewczynki, warte jest takiego wysiłku.

          Jacek informował nas na bieżąco. Sen nabrał wyrazistości, jednak żadne nowe szczegóły nie pojawiały się. To, co w nim było, z jakiegoś powodu musiało całkowicie wystarczyć. I wystarczyło. Jego poczucie misji wzrosło do tego stopnia, że po powrocie do domu, trenował mięśnie rąk, refleks, pozycję łapacza, zwinność. My, prawdziwi asystenci w tej dziwnej misji, co kilka dni robiliśmy rozpoznanie mieszkania na trzecim piętrze, rozmawialiśmy z sąsiadami żyjącej tam kobiety, doglądaliśmy sprawy.

          Skończył się wreszcie lipiec, i nic się nie stało. Jacek jednak postanowił lepiej przygotować się na następny rok. Mógł sobie na to pozwolić – nie miał nikogo – rodziców, żony, ani dzieci, mieszkał sam w wynajmowanej kawalerce na skraju miasta.

W następnych miesiącach skonstruował specjalną torbę brezentową, w istocie wygodny pokrowiec na dużą, puchową poduszkę, z pomocą której chciał dodatkowo złagodzić impet upadku dziecka. I mimo, że nie był krawcem, torba wyszła mu całkiem, całkiem. Był w pełni przygotowany na następny lipiec wartowniczy. Jak to się mówi – służba nie drużba.

          Zanim jednak nadszedł ten gorący miesiąc, namówiłem go do pójścia do psychiatry. Tak na wszelki wypadek. Mimo, iż przecież poza Snem i jego skutkami, był człowiekiem zupełnie zdrowym umysłowo, nie mówiąc już o niedościgłej, ciągle rosnącej kondycji fizycznej.

          Zaliczył więc Jacek kilka kosztownych wizyt, jednak niczego to nie wyjaśniło. Psychiatrzy, bo dla pewności odwiedził trzech, nie potrafili oświecić go w egzotycznej, nie notowanej w annałach przypadłości, pomóc zrozumieć istotę nocnych wizji. A zwłaszcza jego ratowniczej determinacji. Cóż – nauka sobie, fakty sobie. Co noc, nieprzerwanie, Sen krystalizował się prawie fizycznie, niczym staranna, precyzyjna, szczegółowo opisana i zwymiarowana dokumentacja inżynierska. I co dziwiło mnie najbardziej, to stosunek Jacka do całej sprawy – jasne, radosne przekonanie, pewność, że wie o co chodzi, że nareszcie ma Zadanie, i że wykona je bezbłędnie.

------------------------------

          Żeby nie przedłużać niepotrzebnie tej opowieści, powiem tylko, że spędziliśmy z Jackiem na posterunku, jako zbiorowa asysta, pomocnicy, cztery następne lipce. Bez wydarzeń, i szczęśliwie, bez tak zabezpieczonego ochronnie upadku. W sumie pięć lat. Aż się dziwię kolegom, sobie, że nie zniechęciliśmy się wcale tym „nic nie dzianiem”, nie odeszło nas żywe przekonanie, iż Jacek ma jednak rację, że wie co robi. Tak w życiu bywa – siejesz dzisiaj, a zbierasz znacznie później. Cierpliwość, wytrwałość i odporność, to pożądane cnoty wszystkich Wartowników.

          Lecz, jak to w życiu właśnie, co się zaczęło, musi się jakoś skończyć. Rozstrzygnąć. Tak, lub owak. Często, powiem, nazbyt często, niekoniecznie wesoło, czy po naszej, wyidealizowanej myśli. Ale cóż zrobić – nie my reżyserujemy w tym teatrzyku.

          Dwudziestego siąpiło lekko. To był dziwnie chłodny lipiec, ale wszystkie telewizornie uspokajały, że nic wielkiego, że normy nie zostały przekroczone. Jeszcze. Jacek stał na warcie, trzymając przed sobą obłą kształtem, brezentową torbę wypełnioną stosownie ubitą poduszką. Ręce nie drętwiały mu wcale ani od chłodu, ani od ciężaru nielekkiej torby. Jednak stałe ćwiczenia robią swoje. Nie chcieliśmy moknąć wraz z nim – nie było takiej potrzeby – więc staliśmy na dusznych klatkach, obserwując sytuację z suchych pomieszczeń.

          Dochodziła siedemnasta trzydzieści cztery, gdy nagle usłyszeliśmy okropny krzyk. To wydzierały się jakieś kobiety z naszego bloku, też obserwujące okolicę. Spojrzałem w prawo szukając przyczyny alarmu, i… zobaczyłem.

          Na trzecim piętrze przeciwległego bloku, bloku pilnowanego przez Jacka, w oknie symetrycznie położonym na drugim jego końca, czyli jakby usytuowanego lustrzanie, pojawiło się dziecko. Dziewczynka. Okno było otwarte, a Ona stała na parapecie, wyciągając nóżkę, by zrobić krok naprzód. W betonową przepaść. Serce mi zamarło i przesunęło się momentalnie do gardła. Opanowałem się jednak i nie zważając na straszliwy, tarasujący mi krtań ból, wydarłem się: - Jacek! Z prawej!

          Koledzy, i chyba cały blok, łącznie z betonowymi ścianami, oknami, kominami i czym tam jeszcze, wspomogli mnie natychmiast w tym strasznym wysiłku. W stronę niestrudzonego Wartownika poleciała potężna fala dźwiękowa:

          - Jacek! Z prawej! – I następnie:

          - Trzecie piętro! Drugie od prawej! Dziewczynka!

          Jacek, wytrawny Wartownik, zareagował błyskawicznie. Dla zyskania widoczności odstąpił dwa kroki do tyłu, zorientował się natychmiast w sytuacji i cały czas trzymając przed sobą wielką torbę, wykonał pierwszy skok we właściwą stronę. Nie spuszczając z oczu nowego celu - oddalonego o jakieś dwadzieścia metrów okna.

          Obserwowałem wszystko jak w zwolnionym filmie, ciągle z szalejącym sercem w gardle.

          Dziewczynka podniosła nóżkę i filuternie uśmiechnięta, pochylała się do przodu. Przekroczyła właśnie granicę równowagi, i… nic już nie mogło zapobiec upadkowi.

          Jacek był w trakcie wykonywania drugiego skoku, jednak, mój Boże, zaczepił lewą nogą o żelazny drut okalający rachityczny, wąziutki trawnik, biegnący wzdłuż ściany bloku. Drut przewleczony przez calowe, stalowe rurki, rozmieszczone co metr, wkopane w ziemię. Taki niby niski, prymitywny płotek.

          Już wiedziałem co będzie dalej. Baczny Wartownik, nieodporny przecież na grawitację i potknięcia, przyjął początkowo pozycję mniej pionową niż zazwyczaj, pochylił się w skoku jeszcze bardziej, w końcu, trzymając w wyciągniętych przed siebie rękach torbę, upadł z całym impetem piersią na ostrą, stalową końcówkę calowej rurki.

Przez blokowisko poniósł się potężny, nieustający krzyk rozpaczy, gdyż dziewczynka też już spadała. Blond główką na dół, na twardy, obojętny beton.

Z całych moich sił, przyłączyłem się do rozpaczy.

-------------------------------------------

          Dopiero teraz, po kilku miesiącach od wydarzeń, mogę je spokojniej analizować, choć i tak bez chusteczki ani rusz.

 

          Sądzę więc, że Jacek miał jednak szczęście. Z nieznanych powodów, w najprostszy sposób, pozyskał pewność swojej tu roli. Rzecz zupełnie wyjątkowa, Dar. Nic dziwnego, że przyjął tę wiedzę, tę pewność z radością, bo cóż może być lepszego niż kryształowo jasna, precyzyjna wiedza na temat własnego miejsca w Całości? I nieważne, że jest to, przykładowo, jedynie rola służącego, wnoszącego na scenę list w ostatnim akcie, nie odzywającego się ani słowem. Równie nieważne jest to, iż myli się z podniecenia, wchodzi na scenę nie z tej strony, potyka przy tym i upuszcza srebrną tackę. Reżyser to równy gość - nie takie rzeczy widział, nie takie błędy wybaczał. A Przedstawienie nie zawali się od tego. Poza tym sezon trwa, Sztuka będzie grana jeszcze wiele razy, nic straconego. No i zawsze chimeryczny Widz, jeżeli trafi na tę samą Sztukę powtórnie, nie uśnie w trakcie, przynudzony mechaniczną powtarzalnością.

          To samo z dziewczynką, choć troszkę za mała, by mieć jakiekolwiek potrzeby w sprawie Przedstawienia. A reszta, my? No cóż – część z nas to Widzowie, Scenografia, Tło, Wyposażenie Sceny, Rzeczy Pomocnicze, Cegły Tej Budowli. Też Uczestnicy. Wszystko zależy od Inspicjenta, który w zasadzie ma wolną rękę co do przebiegu, porządku Spektaklu. I tylko w ważniejszych sprawach, mogących naruszyć Sens Przedstawienia, musi konsultować się z Reżyserem. Zawsze pod ostatecznym okiem Autora, zwanego czasem Scenarzystą.

 

KONIEC.

1301

Podobne artykuły


13
komentarze: 49 | wyświetlenia: 1467
12
komentarze: 5 | wyświetlenia: 1578
11
komentarze: 4 | wyświetlenia: 2039
11
komentarze: 1 | wyświetlenia: 1199
11
komentarze: 40 | wyświetlenia: 2803
11
komentarze: 17 | wyświetlenia: 2407
10
komentarze: 20 | wyświetlenia: 1135
10
komentarze: 7 | wyświetlenia: 1435
10
komentarze: 156 | wyświetlenia: 793
10
komentarze: 123 | wyświetlenia: 969
10
komentarze: 81 | wyświetlenia: 2315
10
komentarze: 69 | wyświetlenia: 670
10
komentarze: 3 | wyświetlenia: 525
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  hussair  (www),  10/01/2013

Niesamowite, jak Ty konstruujesz te gorzkie, życiowe odsłony z jakąś subtelną, mistyczną oprawą. I zawsze są intrygujące, od pierwszych słów. Co wywołuje pożądane napięcie. A potem to już człowiek sobie duma.

@hussair: Ha. Dzięki za podziw nienależyty. Napięcie, to podstawa. Bez napięcia nie ma prądu, mocy, niczego. A więc niech żyje napięcie.

  hussair  (www),  10/01/2013

@golesz: Zwłaszcza ta jego łagodna odmiana. Bo to przecież życie stymuluje. I podkreśla.
Ciepło i rozweselenie moje wzbudziła ta solidarność grupy i jej wytrwałość. Chyba najfajniejszymi ludźmi są ludzie prości, tacy, co to nie zadają za dużo pytań, tylko stają u boku i robią swoje. Dobrze to oddałeś. :)

  golesz,  10/01/2013

@hussair: I przede wszystkim życzliwi dla wszystkiego co się rusza. Tak jest rzeczywiście.

Lubię czytać twoje opowiadania. Nie są takie zwykłe - mają tę mistyczną oprawę, o której Hussair wspomina. Pozdrawiam serdecznie:)

  golesz,  10/01/2013

@Skalny Kwiat: Dzięki. Oprawa, rama, czasem ważniejsza, cenniejsza, niż obraz. Co oczywiście dyskredytuje artystę.

@golesz: Nie ważniejsza, tylko przyciągająca uwagę do obrazu:)

  golesz,  10/01/2013

@Skalny Kwiat: Tak też bywa. Szczególnie, gdy obraz tego wymaga.

  hussair  (www),  10/01/2013

Swoją drogą, klawy ten Twój nowy awatar, jakoś na mnie pozytywnie oddziałuje.

@hussair: A ja mam pomarańczowo w oczach... nastraja raczej wojowniczo;)

  hussair  (www),  10/01/2013

@Skalny Kwiat: W każdym razie ożywczo. Jak porcja witamin z pomarańczy. ;)

  golesz,  11/01/2013

@hussair: Albowiem obrzydło mi już trochę hałaśliwe, wyczerpujące dość walenie po pustych bębnach, rezonujących pogłosowo pośrod twardych ścian jaskiń pokręconych. Teraz ma być (czy będzie?) więcej światła. I nie jest to broń Boże cytowanie umierającego Goethego - raczej wychynięcie z jamy, ostrożne rozglądanie się po obficie rozświetlonym świecie. Wiosennie.

(Trochę patosu też jeszcze nikomu nie zaszkodziło. O ile trochę.)

  hussair  (www),  11/01/2013

@golesz: I to działa. :) A patos też ma działanie ożywcze. Przedawkować można z nim jak z wszystkim, fakt.



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska