Login lub e-mail Hasło   

Chłopczyk z zapałkami

Dziwne, groteskowe opowiadanko – odprężające absurdum, horrendum.
Wyświetlenia: 1.597 Zamieszczono 19/01/2013

Chłopczyk z zapałkami

Mimo, iż Matka przygotowała mnie porządnie do drogi, to mróz i zamieć nie są zbyt przyjemne. Wędruję więc przez leśną przesiekę skulony, pochyleniem opatulonej w grubą chustę głowy przeciwstawiając się silnemu wiatrowi i ostrym jak szpilki, twardo zacinającym płatkom śniegu. A raczej maleńkim, zaostrzonym przyrodniczo, ostrym strzałom, drobinom lodu. Rzecz jasna przeciwnie do kierunku mojej wędrówki – prosto w oczy. Jak to biednemu.

Wybrałem tę trasę sam – nikt z rodziny nie próbował jeszcze sprzedawać zapałek w tej północnej, nieodległej zresztą osadzie, znanej powszechnie z tego, iż mieszkający tam ludzie to podobno wyjątkowo nieużyta, mendowata nacja. Każdy miał mieć swój własny, elegancko odpicowany domek, przed domkiem, lub w obszernym garażu, niezłe autko albo i dwa, w banku pęczniejące konta, a mimo to, czy też może właśnie dlatego, nie byli oni skłonni do przyjaznego witania domokrążców. Podobno.

Było już całkiem ciemno, lecz jak zwykle, wcale mi to nie przeszkadzało. Każde z nas – Matka i siedmioro rodzeństwa uczestniczących w tym interesie od lat, nabyliśmy pewnych, szczególnych cech. Na przykład nasza pożółkła skóra, całe ciało, ale i ubrania, buty, przesiąknięte były tą zapałczaną, specyficzną mieszaniną do cna. Z powodu siarki nie imały się nas żadne choroby, a dzięki fosforowi świeciliśmy w ciemności bladoniebieskim światełkiem. Mogliśmy więc, jak teraz ja, bez obaw wędrować po ciemku, niespecjalnie uważając na nierówności terenu. Na kilka kroków wokół widzieliśmy wszystkie szczegóły. Jak podczas jasnej, bezchmurnej pełni księżycowej. A i o zbłądzeniu w najgęstszym nawet lesie nie mogło być mowy – zawsze mogliśmy wrócić po własnych, blado fosforyzujących śladach. Letnimi nocami był niewielki problem ze świetlikami, mylącymi nas z przerośniętymi samiczkami swojego gatunku, ale i tak do niczego nie dochodziło. Z powodu naszego zapachu. Nieprzyjemnego dość dla nich.

Skład mieszanki jest tajemnicą rodzinną, a ściślej to Matka, jako bezpośrednio nadzorująca i wykonująca produkcję, preparuje i miesza ingrediencje tuż przed wsypaniem do garnka. Zawsze na osobności, w utajeniu. Tajemnicę zna również Michał, najstarszy z nas, ale nie angażuje się w produkcję, gdyż jest niezwykle skutecznym dystrybutorem. Byłoby go szkoda do niewdzięcznej roboty wytwórczej. Jednak kiedyś, gdy, tfu, tfu, braknie Matki, przejmie nadzór.

Gdy jeszcze żył ojciec, zamiłowany chemik, interes nie szedł tak gładko jak teraz. Również zapewne z powodu braku rąk do pracy. Rodzina była wtedy dość standardową – on, Matka i dwójka dzieci – Marysia, Zuza. Poza tym ciągle brakowało surowców i materiałów do produkcji, ciągle nachodziły rodzinę uciążliwe kontrole skarbowe. Ojciec, nie radząc sobie z przeciwnościami, pił mocno, marnotrawiąc często w knajpie cały dochód, lekce sobie ważąc los rodziny, firmy. Aż któregoś dnia, popisując się przed knajpianymi kolesiami, demonstrując jednak, trzeba mu to przyznać, niezwyczajną jakość rodzinnych zapałek, potarł nieszczęśliwie jedną o podeszwę buta, po czym zajął się cały. Jak przesycona paliwem pochodnia. Nie było możliwości zagaszenia tego upiornego ognia, więc spłonął doszczętnie na oczach podpitego towarzystwa.

Dopiero po jakichś dwóch latach od pogrzebu, interes rozkwitł. Rodzili się chłopcy, bracia, przychylność wszelkich władz niepomiernie wzrosła, dostawcy chemiczni wywiązywali się, nawet skarbowy odpuścił. Zresztą Matka, mimo nieustających ciąż i zawsze wzdętego brzucha, była przecież piękną, atrakcyjną i obrotną kobietą. Prócz firmy, produkcji i dystrybucji, musiała o nas dbać, zarządzać całym domem, przyjmować w swoim ciemnym, rozświetlanym tylko jej bladym światłem pokoiku gości, kombinować. Coś się jednak z nią działo niedobrego, ponieważ ostatnio kazała nam mówić do siebie Matko. Z dużej litery. Niespecjalnie nam się to podoba, ale cóż robić? Miała widocznie jakieś powody. Tak, czy owak, interes się kręci, zapałki coraz lepsze i dobrze sprzedają się w okolicy. Poza tą, niezbadaną jeszcze handlowo, osadą.

Technologia jest prosta. Matka zamyka się w swoim pokoiku z garnkiem, do którego wsypuje w odpowiednich proporcjach żółtą, sproszkowaną siarkę, biały, zmielony fosfor, dolewa trochę nafty dla zmiękczenia, dodaje opiłków żelaza, aluminium i szczyptę czarnego pieprzu. Wychodzi wreszcie z żeliwnym garem do kuchni, stawia go na specjalnej, akumulatorowej, pyłoszczelnej maszynce elektrycznej, i porządnie przykrywa pokrywką. Po dwóch godzinach zawartość topi się, nabiera konsystencji gęstego miodu. Wtedy do akcji wkraczają dziewczyny – Zuza i Marysia, mieszając nieustannie w garnku drewnianymi łyżkami. Łyżki muszą być drewniane, dla uniknięcia ewentualnego iskrzenia metalu o metal. To akurat wszyscy rozumiemy. Z gara paruje sinożółtawo, w kuchni rozchodzi się duszący zapach siarki. Ale znamy to od urodzenia, lubimy.

Po kolejnych dwóch godzinach masa jest gotowa. Wtedy siadamy przy kuchennym stole, każdy ze swoim pudełkiem pełnym drewnianych patyczków, i maczamy je ostrożnie w gorącej, gęstej, ciągle parującej leniwie mazi. W ten sposób na patyczkach osadza się łatwopalna warstwa, stanowiąca przecież istotę, duszę zapałek. Po zamoczeniu drewienka, tylko do połowy, trzeba na zapałkę dmuchnąć, co schładza ciemnożółtą warstwę na tyle, by można było drewienko przekręcić i wbić drugim końcem w miękki, plastelinowy placek, rozłożony płasko na stole. Do całkowitego wyschnięcia. Kiedyś, za czasów ojca, była to podobno duża deska, z nawierconymi setkami otworków do wtykania i suszenia drewienek, ale trudno było trafić, otworki zapychały się brudem, więc Matka wymyśliła plastelinę.

Drewienka robimy sami z sosnowych, przyciętych na wymiar klocków, dostarczanych nam regularnie przez zaprzyjaźnionego kierownika tartaku. Okrawamy tylko korę, i dzielimy nożami na wąskie patyczki. A kora przydaje się później do różnych rzeczy.

Produkcja jednej dużej partii zajmuje nie więcej niż trzy godziny. Poza warzeniem masy, rzecz jasna.

         

Żadne z nas nie chodzi do szkoły – Marysia i Zuza już i tak nie muszą – są za stare. Bracia i ja nie martwimy się tym specjalnie, bo i tak nie mamy głów do nauki, a inne dzieci śmiałyby się z nas za świecenie, no i złośliwie, jak to dzieci, mogłyby nas co i rusz podpalać. Matka załatwiła to jakoś z dyrektorem szkoły, że niby nauczanie indywidualne, że warunki. W każdym razie nie musimy i już. Możemy robić to co lubimy – zapałki.

Mieszkamy sobie na uboczu, nikt tu nie zagląda poza wieczornymi gośćmi Matki, żyjemy spokojnie. I dzięki Matce, trzeba to podkreślić, w miarę dostatnio. Nie potrzebujemy zresztą wiele; niezbędne rzeczy przynosi nam głucha baba z sąsiedniej wsi – jajka, mleko, sery, makaron, chleb. Makaron do niedzielnego rosołu z kory, który tradycyjnie przygotowuje nam co tydzień rodzicielka. Matka, mówiąc prawdę, nie jest w kuchni najlepsza, i jedyne czego się nauczyła, to robić właśnie rosół z sosnowej kory. Smakuje jako tako, ale jest podobno bardzo pożywny. Nie potrzebujemy zresztą wiele jedzenia, znów pewnie dzięki siarce i jej tajemniczemu, ciągłemu oddziaływaniu na nasze młode organizmy. W sumie oszczędzamy na tym sporo. Na przyszłość. We wrześniu zbieramy kasztany na zimowe, także pożywne placki.

 

Idę więc przez las naprzeciw lodowatemu wiatrowi, pod nieustannie, przejmująco zimnym, krystalicznym ostrzałem. Do pierwszych zabudowań osady zostało mi jeszcze jakieś dwa kilometry. W plecaku, w razie potrzeby, termos z gorącym rosołem z kory, doprawionym trochę dla smaku i koloru nadmanganianem potasu. Mam też dwadzieścia małych pudełek najlepszych na świecie zapałek, oraz dziesięć pudełek większych. Pudełka zrobione są z setek zeszytów szkolnych w kratkę, o które stara się zawsze kierownik naszej państwowej placówki pomocowej. Że niby dla nas, dla dzieci. Tak więc z kartek robimy pudełka małe, a z twardszych, tekturowych okładek, większe. Nic się nie marnuje. Kiedyś pan nauczyciel, odwiedzający często Matkę z naszego początkowo powodu, próbował coś w tych zeszytach pisać, pokazywać nam, ale Matka odwiodła go. Przychodzi więc teraz wyłącznie z Jej powodu. Tak mi mówią starsi bracia.

Na dużych pudełkach Zuza udatnie maluje różne zapałczane motywy – a to płonący las, a to zgliszcza zagrody wiejskiej. Jak żywe. Jakby napatrzyła się gdzieś na takie widoczki. Możliwe zresztą, że tak było, zważywszy na moje poza produkcyjne, całkiem prywatne i do pewnego stopnia utajone hobby. Widoczki podobają się nabywcom - niektórzy je nawet kolekcjonują.

Wyszedłem wreszcie z lasu, i od razu rzuciła mi się w przemarznięte oczy niezwyczajnie śliczna, obsypana świeżym śniegiem osada. Małe, jednopiętrowe, szczęśliwie drewniane budyneczki umalowane na biało, z gustownymi okienkami, przyjemnymi, spadzistymi dachami, pokrytymi czerwoną dachówką. Wszystkie prawie jednakowe, jak spod prasy. Mówię prawie, bo przecież różnią się jednak w szczegółach – coraz to inne urocze balustradki, ozdoby, indywidualnie wykończone płotki okalające, kolory i marki samochodów. Bogactwo, dostatek, porządek. Stabilność, zasobność. Domki, działki ogrodowe, rozmieszczone są wzdłuż niby ulicy, pewnie nawet z asfaltową jezdnią, ale tego akurat nie mogę ustalić z powodu śniegowej obfitości. Co mnie to zresztą obchodzi? Ja mam tylko sprzedać jak najwięcej pudełek, dużych i małych. A jeśli będzie szło… kiepsko? Zobaczymy.

Mam dziewięć lat, ale wyglądam na sześć. Co jest moim handlowym atutem poniekąd. Biorę ich bowiem zawsze trochę na litość. To się sprawdza, zwłaszcza w wietrzny, mroźny i zawiejowy wieczór. Takie są, między innymi, zasady domokrążne handlowe. Pośród innych zasad, niekoniecznie już tak… zapałczanych. Dzwonię więc do pierwszych drzwi.

Nad schodkami włącza się jaskrawa żarówka, solidne, pancerne prawie drzwi uchylają się o cal.

          - Czego? – patrzy na mnie wrogo facet w podkoszulku, o maleńkich, świńskich oczkach.

          - Mam do sprzedania najlepsze na świecie zapałki – mówię cienkim głosikiem, lekko tylko, dla efektu, drżącym. Z zimna przecież i śnieżycy. Pokazuję dwa rodzaje pudełek – małe i duże.

Facet jest ciężko zdziwiony. Czarny, mroźny wieczór, śnieżyca, psa nie wygoni, w telewizorku fascynujący konkursik, a tu jakiś mały, zasmarkany szczyl z zapałkami. Trzeźwieje jednak błyskawicznie i wrzeszczy:

          - Nie potrzebuję zapałek. Mam zapalniczkę.

          - Ale… - próbuję, jednak przerywa mi:

          - Zmiataj!

Calowa szpara w drzwiach znika z hukiem, jaskrawa żarówa gaśnie. Cóż robić? Idę do następnego, równie estetycznego domku obok.

          Jak w powtórce filmowej. Żarówa, calowa szpara, chropowaty, nieprzyjemny głos:

          - O co chodzi?

          - Mam zapałki…

          - Spadaj mały gnojku!

Dla porządku, choć już bez zbędnych złudzeń, odwiedzam pozostałe domki. W sumie dziewięć. Wszędzie to samo – albo mają zapalniczki, albo nie mają ochoty. Bryndza. Gdyby choć jeden zapytał po ile, pokaż mały. Żaden też nie zainteresował się, czy mi aby nie zimno, czy bym nie napił się gorącego mleka, herbaty? Gdzież tam. Ach wy…

Niespecjalnie mnie to jednak martwi. Jestem przygotowany. Siadam na przydrożnym kamieniu, odkręcam termos i posilam się rosołkiem z kory. Czeka mnie trochę biegania i powrót przez las do domu. Wyjmuję też zapałki specjalne, zwłoczne. Również wynalazek Matczyny, pod Jej wyłącznym, specjalnym nadzorem, wydzielane na sztuki i tylko Rodzinie. Na wypadek fiaska handlowego, czy innej, tajemnej potrzeby. Jak dzisiaj, gdy wysłała mnie do tej wrażej, nieprzyjaznej osady.

---------------------------------

No i wszystko dobre, co się dobrze kończy. Trochę jestem zmęczony, trochę mi zimno, ale już widzę dom rodzinny, już czuję znajomy, duszący zapach. Dom jest trochę zaniedbany – w zasadzie to zapadł się nieco w miękki grunt. Te dwa maleńkie okienka nie dają się już otwierać, zarosły trawą, a teraz całkiem zamarzły. Tak, jak i drzwi. Ale poradziliśmy sobie, wykopując długi, podziemny tunel, mający wyjście w podłodze kuchni. Tylko do Matki można się jako tako normalnie dostać z zewnątrz. W końcu żaden gość nie będzie czołgał się pod ziemią jak jaki kret. A i zawalić się może w każdej chwili.

Już miałem odsłonić zamaskowane, zasypane śniegiem wejście, gdy zobaczyłem wychodzącego, a raczej wybiegającego od Matki komendanta lokalnej straży pożarnej. Schowałem się więc szybko za drzewem, by nie skojarzył mnie broń Boże z kierunkiem mojego powrotu. Z północy. A jego pośpiech? Cóż – zapewne odebrał ważną wiadomość komórkową. Na przykład, że północna osada potrzebuje pilnie wsparcia strażackiego okolicznych jednostek, bo pali im się wszystkie dziewięć domków. Tych ładnych, milutkich i zasobnych. Jaka szkoda.

Wchodzę więc wreszcie do domu. Rodzina w komplecie – zbici jak zawsze w gromadkę dla wzajemnego ogrzania i utrzymania ciepła. Bije od nich, od tej skupionej grupki skumulowane, błękitne światło. W domu przecież, z wiadomych przyczyn, nie możemy palić w piecu. Ogrzewanie elektryczne też nie wchodzi w grę z prostego powodu - nie jesteśmy podłączeni do sieci energetycznej. Także z wiadomych przyczyn. Iskrzenie. A maszynka do gotowania masy jest każdorazowo ładowana poza domem. W gabinecie komendanta policji, który też i przynosi ją Matce wieczorem w każdy poniedziałek. Osobiście.

Mówię więc wszystkim co się stało, i gdyby co, to rodzina zaświadczy na wszystkie świętości, że cały dzień byliśmy w domu. Razem. Następnie wychodzimy solidarnie i ostrożnie na niepewny dach domu, by jak zawsze, tym razem na północy, za lasem, obserwować ciemnoczerwoną, narastającą łunę pożarów, oświetlającą delikatnie całą, nocną połać. Fascynujący, jak zawsze, widok. Matka przytula mnie, chwaląc za zmyślność, choć przecież zmartwiona jest brakiem dochodu. Ale to przecież nie moja wina, tylko tych tam, na północy. Przychodzi mi nagle do głowy pomysł;

- A może byśmy… dodatkowo, robili… gaśnice? Albo przeciwpożarowe koce azbestowe.

- E tam – mruczą bracia i siostry, patrząc na mnie dziwnie.

- Zaraz – zastanawia się Matka. – To nie jest głupie. Zapałki, gaśnice, koce, zapałki, gaśnice, koce. Rozumiecie?

- Nie… bardzo – krzywią się bracia i siostry.

- Ciągły ruch w interesie, ciągłe, pewne dochody – mówi rozpromieniona Matka i głaszcze mnie delikatną, żółtą dłonią po głowie, drugą poprawiając wdzięcznie niesforny, filuterny loczek. – Muszę poznać… kogoś z branży gaśniczej.

Łuna na północy dogasa.

 

KONIEC.

1301

Podobne artykuły


12
komentarze: 1 | wyświetlenia: 384
10
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1011
10
komentarze: 142 | wyświetlenia: 1217
10
komentarze: 154 | wyświetlenia: 765
9
komentarze: 617 | wyświetlenia: 726
9
komentarze: 21 | wyświetlenia: 1512
9
komentarze: 5 | wyświetlenia: 981
9
komentarze: 6 | wyświetlenia: 1573
8
komentarze: 2 | wyświetlenia: 1607
8
komentarze: 4 | wyświetlenia: 606
7
komentarze: 1 | wyświetlenia: 280
7
komentarze: 3 | wyświetlenia: 1165
6
komentarze: 1 | wyświetlenia: 214
5
komentarze: 0 | wyświetlenia: 644
5
komentarze: 0 | wyświetlenia: 539
 
Autor
Artykuł

Powiązane tematy





  golesz,  20/01/2013

ewfor@ Dzięki za znikający komentarz, ale to nie moja wina.

  ewfor  (www),  21/01/2013

@golesz: No właśnie wysłałam dwa komentarze i żadnego nie ma, czyżbym coś przeskrobała? A Ty skąd wiesz, że wysłałam komentarze skoro ich nie widać?

  hussair  (www),  21/01/2013

@ewfor: Podejrzane... ;)

@ewfor: Ha! Ma się tego nocha. A tak naprawdę, to mail poinformował mnie, że jest komentario. Wchodzę, i widzę blade echo tekstu od Ewfor, które następnie znika całkowicie w gąszczu. Bez śladu.

  hussair  (www),  21/01/2013

@golesz: To spisek cyklistów.

  golesz,  21/01/2013

@hussair: A niech ich... Ale zimą, podczas zamieci, w mróz? Mają zdrowie.

  ewfor  (www),  22/01/2013

@golesz: :)) Technika idzie do przodu.

  hussair  (www),  21/01/2013

,,...potarł nieszczęśliwie jedną o podeszwę buta, po czym zajął się cały...''. Sugestywnie oddany klimat aury w połączeniu z historią obfitą w najlepszy czarny humor. Jak dla mnie było czytanie ,,Chłopczyka...'' jak to smaczne grillowanie.

  golesz,  21/01/2013

@hussair: Dzięki, choć, muszę przyznać, pisane trochę na kolanie.

  hussair  (www),  21/01/2013

@golesz: To masz chyba kolana z platyny odlane. ;)

  golesz,  21/01/2013

@hussair: He, he, świetna reakcja.

  hussair  (www),  21/01/2013

@golesz: Mam niezgorszy refleks, kiedy jestem niewyspany. Osobliwość. ;)

  golesz,  21/01/2013

@hussair: W takim razie daj sobie spokój ze spaniem w ogóle. Będziesz jak błyskawica.

  hussair  (www),  21/01/2013

@golesz: Rzecz godna rozważenia. Ale wracając do Twojego dzieła - będą kolejne odsłony hitchcockowskie?

  golesz,  21/01/2013

@hussair: Mam nadzieję, choć w tym momencie kosmiczna pustka.

  hussair  (www),  21/01/2013

@golesz: Chwilowe i raczej zwodnicze. Jesteś skazany na pomysły. :)

  golesz,  21/01/2013

@hussair: Słuszny, godny wyrok. Lecz ja nigdy nie byłem podsądnym. Chyba, że zaocznie.

  hussair  (www),  21/01/2013

@golesz: Ktoś nas spunktował podstępnie, by nie rzec: zdradziecko. ;)

  golesz,  21/01/2013

@hussair: Jak to? Masz na myśli te zielone plusy i czerwone minusy przy komentarzach? Do czego one służą, bo nie wiem?

  hussair  (www),  21/01/2013

@golesz: Czerwony minus jest odpowiednikiem nieopatrznie lub z premedytacją wypuszczonego w Twoim kierunku gazu jelitowego. Raczej z zimną premedytacją. Gazownikami są ci, których nikt nie przytulił przez ostatnie 70-80 lat. To rozregulowało systemy jelitowe.
Plus to grubsza sprawa. Dowód uznania dla poglądu, wypowiedzi lub Twojej urody. Tudzież sympatii, adoracji, może cicho podrzucony liś ...  wyświetl więcej

  grazaa,  21/01/2013

@hussair: Albo taka zabaweczka... do klikania, żeby było miło ;)))

  Amicus,  21/01/2013

@grazaa: Klik! :)

  hussair  (www),  21/01/2013

@grazaa: Kiedy jest życzliwie, to musi być i miło. :)
Golesz: Widzisz, ujawnił nam się tu jeden. ;-)
Amicusie: Flirciarzu. :)

  golesz,  21/01/2013

@hussair: Rozumieć. W takim razie trzeba stosować. Z tą emisją jelitową to może ostrożnie, bo efekta zdradziecko - cieplarniane podobno, ale plusiki jak najbardziej. Choć z plusikami, wg pewnego niskonapieciowego elektryka, czasem różnie bywa.

  grazaa,  21/01/2013

@Amicus: Klik..... kliiiik ;)

  hussair  (www),  21/01/2013

@golesz: Oczywiście. Grunt to działalność niewymuszona.
Warto też pamiętać, że wszystko wraca do ,,miotacza'' z nawiązką. To może lepiej rzucać pralinkami niż kamieniami.

  golesz,  21/01/2013

@hussair: E... Można się roztyć. Zwrotnie. Chociaż kamienie też niezdrowe.

  golesz,  21/01/2013

@hussair: Klikacz, znaczy? Klik.

  hussair  (www),  21/01/2013

@golesz: W każdym razie dużo zniosę, jeśli będą we mnie rzucać takimi Rafaello. Twierdza Modlin co najmniej.

  golesz,  21/01/2013

@hussair: Ależ to amunicja najwyższej próby. Tylko do skutecznego rozmiękczania umocnień i bastionów. Na codzień może wystarczą herbatniki? Bure petity?

  Amicus,  21/01/2013

@hussair: Czyżbyś zdradził snickersy lodowe? ;)

  golesz,  21/01/2013

@Amicus: No tu mnie zastrzeliłeś. Taki ostrzał, to tylko w marzeniach, z założenia niespełnialnych. Snickersy poza tym mają raczej zastosowanie bombowe. Z powietrza znaczy, nalotowo. Co by podczas krzywej balistycznej nie nadtopiły się znacznie. Bo skuteczność wtedy mizerna. Strzelasz twardym, wraca rozlazły.

  hussair  (www),  21/01/2013

@golesz: W zasadzie trzeba by jednak ustalić, co świadczy o sile bastionu. Jego odporność na słodkie zakusy czy stopień wchłanialności... :) Jestem czasem niezły w tym pierwszym i wyborowy-elitarny w tym drugim, o każdej porze dnia i nocy.
Amicus: Prawda jest taka, że zdradziłem ich wszystkich, cały ten słodki Mordor. Od świąt oderwałem się od cukru i trzymam zdrowy kurs. Jak długo pociągnę? Nie wiem, dalibóg. :) Ale jest dobrze.

  golesz,  21/01/2013

@hussair: To znaczyć też może, iż nie zgadzasz się z M. Wańkowiczem, że: "Cukier krzepi"? Sanacyjnie, co prawda, ale słusznie poniekąd.

  hussair  (www),  21/01/2013

@golesz: Cukier bardzo krzepi, ale wszystkie wirusy, które wchodzą falą szturmową przez uchylone bramy organizmu. I robactwo. To ono się odżywia i czyni swą działalność w naszych zakamarkach. Rzekłbym, że lepiej krzepi jednak surowa papryka.
A szkoda. Snickersy lodowe są naprawdę dziełem davincinowskiego talentu...

  golesz,  21/01/2013

@hussair: Zgadza się. I suche, dębowe drewno na przegryzkę.
A rodowód Da Vinci to... najlepsza marka.

  hussair  (www),  21/01/2013

@_serpico_: Wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej rozregulowani i nikt za nas tego nie naprawi. Trzeba się cokolwiek zmobilizować. A najpierw uczciwie po sobie spojrzeć. Co łatwe nie jest.
Golesz: A coś do picia? W zasadzie taki bimber jest chyba całkiem leczniczy. I krzepi.

@_serpico_: O! Pierwsze poważne ostrzeżenie z kraju ościennego, wyjątkowo przychylnego. Dziewczynka z myszką w dłoni, choćby i komputerową, to... fe. Nie bardzo.

  golesz,  21/01/2013

@hussair: Mnóstwo frykasów krzepi. Dobra popitka na trawienie, dla zdrowotności, też.

  hussair  (www),  21/01/2013

@_serpico_: Super, tak trzymać. Też chciałbym się wyregulować. Może mi się uda w tym roku.

  ,  24/01/2013

"Tych ładnych, milutkich i zasobnych. Jaka szkoda." - http://www.youtube.com/watch?v(...)w1o9BRc

  golesz,  24/01/2013

@viverti: O to, to!

  hussair  (www),  24/01/2013

Amerykanski. :)



Dodaj swoją opinię
W trosce o jakość komentarzy wymagamy od użytkowników, aby zalogowali się przed dodaniem komentarza. Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojego konta, zarejestruj się. To tylko chwila, a uzyskasz dostęp do dodatkowych możliwości!
 

© 2005-2018 grupa EIOBA. Wrocław, Polska